Wśród zwierząt, ludzi i bogów.

Powstanie i rozwój cywilizacji, wymaga jednoczesnego spełnienia wielu niezależnych warunków ekonomicznych i społecznych. Tak wielu, że choć dzieje człowieka sięgają kilkuset tysięcy, a jeżeli rozciągniemy „człowieczeństwo” także na inne niż Homo sapiens, gatunki rodzaju Homo, nawet kilku milionów, lat, to cywilizacja, datująca się od powstania rolnictwa w wyniku tzw. rewolucji neolitycznej, zajmuje z tego raptem lat tylko dziesięć tysięcy.

 Jednym z tych niezbędnych warunków jest rozwój wzajemnych sieci współpracy międzyludzkiej. Im bardziej rozwinięta i złożona cywilizacja, tym więcej ludzi się w takiej sieci znajduje i razem współpracuje. Powstanie takiej złożonej sieci wymaga jednak przełamania pewnej bariery biologicznej. Jak wszystkie gatunki społeczne, również ludzie są ewolucyjnie dostosowani do współpracy wewnątrzgrupowej, ale tylko pod warunkiem, że, albo są ze sobą blisko spokrewnieni, albo swoich wspólników osobiście znają. Górnym limitem, jest tu tzw. liczba Dunbara, około 150 osób, o których informacje człowiek jest w stanie przechować w swoim mózgu. Dla cywilizacji, liczącej miliony osobników, to żałośnie mało. Powstanie i rozwój cywilizacji wymaga zatem istnienia jakichś mechanizmów społecznych, które umożliwią współpracę pomiędzy ludźmi, którzy nie są spokrewnieni, osobiście się nie znają i nigdy się nawzajem nie widzieli.

Takie właśnie mechanizmy opisuje izraelski historyk Yuval Noah Harari w swojej książką „Od zwierząt do bogów”. Sposobem na poszerzenie, ponad naturalne granice biologiczne, sieci współpracy jest, jak ją nazywa Harari, rzeczywistość wyobrażona. Byty, które istnieją tylko w zbiorowej wyobraźni ludzkiej, mity i opowieści w które prawie wszyscy wierzą i do których dwóch nieznających się nawzajem, ale wierzących w ten sam mit, przedstawicieli Homo sapiens, może się odwołać. Taką rzeczywistością wyobrażoną są oczywiście religie, ale też wszelkie inne wierzenia, niekoniecznie transcendentne. Do owej rzeczywistości wyobrażonej zalicza Harari także na przykład narody, państwa, pieniądze, prawo handlowe, czy ideologie, takie jak komunizm. Powstanie rzeczywistości wyobrażonej, pierwszych religii, datuje się na czasy tzw. „rewolucji poznawczej”, ok 70 tysięcy lat temu i od tego punktu Harari zaczyna swoją narrację.

Oczywiście wraz z rozwojem społeczeństwa zmieniały się i rzeczywistości wyobrażone. Inne religie mieli łowcy-zbieracze paleolitu, inne pierwsi rolnicy neolitu. Wraz z epoką brązu pojawił się politeizm, w epoce żelaza monoteizm. Wreszcie, od XVI wieku i tzw. „rewolucji naukowej”, dominującą religią, zdaniem Hariarego, stał się humanizm, w obrębie którego ostatecznie, po klęsce najpierw nazimu, a potem komunizmu, zatriumfował liberalizm.

„Od zwierząt do bogów” jest książką nie tylko oryginalną i przenikliwą, ale i bardzo dobrze, lekkim stylem napisaną. Oczywiście autor nie uniknął też pewnych potknięć i słabości. Przyjęcie takiego specyficznego punktu widzenia spowodowało, że znacznie wyolbrzymił Harari rolę „rewolucji poznawczej” w górnym paleolicie, tej która stworzyła pierwsze religie, kosztem pomniejszenia znaczenia rewolucji neolitycznej – wynalezienia rolnictwa. Podobnie przełomowe znaczenie przypisał „rewolucji naukowej” z XVI wieku, zapominając, że podobne zjawisko zaszło już dwa millenia wcześniej, w epoce Hellenizmu, ale tamta rewolucja naukowa cywilizacji ostatecznie nie zmieniła cywilizacji. Przełomem była zatem dopiero rewolucja przemysłowa, a humanizm został opowieścią, która ją wyrażała.

Per saldo „Od zwierząt do bogów” jest pozycją znakomicie napisaną, błyskotliwą i fascynującą. A sukces czytelniczy i komercyjny, jaki Harari odniósł, całkowicie zasłużony. Na podstawie książki powstał komiks, pojawiła się też wersja dla czytelnika dziecięcego. Zawsze jednak najlepiej jest sięgnąć po oryginał.

Uniesiony tym sukcesem, Harari nie spoczął bynajmniej na laurach. Poszedł za ciosem i napisał swojej historii ciąg dalszy zatytułowany „Homo deus”, tym razem poświęcony przyszłości ludzkiej cywilizacji. Niestety, na przykładzie tej pozycji najlepiej widać jednak słuszność powiedzenia, że przewidywanie jest bardzo trudne, szczególnie wtedy, kiedy dotyczy przyszłości. Przyszłość widzi bowiem Harari jedynie jako prostą kontynuację obecnych trendów i nie różni się tym samym od innych znanych w historii „liniowych wizjonerów”, którzy swego czasu prorokowali, że wielkie miasta zostaną kompletnie zwalone końskimi odchodami, oceany będą przemierzać pasażerskie transatlantyki o długości kilometrów, a pojazdy kosmiczne będzie się wystrzeliwać z potężnych armat.

Według Hariarego, w przyszłości czeka nas przejęcie kontroli nad ludzkością przez tzw. „sztuczną inteligencję”. Tak zwaną, ponieważ nie będzie to prawdziwa inteligencja, a jedynie bardzo zaawansowane, ale pozbawione świadomości algorytmy komputerowe, które będą podejmować za ludzi wszystkie decyzje życiowe, nawet tak istotne jak wybór małżonka, czy wybór zawodu, a ludzie z radością na to przystaną, ponieważ wybór algorytmów będzie statystycznie dla zainteresowanych stron o wiele lepszy niż wybór ich samych. Jest to w swoistej formie powrót do czasów preindustrialnych, kiedy wyborem małżonków i zajęcia zawodowego również zajmowały się podmioty zewnętrzne (rodzina, zwłaszcza rodzice), z tą jednak różnicą, że tym razem ten wybór będzie o wiele bardziej kompetentny i dopasowany do indywidualnych predyspozycji. Owe rządzące ludzkością algorytmy mają też nie podlegać jakiemukolwiek ludzkiemu nadzorowi, tylko ewentualnie będą kontrolowane przez inne algorytmy. Algorytmy będą właścicielami samych siebie, tak samo jak właścicielami są takie abstrakcyjne byty, mity w rzeczywistości wyobrażonej Hariarego, jak Toyota, czy Argentyna.

Ludzie mają się w gospodarce stać stopniowo zbędni. Całą działalność ekonomiczną przejmą algorytmy, a jeżeli jakieś zajęcia dla ludzi w ogóle się ostaną, to tylko bardzo niszowe. Jeżeli będą wymagały bardzo specyficznych i rzadko spotykanych kwalifikacji, powstanie równie specyficzna, bardzo sowicie opłacana i niewielka klasa pracująca oraz niezmierzone rzesze trwale bezrobotnych. Jeżeli żadne specjalne kwalifikacje nie będą potrzebne, wówczas tydzień pracy skróci się do kilku godzin, a wiek emerytalny obniży do czterdziestki. Możliwe jest też, że dla ludzi nie zostanie literalnie nic do roboty i wszyscy przejdą na wieczne bezrobocie.

