Granice Atlantydy

Żyjący na przełomie V i IV w p.n.e. ateński filozof Platon, jest obecnie, niezależnie od całej swojej bogatej spuścizny intelektualnej, najbardziej znany jako autor mitu o Atlantydzie. Atlantyda, według Platona, miała być, położonym na wielkiej, znacznie większej niż np. Wielka Brytania, wyspie, zaawansowanym cywilizacyjnie imperium, które panowało również nad innymi wyspami i częściami lądu stałego i próbowało podbić zbrojnie także wschodnią część basenu Morza Śródziemnego, skąd zostało jednak odparte przez ówczesnych praateńczyków, przodków Platona. W jakiś czas później, wyspa i całe imperium Atlantydy miały zostać zniszczone w wielkiej katastrofie, potopie połączonym z wybuchami wulkanów i trzęsieniami ziemi. Wszystko to miało się wydarzyć, licząc według współczesnego kalendarza, w okolicach 10 tysiąclecia p.n.e. Jak zadeklarował sam Platon, jego wiedza na ten temat miałaby pochodzić z rodzinnej tradycji ustnej, sięgającej wstecz czasów Solona, ateńskiego polityka żyjącego około dwustu lat przed Platonem. Sam Solon z kolei, miał otrzymać te sensacyjne informacje od egipskich kapłanów w mieście Sais, podczas swojej podróży do kraju nad Nilem.

Od czasów Platona, temat Atlantydy zaczął żyć własnym życiem, ściągając na siebie uwagę i inspirując nakierowane na odnalezienie śladów tej mitycznej cywilizacji, daremne, jak do tej pory, wysiłki przeróżnych bardziej, lub, znacznie częściej, mniej poważnych badaczy.

Mniej poważnych, ponieważ jest dzisiaj oczywiste, że, gdyby trzymać się literalnie opisu Platona, to jego Atlantyda nie mogłaby istnieć. Imperium atlantydzkie byłoby porównywalne wielkością swojego terytorium z imperium rzymskim, a pod względem gęstości zaludnienia znacznie by je przewyższało. I wszystko to w 10 tysiącleciu przed naszą erą, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia. Gdyby takie gigantyczne i zaawansowane technologicznie na poziomie przynajmniej epoki brązu, imperium wtedy istniało, pozostałoby po nim wystarczająco wiele śladów archeologicznych, aby można było je dzisiaj znaleźć i prawidłowo zinterpretować. Nawet gdyby Atlantydę zniszczyła jakaś gigantyczna katastrofa naturalna, to zachowałyby się pozostałości takiego wydarzenia, np. krater meteorytowy. W miejscu, skąd, jak sam deklarował, Platon zaczerpnął swoją wiedzę na ten temat, czyli w Egipcie, również, mimo stuleci prowadzonych w tym kraju prac wykopaliskowych, nie natrafiono na najmniejszą nawet wzmiankę o tak rozległej i rozwiniętej, cywilizacji, zniszczonej przez jakąś katastrofę dziewięć tysięcy lat przed naszą erą.

Nie oznacza to jednak, że nie znaleziono nic w ogóle. Zachowały się w Egipcie do dzisiaj, a zatem tym bardziej mogły być dostępne w czasach Solona i Platona, wzmianki o niesłychanie rozwiniętej cywilizacji, panującej w zamierzchłej przeszłości nad dużą wyspą i innymi wyspami i częściami lądu stałego. Cywilizacji, która prawdopodobnie toczyła jakieś spory, w tym i zbrojne, z przodkami Hellenów i która ostatecznie została zniszczona przez wielki kataklizm, konkretnie wybuch wulkanu. Kłopot w tym, że bynajmniej nie była to platońska Atlantyda. Już dawno, zajmujący się tym zagadnieniem badacze, zauważyli bowiem, że gdyby wszystkie opisujące Atlantydę dane liczbowe zawarte w dziełach Platona podzielić przez czynnik dziesięć, to nagle wszystkie elementy tej układanki trafiają we właściwe miejsca. Dokładnie opisuje wtedy Platon tzw. cywilizację minojską, która rozwijała się na Krecie, innych okolicznych wyspach i częściach lądu stałego, w epoce brązu, została zdewastowana przez gigantyczny wybuch wulkanu na wyspie Thera, dzisiaj zwanej Santorynem, w XVII/XVI wieku p.n.e., a następnie uległa najazdowi Achajów – przodków Greków, którzy stworzyli tzw. kulturę mykeńską. Pasuje tu, zarówno, zmniejszona dziesięciokrotnie, platońska geografia, jak i chronologia, skoro działo się to nie dziewięć tysięcy, ale dziewięćset lat „temu”, czyli przed czasami Solona.

Zgodność ta jest na tyle duża, że wykreowany przez Platona atlantydzki mit, wydaje się właśnie tu mieć swoje źródło. Wystarczyłoby, żeby Solon, czy też sam Platon, który również przecież podróżował po Egipcie, błędnie zrozumiał podawane przez gospodarzy dane ilościowe, albo, że sami kapłani, chcąc zrobić na greckim turyście odpowiednie wrażenie, je dziesięciokrotnie wyolbrzymili. Tak czy inaczej, mogłoby się wydawać, że historia Atlantydy tu właśnie, w cywilizacji minojskiej w epoce brązu się kończy.

Tymczasem całe fascynujące zagadnienie w tym miejscu się dopiero zaczyna. Odkładając całkowicie na bok Atlantydę wyfantazjowaną przez Platona, można przecież tą hipotezę bardziej uogólnić. Czy istniała kiedyś na Ziemi rozwinięta, znacznie „ponad stan” określony przez nauki historyczne dla swojej epoki, cywilizacja, która później upadła i pozostawiła po sobie tak mało śladów, że do dzisiaj archeolodzy jej nie odkryli?

No cóż, rozwinięta cywilizacja typu „atlantydzkiego”, czyli cywilizacja na poziomie epoki brązu, lub „wyższym” pod koniec ostatniego zlodowacenia nigdy nie istniała. Można mieć taką pewność, nie tylko ze względu na brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Nie mogłaby bowiem ona istnieć nawet teoretycznie. Cywilizacja jako taka, pojawia się bowiem w momencie przejścia od pozyskiwania żywności za pomocą łowiectwa i zbieractwa, co jest formacją zwaną paleolitem, do wytwarzania pożywienia bezpośrednio w ramach gospodarki rolniczej, czyli neolitu. Z tej samej powierzchni rolnictwo jest bowiem w stanie wygenerować o dwa rzędy wielkości więcej kalorii niż łowiectwo i zbieractwo. Społeczności rolników posiadają dzięki temu znacznie większą, niż łowcy zbieracze, gęstość zaludnienia, a co za tym idzie znacznie intensywniejsze kontakty międzygrupowe i międzyosobnicze. Struktury społeczne są zatem znacznie bardziej skomplikowane i pojawiają się ludzie zajmujący się czymś innym niż tylko pozyskiwaniem i przetwórstwem żywności, oraz rozwijają się dalekosiężne sieci wymiany idei, genów i towarów. Społeczności rolnicze, będące, z ekologicznego punktu widzenia, w stanie symbiozy ze swoimi uprawami i hodowlami, różnią się od łowców zbieraczy, ekologicznych drapieżników szczytowych, jeszcze jedną ważną cechą. O ile społeczeństwa paleolitu są stabilne i po największych nawet, innych niż całkowite wymarcie, losowych wstrząsach i zaburzeniach, zawsze wracają do pierwotnego stanu równowagi, o tyle układy symbiotyczne stabilne nie są. W związku z tym cywilizacja rolnicza nie tylko doznaje co jakiś czas, katastrof i upadków, ale przede wszystkim jest zdolna do rozwoju i stopniowego wzrostu złożoności i poziomu cywilizacyjnego. Rozwój ten jednak, chociaż, w porównaniu z paleolitem, błyskawiczny, jest wciąż na tyle powolny, że właściwie niedostrzegalny w skali ludzkiego życia. Od powstania rolnictwa, do pojawienia się miast, pisma, metalurgii, czy dalekosiężnej żeglugi morskiej, tego wszystkiego, czego od „poważnej” Atlantydy byśmy oczekiwali, musi upłynąć przynajmniej kilka tysięcy lat. Jednocześnie powstanie rolnictwa jest możliwe tylko w sprzyjających warunkach klimatycznych, które na Ziemi nastały dopiero z końcem ostatniego glacjału, epoki lodowcowej i początkiem cieplejszego okresu, interglacjału, zwanego holocenem. Rozwinięta cywilizacja atlantydzka musiałaby więc powstać zaraz, najdalej w ciągu kilkuset lat, po ustąpieniu lodowców, a najpewniej nawet przedtem, na co zwyczajnie nie miałaby czasu.

Żadna zatem rozwinięta, miejska cywilizacja u zarania holocenu nie mogłaby istnieć. Aby osiągnąć przynajmniej poziom epoki brązu, społeczności rolnicze musiały przejść długą, trwającą wiele tysiącleci, drogę, dobrze opisaną zarówno przez badania archeologiczne, jak i modele teoretyczne. Tyle właśnie, ile potrzebowała oryginalna epoka brązu. Atlantyda, niezależnie od tego, co konkretnie było inspiracją Platona, nie istniała. Holocen był na to wtedy zbyt młody, a w poprzedzającej go glacjale, powstanie niezbędnego cywilizacji rolnictwa było w ogóle niemożliwe.

Ale czy aby na pewno? Będące warunkiem koniecznym istnienia Atlantydy rolnictwo, nie mogło, co prawda, zostać wynalezione w poprzedzającym holocen glacjale, w Polsce zwanym vistulianem, lub zlodowaceniem północnopolskim. Ale przecież vistulian też nie trwał wiecznie. Poprzedzony był bardzo podobnym do obecnego holocenu, cieplejszym interglacjałem, zwanym eemianem, który przypadł na okres 130-115 tysięcy lat temu. Eemian trwał zatem nawet nieco dłużej niż współczesny nam holocen, był też od niego o 2-3 stopnie cieplejszy. Mimo to, według naszej obecnej wiedzy, żadnej próby, a przynajmniej udanej próby, przejścia do neolitu, wynalezienia rolnictwa i zbudowania cywilizacji wtedy nie podjęto. Ba, eemian, nie tylko nie spowodował rewolucji neolitycznej przed 120 tysiącami lat, że o powstaniu wtedy bardziej złożonej cywilizacji nie wspominać, ale nawet nie znalazł żadnego odbicia w istniejącym wtedy paleolicie. Mimo sporych, większych niż holoceńskie, zmian klimatycznych, a co za tym idzie także zmian zasięgu występowania roślin i zwierząt, które zbierali i na które polowali ówcześni ludzie, ich narzędzia …wcale się nie zmieniły i eemian w paleolitycznych kulturach w ogóle w żaden wyraźny sposób się nie zaznaczył. Skoro holocen spowodował przejście od łowiectwa do rakiet kosmicznych i komputerów, to dlaczego eemian miałby nie spowodować …nic?

Oczywiście, oprócz podobieństw, pomiędzy eemianem i holocenem były również i różnice. Inaczej niż na początku holocenu, w eemianie nasi przodkowie z gatunku Homo sapiens bytowali wyłącznie w Afryce. Jednak najważniejszy holoceński ośrodek powstania rolnictwa, bliskowschodni, położony na terenach dzisiejszych Iranu, Iraku, Turcji, Syrii i Izraela, „Żyzny Półksiężyc”, nie był w eemianie bynajmniej bezludny. Zamieszkiwali go przedstawiciele innych gatunków z rodzaju Homo, z których najlepiej poznanym i zbadanym jest Homo neanderthalensis, zwany neandertalczykiem.

Kultura neandertalska, zwana mustierską, nie zmieniała się przez setki tysięcy lat, nie reagując na nadejście i odejście kolejnych glacjałów i interglacjałów, nie wykazując też żadnych lokalnych wariacji i regionalizmów. Niemniej, kultura współczesnych neandertalczykom Homo sapiens długo nie zmieniała się również. Stałość i niezmienność społeczeństw paleolitycznych, neandertalskich tak samo jak ludzkich, jest, jak już autor wspomniał, wymuszona przez samą przyrodę i potrzeba bardzo silnych bodźców, żeby ten stan równowagi opuścić. Wreszcie, chociaż neandertalczycy długo nie wprowadzali w swoim trybie życia żadnych zmian, w końcu jednak, tuż przed swoim ostatecznym wymarciem, zaczęli to robić, tworząc znacznie bardziej zaawansowaną kulturę szatelperońską. Twierdzenie, że neandertalczycy nie byli zdolni do wynalezienia rolnictwa tylko z powodu własnych ograniczeń intelektualnych, byłoby więc, co najmniej przedwczesne.

Zamieszkujący w eemianie Europę i Azję neandertalczycy, czy ówcześni afrykańscy Homo sapiens, czy też jeszcze inne, słabo do dzisiaj rozpoznane, gatunki rodzaju Homo, mogły zatem w zasadzie przeprowadzić rewolucję neolityczną. Paradoksem jest zatem fakt, że w odróżnieniu od Atlantydy w holocenie, o rząd wielkości starsza Atlantyda w eemianie, teoretycznie byłaby możliwa. Atlantyda eemiańska potyka się jednak o ten sam problem co Atlantyda holoceńska. Brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Oczywiście chodzi tu o znaleziska sprzed ponad stu tysięcy lat, które, z tego właśnie tytułu, będą zawsze dużo mniej liczne i gorzej zachowane niż pozostałości ludzkiej aktywności z czasów holocenu. Niemniej archeologia dysponuje jednak pewną ilością stanowisk z okresu eemianu. Niestety, są to, bez wyjątku, pozostałości kultur łowiecko-zbierackich. Oczywiście nie przesądza to jeszcze o definitywnym nieistnieniu eemiańskiej Atlantydy, ale na pewno znacznie ogranicza jej ewentualne rozmiary, zarówno w sensie geograficznym, jak i cywilizacyjnym właśnie. Gdyby cywilizacja eemiańska osiągnęła stadium rewolucji przemysłowej, w ogóle by nie upadła i istniałaby do dzisiaj. Zapewne przetrwałaby także zlodowacenie, gdyby zdążyła stać się cywilizacją globalną, na poziomie naszego XVI-XVIII wieku. Imperia takie, jak rzymskie, z epoki żelaza, czy brązu, vistulianu by nie przeżyły, ale pozostawiłyby ślady wystarczająco liczne i wyraźne, żeby zostać do tej pory znalezione.