W ramach swoistej rekompensaty za tą przymusową bezczynność, ludzie zostaną znacznie usprawnieni. Dzięki inżynierii genetycznej, człowiek stanie się silniejszy, zdrowszy, sprawniejszy i inteligentniejszy. Bardzo, według Hariarego, prawdopodobne jest też, że zostanie zwalczona starość i osiągnięta faktyczna nieśmiertelność, czy też właściwie a-śmiertelność, bo śmierć wskutek losowych wypadków nadal będzie możliwa. Ten nowy, usprawniony człowiek, będzie się różnił od nas, standardowych Homo sapiens, bardziej niż my różnimy się od Homo erectus. Będzie to nowy gatunek człowieka – tytułowy Homo deus, człowiek boski. Boski, bo obdarzony boskimi mocami, na wzór bogów politeistycznych, Zeusa, czy Odyna. Zgodnie ze swoim modelem, przewiduje też Harari, w obliczu tak drastycznej zmiany społecznej, upadek dotychczas dominujących religii humanistycznych i powstanie całkiem nowych, lepiej organizujących współpracę międzyosobniczą w tej nowej rzeczywistości. Nie rozstrzygając bynajmniej, jakie to będą konkretne religie, podaje Harari dwie możliwości, zwane przez niego technohumanizmem i dataizmem.

Opisana wyżej wizja przyszłości nie jest autorską własnością Hariarego, bo taki technohumanizm jest poglądem dość popularnym. Nie zmienia to w niczym faktu, że jest całkowicie błędny i przyszłość na pewno będzie wyglądała zupełnie inaczej. Błyskotliwy i oryginalny w opisywaniu przeszłości, okazał się Harari wtórny i banalny przy próbie przewidzenia przyszłości.

Harari celnie zauważył, że zmiany ideologiczne, czyli, „religie”, co, jak należy przypomnieć, jest u niego pojęciem szerszym niż tradycyjnie używany, są skutkiem zmian ekonomicznych i demograficznych. Idea niczego w świecie realnym nie kreuje, a jedynie go wyraża. Nie zauważył jednak Harari, że także zmiany technologiczne, ze szczególnym uwzględnieniem rozwoju, który rozpoczął się wraz z rewolucją przemysłową na początku XIX wieku, w tym także owe, będące wg Hariarego przyszłością, „inteligentne algorytmy”, również mają taką genezę. Lawina odkryć i wynalazków, jaka zalewa świat od XIX wieku do dzisiaj, nie była i nie jest, jak milcząco zakłada Harari, czymś danym ludzkości z zewnątrz, jakimś niepojętym mistycznym fenomenem. Nowe technologie również pojawiają się w odpowiedzi na konkretną presję ekonomiczną. A przy jej braku się nie pojawiają.

Od początku rewolucji przemysłowej, utrzymuje się bowiem stały, co jest sytuacją w ludzkich dziejach bez precedensu, nacisk na zastępowanie ludzi w procesie produkcji maszynami, czyli substytucję pracy kapitałem. Każda udana operacja tego rodzaju powoduje jednak wzrost produkcji, za którym, inaczej niż to było w świecie preindustrialnym, nie nadąża już wzrost populacji. Początkowo ludzka populacja rośnie wolniej niż produkcja, dokładnie rośnie proporcjonalnie do pierwiastka kwadratowego ze wzrostu produkcji, potem, w wyniku tzw. przejścia demograficznego, przestaje rosnąć w ogóle.

W rezultacie produkcja per capita nieustannie wzrasta i podaż pracy permanentnie nie nadąża za popytem, przez to cena pracy nieustannie rośnie. Jednocześnie w wyniku akumulacji, kapitał staje się coraz tańszy, nierównowaga pomiędzy pracą a kapitałem stale się więc pogłębia. Wszystkie innowacje i wynalazki, również (pseudo)inteligentne „samouczące się” algorytmy powstają wyłącznie w jednym celu. Zwiększenia wydajności – produkcji w przeliczeniu na roboczogodzinę i zasypania tej luki. Jednak wskutek opisanego mechanizmu, zamiast ją zmniejszać, cały czas jedynie ją pogłębiają. Każdy ludzki pracownik, korzystając z coraz bardziej wyrafinowanych i potężnych narzędzi, obsługuje coraz większą i większą ilość procesów produkcyjnych, aż w końcu zostaną osiągnięte jakieś bariery biologiczne tego zjawiska, bariery Homo sapiens, albo nawet i znacznie „ulepszonego” Homo deus, który przecież też będzie miał jakieś swoje ograniczenia i dopiero wtedy dalszy rozwój się zatrzyma.

Harari zaś uważa, że ten mechanizm, działający nieprzerwanie od początku rewolucji przemysłowej, nie tylko nagle działać przestanie, ale i się odwróci. Ludzcy pracownicy staną się zbędni. Zostaną zastąpieni przez algorytmy. W historii nie raz już się to zdarzało. Już XVIII wieczni tkacze w Anglii zostali zastąpieni przez maszyny, stali się zbędni i jak wszyscy wiedzą, wymarli z głodu. Harari bardzo dogłębnie i szczegółowo argumentuje, że algorytmy będą wykonywały, bądź nawet już wykonują, jakieś czynności LEPIEJ niż ludzie i dlatego ich wypchną z rynku pracy. W ogóle nie zastanawia się jednak, czy algorytmy będą te czynności wykonywać od ludzi także TANIEJ, a to jest kwestia kluczowa. Wbrew pozorom, odpowiedź na to pytanie nie jest wcale oczywista.

Jeżeli ludzie, jak twierdzi Harari, rzeczywiście staną się zbędni, to kierunek rewolucji przemysłowej ulegnie gwałtownemu odwróceniu. Cena pracy poleci w dół i przy wieszczonym przez Hariarego masowym permanentnym bezrobociu, opłacalne stanie się zastępowanie algorytmów ludźmi, którzy, owszem, będą od algorytmów pracować gorzej, ale także i taniej.

Takie zjawisko było regułą w cywilizacji preindustrialnej, zwanej maltuzjańską. Powszechny wtedy był nie rozwój, ale stagnacja technologiczna, a od czasu do czasu, trafiały się i okresy regresu, kiedy nawet znane i używane technologie były zapominane i porzucane, a potem, często nawet po tysiącach lat, wynajdywane ponownie.

Niezależnie zatem od tego, czy rewolucja przemysłowa nagle zmieni swój wektor o 180 stopni, jak twierdzi Harari, czy też, co jest znacznie bardziej prawdopodobne, nie, do świata przyszłości wg wizji Hariarego NIGDY nie dojdzie. Ludzie zawsze będą konkurować z maszynami, w tym algorytmami, jeżeli nie jakością pracy, to jej ceną. Produkcja będzie mogła w ogóle obyć się bez ludzi jedynie w jednym przypadku, o którym Harari jednak wspomina jedynie bardzo ogólnikowo. To powstanie, w odróżnieniu od pseudointeligentnych algorytmów, „prawdziwej” sztucznej inteligencji. Nie tylko inteligentnej, ale i świadomej. Takiej która nie tylko będzie wykonywać zadany cel, ale także będzie mogła sobie własne cele stawiać i je po namyśle zmieniać i modyfikować.

Nie sposób jednak sensownie przewidywać, nie tylko, kiedy to może nastąpić, ale także, co się wtedy stanie. Taka sztuczna inteligencja, jeżeli już raz powstanie, natychmiast przewyższy ludzką inteligencję w sposób nieprawdopodobny i tym samym stanie się dla nas kompletnie niezrozumiała i nieprzewidywalna.

Yuval Noah Harari, jest zatem autorem dwóch książek, z których jedna jest nowatorska i wartościowa, natomiast druga już nie za bardzo, chociaż dzięki temu, że autor jest znakomitym gawędziarzem, również nie jest ona przykrą lekturą. Można z Hararim się zgadzać lub nie, można go krytykować, ale na pewno warto go przeczytać. Tymczasem, w sposób zupełnie niespodziewany i trudny do zrozumienia, stał się Harari niesłychanie popularny w środowiskach, których główną troską był do tej pory fakt, że ludzie pracowici, zdolni i oszczędni się bogacą. Bogactwo i zamożność bowiem są dla owych środowisk z natury złe i prowadzą do demoralizacji, perwersji i upadku wszelkich wyższych wartości.

Dostrzegli oni w Hararim swojego Goldsteina i z pasją go zaatakowali. Także zresztą personalnie, z płomiennym purytańskim zaangażowaniem piętnując wszystkie Hariarego osobiste przywary i ludzkie ułomności. Największy sprzeciw wywołało zaś u nich stwierdzenie, że to właśnie najbogatsi ludzie na świecie, właściciele największych korporacji, powinni się „ulepszyć” do poziomu Homo deus, odciąć się biologicznie od biedniejszych Homo sapiens, których nie będzie stać na takie zabiegi, pozbawić ich jakiejkolwiek własności i praw i zredukować ich do współczesnych niewolników. Dosłownie cytując: wielkie korporacje powinny objąć władzę polityczną nad światem i praktycznie zmonopolizować własność; właściciele korporacji jako jedyni mają prawo do życia z tej racji, że są nieprawdopodobnie bogaci; pozostali ludzie powinni zostać sprowadzeni do rangi proletariatu czy helotów, zostać zinfantylizowani i sprowadzeni do roli graczy w e-przestrzeni. Harari miałby tworzyć nowy mit na nową epokę, nową posthumanistyczną religię, która by uzasadniła i utwierdzała podobną specjację na nowy herrenvolk i nowych untermenschów – dosłownie tych określeń się w krytyce Hariarego używa.

Intrygujący jest nawet nie kierunek zarzutów, ale to, że ani w jednej, ani w drugiej ze wspomnianych prac, Harari niczego podobnego nie twierdzi, ani nawet nie sugeruje w sposób zawoalowany.  A-śmiertelni Homo deus mają się u niego wyłonić nie z elity finansowej, ale z elity technologicznej i intelektualnej. Oczywiście w dużym stopniu są to grupy zachodzące na siebie, ale bynajmniej nie tożsame. Podobnie nie usiłuje nawet tworzyć Harari jakiegoś nowego mitu na nową epokę, ale prognozuje jedynie, że taki nowy mit się pojawi. Jedyny opisany przez niego związek między zasobami finansowymi, a „ulepszeniem” do poziomu Homo deus to dość banalna i oczywista konstatacja, że kiedy tylko odpowiednie, potrzebne ku temu, technologie staną się dostępne, w pierwszej kolejności rzucą się na nie bogaci. Nie oznacza to jednak, że w następnej kolejności nie rzucą się na nie ludzie mniej zamożni. Każda nowa technologia jest u swego zarania niezwykle droga, aby potem, w miarę ulepszania i upowszechniania się, tanieć.  Na „ulepszenia” pozwalające na długie, trwające setki i tysiące lat dalsze życie można będzie też wziąć kredyt, a następnie spłacać go choćby i przez sto, albo i dwieście lat. Te absurdalne, całkowicie wyimaginowane zarzuty wobec Hariarego, więcej zatem mówią o swoich autorach, niż o samym Hararim

Nic z tego, co mu się przypisuje, nie zawarł Harari, ani w „Od zwierząt do bogów”, ani w „Homo deus”. Ale jest jeszcze trzecia pozycja jego autorstwa, luźny zbiór esejów na różne tematy, zatytułowana „21 mitów na XXI wiek”, i tam faktycznie podobna, na pierwszy rzut oka, diagnoza się pojawia. Podobna, ale jednak naprawdę, na drugi rzut oka, zupełnie inna. Najbogatsi faktycznie mają się „usprawnić”, a następnie odciąć barierami rozrodczymi, prawnymi, ekonomicznymi, czy nawet ściśle fizycznymi „murami” od reszty ziemskiej populacji. Jednak, w przeciwieństwie do Spartiatów, którzy potrzebowali helotów, od herrenvolku, który potrzebował untermenschów, czy nawet Partii Wewnętrznej, która potrzebowała proli, nowa elita Homo deus nie będzie potrzebować nieulepszonych Homo sapiens literalnie do niczego. H. deus nie będzie więc pozostawionych „na zewnątrz” dukajowskich „stahsów” pozbawiał majątku, ani sprowadzał do roli pracujących na jego dobrobyt niewolników. Nie wyraża też w ten sposób Harari, co mu się fałszywie przypisuje, żadnego postulatu, afirmacji, pochwały, czy akceptacji tego hipotetycznego stanu rzeczy, ale wręcz przeciwnie, obawę, że może do niego dojść, i podaje nawet różne sposoby na uniknięcie takiego przebiegu wydarzeń.

Na szczęście jednak są to obawy całkowicie bezzasadne. Podział na „ulepszony”, bogaty herrenvolk i biednych, nieulepszonych, untermenschów, nie ma nawet teoretycznych szans na ziszczenie i to co najmniej z kilku niezależnych powodów.

Jak już wyżej uzasadniano, ludzie, zanim nie powstanie „prawdziwa” świadoma sztuczna inteligencja, czego jednak nawet Harari nie przewiduje w zauważalnej przyszłości, nigdy nie staną się zbędni w gospodarce. Albo popyt na pracę nadal, jak przez poprzednie dwa stulecia, będzie wyższy niż podaż, albo będzie niższy, a wtedy spadnie cena pracy i ludzcy pracownicy staną się konkurencyjni finansowo w stosunku do zaawansowanych pseudointeligentnych algorytmów i zaczną je z rynku wypierać.

Odseparowanie się „ulepszonych” Homo deus od standardowych Homo sapiens, spowodowałoby odseparowanie się także ich kultur. Pozostawieni samym sobie stahsowie wytworzyliby zatem też swoją własną gospodarkę, może mniej zawansowaną cyfrowo niż gospodarka H. deus, ale na pewno bardziej zaawansowaną niż obecna gospodarka światowa. A skoro istniałyby dwie osobne gospodarki, to nieuniknione musiałoby pomiędzy nimi dochodzić do interakcji handlowych i z czasem zlałyby się one w jedną. Izolacja by się skończyła, a właściwie nigdy by się nawet nie zaczęła.

Chociaż indywidualnie, dowolny „ulepszony” H. deus górowałby swoimi cechami umysłowymi, nad dowolnym H. sapiens, to jednak inaczej by było na poziomie ich społeczności. Istota mogąca potencjalnie żyć tysiące lat, miałaby niewyobrażalną obsesję na punkcie swojego bezpieczeństwa i starałaby się ze wszystkich sił unikać jakichkolwiek zagrożeń. Byłaby, według obecnych standardów, niewiarygodnie wręcz tchórzliwa. Kultura H. deus obsesyjnie unikając jakiegokolwiek ryzyka, stałaby się niesłychanie konserwatywna, zachowawcza i statyczna, odrzucając jakiekolwiek zmiany. Ze znacznie bardziej dynamiczną i elastyczną kulturą stahsów nie mogłaby konkurować.