Górną granicą eemiańskiej Atlantydy, maksymalnym poziomem rozwoju, jaki mogła osiągnąć, zanim powracające lodowce starły ją z powierzchni planety, jest zatem późny neolit, odpowiednik Sumeru, egipskiego Starego Państwa, amerykańskich Majów, czy Inków. To i tak bardzo dużo. Istniałyby już miasta, pismo, a nawet tak imponujące zabytki jak egipskie piramidy IV dynastii. Mogłyby też one nadal pozostawać nieodkryte, bo przez ponad sto tysięcy lat zerodowałyby do tego stopnia, że nie odróżniałyby się już od pagórków powstałych w sposób naturalny. Teoretycznie jednak, pomieszczenia wewnątrz takich piramid, mogłyby przechować swoją zawartość w miarę nienaruszoną, aż do dzisiaj. W wersji maksymalnej, to mogłoby być nawet całe kompletne archiwum, które, pewna już, w obliczu stale pogarszającego się klimatu, swojego końca, ta zapomniana cywilizacja mogłaby chcieć po sobie zostawić.

Prawdopodobieństwo jednak tak fenomenalnego odkrycia, jest zbyt znikome, aby opierać na nim jakiś poważny program badawczy. Nagroda jest, co prawda, oszałamiająco wielka, ale szansa na jej otrzymanie, tak mikroskopijna, że ich iloczynu, czyli wartości oczekiwanej, nie warto nawet brać pod uwagę. Na szczęście jest inny, bardziej obiecujący, sposób znalezienia jakichś śladów Atlantydy.

Samo powstanie cywilizacji jest przecież, jak już autor wyżej wspominał, konsekwencją wynalezienia rolnictwa i w eemianie nie mogło być inaczej, czy ówczesna Atlantyda byłaby ludzka, stworzona przez Homo sapiens, czy nieludzka, neandertalska, czy denisowiańska. Poszukiwanie śladów eemiańskiego rolnictwa, miałoby, co prawda i tak niewielkie szanse na sukces, ale zawsze byłyby to szanse o rzędy wielkości większe niż szanse na odkrycie zabytków eemiańskiej architektury czy nawet piśmiennictwa.

Zagłada eemiańskiej Atlantydy byłaby bezpośrednio spowodowana oczywiście upadkiem atlantydzkiego rolnictwa, zatem nie można oczekiwać, że jakiś atlantydzki udomowiony gatunek zboża, czy grochu istniałby w niezmienionej formie do dzisiaj. Odmiany uprawne, nawet jeżeli w ogóle przeżyły vistulian, to na pewno wtórnie zdziczały. Zawsze jednak powinny pozostać po takim ewolucyjnym incydencie jakieś ślady, choćby w genomie tych roślin. Pewne światło na tą tajemnicę może rzucić fakt, że (powtórne?) powstanie rolnictwa w holocenie było na terenie Żyznego Półksiężyca wręcz błyskawiczne i nastąpiło zaraz po ustąpieniu lodowców i ociepleniu klimatu. Gdyby pierwsze uprawiane tam gatunki, zwłaszcza pszenica i jęczmień były potomkami roślin żmudnie wyhodowanych w eemianie przez Atlantów, nie stanowiłoby to niespodzianki. Tłumaczyłoby to też, przynajmniej do pewnego stopnia, dlaczego cywilizacja eemiańska, jeżeli w ogóle powstała, to nie zdążyła się rozwinąć przed końcem interglacjału w stopniu, który uchroniłby ją przed upadkiem. Udomowienie koniecznych upraw trwało po prostu zbyt długo. Podobne zjawisko zaszło przecież w holoceńskiej Ameryce, gdzie również cywilizacja, z powodu bardzo czasochłonnego udomawiania kolejnych gatunków, nie zdołała nigdy samodzielnie osiągnąć więcej, niż późny neolit i gdyby tylko ona istniała na planecie, upadłaby zapewne wraz z nadejściem kolejnego glacjału.

Wojny prymitywów

W czwartek, 24 lutego 2022 roku wojska Federacji Rosyjskiej, na rozkaz prezydenta Władimira Putina, rozpoczęły zmasowaną inwazję na Republikę Ukrainy, państwo biedne, zacofane i skorumpowane, które zresztą już osiem lat wcześniej straciło na rzecz Rosji niektóre fragmenty swojego terytorium. Rozpoczynając wojnę, Rosja, wg Putina, chciała powstrzymać ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej, której na Ukrainie dopuszczał się samozwańczy, złożony z, połączonych wspólnym pochodzeniem etnicznym (wiadomo jakim) narkomanów, nazistowski reżim z Kijowa. Ludność rosyjska była systematycznie mordowana, poddawana zbrodniczym „eksperymentom” pseudomedycznym, przed którymi cofnąłby się doktor Mengele, wreszcie rozpoczęto na Ukrainie produkcję „etnicznej” broni biologicznej, przeznaczonej wyłącznie do eksterminacji Słowian. Drugą, po humanitarnej, przyczyną interwencji, było oddalenie niebezpieczeństwa, jakim były dla Rosji umieszczone na terenie Ukrainy bazy NATO. W wielu mediach przeróżni „geopolitycy” i inni samozwańczy „eksperci”, podkreślali, że od najbliższego punktu terytorium Ukrainy do Moskwy, jest tylko 450 km i takiego zagrożenia swojej stolicy i największej metropolii, żadne liczące się państwo na świecie nie mogłoby tolerować. Co by zrobiła Francja, gdyby jej granica przebiegała 450 km od Paryża? A co by zrobiły Niemcy, gdyby 450 km od Berlina był już inny kraj? No właśnie. W dokładnie taki sam sposób musiała zareagować Rosja, tym bardziej, że wojska ukraińskie koncentrowały się już, by nagłym uderzeniem odebrać Rosji Krym i Donbas i wymordować tamtejszych Rosjan. Zostały wyprzedzone dosłownie o dni.

Powody do wojny są więc całkowicie jasne i zrozumiałe. Zarówno z humanitarnego, jak i politycznego i militarnego punktu widzenia, prezydent Putin nie mógł postąpić inaczej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że postawił sobie on cel bardzo ambitny, który najwyraźniej jest stosunkowo trudno zrealizować. W momencie kiedy pisany jest ten artykuł minęło już cztery miesiące „specjalnej operacji” na Ukrainie, a tamtejsza „etniczna oligarchia” nadal trzyma się mocno, a postępy wojsk rosyjskich są raczej symboliczne. W końcu Ukraina to duży, drugi pod względem wielkości po Rosji w Europie, i ludny kraj z proporcjonalnie do tego dość liczną armią. Tymczasem nie jest Ukraina bynajmniej jedynym opanowanym przez etniczny nazistowski reżim krajem, za pomocą którego NATO, osacza i okrąża Rosję, grozi jej zagładą i planuje eksterminację Słowian. Takim krajem jest też np. Estonia. Tak samo jak na Ukrainie, panuje w niej obłąkańczo rusofobiczny reżim i mieszka tam liczna rosyjskojęzyczna mniejszość, która jest poddawana systematycznym szykanom i prześladowaniom. Granice estońskie przebiegają, co prawda, w porównaniu z ukraińskimi nieco dalej od Moskwy, ale za to znacznie bliżej Petersburga, drugiej najważniejszej aglomeracji rosyjskiej, zwanego też w Rosji „północną stolicą”. Jednocześnie Estonia jest krajem znacznie mniejszym i słabszym od Ukrainy.

KrajEstoniaUkraina
Powierzchnia [tys. km2]45,3604
Mieszkańcy [mln]1,342
Odsetek rosyjskojęzycznych25%30%
Najmniejsza odległość do Moskwy [km]640450
Najmniejsza odległość do Petersburga [km]140850
Liczebność wojska na stopie pokojowej [tys. żołnierzy]3,5240

Jak widać w załączonej tabeli, Estonia jako narzędzie „etnicznej oligarchii” służące do podboju i zniszczenia Rosji, oraz wymordowania Słowian, jest nawet większym zagrożeniem niż Ukraina, a przy tym, ze względu na swoją wielkość i zaludnienie, powinna być od Ukrainy znacznie łatwiejsza do denazyfikacji i demilitaryzacji. Dlaczego zatem prezydent Putin zamiast uderzyć w najsłabsze ogniwa duszącego Rosję łańcucha baz NATO, jak właśnie Estonia, czy bardzo podobna do niej Łotwa, uderzył w ogniwo dużo mocniejsze?

Oczywiście Estonia różni się od Ukrainy czymś więcej, niż tylko wielkością. Podczas gdy Ukraina dopiero próbuje wstąpić do NATO, Estonia już w NATO jest. Z punktu widzenia Moskwy jednak, to żadna różnica. Głównym wrogiem Słowian, jak nieraz zapewniali nie tylko prorosyjscy publicyści, ale i oficjalni przedstawiciele państwa rosyjskiego, jest przecież „etniczna oligarchia”, której NATO i opanowane przez nią poszczególne państwa są tylko narzędziami. NATO i tak dostarcza ukraińskim żydobanderowcom szeroką pomoc, a nawet, jak twierdzą w Moskwie, wysyła tam całe dywizje. Zatem nie formalna przynależność do NATO zaważyła na tym, że pierwsza w kolejce do denazyfikacji stanęła Ukraina. Inną istotną różnicą pomiędzy Ukrainą a Estonią jest jednak poziom zamożności i wydajności gospodarczej.  Jeżeli zmierzyć je poprzez PKB per capita i PKB podzielone na ilość przepracowanych roboczogodzin, są one w Estonii wyższe od ukraińskich około trzykrotnie. Na tym jednak nie koniec. Różnica tkwi nie tylko w samym poziomie tych wskaźników, ale także w ich dynamice, w tym, jak się one zmieniały w czasie. Na poniższym wykresie pokazano zmiany PKB per capita od 1989 roku. Oprócz Estonii i Ukrainy dane obejmują też Polskę, Mołdawię i Rosję.

Trudno dziś w to uwierzyć, ale mniej niż 30 lat temu Ukraina i Estonia miały praktycznie ten sam poziom zamożności, wyższy od ówczesnego …polskiego. Jednak różnica między nimi szybko urosła, kiedy jednolita początkowo populacja krajów postkomunistycznych rozpadła się na dwie grupy.  Pierwsza, z których, oprócz Estonii, pokazano Polskę, szybko przezwyciężyła kryzys i zaczęła się rozwijać. Druga, w tym Ukraina i widoczna na wykresie Mołdawia, ugrzęzła w marazmie i stagnacji. Ciekawe jest tu położenie Rosji. Chociaż ze względu na samą wysokość PKB per capita, można ją próbować zaliczyć do pierwszej, zamożniejszej grupy, to jednak kształt wykresu, z bardzo długim i głębokim postkomunistycznym załamaniem i dzisiejszą stagnacją upodabnia Rosję raczej do grupy biedaków. Różnicę robi renta surowcowa, której pozostałe kraje postkomunistyczne są pozbawione. Jej możliwą wysokość obliczono przy założeniu, że jest ona proporcjonalna do aktualnych cen ropy naftowej. Po usunięciu wpływu tej renty, rosyjska dynamika PKB per capita niewiele się już różni od ukraińskiej. Fakt, że żołnierze Putina, plądrując kraj teoretycznie dwukrotnie biedniejszy niż ich własny, jednocześnie nie mogą się nadziwić napotykanemu wszędzie „bogactwu”, przestaje w takim razie zaskakiwać.

Oczywiście przynależność do grupy biedaków, czy zamożnych nie wynika z jakiś przedwiecznych niezbadanych wyroków przeznaczenia, tylko jest wynikiem polityki prowadzonej przez poszczególne kraje. Do budowy zamożności potrzebne jest przecież odpowiednie otoczenie instytucjonalne, prawne i ustrojowe. Te postkomunistyczne kraje, które stały się, przynajmniej jako tako, praworządne i wolnorynkowe, trafiły do grupy zamożnej, te, które kultywowały odziedziczone po komunizmie, korupcję i etatyzm, pozostały biedne. Jakość rządu i ustroju w poszczególnych państwach, autor niniejszego artykułu zwykł oceniać za pomocą, przyjmującego wartości od 0 do 100 wskaźnika Index of Economic Freedom (IEF) publikowanym przez fundację Heritage.  Nie jest bynajmniej przypadkiem, że IEF za 2022 rok Ukrainy i Rosji wynosi odpowiednio 54 i 56 pkt, podczas gdy Polski 68 pkt, a Estonii aż 80 pkt, co jest zresztą ósmym najwyższym wynikiem na świecie.

Jednak i sama wysokość IEF nie mówi bynajmniej wszystkiego. Wskaźnik IEF składa się bowiem z dwunastu składowych i kraje o tej samej wysokości IEF całkowitego, mogą mieć bardzo odmienną jego strukturę wewnętrzną. Jeżeli teraz potraktujemy poszczególne składowe tego indeksu jako wymiary w dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej, to poszczególne kraje, staną się punktami w tej przestrzeni o współrzędnych równych składowym całkowitego indeksu IEF. Kraje o podobnym ustroju, niezależnie od całkowitej wielkości IEF, znajdą się w tej przestrzeni blisko siebie, natomiast kraje nawet o zbliżonym IEF, ale odmiennej jego strukturze, daleko. Dokonując stosownych obliczeń zauważymy że najbliżsi sąsiedzi Ukrainy w tej przestrzeni to kolejno: Rosja, Ekwador, Białoruś i Kosowo, natomiast najbliżsi sąsiedzi Rosji to Białoruś, Ukraina, Tadżykistan i Uzbekistan. Rosja i Ukraina więc, do spółki z Białorusią, pod względem gospodarczym i ustrojowym są krajami wręcz bliźniaczymi, natomiast Estonia leży, w porównaniu do Ukrainy, od Rosji czterokrotnie dalej, a najbliższymi Estonii sąsiadami są Luksemburg, Islandia, Niemcy i Łotwa.