Błędem jest także mniemanie, że, kiedy możliwości technologiczne pozwolą na modyfikację ludzkich cech biologicznych, w tym umysłowych, zmiany te pójdą tylko w jedną stronę i powstanie tylko jeden nowy gatunek Homo deus. Tymczasem należy się raczej spodziewać zmian zachodzących w wielu różnych kierunkach.  Ludzie będą się modyfikować według własnych oryginalnych gustów i oczekiwań, zmieniających się dynamicznie pod wpływem aktualnej mody. Powstanie zatem nie jeden, ale wiele „ulepszonych”, albo po prostu innych ludzkich ras i gatunków. Ich wzajemna dynamika, oddziaływanie ze sobą nawzajem, będzie zbyt złożone i różnorodne, aby móc je wiarygodnie prognozować.

Przyszłość generalnie jest więc dużo bardziej dynamiczna i zróżnicowana niż są to w stanie przewidzieć humanistyczni liniowi wizjonerzy, nawet, kiedy są tak błyskotliwi i przenikliwi jak Yuval Noah Harari. Tym bardziej, kiedy nie są. Dlatego też podobne liniowe wizje nigdy się w historii futurologii nie zrealizowały. I nigdy się nie zrealizują.

Harari Y.N. Od zwierząt do bogów PWN 2017

Harari Y.N Homo deus WL 2018

Harari Y.N. 21 lekcji na XXI wiek WL 2018

Przyszłość własności.

Powszechnie spotykane w życiu społecznym, a jednocześnie niesłychanie irytujące, jest traktowanie złożonych i skomplikowanych zagadnień naukowych w skrajnie uproszczonych kategoriach ideologicznych. Zjawisko to najczęściej występuje w naukach historycznych, ale także w zagadnieniach biologicznych (np. geneza homoseksualizmu), czy klimatologicznych (przyczyny tzw. „globalnego ocieplenia”). Zdarza się to też nagminnie w ekonomii. W ostatnich dekadach, w związku z upowszechnieniem smartfonów, wzrosła popularność najmu jako popularnej formy użytkowania różnych dóbr. Pojawiły się przykładowo rowery, czy hulajnogi elektryczne wynajmowane na minuty. Testuje się też podobne rozwiązania w przypadku samochodów. Widząc ten trend, niektórzy nie omieszkali gromko zadeklarować, że oto właśnie nadchodzi kres znienawidzonej przez nich własności prywatnej, a już w nieodległej przyszłości nie będziesz miał, na własność, nic i będziesz szczęśliwy. Wszystko czego ci potrzeba będziesz wynajmował. Zamiast te infantylne proroctwa wyśmiać i wyszydzić, przypominając, że równowagę na rynku własności i najmu najlepiej zapewnia wolny rynek, polityczni adwersarze tej pierwszej grupy z ochotą podjęli tę idiotyczną licytację. Wprost stwierdzili, że „chcemy żeby każdy Polak miał dom i dwa samochody”. Obie te grupy pragną zatem narzucić Polakom na siłę jakiś motywowany ideologicznie, bo przecież nie ekonomicznie, model konsumpcyjny.  A może nie wszyscy Polacy by chcieli mieć dom i dwa samochody? Może bardziej od posiadania domu opłacałoby im się jednak wynajmować mieszkanie? Może zamiast dwóch samochodów woleliby jeden na własność, a drugi w najmie? Albo zgoła jeździć do pracy autobusem?

Zamiast ideologii w analizie problemu zastosujemy zatem naukę. W celu miarodajnego porównania najmu z własnością zbudujemy odpowiedni model biznesowy. Model ten nazywany jest analizą NPV (ang Net Present Value). Analiza ta, opiera się na obserwacji, że wartość pieniądza maleje z czasem, którego to zjawiska nie należy jednak mylić z inflacją – zmianą podaży pieniądza. Nawet w warunkach zerowej inflacji, każdy wolałby otrzymać sto złotych raczej dzisiaj niż za miesiąc, a zapłacić odwrotnie. Tempo tego ubytku wartości pieniądz określa tzw. stopa dyskontowa, którą dla naszych potrzeb możemy utożsamić ze średnią stopą procentową. Analiza NPV polega więc na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu wszystkich przyszłych przewidywanych przepływów finansowych, wpływów i wydatków, do obecnej wartości pieniądza, a następnie zsumowaniu ich. Użyjemy teraz tej analizy, żeby obliczyć łączne koszty, jakie ponosi zarówno właściciel jakiegoś dobra, jak i jego najemca. Najem będzie się bardziej opłacał od posiadania, kiedy, zdyskontowane w ten sposób jego koszty, będą niższe niż zdyskontowane koszty własności.

Wykonać taką operację NPV dla najmu jest bardzo prosto. Jedynym kosztem, jaki musimy wziąć pod uwagę jest po prostu koszt najmu, w przypadku nieruchomości mieszkalnej – czynsz. Przyjmijmy, że ten roczny koszt najmu wynosi a jednostek. W przypadku własności sprawa jest bardziej skomplikowana. Oczywiście nadal istnieją jakieś roczne koszty stałe w wysokości b jednostek. Dla mieszkania będą to raty kredytów, ale także koszty utrzymywania go w akceptowalnym stanie technicznym, czyli tzw. deprecjacji. Dla samochodu będą to przeglądy, naprawy i ubezpieczenie. W przypadku własności dochodzi jednak dodatkowy element. Własność należy zakupić, czyli zapłacić początkowo pewną kwotę X, lub, w przypadku zakupu na kredyt, wyłożyć wkład własny. Własność też można, po zakończeniu okresu analizy, sprzedać za kwotę, zwaną w modelu NPV wartością rezydualną (ang Residual ValueRV). Obie te kwoty należy włączyć do analizy.

Koszty, które ponosi się niezależnie od tego, czy korzysta się z najmu, czy własności, jak opłaty za prąd, wodę i gaz, koszty paliwa, występują po obu stronach równania, znoszą się wzajemnie i nie ma potrzeby ich uwzględniania.

Po podstawieniu wszystkich wartości i rozwiązaniu modelu otrzymujemy ostateczny wynik. Najem będzie się bardziej opłacał od własności wtedy, kiedy stosunek kosztów własności b i kosztów najmu a będzie wyższy niż

b/a=q<1+(k*r)/(1-e^(-r*t))

Gdzie r to średnia stopa procentowa, k jest różnicą ceny końcowej (wartości rezydualnej – RV) i ceny zakupu (lub wkładu własnego) X wyrażoną w rocznych kosztach najmu k = (RV-X)/a. Szczególną rolę odgrywa w tym równaniu czas analizy t. W przypadku nieruchomości kupowanej na kredyt odpowiada on czasowi spłacenia kredytu. W przypadku dóbr o mniejszej trwałości, np. samochodu, czas t to średni czas jego użytkowania, zanim zakupi się nowy.

Model ten w postaci graficznej pokazano na poniższym wykresie. Linie pokazują graniczne q dla różnych czasów t. Powyżej danej linii bardziej opłaca się dane dobro wynajmować, poniżej – zakupić na własność. Przyjęto stopę procentową na poziomie r = 4%

Rozwiązanie to możemy podzielić na dwa przypadki. Pierwszy z nich to lewa strona wykresu. Dobra nietrwałe, które tracą na wartości wraz z upływem czasu. Współczynnik k z naszego modelu jest zatem ujemny (k<0). Jeżeli spadek wartości odbywa się odpowiednio szybko, poniżej zera może spaść nawet i samo q. Wydawałoby się więc, że powinien tu rozkwitać rynek najmu. Ale bynajmniej sytuacja nie jest taka oczywista. W tej kategorii mieszczą się np. samochody, a większość użytkowanych samochodów jest jednak własnością prywatną. Wynika to z prostego faktu, że spadek wartości danego dobra dotyka również właścicieli flot samochodowych pod wynajem i żeby to sobie zrekompensować, muszą oni w rewanżu śrubować cenę najmu a. Dlatego najem samochodu jest tak drogi, że nawet leasing opłaca się firmom wyłącznie dzięki korzystniejszym przepisom podatkowym. Dla osób prywatnych lepiej jednak kupić ten pojazd i opłacać przeglądy i ubezpieczenia.

Rozwój technologiczny, otworzył tu jednak pewną furtkę. Chociaż bowiem wielkiego rynku najmu samochodów nigdy nie było, to od dawna istnieje olbrzymi rynek najmu innych dóbr o ujemnym k. Średniej klasy sprzęt narciarski kosztuje kilka tysięcy złotych i może amatorom stoków posłużyć nawet 10-15 lat, zanim trzeba go będzie wyrzucić. Równocześnie wynajem takiego sprzętu kosztuje jakieś 1% jego ceny rynkowej dziennie. W momencie, kiedy na nartach jeździ się nie dłużej niż 1-2 tygodnie w roku, kupowanie nart na własność, tylko po to, żeby przez 98% czasu ów zamrożony kapitał tracił tylko na wartości i zagracał mieszkanie, nie ma najmniejszego sensu ekonomicznego.

Z punktu widzenia właściciela wypożyczalni, sprawa ma się jednak dokładnie na odwrót. On może wypożyczać narty przez znacznie dłuższe kresy, nawet 30-40% roku. W ten sposób inwestycja zamortyzuje mu się po 3-4 latach, potem przynosząc już czyste zyski. Podobnie działa rynek wynajmu innych stosunkowo drogich, ale rzadko używanych dóbr. Jachtów, siewników do trawy, sal bankietowych, domków letniskowych, czy autobusów. Używanie samochodu ma jednak nieco inną charakterystykę. Potrzebny jest on praktycznie codziennie, ale każdego dnia jedynie na 1-2 godziny. Gdyby zatem udało się stworzyć system, w którym można by pożyczyć samochód na minuty, mógłby on wyprzeć zwyczaj posiadania samochodu na własność. Taki system faktycznie jednak istnieje, właściwie odkąd istnieją samochody, ale jednak dotąd samochodów prywatnych nie wyparł. Taksówki jednak, bo o nich mowa, mają dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, oprócz samochodu, należy wynająć także jego kierowcę, co znakomicie podraża koszty najmu a. Po drugie na taksówkę trzeba czekać. Przed erą aplikacji w smartfonie nawet bardzo długo. Oprócz pieniędzy trzeba wydać zatem również czas, a przecież czas to też pieniądz. Gdyby jednak obie te wady taksówek udało się wyeliminować? Gdyby wynajmowane samochody były sterowane komputerowo, albo przynajmniej zdalnie z centrali i podjeżdżały na elektroniczne wezwanie w ciągu, co najwyżej, kilku minut? Próby stworzenia takiego elastycznego systemu najmu samochodów trwają, a w razie ich powodzenia, zapewne również posiadanie prywatnych samochodów stanie się ekscentryczną rzadkością. Ale, no właśnie. W razie powodzenia.

Przejdźmy teraz na prawą strona wykresu. To dobra trwałe, które zwykle nie tracą na wartości wraz z upływem czasu i dla których k>0. Zaliczają się tu przede wszystkim nieruchomości, np. mieszkaniowe. Koszty własności b to w tym przypadku przede wszystkim raty kredytu. Po jego spłacie zaś zostaje nam nieruchomość o jakiejś konkretnej wartości rezydualnej. Nic zatem dziwnego, że równowaga jest, w porównaniu z dobrami nietrwałymi, znacząco bardziej przesunięta na korzyść własności. Jednak i na rynku nieruchomości, najmy są bardzo popularne, na pewno bardziej niż na rynku samochodowym. Wynika to z dwóch specyficznych cech tego rynku. Rynek nieruchomości jest mało elastyczny. Proces sprzedaży i kupna nieruchomości trwa zwykle bardzo długo i może się przeciągnąć nawet na lata. W nagłym losowym przypadku, nagłej przeprowadzki do innego miasta, czy nawet kraju, własne mieszkanie, zamiast atutem, może stać się obciążeniem.

 Jeszcze dłuższy jest sam proces inwestycyjny. Kredyty na zakup nieruchomości zaciąga się na kilkadziesiąt lat. Przez ten czas, ani ceny nieruchomości, ani raty kredytu, bynajmniej nie pozostają stałe. Dopóki wartość nieruchomości rośnie szybciej niż spłacana rata, kredytobiorca jest wygrany. Ale co się dzieje, kiedy nastąpi trend przeciwny? Co prawda długofalowy, spadek wartości nieruchomości, jako dobra o stałej, doskonale nieelastycznej podaży, w gospodarce postindustrialnej jest mało prawdopodobny, ale bynajmniej nie jest niemożliwy. W Polsce szczególnie takim procesem zagrożone są ceny mieszkań w małych miejscowościach, nie będących satelitami jakiejś większej metropolii. Podejmując decyzje o kupnie lub nie, nieruchomości, należy więc przewidzieć trendy rynkowe, wysokość stóp procentowych, możliwe kryzysy, etc, na dziesiątki lat do przodu, co bynajmniej nie jest proste i łatwe. Nic więc dziwnego, że mimo teoretycznie większej zachęty finansowej, również na rynku mieszkaniowym, najem jest bardzo popularny. W efekcie na wolnym rynku wytwarza się pewna równowaga, która może się, przesuwać w jedną lub w druga stronę, ale zawsze będą na nim zarówno lokale własnościowe, jak i wynajmowane. Inaczej jest jednak na rynku dóbr nietrwałych, gdzie, w miarę rozwoju technologicznego i rozpowszechniania się najmu minutowego, równowaga będzie przemieszczać się stopniowo w stronę najmu. Tak będzie w perspektywie krótko i średnioterminowej.

W perspektywie długoterminowej jednak, zmieniają się nie tylko koszty najmu i ceny nieruchomości, ale zmieniają się też stopy procentowe – r. Cały dotychczasowy rozwój cywilizacji, od czasów paleolitu poczynając, zachodził w obliczu niesłychanie powoli i nieregularnie, ale stale obniżających się stóp procentowych. W miarę światowej akumulacji kapitału, proces ten będzie nadal postępować, aż do chwili kiedy na całym świecie stopy te spadną w okolicę zera. W naszym modelu ten proces powoduje obrót widocznych na wykresie linii zgodnie z ruchem wskazówek zegara wokół punktu (0;1). Spadek stopy procentowej wyrównuje w analizie wartość pieniądza w czasie i koszty późniejsze stają się tak samo ważne jak koszty wcześniejsze. W przypadku dóbr nietrwałych najem zatem znów stopniowo staje się, w stosunku do własności, coraz droższy i równowaga ponownie zaczyna się przesuwać na korzyść własności. Pozornie odwrotny proces powinien zachodzić przy dobrach trwałych o k>0. W miarę spadku stóp, raty kredytu ciążą bowiem w analizie coraz bardziej. Tak jednak nie jest. W przypadku dóbr inwestycyjnych, a za takie można uznać mieszkania, ich wartość (rezydualna RV) zależy zarówno od zysków jakie można z nich uzyskać, czyli od wysokości czynszu a, oraz właśnie od wysokości stóp procentowych. RV = a/r. Iloczyn k*r z modelu równa się po prostu 1-w, gdzie w to wysokość wkładu własnego. W miarę spadku stóp, raty kredytu stają się coraz istotniejsze, ale wartość rezydualna rośnie nieproporcjonalnie szybciej. W rezultacie otrzymujemy wynik pokazany na drugim wykresie. Przyjęto wkład własny na poziomie 20%

Nie dość, że, wraz ze spadkiem stóp procentowych graniczne q przesuwa się ku górze, to jeszcze raty kredytu b stopniowo maleją. W miarę akumulacji kapitału, własność zyskuje zatem na opłacalności zarówno dla dóbr o niskiej, jak i o wysokiej trwałości.