Ukraina jest zatem, tak samo zacofana, prymitywna i skorumpowana, a w konsekwencji również biedna, jak Rosja, podczas gdy Estonia przeciwnie, jest krajem cywilizowanym, praworządnym, wolnorynkowym i zamożnym. Widzimy więc teraz, dlaczego ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej odbyło się w Donbasie, nie zaś w Narwie, dlaczego też bazy NATO i laboratoria broni biologicznej pracujące nad eksterminacją Słowian, „etniczna oligarchia” zbudowała nad Dnieprem, a nie nad Zatoką Fińską.

Putin zaatakował kraj właściwie nie różniący się poziomem rozwoju od Rosji, natomiast Estonia była dla niego absolutnie niedosiężna cywilizacyjnie. Wojny od dawna bowiem mogą toczyć już tylko kraje prymitywne i zacofane, natomiast kraje cywilizowane, choćby teoretycznie militarnie były dużo słabsze, są i tak poza zasięgiem tych prymitywów. Bezpośrednim i rzeczywistym powodem rosyjskiego ataku było zaś właśnie to, że Ukraina próbuje się zmienić i przestać być jak Rosja i Białoruś, a stać się podobna do Polski i Estonii. Gdyby Ukrainie się to udało, stałaby się dla Rosji absolutnie nietykalna, a na to nie mogą na Kremlu pozwolić.

Pokazanie opisanej wyżej, dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej na dwóch wymiarach kartki papieru jest zamiarem niesłychanie zuchwałym i bardzo złożonym obliczeniowo. Nie da się też wtedy uniknąć zniekształceń odległości pomiędzy poszczególnymi krajami na takiej mapie. Rezultat takiego doświadczenia i tak może być jednak bardzo pouczający. Poniżej pokazano takie dwuwymiarowe rzutowanie mapy ustrojowej dla krajów z szeroko rozumianej Europy.

Jak już wspomniano, mapa jest nieco zniekształcona, Ukraina znajduje się na niej bliżej Turcji niż Rosji, podczas gdy naprawdę jest na odwrót, ale ogólny obraz jest znamienny. Chociaż optycznie trudno to zauważyć, za pomocą odpowiedniej analizy matematycznej kraje europejskie można podzielić na dwie rozłączne grupy – klastry, na mapie opisane jako „Cywilizowane” i „Zacofane”. Wojny prowadzą wyłącznie te drugie. Rosja napadła na Ukrainę a wcześniej na Gruzję, Kosowo oderwało się zbrojnie od Serbii, a Armenia stoczyła niedawno wojnę z Azerbejdżanem. Wojny np. Turcji z Bułgarią, albo Serbii z Bośnią też są teoretycznie możliwe. Natomiast wojna miedzy Turcją a Grecją, jak na razie, jest wykluczona. Na razie, ponieważ położenie poszczególnych krajów na naszej mapie nie jest dane raz na zawsze i może się zmieniać. Analizując analogiczne mapy z lat ubiegłych można zauważyć, że niektóre kraje, jak Gruzja, Rumunia, Bułgaria, Czarnogóra czy Albania, stopniowo zbliżają się jednak do cywilizacji. Są jednak i takie, które zmierzają w przeciwną stronę. Najbardziej spektakularny przeskok wykonała Turcja, która jeszcze pięć lat temu była całkiem cywilizowana, a obecnie coraz mniej różni się od Rosji, co tureccy obywatele wkrótce przypłacą znaczącym obniżeniem standardu życia. Drugim takim krajem, który, choć ciągle jeszcze znajduje się po stronie cywilizacji, to jednak stopniowo od kilku lat ją opuszcza, jest Polska. Widać to nie tylko na matematycznych wykresach, ale i wprost w deklaracjach władzy, która taki właśnie cel swojej polityki, upodobnienia Polski do Turcji, oficjalnie ustanowiła. Nawet w zakresie czysto wojskowym, reakcją na napaść Rosji na Ukrainę, było nie wzmocnienie sprzętowe i profesjonalne Wojska Polskiego, ale jego …likwidacja i budowa „armii” na wzór ukraiński, licznej i zarazem słabo wyszkolonej i uzbrojonej, pod pretekstem, że jej pierwowzór dzielnie walczy przeciwko moskiewskim agresorom. Krajowi cywilizowanemu tymczasem, nie jest potrzebna armia, która będzie mężnie odpierać wrażą agresję, ale przy okazji musi pozwalać na obracanie kraju w perzynę, tylko armia, która sprawi, że taka agresja w ogóle nie będzie możliwa, tak jak niemożliwa była rosyjska agresja na Estonię, choć wojsko tej ostatniej liczy zaledwie kilka tysięcy żołnierzy.

Zostaniecie zasymilowani

Spoglądając na ziemski globus, można zauważyć, że masy lądowe na naszej planecie są rozłożone bardzo nierównomiernie. Większość kontynentów grupuje się w tzw. wyspie świata, obejmującej Europę, Azję i Afrykę. Obszar ten nazywany jest też Starym Światem. Ale obok świata starego istnieje na Ziemi i Świat Nowy. To Ameryki północna i południowa, oddzielone od wyspy świata przez rozległe oceany. Ten geograficzny fenomen miał w ludzkiej historii bardzo ważkie konsekwencje. Na początku holocenu, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia, zarówno w Starym, jak i w Nowym Świecie nastąpiła rewolucja neolityczna. Przejście od łowiecko-zbierackiego trybu życia do rolnictwa, wyrwanie ludzkości z naturalnego ekologicznie stanu dzikości i rozpoczęcia tym samym budowy kultury i cywilizacji. Od razu jednak między oboma światami zaznaczyły się spore różnice. Cywilizacje Nowego Świata powstały później i rozwijały się wolniej niż te ze starego. W roku 1500, kiedy to oba światy zostały w końcu połączone, świat nowy nie znał jeszcze koła, ani metalurgii i znajdował się z grubsza na poziomie, jaki świat stary osiągnął już ponad cztery tysiąclecia wcześniej, w czasach Starego Państwa w Egipcie, czy mezopotamskiego Sumeru. Przyczynami tego opóźnienia były przede wszystkim dwukrotnie mniejsze, w porównaniu z wyspą świata, rozmiary Ameryk, oraz ich południkowa rozciągłość na osi północ-południe, co bardzo utrudniało wzajemną wymianę ludzi, idei i towarów. Do momentu przybycia konkwistadorów, dwa najważniejsze amerykańskie ośrodki cywilizacyjne, andyjski i mezoamerykański, w ogóle nie wiedziały nawet jeszcze nawzajem o swoim istnieniu.

Amerykańskie cywilizacje prekolumbijskie są pod wieloma względami zadziwiająco podobne do swoich „chronologicznych” odpowiedników ze Starego Świata, pod innymi zaś, przeraźliwie obce i wręcz przerażające w swojej pogardzie dla życia i upodobaniu do przemocy. Przyczyną owej, posuniętej wręcz do skrajnego bestialstwa, brutalności kultur prekolumbijskich było nie tylko ich zapóźnienie w rozwoju. Jedną z istotnych różnic, pomiędzy Starym, a Nowym Światem, był także brak w tym drugim, hodowlanych zwierząt, odpowiedników kóz, owiec, krów, świń, czy koni. W konsekwencji, w Ameryce rolę, jaką na wyspie świata odgrywały udomowione zwierzęta, przejęli …ludzie. W Mezoameryce prowadzono nawet tzw. wojny kwietne, których jedynym celem było wzięcie jeńców, złożenie ich w ofierze bogom i …skonsumowanie. Drugi, andyjski amerykański ośrodek cywilizacyjny, miał już jakieś zwierzęta do dyspozycji, zatem poziom brutalności był tam niższy. Ale niewiele niższy. Inkowie swoich poddanych, co prawda, nie traktowali w kategorii pokarmu, zwierząt rzeźnych ale już jako robocze woły, czy konie, jak najbardziej.

Amerykański eksperyment jest zatem fascynujący, zarówno ze względu na podobieństwa, jak i na różnice między cywilizacjami, które rozwijały się w prawie całkowitej izolacji od siebie. Jeszcze bardziej pouczający jest ostateczny rezultat ich wzajemnego kontaktu, kiedy w końcu do niego doszło. Cywilizacja ze Starego Świata, wyżej rozwinięta, cywilizacje nowoświatowe  …zasymilowała, czyli dosłownie zmiotła je z powierzchni ziemi. Amerykańskie imperia, zdolne wystawić do boju dziesiątki tysięcy doświadczonych wojowników, zostały rozgromione i padły w dosłownie kilku bitwach z, nawet nie zawodowym wojskiem, ale nieregularnymi bandami, przeciwnikiem kilkaset razy (!!!) słabszym liczebnie. Przywiezione ze Starego Świata patogeny urządziły zaś wśród nieodpornych na nie amerykańskich tubylców, prawdziwą rzeź. W ciągu kilku pokoleń, pierwotna, prekolumbijska populacja Ameryk zmalała nawet o ponad 90%. Dzisiaj na kontynencie tym dominują europejskie i w mniejszym stopniu afrykańskie religie, europejskie języki, a nawet europejskie i afrykańskie geny. Szok kulturowy wywołany wzajemnym kontaktem cywilizacji na różnym szczeblu rozwoju, dla słabszej z nich, mimo że i ona potrafiła zwycięzcę boleśnie ukąsić syfilisem, okazał się zabójczy. Podobny przebieg miała też kolonizacja Australii. Pierwotne społeczności tego kontynentu były jeszcze bardziej od amerykańskich prymitywne. Nie wytworzyły nawet jeszcze cywilizacji i nadal pozostawały przy łowiectwie i zbieractwie. Podobnie jednak jak te amerykańskie, doszły na skraj biologicznej zagłady, a na Tasmanii, nawet go przekroczyły. Z nużącą regularnością podobne historie pierwszych kontaktów powtarzały się w dziejach na okrągło. Ekspansja austronezyjskich rolników z dzisiejszych południowych Chin doprowadziła do eksterminacji prawie całej pierwotnej łowiecko zbierackiej populacji dzisiejszych Filipin i Indonezji. Rolnicy Bantu w środkowej Afryce wytępili większości plemion Pigmejów i Khoi-san. I tak raz za razem.

Powtarzalność tych przygnębiających procesów sugerowałaby, że mamy do czynienia z jakimś prawem natury. Czy rzeczywiście?

Całe dzieje ludzkości można podzielić na trzy fazy. Pierwszą był paleolit, czasy gospodarki łowiecko-zbierackiej, obejmujące, w zależności od tego jak zdefiniuje się ludzkość, od 95%, do 99,5% tych dziejów, zakończony tzw. rewolucją neolityczną i powstaniem rolnictwa. Potem nastąpiła cywilizacja rolnicza, zwana też, od nazwiska ekonomisty, który pierwszy ją prawidłowo opisał, maltuzjańska, której kres przyniosła, nadal jeszcze w skali świata trwająca, rewolucja przemysłowa. Trzeci etap właśnie teraz powoli się wyłania, w miarę jak rewolucja przemysłowa zmierza do swojego końca, który nastąpi gdzieś na przełomie XXI i XXII wieku. Patrząc z ekologicznego punktu widzenia, społeczności paleolityczne, łowiecko zbierackie, odgrywają w ekosystemie rolę tzw. drapieżników szczytowych, niczym lwy, wilki, lub rekiny. Wraz z nadejściem neolitu i powstaniem rolnictwa, ludzie jednak przestają być drapieżnikami, a z uprawianymi przez siebie roślinami i hodowanymi zwierzętami wchodzą w układ symbiotyczny. Jest to olbrzymia zmiana, zarówno ilościowa, bo z takiej samej powierzchni rolnicy mogą otrzymać nawet stukrotnie więcej pożywienia niż łowcy zbieracze, jak i jakościowa.

O ile bowiem ekologiczny układ drapieżnik – ofiara jest układem stabilnym, który, niezależnie od warunków początkowych, zawsze dąży do określonego stanu równowagi, o tyle rozwiązania modelu matematycznego opisujące symbiozę, są z natury niestabilne, a ta niestabilność jest tym większa, im większa jest korzyść z symbiozy osiągana przez gatunki symbiotyczne. W konsekwencji społeczeństwa rolnicze, inaczej niż łowiecko-zbierackie, również są niestabilne. Tym bardziej im wyższy poziom rozwoju osiągną. Dzięki temu mogą się zmieniać i rozwijać w tempie niewyobrażalnym dla paleolitycznych łowców zbieraczy.

Cywilizacje rolnicze, maltuzjańskie, o czym już była mowa przy okazji amerykańskich cywilizacji prekolumbijskich, pod wieloma względami są zaskakująco podobne do siebie, pod innymi zaś różnią się zasadniczo, Jako swoiste symbiotyczne kompleksy ludzi i ich upraw rolnych, są kształtowane przez swoją bazę biologiczną i geograficzną. Skład gatunkowy swoich upraw i hodowli, lokalne warunki klimatyczne i glebowe, poziom opadów, etc.. Ostatecznie zatem każda taka cywilizacja wytwarza też dość wyraźnie wyodrębnioną i oryginalną kulturę. Takie wzajemnie powiązane systemy symbiotyczne można w ekologii traktować jako osobne gatunki (np. porosty są właśnie takimi pseudogatunkami). Ponieważ w takiej cywilizacji rolniczej podstawowym środkiem produkcji jest ziemia, rozumiana w sensie ekonomicznym, czyli nie tylko dosłownie, jako ziemia uprawna, ale również np. surowce mineralne, to z ekologicznego punktu widzenia, gatunki – cywilizacje, zajmują tą samą niszę ekologiczną.

A wtedy, prawa przyrody są tu bezlitosne, muszą cywilizacje między sobą konkurować. Taką konkurencję międzycywilizacyjną (międzygatunkową) również można opisać za pomocą odpowiedniego modelu matematycznego. Natężenie takiej wzajemnej konkurencji określają w nim dwa parametry. Wpływ (negatywny, rzecz jasna) cywilizacji 2 na cywilizację 1, – parametr a oraz wpływ cywilizacji 2 na cywilizację 1 – parametr b . Różnica w wysokości tych współczynników odzwierciedla różnicę w wydajności, z jaką obie konkurujące cywilizacje przetwarzają dostępne zasoby na liczebność swoich populacji. Realnie odpowiada to różnicy w wydajności gospodarczej z hektara powierzchni, co w cywilizacji preindustrialnej przekłada się wprost, liniowo, na gęstość zaludnienia.

Jeżeli wzajemna konkurencja jest słaba, co matematycznie oznacza, że oba te współczynniki są mniejsze od jedności (a<1, b<1), wówczas ustala się stan równowagi, w którym obie cywilizację mogą stabilnie, (co niekoniecznie oznacza że pokojowo!) współistnieć. Dzieje się tak wtedy, kiedy, albo te społeczności są na zbliżonym poziomie rozwoju, albo wtedy, kiedy ich uprawy są na tyle różne od siebie, że ich nisze ekologiczne zachodzą na siebie w niewielkim stopniu. Historycznie taka równowaga panowała np. pomiędzy wędrującymi pasterzami z Wielkiego Stepu Eurazji, a sąsiadującymi z nimi od wschodu i zachodu osiadłymi cywilizacjami rolniczymi. Równowaga naznaczona wieloma wojnami, najazdami i podbojami, ale równowaga w miarę trwała, zakończona dopiero wprowadzeniem do użytku broni palnej, która pozwoliła osiadłym rolnikom na stopniowe zasymilowanie nomadycznej cywilizacji stepowej.

Kiedy zaś różnica w wydajności produkcji jest duża, a w wymaganiach klimatyczno-glebowych niewielka, siła konkurencji ze strony cywilizacji bardziej zaawansowanej jest większa od jedności. Wtedy los słabszego rywala jest matematycznie przesądzony. Niezależnie od warunków początkowych, czyli liczebności i zasięgu geograficznego obu konkurentów, słabszy z nich musi zniknąć. W jeszcze gorszej sytuacji znajdują się łowcy-zbieracze. Ich wydajność ekonomiczna, w porównaniu z nawet stosunkowo prymitywnym rolnictwem, jest bardzo słaba. Dla rolników są oni więc nawet nie konkurencją, ale po prostu szkodnikami, takimi jak porywające owce wilki i tak samo, jak wilki, są traktowani, z regulacją populacji przez odstrzał włącznie. Cywilizacja rolnicza może tolerować łowców-zbieraczy wyłącznie na terenach, które są dla niej rolniczo bezużyteczne, jak resztki Pigmejów w równikowej dżungli, czy Buszmenów-San na pustyni Kalahari.

Jeszcze ciekawszy efekt nastąpi, kiedy oba współczynniki konkurencji będą większe od 1 (a>1, b>1). Wtedy cywilizacja słabiej rozwinięta, czyli gorzej dostosowana do lokalnych warunków przyrodniczych, może się obronić przed inwazją cywilizacji lepiej dostosowanej, pod warunkiem, że inwazja tej ostatniej nie będzie zbyt silna i nie przekroczy pewnej wielkości krytycznej zależnej od wysokości współczynników a i b. Dokładnie Nkr = (1-a)/(1-a*b). Na poniższym wykresie pokazano „zasiedziałą” w danym środowisku cywilizację N1 i lepiej do środowiska dostosowaną, mającą dużo niższy poziom krytyczny, ale napływową cywilizację N2.

Dopóki inwazje cywilizacji N2 są odpowiednio słabe (pojedyncze linie), pomimo przewagi konkurencyjnej pozostają one nieskuteczne. Dopiero odpowiednio zmasowana inwazja, przekraczająca swoją liczebnością poziom krytyczny, (podwójne linie) może przynieść trwały skutek. W dziejach rywalizacji osiadłych rolników (N1) z pasterzami ze stepów (N2), mamy wiec do czynienia z obszarami, pokrywającymi się mniej więcej ze strefą leśną, na których zdecydowaną przewagę mają rolnicy (a<1, b>1), z typowymi stepami, gdzie rządzą koczowniczy pasterze (a>1, b<1), oraz ze strefą przejściową (lasostep), gdzie historycznie albo kwitły cywilizacje rolnicze, albo na ich gruzach koczowali pasterze, jak to bywało na terenach dzisiejszej południowej i wschodniej Ukrainy. Tam właśnie zachodziła nierówność (a>1, b>1). Skonstruowanie broni palnej, jak już autor wspominał, oznaczało zaś kres tej chwiejnej równowagi. Współczynniki przyjęły, nie tylko dla lasu, ale i dla stepu wielkości (a<1, b>1) i nomadyczni pasterze zostali stopniowo zasymilowani.

Ponieważ jednak ów rolniczy mutualizm, wzajemna symbioza rolników i ich upraw, ma charakter kulturowy, a nie, jak to się zwykle w przyrodzie dzieje, genetyczny, w układzie tym występuje jeszcze jeden dodatkowy stopień swobody. Poszczególne cywilizacje, inaczej niż porosty, mogą się bez problemu wymieniać technologiami, uprawianymi roślinami i hodowanymi zwierzętami. Mogą się wymieniać także ludźmi i przedstawiciele skazanej na zagładę cywilizacji, jako oddzielne jednostki, mogą ujść przeznaczeniu, przyłączając się po prostu do zwycięzców, przejmując ich zwyczaje, idee, czy w skrajnym przypadku, także język. Z ich rodzimej kultury mało jednak wtedy zostaje. Cywilizacja niżej rozwinięta, traktowana jako swoisty kompleks symbiotyczny między ludźmi, a ich uprawami i hodowlami, tak czy owak, znika, nawet jeżeli sam jej ludzki komponent zdoła takie zderzenie przeżyć. Tym bardziej, kiedy nie zdoła. Asymilacja słabszych cywilizacji może przebiegać w sposób mniej lub bardziej brutalny, ale zajdzie nieuchronnie. W Ameryce katoliccy misjonarze dokonali tytanicznej wręcz pracy, aby zapewnić jak najłagodniejszy przebieg tego procesu, ale rezultaty tego wysiłku były bardzo ograniczone. Cywilizacje rolnicze, preindustrialne, niezależnie od ich poziomu rozwoju, cechuje bowiem stały, niski, poziom przeciętnego dobrobytu, zwany właśnie, od nazwiska wspomnianego już badacza, pułapką maltuzjańską. Równocześnie konkurują one głównie o zasoby (ziemię i surowce) o stałej, doskonale nieelastycznej, podaży. Toczy się więc w ich obrębie gra o sumie zerowej, w której możliwa nagroda za zwycięstwo przewyższa swoją wartością potencjalne konsekwencje porażki, czasami nawet, jak w przypadku konkwisty Ameryki, przewyższa bardzo znacznie. W tych warunkach, teoria gier, a konkretnie rozwiązanie tzw. gry w jastrzębia i gołębia, przewiduje dominacje strategii agresywnych. Cywilizacje maltuzjańskie zatem, z samej swojej natury, są brutalne i wojownicze, a po przemoc sięgają często i chętnie.

Odwołując się do opisanego wyżej procesu, pojawiły się i niestety odniosły nawet przejściowe sukcesy, ideologie i ruchy polityczne, twierdzące, że w takich okolicznościach przyrody, ktoś, kto akurat jest silniejszy, ma po prostu naturalne prawo do eksterminacji i usunięcia tych słabszych, jeżeli tylko stoją ci słabsi jakoś na przeszkodzie postępowi. Z drugiej strony zaś, wielu myślicieli, ostrzegało, że jeżeli kiedykolwiek napotkamy jakąś wyżej od nas rozwiniętą pozaziemską cywilizację, to będzie to coś na kształt Borga z uniwersum „Star Treka” i potraktuje nas ona tak samo, jak XVI wieczni Hiszpanie potraktowali Azteków i Inków, a Murzyni Bantu łowców-zbieraczy Khoi-san.

Jednak wszystkie te wnioski byłyby grubo przedwczesne. Opisane wyżej przykłady nie wyczerpują przecież całej historycznej puli pierwszych kontaktów cywilizacji na bardzo różnych szczeblach rozwoju.

Amerykański zoolog Richard Archbold, nie cieszy się taką sławą, jak Kolumb, Magellan, czy Cook. Najzupełniej niesłusznie, ponieważ to właśnie on został ostatnim na Ziemi odkrywcą nieznanej, wcześniej od świata odizolowanej, cywilizacji. Cywilizacji może i prymitywnej, bez miast, pisma, metali i koła, może i miniaturowej, obejmującej populację mniejszą niż sto tysięcy osób, ale jak najbardziej prawdziwej. Takiej, która przeszła już rewolucję neolityczną i wynalazła rolnictwo. Odkrycie to miało miejsce w roku …1938. To nie pomyłka drukarska, ani literówka. Rok później Europę ogarnęła II wojna światowa. Cywilizacja, o której mowa, mieściła się na ukrytych między górami Nowej Gwinei dolinach, prawdziwych górskich wyspach, otoczonych ze wszystkich stron przez bezlitosną, a równocześnie przeraźliwie dla człowieka jałową, dżunglę. Odcięta była ta ostatnia cywilizacja nawet od nowogwinejskich wybrzeży, penetrowanych przecież przez Europejczyków od setek lat. Można zresztą pisać nawet o cywilizacjach w liczbie mnogiej, bo poszczególne wyspy – doliny były też odseparowane od siebie nawzajem, i odkrywano je stopniowo od 1930 do właśnie 1938 roku. Historia tego ostatniego pierwszego kontaktu jest fascynująca sama w sobie, a czytelników bliżej zainteresowanych tym tematem odsyła autor do książki Jareda Diamonda „Trzeci szympans”. Jednak najbardziej dla naszych rozważań istotny jest jego ostateczny rezultat. Otóż …nic specjalnego się nie stało. Papuascy górale nie zostali wymordowani, ani wypędzeni. Ich żyznych wysp- dolin nie zalała fala, wydzierających im ziemię, osadników. Ani Australia, ani Holandia, które kontrolowały wtedy Nową Gwineę, nie wysłały przeciwko nim wojskowych ekspedycji pacyfikacyjnych. W ogóle ingerencja rządów w życie nowych podopiecznych ograniczyła się do zakazu najbardziej ekstremalnych miejscowych zwyczajów, jak ludożerstwo i wojny międzyplemienne. Cywilizacja papuaska zintegrowała i zasymilowała się z cywilizacją globalną, bez jakichś wielkich wstrząsów i tragedii i w tej formie istnieje do dzisiaj.

Jak się zatem okazuje, rezultaty pierwszego międzycywilizacyjnego kontaktu, inaczej niż by to wyglądało na pierwszy rzut oka, nie do końca zależą od różnicy poziomu rozwoju cywilizacji, które w nich uczestniczą. Od czego zatem? Dlaczego na początku XIX wieku Australijczycy dokonali masowego ludobójstwa australijskich Aborygenów, a ledwo sto lat później, ich prawnukowie, w analogicznej sytuacji, żadnej krzywdy Papuasom nie uczynili? Przypadkiem pośrednim może być europejska kolonizacja Afryki w drugiej połowie XIX wieku, która przyniosła tamtejszym społeczeństwom wiele strat, ale i ostatecznie i wiele korzyści z zakończeniem wojen międzyplemiennych, muzułmańskiego handlu niewolnikami i stworzeniu państw narodowych włącznie.

Kluczową różnicą pomiędzy odkryciem Ameryki, a odkryciem nowogwinejskich płaskowyżów, nie była różnica w poziomie rozwoju stron pierwszego kontaktu. Różnica tkwiła w poziomie cywilizacji bardziej rozwiniętej. W XVI wieku była to, mimo swojej wielkiej przewagi, cywilizacja nadal maltuzjańska, feudalna. W XX wieku już nie. Australijczycy i Holendrzy już dawno znajdowali się w fazie rewolucji przemysłowej i ich społeczeństwa nie były już maltuzjańskie. Podstawowym środkiem produkcji przestała być ziemia, a stał się nim kapitał. Gospodarka feudalna przekształciła się więc już w gospodarkę kapitalistyczną, którą cechuje zupełnie inna dynamika. Ziemia uprawiana przez Papuasów nie była już tak atrakcyjna jak tereny łowieckie Aborygenów zaledwie sto lat wcześniej. Znacznie atrakcyjniej prezentowali się sami Papuasi. Jako potencjalni konsumenci, producenci, pracownicy, wspólnicy i partnerzy handlowi w gospodarce kapitalistycznej. Ze względu na to, że kapitał ulega akumulacji i sam się wytwarza, gospodarka kapitalistyczna nie jest już grą o sumie zerowej. Ze wzajemnej współpracy ekonomicznej osiąga się większe korzyści niż z rywalizacji. Bardziej opłacalne jest dać Papuasom sadzonki kawy, nauczyć ich tej uprawy, a potem kupować od nich plon, a w zamian sprzedawać im inne towary, niż próbować ich podbić, zniewolić, czy eksterminować. Ponadto, znów przeciwnie niż w maltuzjanizmie, wzrost demograficzny w kapitalizmie jest trwale niższy niż wzrost gospodarczy. W związku z tym ogólny poziom dobrobytu, mierzony PKB per capita sukcesywnie wzrasta. Wszyscy mają coraz więcej do stracenia, zatem następuje zjawisko nazwane przez Stevena Pinkera „zmierzchem przemocy”. Wzajemne stosunki zarówno pomiędzy jednostkami, jak i zbiorowościami, stają się coraz bardziej pokojowe. Nawet w grach o sumie zerowej, strategie agresywne ustępują pola tzw. strategiom legalistycznym, odwołującym się do obiektywnych reguł prawa własności.