Czasy, w których nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy, nigdy zatem nie nadejdą. Zawsze będzie na rynku miejsce dla własności i dla najmu w różnych, zależnych od okoliczności, proporcjach, ale nigdy nie będzie to proporcja 100% : 0% Zawsze będziesz miał coś, a coś innego będziesz okazjonalnie wynajmował. I będziesz częściowo szczęśliwy. A częściowo nie.

W trybach rewolucji. Przemysłowej

Rewolucja przemysłowa, proces ekonomiczny i społeczny rozpoczęty raptem nieco ponad dwa stulecia temu i wcale w skali świata bynajmniej jeszcze niezakończony, a w niektórych krajach, ciągle nawet jeszcze nierozpoczęty, jest jednym z trzech najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości. Jest jednak również z tych trzech najmniej zrozumiana. Paradoks to tym większy, że w przeciwieństwie do dwóch pozostałych tego typu przełomów, czyli opanowania ognia i wynalezienia rolnictwa, rewolucja przemysłowa toczy się dosłownie na oczach historyków i naukowców. Mimo to, a może właśnie dlatego, ilość mylnych koncepcji na temat tego wydarzenia historycznego jest wręcz niezliczona.

Do najbardziej popularnych, a równocześnie całkowicie błędnych poglądów na ten temat, należy przekonanie, że rewolucja przemysłowa rozpoczęła się wskutek eksploatacji paliw kopalnych i uzyskaniu w związku z tym dostępu do taniej energii. Istotnie, w Anglii, kraju gdzie rewolucja przemysłowa się rozpoczęła, wydobywano w tym czasie i spalano spore ilości węgla. Tam też powstały pierwsze maszyny parowe zasilane tym paliwem. Korelacja ta jest jednak w dużej mierze zwodnicza. Węgiel wydobywano bowiem w Anglii już w czasach rzymskich, a jednak żadnej rewolucji przemysłowej, ani wtedy, ani przez kolejne osiemnaście stuleci, to nie wywołało. Innym krajem preindustrialnym, w którym wydobywano i zużywano węgiel na dużą skalę, były też XI wieczne Chiny dynastii Song. Rewolucja przemysłowa również się jednak tam wtedy nie zaczęła, choć wielu historyków uważa, że było blisko.

Z drugiej zaś strony, rzeczywista rewolucja przemysłowa, wbrew powszechnemu przekonaniu, wcale nie czerpała energii z węgla. Aż do połowy XIX wieku, w najbardziej ówcześnie uprzemysłowionych krajach, znacznie szybciej niż ilość maszyn parowych i moc z nich pozyskiwana, rosła łączna moc bardziej tradycyjnych źródeł energii, wiatraków i kół wodnych. Te ostatnie, technologia znana od głębokiego średniowiecza, właśnie wtedy przeżywały swój złoty okres. Do końca XVIII wieku, moc kół wodnych oscylowała wokół 5 kW, a w stuleciu XIX wieku wzrosła skokowo do 50 kW, a rekordowe instalacje w połowie tego stulecia złamały nawet barierę 400 kW. Jednocześnie były to dokładnie takie same koła, budowane według tej samej średniowiecznej zasady. Tyle, że były większe i staranniej wykonane, z mniejszymi „luzami” i mniejszym tarciem. Jak widać zatem, faktycznie rewolucji przemysłowej od początku towarzyszył wzrost produkcji i konsumpcji energii, tyle że była to w znacznej mierze energia z dawno już znanych i opanowanych źródeł.

Inny popularny przesąd na ten temat głosi, że, jak sama nazwa miałaby wskazywać, rewolucja przemysłowa polegała na …budowie przemysłu. Ot, ktoś wpadł nagle na pomysł, że dobrze by było wybudować fabryki i tak zaczęła się rewolucja przemysłowa. A gdyby na to nie wpadł, to by się nie zaczęła. Tymczasem, oczywiście, rewolucji przemysłowej towarzyszył rozwój przemysłu, ale był to skutek, a nie przyczyna tego zjawiska.

Żeby zrozumieć rewolucję przemysłową należy się zatem oderwać myślowo nie tylko od węgla i maszyn parowych, ale od przemysłu w ogóle. W tym celu przyjrzymy się, przytoczonym przez Vaclava Smila w jego książce „Energia i cywilizacja” danym dotyczącym uprawy pszenicy w USA w XIX wieku. W tym czasie nie dotarły do tego sektora jeszcze żadne silniki spalinowe (pierwsze ciągniki pojawiły się po 1900 roku), ani nawozy sztuczne. Średnie plony pszenicy z hektara pozostawały przez całe stulecie na stałym poziomie 1,35 tony/ha. Ale nakład pracy na ich pozyskanie bynajmniej stały nie pozostał.

Na poniższym wykresie pokazano nakłady pracy na hektar upraw w roboczogodzinach i „zwierzogodzinach”

Jak widać, przez cały XIX wiek, również w rolnictwie, panowała presja na ograniczanie pracy ludzkiej. Początkowo, redukcję tę zapewniały nowe narzędzia, jak stalowy pług zamiast drewnianego, czy kosa zamiast sierpa. Jednak później widać też trend do zastępowania pracy ludzkiej pracą zwierząt. Liczba roboczogodzin malała, ale liczba „zwierzogodzin” – rosła! Tak właśnie przebiegała rewolucja przemysłowa w rolnictwie. Bez przemysłu i paliw kopalnych. Wysiłek ludzki był w gospodarce zastępowany przez maszyny, bynajmniej początkowo wcale nie parowe, ale znane od stuleci koła wodne, wiatraki i konie – maszyny biologiczne.

Rewolucja przemysłowa polega zatem na stałym, permanentnym wzroście wydajności, czyli produkcji w przeliczeniu na roboczogodzinę. Maszyny parowe, a potem silniki spalinowe i elektryczne, były tylko jednym, początkowo wcale nie najważniejszym, ze sposobów, na jakie ten wzrost wydajności się realizował. Skoro jednak do rewolucji przemysłowej nie były potrzebne absolutnie żadne przełomy technologiczne, czy nowe źródła energii, to dlaczego nie zaszła ona wcześniej? Dlaczego już w XVII, czy nawet w XIII wieku nie budowano coraz wydajniejszych kół wodnych i nie próbowano szerzej zastępować ludzi końmi czy wołami?

Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy zbudować odpowiedni model przedsięwzięcia biznesowego. Model taki nazywany jest modelem NPV (ang Net Present Value) i opiera się na spostrzeżeniu, że wartość kapitału zmienia się w czasie. Każdy z nas, a chęć jest ta szczególnie widoczna u dzieci, wolałby dostać sto złotych raczej dzisiaj niż za miesiąc, a zapłacić – przeciwnie. Szybkość utraty wartości kapitału w czasie, którego to zjawiska nie należy mylić z inflacją, czyli ze zmianami w podaży pieniądza, określa wielkość zwana stopą dyskonta, którą dla naszych potrzeb można utożsamić ze średnią stopą procentową w gospodarce, albo, w przypadku gospodarki bezpieniężnej, preferencją czasową. Analiza NPV polega właśnie na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu wszystkich przewidywalnych w przyszłości przepływów finansowych, zarówno wpływów, jak i wydatków, do obecnej wartości kapitału, a następnie zsumowaniu ich. Uzyskana wielkość, czyli NPV, określa bieżącą wartość przedsięwzięcia.

Załóżmy, że żyjemy w czasach preindustrialnych i prowadzimy jakiś biznes, np. warsztat szewski, kuźnię lub garbarnię. Roczny zysk, po odliczeniu wszystkich kosztów, wynosi a jednostek. Zatem NPV naszego biznesu wynosi:

NPV = (a/r)*(1-exp(-r*t))

Gdzie r to właśnie opisana wyżej stopa dyskonta, a t to przewidywany czas prowadzenia biznesu. Czas t zależy od jakości instytucji, czyli rządów i prawa w danym kraju. Jeżeli kraj jest praworządny i wolnorynkowy, a także, co jest bardzo ważne w czasach preindustrialnych, stabilny, wówczas można nawet przyjąć że t dąży do nieskończoności. Jeżeli kraj jest niestabilny, monarchia słaba i nieudolna, a ministrowie skorumpowani, wówczas przewidywany czas t jest odpowiednio krótki, bo nikt nie wie, czy za chwilę kupcy nie zostaną wypędzeni, a ich własność skonfiskowana.

Mamy teraz możliwość wprowadzenia do naszego biznesu innowacji, która dzięki oszczędnościom na kosztach pracy da nam zysk b rocznie. Oczywiste jest, że żeby w ogóle to rozważać, to b musi być większe od a, albo współczynnik q=b/a>1. Jest to warunek konieczny, ale wcale nie wystarczający. Za innowację trzeba przecież zapłacić jakąś kwotę, w wysokości m naszych dotychczasowych rocznych zysków. Zakładając, że mamy idealne instytucje, czyli t dąży do nieskończoności i porównując oba wyniki NPV otrzymamy ostrzejszy warunek

q>1+m*r

Powyższe rozumowanie zakłada, że dana innowacja jest znana i sprawdzona, wiadomo zatem, że będzie działać. Nie zawsze jednak dysponuje się takim luksusem. Każdy wynalazek ktoś musi przecież wymyślić jako pierwszy. Wtedy trzeba przyjąć jakieś prawdopodobieństwo k, że innowacja w ogóle odniesie jakiś pozytywny skutek. Dodatkowo potrzebny jest czas T, zanim dane rozwiązanie uda się pomyślnie wdrożyć. Na poniższym wykresie pokazano graniczne minimalne wartości q zarówno dla innowacji znanych, jak i dla tych, które dopiero trzeba stworzyć. Przyjęto T = 5 lat k = 50% (bardzo wysoki optymizm inwestorów) i stopę procentową r = 20% typową dla czasów preindustrialnych. Pokazano też wpływ złych instytucji (przerywane linie).

Powyżej żółtej górnej linii następuje postęp technologiczny i inwestuje się w innowacje. Pomiędzy liniami mamy obszar stagnacji technologicznej. Znane technologie są stosowane, ale nowych się nie wymyśla. Wreszcie poniżej linii niebieskiej, nie opłaca się nawet inwestować w znane usprawnienia i następuje regres technologiczny. Z historii wiadomo, ze cywilizacje preindustrialne, zwane też, od nazwiska ekonomisty, który pierwszy je prawidłowo opisał, maltuzjańskimi, znajdowały się zwykle w środkowej strefie stagnacji technologicznej, a czasami wręcz spadały poniżej dolnej niebieskiej linii i doznawały regresu. Okresy wzmożonej wynalazczości i wzrostu wydajności, wyjście powyżej górnej żółtej linii, zdarzały się stosunkowo rzadko i nie trwały długo. Aby zaś rewolucja przemysłowa mogła wystartować, społeczeństwo musi się znaleźć tam na trwale. Co było przeszkodą? Wbrew wielu popularnym poglądom, nie były to złe instytucje, czyli nieprzewidywalność prowadzenia biznesu. Wiele krajów maltuzjańskich było stabilne przez setki lat. Podatki były niskie, inflacja bliska zeru, bezpieczeństwo osobiste, na skalę epoki, dobrze zabezpieczone a prawa własności bardzo dobrze chronione. Jak widać jednak na naszym wykresie, bezpośredni wpływ instytucji na dynamikę gospodarki preindustrialnej jest w istocie mały. Dobre instytucje pomagają obniżyć wymagany próg opłacalności rozwoju technologicznego, ale tylko w niewielkim stopniu. W przypadku regresu zaś, instytucje w ogóle nie mają żadnego znaczenia. Decydujące są dwa inne czynniki.

Po pierwsze stopa dyskonta r, czyli cena kapitału, była bardzo wysoka. Wszelkie inwestycje kapitałowe były w związku z tym bardzo drogie. Po drugie zaś, w takich cywilizacjach, co zauważył właśnie Thomas Malthus, wzrost gospodarczy zawsze pociąga za sobą, z pewnym opóźnieniem, proporcjonalny wzrost demograficzny. Opóźnienie to powoduje że cena pracy chwilowo rośnie, zatem rosną też korzyści z jej oszczędzania – współczynnik q. Opłaca się wtedy, jak to ekonomiści mówią, substytuować pracę kapitałem i rozpoczyna się okres postępu technicznego. Wkrótce jednak podaż pracowników przyśpiesza, cena pracy spada, współczynnik q maleje i gospodarka pogrąża się w stagnacji, a w skrajnych przypadkach nawet w regresie. Rewolucji przemysłowej jak nie było, tak nie ma.

Widzimy już zatem co do tej rewolucji jest potrzebne. Po pierwsze tani kapitał. Kapitał fizyczny, ale także ludzki, bo do obsługi maszyn potrzebne są większe kompetencje niż do samego przerzucania worków. Im niższe r, tym nasze linie z wykresu nr 2 bardziej przesuwają się w dół i prawdopodobieństwo rozpoczęcia rewolucji rośnie. Jednak nawet darmowy kapitał sam z siebie nie wywoła rewolucji przemysłowej, jeżeli populacja nadal, po maltuzjańsku, będzie rosnąć proporcjonalnie do wzrostu gospodarczego. Na szczęście z pomocą przychodzi nam tu sama natura. Założenie Malthusa, że ludzie przerabiają całe dostępne sobie zasoby na potomstwo, nie do końca jest bowiem spełnione. Zawsze część zasobów będą pochłaniać interakcje międzyosobnicze, co w ekologii nazywane jest konkurencją wewnątrzgatunkową. Wielkość tej części równa jest iloczynowi kwadratu gęstości zaludnienia i pewnej stałej konkurencji c, zależnej od ustroju społeczno-gospodarczego, czyli ponownie od instytucji. Dopóki gęstość zaludnienia jest niska, a stała c niewielka, mechanizm ten jest niewidoczny i populacja zachowuje się w sposób maltuzjański, natomiast kiedy już się uruchomi, powoduje on, że wielkość populacji, a zatem i podaż pracy, nie dogania już wzrostu gospodarczego i rośnie proporcjonalnie jedynie do pierwiastka kwadratowego ze wzrostu gospodarczego (PKB), a nie liniowo, tak jak wcześniej.