Wspomniane wyżej ideologie, które postulowały konieczność usuwania jednostek, czy całych populacji stojących na drodze rzekomego postępu, dowiodły też swojej jawnej fałszywości, same zostając przez równania teorii gier usunięte z istniejącej puli ustrojowej. Zresztą nie tylko one. O ile bazujące na ziemi, jako najważniejszym środku produkcji, cywilizacje maltuzjańskie mogą być stosunkowo zróżnicowane kulturowo, o tyle nie dotyczy to globalnej cywilizacji kapitalistycznej. Kapitał nie zależy od warunków naturalnych i wszędzie jest taki sam. Zatem istnieje tylko jeden optymalny, najbardziej wydajny, ustrój społeczno-gospodarczy, w którym pomnażanie kapitału jest najbardziej efektywne. W sposób nieunikniony zatem poszczególne kraje i regiony, kiedy wejdą już w fazę rewolucji przemysłowej, zaczynają się do siebie upodabniać. W wyniku tej trwającej nawet i pokolenia, ale niepowstrzymanej konwergencji powstaje więc, pod koniec rewolucji przemysłowej, jedna globalna, zunifikowana na poziomie ekonomicznym i w konsekwencji również kulturowym, cywilizacja.

Z końcem rewolucji przemysłowej, wskutek postępującej akumulacji, wartość kapitału mierzona stopą zwrotu, spada do tak niskich poziomów, że również kapitał, tak samo jak ziemia, przestaje być podstawowym środkiem produkcji. Dalszy rozwój gospodarczy może się odbywać już tylko wyłącznie poprzez innowacje i wskutek tego, w porównaniu z okresem rewolucji przemysłowej, znacznie zwalnia. Równocześnie, stabilizuje się światowa populacja gatunku Homo sapiens, zatem podaż takich innowacji, jako proporcjonalna do liczby potencjalnych ludzkich wynalazców i innowatorów, równie przestaje rosnąć. Przy stałej podaży innowacji i stale wzrastającym na nie popycie, ich cena musi szybować pod niebiosa. Najważniejszym i najcenniejszym dobrem w takiej postindustrialnej cywilizacji staje się więc każdy człowiek, a podstawowym środkiem produkcji – jego praca. Pinkerowski „zmierzch przemocy” osiąga więc w tym miejscu swoje ekstremum. Jeżeli zatem kiedykolwiek z przestrzeni kosmicznej przybędzie do nas jakaś, mająca już za sobą te wszystkie opisane przejścia fazowe, pozaziemska cywilizacja, to bynajmniej nie będzie ona przypominać Borga, tylko wręcz przeciwnie, będzie w najwyższym stopniu łagodna i etyczna i będzie trząść się nad nami jak nad jajkiem. Będzie Zjednoczoną Federacją Planet, tylko jeszcze bardziej. Asymilacja Ziemi do cywilizacji galaktycznej będzie łatwa, miła i przyjemna.

Powyższy tekst był opublikowany w 116 numerze miesięcznika „UważamRze Historia”

Sejm na ruletce wylosowany V 2022

Analiza sondaży za maj 2022 pokazuje, że preferencje wyborcze dotyczące największych partii są zadziwiająco trwałe. Wojna na Ukrainie trwa już czwarty miesiąc, a PIS nadal korzysta z tego szczodrego prezentu Putina i utrzymuje poparcie na poziomie powyżej 35%, co widać na poniższym wykresie. Przypomina pilaster, że pokazuje on średnią kroczącą z 15 ostatnich sondaży. Zacieniowane obszary to zakres błędu przy poziomie ufności 20%

PIS to środowisko, które zawsze podziwiało Putina i starało się go naśladować. Które prowadziło nieustanną kampanię nienawiści przeciwko Ukrainie i wspierającym ją krajom Zachodu z wielkim rozmachem wymachując „banderyzmem” i Wołyniem. Które usiłowało skonfiskować amerykańskie inwestycje w Polsce, uczestniczyło w, a nawet organizowało spędy europejskich lizodupów Putina, na których otwartym tekstem wygłaszano deklarację, że Ukraina znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów. Tylko gigantycznym wysiłkiem woli powstrzymywał się PIS przed ostentacyjnym płaszczeniem się i merdaniem przed samym Putinem, oddając się jednakże tym czynnościom przed Putinem zastępczym – Orbanem. Już po putinowskim ataku pisowski polskojęzyczny biuletyn partyjny zamieścił wielgachny przeprowadzony na kolanach wywiad z ambasadorem Putina. Jak na taki dorobek, PIS przeskoczył, choćby tylko werbalnie, do obozu antyputinowskiego nader zręcznie, nie przestając zresztą przy tym sączyć poprzez swoje polskojęzyczne media  antyukraińskiej i proputinowskiej propagandy, a tylko nieco ją wyciszając. Zważywszy na fakt, że Polacy, także ci, którzy głosowali na PIS, stanęli murem za Ukrainą, utrzymywanie przez PIS nadal tak wysokiego poparcia należy uznać za mistrzostwo świata, szczególnie w połączeniu z galopująca inflacją i rozpoczynającym się już kryzysem gospodarczym.

Druga w sondażach KO, największa (w sensie liczebności elektoratu) polska partia polityczna, po pewnym zawahaniu sondaży, odzyskuje stopniowo poparcie, ale nadal dzieli ją od PIS 10 pkt procentowych.

Na wykresie widać jednak pewne zmiany wśród mniejszych ugrupowań. Systematycznie traci poparcie ruch Szymona Hołowni. Analiza przepływów pokazuje, że głównie na rzecz Lewicy i PSL.

PSL ciągle mozolnie zbliża się asymptotycznie do granicy 5%, ale przebić jej nadal nie może. Największe realne zmiany dotyczą natomiast wznoszenia się w sondażach Lewicy i zmierzchu Konfederacji. Nie są to bynajmniej zmiany na lepsze. Hipotetyczny sejm wybrany w maju, pod warunkiem, że PIS pozwoliłby na przeprowadzenie uczciwych wyborów, co jest jednak mało prawdopodobne, wyglądałby tak:

Widać na tym wykresie pewną istotną zmianę. Pozycję „obrotowego” sceny politycznej, od którego zależałoby sformowanie większości rządzącej, straciła Konfederacja, a zyskała Lewica. To tragiczna wiadomość. Rządy koalicji PIS – lewica byłyby, choć faktycznie trudno w to uwierzyć, jeszcze znacznie gorsze od rządów samego PIS. Wenezuela i Korea płn mogłyby się wtedy wydać całkiem normalnymi krajami. Być może jednak ten efekt wzrostu znaczeni lewicy jest chwilowy.

Na kolejnym wykresie widzimy liczebności potencjalnych koalicji

A na ostatnim, jak zwykle, prawdopodobieństwo, że dana koalicja uzyska bezwzględną większość w sejmie obliczona metodą Monte Carlo

Najpiękniejsza katastrofa

W poprzednim artykule, pt „Pożytki z psychohistorii”, opisano przyczynę klęski rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Przyczyną ową, była próba złamania przez rosyjskiego prezydenta Putina obiektywnych praw rozwoju cywilizacyjnego, zwanych łącznie, przez autora niniejszego eseju, na część amerykańskiego pisarza Isaaca Asimova, „psychohistorią” i opisanych w jego pracy pt. „O niewielości cywilizacji”. Próba zignorowania praw przyrody musi się bowiem zawsze skończyć tak samo żałośnie, niezależnie czy chodzi tu o prawa fizyki, chemii, ekonomii, czy właśnie historii.

Bezpośrednio klęskę Putina spowodowała błędna strategia rozwiązywania konfliktów o stałe, niemożliwe do powiększenia zasoby, zwane w teorii gier, grami o sumie zerowej, czy nawet ujemnej. Psychohistoria bowiem przewiduje, przy obecnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, stabilną dominację w takich konfliktach strategii legalistycznych. Polegają one, z grubsza rzecz ujmując, na przyjmowaniu postawy agresywnej wtedy, kiedy się ma obiektywnie ustalone prawa do jakiegoś zasobu, np. terytorium, a postawy ustępującej, kiedy się takiego prawa nie posiada. Gracze stosujący te strategie, wszelkie konflikty i spory, również terytorialne, konsekwentnie rozwiązują na drodze legalistycznej, badając, także w przeróżnych instytucjach sądowniczych i arbitrażowych, kto z nich ma większe do danego zasobu prawo. Ten kto taki spór prawny przegra, od roszczeń do danego zasobu odstępuje.

Kremlowski dyktator tymczasem, stosował zupełnie inny pakiet strategii, zbiorczo w psychohistorii zwanych pragmatycznymi. Polegają one na tym, że silniejszy gracz po prostu wymusza na słabszym ustępowanie, niezależnie od jakichkolwiek obiektywnych praw do zasobu. A jeżeli słabszy gracz się opiera, to silniejszy go niszczy. Ten typ strategii w polityce międzynarodowej, od biedy sprawdzał się w pierwszej połowie XX wieku, ale w wieku XXI są one kompletnie nieskuteczne, co właśnie na Ukrainie widzimy. Udała się Putinowi pragmatyczna polityka raz, w 2008 roku, kiedy wymusił ustępstwa terytorialne na słabej Gruzji, udała się i drugi raz w 2014, kiedy oderwał od Ukrainy Krym i Donbas. Nie mogła jednak udawać się w nieskończoność.

Takie postawienie sprawy może jednak spowodować u Czytelników pewien niedosyt, można bowiem odnieść wrażenie że Rosja została pokonana przez równania matematyczne. Tymczasem modele matematyczne są właśnie tylko modelami i modelują rzeczywiste, występujące w przyrodzie i społeczeństwie procesy i zjawiska. Zacznijmy tutaj od wyjaśnienia, dlaczego strategie legalistyczne są „lepsze” od strategii pragmatycznych. Nie jest bynajmniej ta „lepszość” bezwzględna i nie zawsze zachodzi. O tym, jakie strategie są w grze o sumie zerowej (i mniejszej od zera) ewolucyjnie stabilne, decydują dwa parametry. Pierwszym jest stosunek sił i tym samym szans na zwycięstwo, spierających się stron, drugim zaś stosunek strat jakich można doznać w przypadku siłowej próby rozwiązania sporu, do możliwych do osiągnięcia zysków, jeżeli taka próba się powiedzie – S. Te dwa parametry tworzą razem dwuwymiarową przestrzeń fazową, zwaną w teorii gier macierzą Hammersteina. Nie wdając się w szczegóły, dla niskich S w społeczeństwie dominują tzw. strategie mścicielskie, reagujące agresją na agresję i ustępstwami na ustępstwa, a dla S wysokich, konkretnie wyższych od 3-4, opisane już strategie legalistyczne. Pomiędzy nimi jednak, znajduje się swoista strefa przejściowa, zwana przez autora psychohistorii „Grzbietem Pragmatyzmu”, gdzie stabilne globalnie są właśnie strategie pragmatyczne. Historycznie w cywilizacji zachodniej odpowiada ona pierwszej połowie XX wieku. Jak wiemy jednak z podręczników historii, nawet wtedy stosowanie strategii pragmatycznych było związane z dużym ryzykiem. Strategie te bowiem wymagają bardzo dokładnej wiedzy, zarówno o sile własnej, jak i pozostałych graczy. W praktyce zaś, zwłaszcza jeżeli różnice między nimi są niewielkie, ustalić to jest bardzo trudno, zwłaszcza, że potencjalny przeciwnik wcale tego procesu nie ułatwia, tylko stara się zrobić wrażenie jak najsilniejszego, żeby skłonić innych do przyjmowania postawy ustępującej. W ten właśnie sposób wybuchła I wojna światowa, bo każda ze stron uważała się za silniejszą i w związku z tym eskalowała konflikt, z założeniem, że „tamci”, jako słabsi, muszą w końcu ustąpić. Ten sam błąd, jak wiemy, popełnił teraz również i to na gigantyczną skalę, moskiewski satrapa, znacznie przeceniając siły rosyjskie i dramatycznie nie doceniając ukraińskich.

Jednak te strukturalne, wewnętrzne wady strategii pragmatycznych, są i tak drobiazgiem, w porównaniu z ich wadą zewnętrzną. W porównaniu z sytuacją sprzed stu lat, dzisiaj bowiem, nawet średnio rozwinięte społeczeństwa, znajdują się w przestrzeni fazowej macierzy Hammersteina w zupełnie innym miejscu, przy dużo wyższych niż w czasach Grzbietu Pragmatyzmu, wartościach S. Ich potencjalne straty w wyniku konfliktu zbrojnego są niebotycznie wyższe niż wtedy. I nie chodzi tylko o bezpośrednią cenę prowadzenia wojny, koszty uzbrojenia i amunicji, zniszczeń wojennych, strat ludzkich i materialnych, bombardowań, czy nawet zbrodni. To, co przede wszystkim podwyższa współczynnik S w porównaniu z Grzbietem Pragmatyzmu, czy tym bardziej z czasami preindustrialnymi, to koszt utraconych korzyści.

Zapoczątkowany pod koniec XVIII wieku, proces społeczno-gospodarczy, zwany, nieco myląca, rewolucją przemysłową doprowadził bowiem do zmiany głównego środka produkcji w gospodarce. W miejsce „ziemi”, czyli, najszerzej rzecz ujmując, zasobów naturalnych, czynnikiem tym stał się kapitał. Kapitał zaś, w odróżnieniu od zasobów naturalnych, potrafi wytwarzać sam siebie, co nazywa się akumulacją i co znalazło wyraz w powiedzeniu „pieniądz rodzi pieniądz”. W miarę akumulacji, podaż kapitału nieustannie rośnie, a tym samym spada jego, wyrażona w średniej stopie zwrotu, cena. W konsekwencji, kapitał aktywnie poszukuje możliwości inwestycji, które mogą dać wyższą od średniej stopę zwrotu. Mogą się one znaleźć w nowych, wcześniej nieistniejących segmentach gospodarki, mogą też w krajach biedniejszych, słabiej nasyconych kapitałem, w których stopa zwrotu jest wyższa niż w krajach zamożniejszych. W konsekwencji nadmiar kapitału zaczyna przepływać z krajów zamożnych do krajów biednych, dopóki stopy procentowe się nie wyrównają. Jednak nie każdy biedniejszy kraj może z tego mechanizmu skorzystać. Oprócz samej różnicy stóp procentowych, równie ważną rolę odgrywa inny czynnik – stabilność prowadzenia biznesu. Cóż bowiem z tego, że potencjalny zysk jest bardzo obiecujący, skoro w danym kraju rządzi niestabilny i nieprzewidywalny reżim, który lada moment może przeprowadzić akcje „unarodowienia” prywatnych inwestycji, albo w kraju grasują bezkarnie uzbrojone bandy i panuje bezprawie. Wbrew temu co twierdził Marks, kapitał nie znosi wojen, dyktatur i przemocy, bo to wszystko destabilizuje warunki do prowadzenia biznesu. W takiej Somalii stopa zwrotu może być olbrzymia, ale jakoś nikogo do inwestowania to nie skłania.

W często używanej w praktyce biznesowej tzw. analizie NPV (ang. Net Present Value), parametrem opisującym ową stabilność biznesową jest przewidywany czas istnienia inwestycji – t. W krajach praworządnych, stabilnych i wolnorynkowych, można przyjąć, że t dąży do nieskończoności. Wtedy o kierunku przepływu kapitału decyduje wyłącznie różnica w wysokości stóp procentowych. Aby jednak kapitał mógł dokonywać akumulacji w kraju niestabilnym, o horyzoncie czasowym t wyraźnie krótszym od nieskończoności, stopy procentowe R w takim kraju muszą być odpowiednio wysokie, dokładnie

R>r/(1-exp(-r*t))

Gdzie r to stopy procentowe w kraju pochodzenia kapitału, a t to wspomniany wyżej oczekiwany okres zwrotu z inwestycji. Rosja nigdy nie była krajem praworządnym i wolnorynkowym i parametr t zawsze był tam wyraźnie krótszy od nieskończoności. Niemniej Rosja była też zawsze krajem bardzo biednym i stopy zwrotu były tam na tyle wysokie, że kapitał tam jakoś napływał. Władimir Putin był traktowany jako złowrogi, ale jakoś tam obliczalny gangster, w interesach z którym, wskazana była daleko posunięta ostrożność, ale były one ostatecznie możliwe do przeprowadzenia. Kolejne rosyjskie agresje stopniowo czas t skracały i sytuacja gospodarcza Rosji systematycznie się pogarszała. W końcu, napadając otwarcie Ukrainę, Putin skokowo przeobraził się w oczach kapitału, z szemranego mafioza w nieobliczalnego psychopatę, z którym robienie jakichkolwiek interesów to czyste szaleństwo. Średni oczekiwany okres zwrotu z inwestycji zmniejszył się w Rosji drastycznie, tak jak pokazano na wykresie. Efekt był tym silniejszy, im niższe stopy procentowe r obowiązywały w kraju pochodzenia kapitału.

W konsekwencji oczekiwana stopa zwrotu wzrosła kilkukrotnie, do kompletnie nieosiągalnych realnie poziomów i kapitał z Rosji zaczął uciekać gigantycznym strumieniem. Międzynarodowe korporacje zwinęły się z tamtejszego rynku jeszcze zanim rządy zdążyły nałożyć na Rosję jakiekolwiek sankcje. Ratingi biznesowe Rosji, spadły zaś do najniższych, porównywalnych z Zimbabwe poziomów, jakich Rosja w swojej historii nigdy, nawet w najgłębszym kryzysie za Jelcyna, nie miała.

Utrata zaufania kapitału i tym samym również utrata samego kapitału, przynoszą Rosji straty, przy których wszystkie możliwe teoretycznie do uzyskania łupy z Ukrainy, z całą Ukrainą włącznie, są niewarte najmniejszej nawet wzmianki.

W rzeczywistości jednak rosyjskie koszty są jeszcze większe, niżby to wynikało tylko z ucieczki kapitału. Rewolucja przemysłowa minęła już bowiem dawno półmetek i kapitał też już, jak przed nim „ziemia” przestaje stopniowo być głównym środkiem produkcji. Najbardziej rozwinięte kraje na świecie zawdzięczają obecnie swój wzrost nie inwestycjom kapitałowym, ale innowacjom. Podstawowym czynnikiem produkcji powoli staje się ”praca”, czyli wysoko wykwalifikowani, i wysoko wykształceni pracownicy. Nie jest przypadkiem, że tacy ludzie wyjeżdżali z Rosji „od zawsze”, ale po 24 lutego ten trend osiągnął kulminację. Z Rosji Putina uciekł nie tylko kapitał, ale i ludzie, którzy potrafili optymalnie go wykorzystać. Rosja, w ciągu kilku tygodni, została ekonomicznie sprowadzona do ery preindustrialnej, do poziomu Kuby, Wenezueli, czy Korei płn.

I tu właśnie dochodzimy do najważniejszego, podstawowego błędu Putina, który jest zresztą typowy dla rządów w Rosji, jakiekolwiek by one nie były i z którego wynikają wszystkie pozostałe. Reżim moskiewski, wcale się bowiem, opisaną wyżej, ucieczką kapitału i fachowców, nie przejmuje i nie uważa tego za jakąś znaczącą stratę. Postrzega on bowiem gospodarkę nie w sposób kapitalistyczny, czy tym bardziej postindustrialny, ale właśnie maltuzjański, jeszcze XVIII wieczny. Głównym bogactwem kraju są dla rosyjskiej władzy surowce naturalne, czyli właśnie „ziemia”. Wydobycie i sprzedaż ropy naftowej, czy gazu, nie wymaga, w stosunku do osiąganych zysków, ani specjalnie wysokich nakładów kapitałowych, ani dużego wkładu pracy – niezbędne ku temu zasoby zawsze też można też sprowadzić z zagranicy akonto przyszłych zysków. Nawet planując podbój Ukrainy, tak naprawdę Putin chciał podbić jej zasoby naturalne, w ostateczności godząc się na zachowanie jakiegoś resztkowego państwa ukraińskiego na zachodzie, w mniemaniu Kremla, niezdolnego, po pozbawieniu go dostępu do surowców, do jakiegokolwiek rozwoju. Tego, że nawet gdyby doszło do realizacji takiego scenariusza, różnice pomiędzy zachodnim „banderlandem”, a wschodnią rosyjską „Małorosją” szybko, w ciągu pokolenia, narosłyby do poziomu różnic pomiędzy państwami koreańskimi, nikomu na Kremlu nawet się nie przyśniło.

Ignorowanie praw psychohistorii długo uchodziło rosyjskiej władzy na sucho, bo Rosja, największy obszarowo kraj na świecie i stosunkowo rzadko zaludniony, faktycznie długo mógł opierać się na gospodarce surowcowej i będąc faktycznie stacją benzynową, udawać państwo, a nawet wielkie mocarstwo. Świat jednak nie stał w miejscu. Rola surowców w światowym wzroście gospodarczym systematycznie malała, a tym samym i malało znaczenie ich dostawców. W końcu Putin prowadząc politykę z pierwszej połowy XX wieku, i mając gospodarkę wyjętą żywcem z wieku XVIII, zderzył się z wiekiem XXI i został przez niego starty na miazgę. Mimo tego, że był Putin istną skamieliną, reliktem dnia nawet nie wczorajszego, ale przedwczorajszego, miał na świecie licznych fanów i naśladowców, którzy, nawet czasem będąc z nim werbalnie skłóceni, faktycznie, uwiedzeni jego rzekomą „sprawczością”, i „posybilizmem” usiłowali rosyjski model ekonomiczny i polityczny naśladować. Klęska Putin stała się i ich klęską i należy oczekiwać, że Łukaszenko, Orban, czy PIS długo już u władzy w swoich krajach nie pociągną. Atraktor psychohistoryczny zwalczył tą, niezbyt udolną, próbę przeciwstawienia się mu i historia stopniowo powraca w swoje naturalne koleiny.

O pożytkach z psychohistorii

W czwartek, 24 lutego 2022 roku wojska Federacji Rosyjskiej, na rozkaz prezydenta Władimira Putina, rozpoczęły zmasowaną inwazję na Republikę Ukrainy, państwo biedne, zacofane i skorumpowane, które zresztą już osiem lat wcześniej straciło na rzecz Rosji niektóre fragmenty swojego terytorium. W opinii, zarówno samego prezydenta Putina, jak i wielu jego zwolenników i pomagierów, nie tylko w Rosji, ale i w krajach Zachodu, miała to być krótka zwycięska wojenka, która, najdalej po kilku dniach, skończyłaby się upadkiem ukraińskiego rządu i ustanowieniem w ukraińskiej stolicy marionetkowego reżimu, który by natychmiast podpisał z Putinem odpowiedni traktat „o przyjaźni”.  Do następnego poniedziałku, wszystko miało być pozamiatane, Ukraina podbita, a niezwyciężona armia rosyjska gotowa do kolejnej „operacji specjalnej” w Mołdawii, czy na Litwie, w zależności od tego, jaki cel wskazałby swoim nieubłaganym palcem rosyjski prezydent. Tymczasem, niespodziewanie dla Putina i jego zafascynowanych otaczającym kremlowskiego dyktatora nimbem „sprawczości”, siły i „woli mocy”, fanów na całym globie, sprawy przyjęły zgoła odmienny obrót. Okazało się, że są na świecie rzeczy potężniejsze od woli kremlowskiego satrapy.

Ukraiński rząd nie był tak tchórzliwy jak Putin uważał i ze stolicy nie uciekł. Armia ukraińska okazała się być o wiele bardziej kompetentna, zmotywowana i silniejsza niż ktokolwiek na Kremlu przypuszczał. Wreszcie reakcja najpotężniejszych krajów Zachodu, nie ograniczyła się bynajmniej do zgłaszania wyrazów protestu, ubolewania, tudzież rysowania kredkami po chodnikach, jak to szyderczo środowiska zafascynowane rzekomą siłą Putina prorokowały. W ciągu kilku tygodni armie Putina doznały na Ukrainie druzgoczącej klęski, a gospodarka rosyjska potężnego załamania, co wszystko razem prowadzi wprost, w perspektywie czasowej raczej rzędu miesięcy, niż lat, do upadku nie tylko samego reżimu Putina, ale i zapewne całego państwa rosyjskiego w dotychczasowym kształcie terytorialnym i ustrojowym.

Dlaczego tak się stało? Przecież do tej pory, „wola mocy” Putina odnosiła same sukcesy. Podbicie Czeczenii, najazd na Gruzję w 2008 roku, odebranie Ukrainie Krymu i Donbasu w roku 2014, oraz zmasakrowanie Syrii uszły mu w sumie bezkarnie. Putin i jego pokraczne imperium, w którym kilkadziesiąt procent mieszkańców nie miało nawet dostępu do kanalizacji, czy bieżącej wody, przegrało jednak w końcu, bo przegrać musiało, z przeciwnikiem znacznie potężniejszym niż zjednoczony w junackim patriotyzmie wieloetniczny naród ukraiński, potężniejszym niż organy Unii Europejskiej i potężniejszym niż amerykańska administracja.

W połowie XX wieku amerykański autor literatury z gatunku sci-fi, Isaac Asimov, na potrzeby swojego cyklu powieściowego „Fundacja”, wymyślił naukę zwaną psychohistorią. Zajmować się miała ta fikcyjna dziedzina wiedzy analizą i przewidywaniem kierunku zmian społecznych, gospodarczych i politycznych, zachodzących w ludzkich populacjach. Chociaż zachowanie pojedynczych ludzi pozostawało nieprzewidywalne, to matematyczna analiza odpowiednio licznej ich zbiorowości, mogła przewidzieć zachowanie społeczeństwa, jako całości. Rozwiązanie równań psychohistorycznych pozwalało nie tylko odtworzyć w modelu aktualny stan danego społeczeństwa, ale też, poprzez zbadanie jego dynamiki, przewidzieć, a tym samym i kształtować, jego przyszłość. Ustanawianie i obalanie kolejnych rządów, budowę, rozwój i upadek imperiów, a także przyszłe losy całej cywilizacji. Aby modele psychohistoryczne Asimova mogły działać i dawać sensowne wyniki, musiały być jednak spełnione pewne warunki, przede wszystkim społeczeństwo poddawane analizie musiało być odpowiednio liczne. U Asimova na skalę całej Galaktyki. Poza tym matematyka kryjąca się za równaniami psychohistorycznymi była niesłychanie skomplikowana, wymagająca niezwykle wytężonej pracy najlepszych matematyków w Galaktyce i użycia bardzo zaawansowanych futurystycznych narzędzi, w rodzaju Pierwszego Radiantu. Taka psychohistoria wydawała się zatem przynależeć wyłącznie do dziedziny fantastyki. Tak właśnie było w połowie wieku XX.

W historii twórczości SF wielokrotnie jednak okazywało się, że rozwój naukowo-techniczny potrafi dogonić wyobraźnię twórców, czasami wręcz zaskakująco szybko. Wymyślony przez Juliusza Verne, okręt podwodny „Nautilus”, został faktycznie zbudowany w mniej niż sto lat po ukazaniu się „20 000 mil podmorskiej żeglugi”. Podróż „Wokół Księżyca” tegoż autora również doczekała się swojej realizacji w zbliżonym czasie. Telefony komórkowe z pierwszego serialu „Star Trek”, pojawiły się na rynku jeszcze szybciej. A na prawdziwą psychohistorię czekaliśmy zaledwie 70 lat, zanim została zaprezentowana w książce autorstwa niżej podpisanego pt. „O niewielości cywilizacji

W przeciwieństwie do wyimaginowanej psychohistorii Asimova, ta prawdziwa, realnie istniejąca, nie wymaga aż tak złożonego aparatu matematycznego – spokojnie wystarczy poziom licealny. Jej założenia – aksjomaty też są znacznie mniej skrajne, niż przyjął to Asimov. Minimalna konieczna wielkość ludzkiej populacji to tysiące, co najwyżej miliony osobników, na pewno nie galaktyczne tryliony, nie ma też powodu wykluczać, co zrobili bohaterowie Asimova, istnienia innych niż ludzie istot inteligentnych.

Próba opisania całych dziejów cywilizacji za pomocą kilku prostych modeli matematycznych, może jednak wydawać się niesłychanie zuchwała. W końcu społeczeństwa istot inteligentnych, wydają się być znacznie bardziej skomplikowane i posiadać znacznie więcej stopni swobody niż, opisywane przez nieporównywalnie bardziej złożone i skomplikowane modele, cząstki elementarne, czy czarne dziury.

Tym bardziej zaskakujące jest, jak bardzo okazała się ta próba udana. I jak dokładnie w jej trakcie zdołano opisać całe dotychczasowe dzieje ludzkości, z rewolucją neolityczną, rewolucją przemysłową, a nawet wojnami światowymi z XX wieku włącznie. Autor postawił też szereg przewidywań, co do dalszych losów cywilizacji, które będzie można sfalsyfikować w przyszłości. Jeżeli kiedykolwiek nawiążemy kontakt z jakąś cywilizacją pozaziemską, to powinno się też okazać, że rozwijała się ona według tego samego modelu, co cywilizacja znana nam z autopsji.

Ludzie zatem, wbrew temu, co sami o sobie sądzą, są więc w gruncie rzeczy tak samo przewidywalni i tak samo ograniczeni jak molekuły amoniaku. Poszczególne jednostki mogą przejawiać nawet bardzo daleko posuniętą samodzielność i inicjatywę, w dłuższej jednak perspektywie czasowej, społeczeństwo zawsze doprowadzi do regresji do średniej i historia popłynie w stronę aktualnego atraktora. Najwybitniejsze nawet jednostki mogą ten proces przyśpieszać lub opóźniać, ale nie są w stanie go powstrzymać, ani tym bardziej odwrócić. W wykreowanym przez Asimova świecie „Fundacji”, gdzie twórcy psychohistorii przewidzieli, zaplanowali i za pomocą swoich równań, zaprogramowali polityczne, ekonomiczne i społeczne dzieje Galaktyki na wiele tysięcy lat do przodu, dwukrotnie podjęto próbę świadomego zburzenia tego porządku i popchnięcia społecznego atraktora Galaktyki w innym kierunku. Uratowania, wbrew równaniom, upadającego starego Imperium Galaktycznego i zniszczenia tytułowej „Fundacji”, czyli zalążka zaplanowanego imperium nowego, bardziej stabilnego i lepiej urządzonego, spróbował Bel Riose, ostatni utalentowany generał starego imperium. Odniósł od wiele zwycięstw nad siłami Fundacji, ale każde z nich okazało się w końcu przyczyniać do jego końcowej klęski i śmierci. Równania psychohistorii ostatecznie go, mimo całego jego geniuszu militarnego, pokonały.

Kilkaset lat później pojawił się w Galaktyce prawdziwy, w przeciwieństwie do Bel Riose, nieprzewidziany przez psychohistorię, „czarny łabędź”, w postaci człowieka zwanego Mułem. W wyniku kaprysu genetycznej loterii obdarzony był nadnaturalnymi wręcz zdolnościami empatycznymi i psychicznymi, powalającymi mu nawet czynić z największych swoich wrogów, najbardziej oddanych wyznawców. Mimo jednak, że, wykorzystując w pełni te swoje możliwości, Muł doszczętnie zdemolował aktualny układ polityczno – ekonomiczny Galaktyki, po jego śmierci, układ ten i tak stopniowo wrócił do poprzedniego, wyznaczonego przez psychohistorię, atraktora.

Wracając do Władimira Putina, to oczywiście nie miał on, ani talentu Bel Riose, ani tym bardziej nadnaturalnej charyzmy Muła. Dlatego też, jego próba rzucenia wyzwania psychohistorii, była dużo bardziej nieudolna. W dzisiejszych czasach, w krajach, które już dawno przeszły rewolucję przemysłową – a nie są to jeszcze bynajmniej wszystkie kraje na świecie -, dominującymi, stabilnymi ewolucyjnie, strategiami rozwiązywania konfliktów, są strategie legalistyczne. W największym skrócie polegają one na przyjmowaniu postawy agresywnej wyłącznie w obronie własnych, obiektywnych praw do danego zasobu (np. terytorium), a ustępowaniu tam, gdzie prawa innych graczy są obiektywnie słuszniejsze. Taką postawę w obecnym konflikcie prezentuje Ukraina i wspierający ją sojusznicy z Zachodu. Tymczasem Putin okazał się istną skamieliną, przedstawicielem dnia wręcz przedwczorajszego. Grał on bowiem za pomocą strategii pragmatycznych, czyli takich, w których silniejszy gracz wymusza na słabszym posłuszeństwo siłą, a jeżeli słabsi się sprzeciwiają, to ich niszczy. Strategie pragmatyczne miały swoje pięć minut w pierwszej połowie XX wieku, czasie, który autor nazywa w swojej książce Grzbietem Pragmatyzmu. Jednak nawet wtedy ich stosowanie było, jak wiemy z historii, obarczone dużym ryzykiem. W wieku XXI są one zaś już kompletnie nieefektywne. Mogą odnieść przejściowy sukces raz, czy dwa (Gruzja 2008, Ukraina 2014), ale w końcu muszą, niczym Bel Riose, przegrać i polec, o czym właśnie Putin się przekonał.

W momencie, kiedy autor pisze te słowa, wojna ukraińska ciągle jeszcze trwa, a Putin żyje i rządzi Rosją, zatem wróżenie jego upadku może wydawać się przedwczesne. Przed psychohistorią nie ma jednak ucieczki. Nawet gdyby rosyjska „operacja specjalna” okazała się, zgodnie z planami Moskwy, całkowitym sukcesem, przedłużyłoby to agonię putinowskiego imperium może nawet o kilka lat, ale koniec nadszedłby równie nieuchronnie. Psychohistoria nie dopuszcza już bowiem istnienia w dzisiejszym świecie podobnych bytów politycznych. Rosja, albo pójdzie w końcu ustrojowo w ślady Ukrainy, albo po prostu zniknie jako państwo.

Psychohistoria wreszcie wydana

Po raz pierwszy pilaster umieszcza na tym blogu treść reklamową, a właściwie autoreklamową. Ale w końcu jeżeli się sam nie pochwalę, to kto mnie pochwali? Długo pilaster czekał na możliwość wydania swojej psychohistorii drukiem, ale się w końcu doczekał. 🙂

Oto i ona:

Niestety, nakład jest ograniczony i zależny od ilości zamówień, dlatego też pilaster jest zmuszony do usilnego zachęcania do tychże zamówień składania i nabywania książki. Niech psychohistoria trafi również pod strzechy. 🙂

Link do księgarni

Sejm na ruletce wylosowany. III 2022

Od wielu tygodni wszyscy najwięksi światowi analitycy militarni, ekonomiczni i polityczni nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego 24 lutego 2022 roku rosyjski dyktator Putin zdecydował się na samobójczy krok i zaatakował zbrojnie Ukrainę. Samobójczy, bo biorąc pod uwagę realny stan ekonomiczny Rosji i jej sił zbrojnych, taka inwazja nigdy nie miała prawa się udać i mogła się skończyć tylko upadkiem Putina, a zapewne wkrótce i całej Rosji. Był to ruch tak absurdalny, tak bezsensowny i tak hazardowny, że przyjęło się nawet uważać, że Putin zwyczajnie oszalał.

A tymczasem rozwiązanie tej zagadki jest widoczne jak na dłoni. Za inwazją Putina na Ukrainę stoi …pilaster. 😉

5 lutego, na 19 dni przed putlerowskim atakiem, opublikował on bowiem na swoim blogu notatkę, którą zakończył słowami:

. „W zasadzie wyraźny wzrost poparcia dla PIS mógłby obecnie spowodować wyłącznie Putin atakując zbrojnie i na pełną skalę Ukrainę.”

No i słowo się w gówno obróciło 😦 Ktoś na Kremlu to przeczytał i zameldował o tym gdzie trzeba. Machina rosyjskiej (auto)destrukcji ruszyła. Dla ratowania władzy swoich przydupasów Putin okazał się gotów na ostateczne poświęcenie.

W przypadku Węgier to nawet podziałało. Swoim rzuceniem się na stos zapewnił Putin Orbanowi kolejną kadencję niszczenia państwa i społeczeństwa węgierskiego. Jednak, ani Orban, ani jego węgierscy wyznawcy, najwyraźniej nie zdają sobie sprawy że czas, kiedy robili sobie swoje biznesiki z Putinem w zamiana za włażenie kremlowskiemu satrapie w dupę, przeszły już do historii. Że włazić, owszem, nadal będą musieli, ale już żadnych zauważalnych profitów z tego nie osiągną.

W Polsce jednak to nie zadziałało. Wzrost poparcia dla postkomunistów był niewielki i do tego chwilowy. Co widać na poniższym wykresie. tradycyjnie przypomina pilaster, że zacieniowany obszar to zakres błędu przy poziomie ufności 20%

PIS wyraźnie nie dorósł do swojego moskiewskiego pierwowzoru i okazał się jeszcze bardziej od niego nieudolny i krótkowzroczny. Nawet w obliczu największego zewnętrznego zagrożenia dla Polski od 1981 roku, genetyczni patrioci nadal myślą tylko o tym, jakby się nakraść i zapewnić sobie bezkarność, oraz jak wyeliminować wszystkich Polaków, którym narodowy pisowski socjalizm się nie podoba. Machina propagandowa postkomunistycznego antypolskiego przemysłu pogardy nie zwolniła też ani na moment. Nadal głównym wrogiem i celem histerycznych ataków jest UE i ogólnie Zachód. Wprost Putina PIS co prawda nie odważa się popierać, ale już nie kryjący się bynajmniej z miłością do Kremla Orban, nadal jest dla postkomunistów celem strzelistych afektów. I wyborcy chyba to jednak widzą.

Tak czy owak, w poparciu dla poszczególnych partii, agresja Putina na Ukrainę nie spowodowała trwałych zmian. Najbardziej prawdopodobny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w marcu, przedstawia kolejny wykres.

A dwa kolejne tradycyjnie pokazują liczebność możliwych koalicji i prawdopodobieństwo uzyskania przez nie większości.

PIS został tym samym pozbawiony jakichkolwiek atutów. Pieniędzy na dalsze korumpowanie elektoratu nie ma i nie będzie, inflacja przyśpiesza, a kryzys narasta. Teoretycznie mogliby jeszcze genetyczni patrioci spróbować wywołać konflikt etniczny i poszczuć swoich wyznawców na przebywających Polsce ukraińskich uchodźców, ale taka gwałtowna wolta propagandowa jest jednak mało prawdopodobna, już abstrahując od tego, czy mogłaby być skuteczna.

Narodziny narodu

Onegdaj pilaster założył się na forum internetowym, że państwo rosyjskie zacznie rozpadać się na części do końca 2020 roku. Zakład ten w oczywisty sposób pilaster przegrał. Jednak, jak się okazuje, wykazał się on (pilaster, a nie zakład) tylko niewielkim przerostem optymizmu i pomylił się raptem o nieco ponad dwa lata.

Data 24 lutego 2022 roku z pewnością przejdzie do historii. Tego właśnie dnia Putin zrobił coś, czego nikt rozsądnie myślący się nie spodziewał. Bez żadnego widocznego powodu zaatakował on zbrojnie Ukrainę. Był to krok po prostu szalony i samobójczy. Odradzali to Putinowi literalnie wszyscy, także właśni generałowie. To, że Putin się na to zdecydował, dało nawet powód do twierdzenia, że zwyczajnie na świecie kremlowski satrapa oszalał. Byłoby to jednak przedwczesna opinia. To że my nie widzimy do tej samobójczej agresji żadnego racjonalnego powodu, nie oznacza że takiego powodu nie było. Putin mógł po prostu wiedzieć coś, czego my nie wiedzieliśmy, a rozwój sytuacji w kolejnych dniach mniej więcej pokazuje co to mogło być.

24 lutego okazał się swoistym politycznym przejściem fazowym. O ile przed tą datą Putin i Rosja byli generalnie traktowani jako w miarę normalni uczestnicy polityki międzynarodowej, a ich roszczenia wobec Ukrainy i nie tylko, spotykały się rzecz jasna z odporem, ale i nie kwestionowano prawa Putina do tych roszczeń wysuwania. Reakcja świata na agresję nie była chyba jednak taka, jakiej Putin się spodziewał. Rosja (licząc razem z Białorusią) została literalnie sama jak palec. Kazachstan wręcz oficjalnie odmówił nie tylko wysłania jakichkolwiek wojsk do Ukrainy, ale nawet oficjalnego uznania tzw. „republik ludowych”. Na pewno nie byliby Kazachowie tacy odważni, gdyby nie otrzymali jakichś gwarancji od Pekinu. Chiny zatem, w Rosji ciągle oficjalnie uznawani za bliskiego sojusznika, już zaczęły się od ukraińskiej awantury powolutku dystansować.

Przed 24 lutym, wiele krajów, zwłaszcza Niemcy prowadziło wobec Putina politykę „appasementu”, podobnie jak Chamberlain wobec Hitlera w latach 30. Można mieć to im teraz za złe, ale zawsze, tak samo jak w przypadku Chamberlaina, byłaby to ocena post factum. Zarówno Chamberlain, jak i niemiecki rząd wychodzili ze słusznego jak najbardziej założenia, że w epoce industrialnej (Chamberlain) jak i tym bardziej postindustrialnej (Bundesrepublika) handel jest zawsze bardziej opłacalny niż wojna i ktokolwiek potrząsa szabelką, można prawie w ciemno zakładać, że blefuje. Pilaster też zresztą przecież był przekonany, że Putin blefuje.

Niżej podpisany ma w tym miejscu satysfakcję, że „od zawsze” powtarzał i w wielu esejach opisywał, że zarówno sama Rosja pod rządami Putina, jak i konsekwentnie jej armia to organizacje zacofane, skorumpowane, niekompetentne i przegniłe od góry do dołu. W odpowiedzi często słyszał zapewnienia, że jest wręcz przeciwnie. Ze sama Rosja jest i może skorumpowana, ale jej armia, to ho, ho, najpotężniejsza siła w naszej części Galaktyki, która jeżeli jeszcze nie podbiła San Francisco, to tylko dlatego, że nie chciała, a nie dlatego, że nie mogła. Oczywiste jest jednak, że stan wojska jest prostym odbiciem stanu całego państwa. W tym miejscu można jednak zaznaczyć, że przecież Ukraina jest tak samo biedna, zacofana i skorumpowana jak Rosja. Jednak Ukraina ma w porównaniu do Rosji dwa istotne plusy. Po pierwsze nie jest dyktaturą, zatem kontrola społeczna nad aparatem państwowym jest jednak bardziej efektywna. Można śmiało założyć, że pokazywany w indeksach ukraiński poziom korupcji mniej więcej odpowiada stanowi rzeczywistemu, podczas gdy w Rosji może być znacznie zaniżony. Po drugie Ukraina, w przeciwieństwie do Rosji, ma sojuszników. Wielu. Bardzo wielu. Praktycznie w tej chwili cały pozostały świat. Krytykowano i wyszydzano Niemców, kiedy przed najazdem zaoferowali Ukrainie kilka tysięcy hełmów. Jednak Rosji jakoś nikt nie chciał zaoferować nawet pół złamanego hełmu. Dzięki tym sojuszom Ukraina mogła więc zbudować i utrzymać armię jakościowo znacznie „ponad stan” własnego biednego państwa. I to się właśnie okazało 24 lutego. Armia rosyjska okazała się znacznie gorsza, a ukraińska znacznie lepsza, niż to się większość komentatorów spodziewała.

Jeżeli Putin faktycznie się spodziewał, że wojska ukraińskie od razu masowo się podadzą, albo wręcz przejdą na jego stronę, a on sam obali państwo ukraińskie w ciągu kilku godzin, to chyba się rozczarował.

Jeszcze raptem tydzień temu, a jednak w zupełnie innej epoce historycznej liczni wtedy fani Putina, zapewniali jednym tchem, że oczywiście Putin nie ma żadnego zamiaru najechać Ukrainy, ale gdyby to zrobił, to zmiótłby banderowców/Chachłów/nazistów/ukrów/Chazarów, jak Kreml nazywa Ukraińców, w jeden dzień. No, maksymalnie w dwa. Teraz jakoś dziwnie zamilkli. Nic dziwnego. Sam widok tej potęgi, którą uważali za niezwyciężoną, rozsypującej się w gruzy w starciu nie z potężnym NATO, nie z Chinami, tylko z pogardzanymi „Chachłami”, musi być dla nich potężnym szokiem poznawczym.

Ukraińcy tymczasem bronią się nie tylko dzielnie, ale i bardzo mądrze. Rozsądnie założywszy, że Putin nie może wydać rozkazu zniszczenia rosyjskojęzycznego Charkowa, czy „matki ruskich miast” – Kijowa, zamknęli się właśnie w miastach. Pozwalali wjeżdżać rosyjskim kolumnom uderzeniowym do centrów miast, po czym niszczyli je z bliska ręcznymi zestawami p-panc. W końcu Rosjanie, nie mogąc zająć żadnego znaczniejszego ośrodka miejskiego, zaczęli omijać miasta i nacierać dalej w głąb kraju, rozciągając coraz bardziej swoje linie zaopatrzeniowe i zostawiając sobie na tyłach znaczne siły przeciwnika. To się może skończyć tylko w jeden sposób. W ogóle wojna jest prowadzona ze strony rosyjskiej tak chaotycznie i niekompetentnie, że aż się nasuwa podejrzenie o świadomym sabotażu generalicji. Rosja przegrywa wojnę na wszystkich możliwych frontach, również propagandowym, gdzie zazwyczaj była mocna. Propaganda ukraińska to jednak dzisiaj w porównaniu ze skrajnie toporną (ostatni kwiatek – „no rzeczywiście nasze wojska poniosły pewne straty. Jakie? Znacznie mniejsze”) propagandą putinowską istna wirtuozeria. Ukraińcy oparli się prostackiej pokusie demonizowania i odczłowieczania wroga, ale wręcz przeciwnie, zaczęli go ośmieszać, i się nad nim litować. Jest to dla Putina po prostu zabójcze, despota bowiem przecież może być bezwzględny i okrutny, ale na pewno nie może być śmieszny. W rezultacie najeźdźcom nie udało się do tej pory odnieść żadnego wymiernego sukcesu, bo na pewno nie jest w nim wdarcie się na kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset kilometrów w głąb terytorium Ukrainy bez zadania przeciwnikowi jakiś zauważalnych strat. Gdyby bowiem Ukraińcy takie straty ponieśli, to przecież Putin nie omieszkałby się tym chwalić, pokazywać jeńców, zniszczony sprzęt, etc..

Innym ciekawy zjawiskiem jest asymetria informacyjna. Bardzo łatwo w internecie znaleźć na bieżąco szczegółowe położenie i ruchy wojsk Putina, natomiast prawie nic nie wiadomo o położeniu i ruchach wojsk ukraińskich. Wcale by się pilaster nie zdziwił, gdyby się okazało, że główne siły ukraińskie wcale jeszcze do boju nie weszły. W końcu liczebność agresora, co też jest ewenementem mogącym być wytłumaczonym wyłącznie całkowitym lekceważeniem przeciwnika, są liczebnie słabsze od wojsk obrońców. Oczywiście Putin też ma jakiś wywiad, także satelitarny, zatem coś tam o siłach ukraińskich pewnie wie. Ale i tak o wiele mniej niż Ukraińcy wiedzą o nim.

Putin już zatem poniósł klęskę. Nawet gdyby udało mu się w końcu, kosztem olbrzymich strat, zdobyć Kijów i obsadzić tak jakąś swoją marionetkę, to i tak wojna będzie trwać nadal, a całej Ukrainy, a nawet większej jej części, słabe siły rosyjskie nie zdołają podbić i kontrolować, zwłaszcza w przypadku tak silnego oporu. Równolegle w życie wchodzą kolejne dotkliwe antyputinowskie sankcje, a na Ukrainę napływa wartki potok nowoczesnego, deklasującego o kilka generacji rosyjskie, uzbrojenia. Według pewnych doniesień, zaopatrzenia mają putinowcy, pod warunkiem jeszcze, że zdołają je dostarczyć na miejsce, na raptem dziesięć dni kampanii, (a i to oficjalnie, bo nie wiadomo ile z tego zdołali opylić na lewo), a nowych zapasów nie są w stanie odtworzyć. Tyle też czasu musi wytrzymać obrona, aby Ukraińcy mogli przejść do kontrofensywy. A wtedy mają w zasięgu nie tylko to co do tej pory utracili, ale i Donieck, Krym, a nawet …Białoruś.

Ukraina przeżywa właśnie dni największej chwały w całej swojej dotychczasowej historii. Kreuje bohaterów, których pomniki będą stały jeszcze i za tysiąc lat. Z wyrytymi na cokołach kultowymi frazami „idi na chuj”, czy „potrzebuję amunicji, a nie przejażdżki” ma się rozumieć. Bohaterów, którzy zepchną w cień dotychczasowych, w tym niektórych bardzo wątpliwych. Szczególną rolę odgrywa tu (dosłownie odgrywa) ukraiński prezydent Żełeński, człowiek, którego wszyscy mieli za niepoważnego komika, a który okazał się, pewnie nawet ku swojemu własnemu zdumieniu, bardzo poważnym mężem stanu. Jego przemówienia do Rosjan nie pokazano oczywiście w putinowskiej telewizji, ale można je obejrzeć w rosyjskim internecie i zrobiło ono w Rosji wielkie wrażenie. Wielkie czasy tworzą zatem wielkich ludzi, nawet z niczego. Wykuwa się właśnie na naszych oczach nowy naród ze wspaniałą tradycją zwycięskiej walki, w sojuszu z całym wolnym zachodnim światem, przeciwko ponurej wschodniej despotii.

Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie jaki był ten racjonalny powód, który kazał Putinowi popełnić tak spektakularne samobójstwo. Co wiedział Putin, a czego my nie wiedzieliśmy? Ekstrapolując widoczny na Ukrainie stan rosyjskiej armii, w tym rzekomo „elitarnych” jednostek, na całe państwo można założyć, że to państwo, a wraz z nim i władza Putina sypie się w gruzy, nawet bez najazdu na Ukrainę.

Często spotyka się porównanie Putina do Hitlera. Z jednej strony ma to pewne uzasadnienie, z drugiej nie. Podobnie jak w przypadku Hitlera, interesy Putina, jako dyktatora rozjechały się już dawno z interesami rządzonego przez niego kraju i podobnie jak w przypadku Hitlera, Putin musiał rozpętać wojnę, której prawie na pewno nie można wygrać, aby uniknąć pokoju, którego wygrać nie można na pewno. Jeszcze tydzień temu, ale już w zupełnie innej epoce historycznej, Putin mógł po prostu wsiąść w samolot i odlecieć do jakiegoś ciepłego kraju, gdzie uzyskawszy azyl, mógłby żyć spokojnie na emeryturze za swoje ukradzione miliardy dolarów. Potem tej opcji już nie miał. Ale oprócz tych podobieństw są i znaczące różnice. Hitler, którego działalność przypadła na cywilizacyjny Grzbietu Pragmatyzmu i Wojnę Asurów, zdążył jeszcze trafić w swój czas. Miał miliony fanatycznych wyznawców, gotowych zabijać i oddawać życie za jego i jego idee. Putin był istną skamieliną. Reliktem nawet nie dnia wczorajszego (zimnej wojny), ale wręcz przedwczorajszego, czyli Wojny Asurów właśnie. Miał koniunkturalnych i interesownych zwolenników, ale nikogo, który by serio traktował jego fobie. Trudno naprawdę wyobrażać sobie żołnierzy Wehrmachtu, nawet w 1945 roku, którzy by kapitulowali przed …taksówkarzem i prosili, żeby ich odwiózł swoją taryfą do jakiejś jednostki wojskowej, gdzie mogliby oddać się do niewoli.

Konsekwentnie używa tutaj pilaster wobec Putina czasu przeszłego, bo chociaż w momencie, kiedy pisane są te słowa, Putin jeszcze chodzi, oddycha i mówi, nie ulega jednak wątpliwości, że to już tylko żywy trup, który tylko jakimś kaprysem natury krąży jeszcze przez chwilę między żywymi.

Co ciekawe, Putin, który przeżył tylu amerykańskich prezydentów, od Clintona, do Trumpa, został w końcu koncertowo rozegrany i wyrolowany na cacy przez Bidena, ledwo dychającego wiekowego dziadka ze sklerozą. I tak wystarczyło. W końcu Hitler też załatwili nałogowy alkoholik do spółki z kaleką na wózku.

Sejm na ruletce wylosowany I 2022

W styczniu 2022 w sondażach wyborczych w większości kontynuowane były trendy z poprzedniego miesiąca, co widać na załączonym wykresie. Przypomina pilaster, ze zakreskowany obszar wyznacza zakres błędu.  Rzeczywiste poparcie mieści się w tym zakresie z prawdopodobieństwem 80%

Notowania postkomunistów powolutku, ale jednak w styczniu malały i nawet ich najzawziętszy promotor – sondażownia Social Changes – musiała w końcu spuścić z tonu. Niestety, PIS nadal ma grubo powyżej 30% wyznawców, a dopóki poparcie dla genetycznych patriotów nie spadnie wyraźnie i trwale poniżej tej bariery, o wewnętrzną dekompozycję obozu narodowosocjalistycznego będzie bardzo trudno. Nawet fizyczna eksterminacja własnego elektoratu, której się PIS przez ostanie dwa lata oddawał, niewiele na ten stan rzeczy wpłynęła. Powolnemu spadkowi poparcia dla postkomunistów towarzyszy równie powolny wzrost KO. Niestety, chociaż nie widać tego w bezpośrednim badaniu przepływów, wzrost ten odbył się zapewne kosztem PL 2050. PSL, po podrygach w ostatnich kilku miesiącach, niestety nadal rozczarowuje i nie jest się w stanie przebić przez barierę 5%. Hipotetyczny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w styczniu i gdyby PIS, co jest bardzo optymistycznym założeniem, ich nie sfałszował, wyglądałby następująco:

Nie różni się zatem znacząco od poprzednich miesięcy, tyle że tym razem PIS nie ma większości zarówno w koalicji z Lewicą, jak i z KWIN. Potencjale koalicje pokazano na trzecim wykresie:

A obliczone metodą Monte Carlo szanse na uzyskanie przez nie większości n wykresie nr 4:

Mimo że sytuacja się nieco polepsza, można też na wykresach zauważyć, że postkomuniści bywali już w gorszej sytuacji i zdołali się odbić. Rezerwy jednak, w miarę narastania inflacji i zaostrzania kryzysu, coraz bardziej im się kończą. W zasadzie wyraźny wzrost poparcia dla PIS mógłby obecnie spowodować wyłącznie Putin atakując zbrojnie i na pełną skalę Ukrainę. Koszty jednak takiego posunięcia byłyby dla kremlowskiego satrapy nie do udźwignięcia, zatem bardzo wątpliwe jest, żeby się na to zdecydował.