Chociaż jakość rządów i prawa, jak wyżej wspomniano, ma niewielki bezpośredni wpływ na pojawienie się rewolucji przemysłowej, to niebagatelny jest jednak ich wpływ pośredni. Dobre instytucje ułatwiają akumulację kapitału i tym samym spadek jego ceny. Przyczyniają się też one zawsze do wzrostu produkcji, co w maltuzjanizmie przekłada się na proporcjonalny wzrost gęstości zaludnienia. Po trzecie dobre instytucje to też wysoka wartość stałej c. Chociaż rewolucja przemysłowa może się zdarzyć nawet przy złych instytucjach, to na pewno dobre prawo znacznie ten proces przyśpiesza.

Nie jest więc przypadkiem, że rewolucja przemysłowa rozpoczęła się w Anglii. Kraju, który, w całej dotychczasowej historii ludzkości miał najniższe stopy procentowe, najwyższy poziom powszechnej alfabetyzacji, najbardziej wydajne rolnictwo, oraz oczywiście najlepsze dostępne wtedy instytucje.

Raz rozpoczęta rewolucja przemysłowa, niczym kosmologiczna inflacja, napędza się dalej sama. Akumulacja kapitału przyśpiesza, zatem stopy procentowe dalej spadają. Podaż pracy rośnie wolniej niż podaż kapitału, zatem cena pracy systematycznie rośnie. Linie na wykresie opadają coraz niżej, jednocześnie rosną potencjalne oszczędności na pracy q. Wydajność rośnie więc wykładniczo. W pewnym momencie w społeczeństwie dochodzi też do tzw. „przejścia demograficznego”, po którym populacja, a zatem i podaż pracy przestaje rosnąć w ogóle. Aż w końcu akumulacja dochodzi do momentu, w którym stopy procentowe spadają blisko zera. Rewolucja przemysłowa się wtedy kończy i powstaje gospodarka i społeczeństwo postindustrialne. Pokazano je na ostatnim wykresie.

Rola instytucji, jakość rządów i prawa, niewielka u zarania rewolucji przemysłowej, w trakcie jej trwania staje się coraz bardziej istotna, aż w końcu, w gospodarce postindustrialnej, rozwijającej się już nie dzięki inwestycjom kapitałowym, ale innowacjom, jest kluczowa. Złe rządy łatwo, znacznie łatwiej niż w czasach preindustrialnych, mogą zatrzymać postęp technologiczny i wprowadzić kraj w tzw. pułapkę średniego dochodu. Rządy bardzo złe, mogą nawet technologię cofnąć, w skrajnych przypadkach wręcz z powrotem do stanu maltuzjańskiego, co możemy dzisiaj zaobserwować, na Kubie czy w Korei płn.

Rewolucja przemysłowa, okres bardzo wysokiej, wykładniczej, dynamiki ekonomicznej, demograficznej i społecznej, wydaje się nam czymś zwyczajnym i codziennym. Jest to jednak złudzenie. W skali historycznej jest to proces przebiegający wręcz błyskawicznie, znacznie szybciej niż oba wcześniejsze zjawiska tego rodzaju. To swoiste przejście fazowe pomiędzy gospodarką maltuzjańską, epoką biedy i stałego, choć nie stabilnego, poziomu przeciętnego dochodu, a gospodarką postindustrialną, wysokiego przeciętnego dochodu, której jednak wszystkich reguł, do końca jeszcze nie poznaliśmy, ale która zapewne będzie istnieć przez kolejne dziesiątki i setki tysięcy lat.

Komu odbiła szajba

W poprzednim artykule „Czarny chleb i czarna kawa” przedstawiono analizę preferencji wyborczych osób osadzonych w zakładach penitencjarnych. Analiza ta oparta była, nie, jak to zwykle w podobnych wypadkach bywa, na zwodniczych i ułomnych badaniach ankietowych, ale na rzeczywistych wynikach wyborów w więzieniach. Preferencje wyborcze więźniów okazały się, co akurat nie było niespodzianką, daleko odbiegać od wyników ogólnopolskich. Jedynie Lewica miała u nich takie samo polityczne wzięcie, jak w reszcie Polski. Konfederacja i PSL miały poparcie nieco większe niż średnia, natomiast największa, gigantyczna różnica, wystąpiła pomiędzy dwiema największymi partiami.  Poparcie dla PIS było o ponad 20 punktów procentowych, co statystycznie przełożyło się na ponad 36 odchyleń standardowych, niższe niż oczekiwane od populacji reprezentatywnej, a poparcie dla KO w podobnej proporcji – wyższe. Osadzeni zatem, jak widać, grupą reprezentatywną w żadnym razie nie są. Bardziej subtelna analiza tego zagadnienia, wykazała, że, wbrew spotykanym czasami w reżimowych mediach prostackich interpretacjach tego fenomenu, różnica ta nie wynika ani z tego, że elektorat KO składa się w znacznej mierze z kryminalistów, ani z tego, że elektorat PIS to ludzie kryształowo uczciwi, którzy na samą myśl, że mogliby np. ukraść kostkę masła w niemieckim markecie, albo nie zapłacić za przejazd austriackimi autostradami, trzęsą się ze zgrozy i abominacji. Sami osadzeni potwierdzili zaś znacznie niższą od średniej frekwencją, że są typami aspołecznymi, zaś bardzo wysokim odsetkiem głosów nieważnych, że ich predyspozycje intelektualne pozostawiają wiele do życzenia.

Analizę tę można było przeprowadzić, ponieważ więźniowie głosują w wydzielonych, zamkniętych, przeznaczonych tylko dla nich, obwodach do głosowania i w związku z tym ich głosy można łatwo policzyć. Jednak nie tylko wyrzutki społeczne głosują w ten sposób. Zamknięte obwody głosowania znajdują się również w szpitalach. Oczywiście szpitale są różne i leczą przeróżne schorzenia. W niniejszym artykule skupimy się na pewnym specyficznym rodzaju szpitali i zbadamy jak głosowali tamtejsi pacjenci. Zbadamy preferencje wyborcze pacjentów szpitali psychiatrycznych. Oto i one. Czarnymi kreskami zaznaczono zakres błędu przy poziomie ufności 1%. Jeżeli rzeczywisty wynik wykracza poza ten zakres, istnieje tylko 1% szansy, że ta odchyłka jest przypadkowa. A skoro przypadkowa nie jest, wymaga jakiegoś wyjaśnienia.

Podobnie jak w ośrodkach penitencjarnych, również w szpitalach psychiatrycznych wyniki znacząco odbiegają od średniej ogólnopolskiej. Różnice są nieco mniejsze niż w więzieniach, ale za to znacznie trudniejsze do wytłumaczenia. Stosunkowo najłatwiej uporać się z frekwencją. Jest ona bardzo niska, jeszcze niższa niż w zakładach karnych. Nie ma się temu co dziwić, w końcu pacjenci w szpitalach, również psychiatrycznych, mają zwykle zupełnie inne zmartwienia, niż udział w wyborach. Nie jest też niespodzianką, że wyborcy cierpiący na przeróżne schorzenia psychiczne mają problemy w prawidłowym wypełnieniem kart do głosowania. Odsetek głosów nieważnych jest tu bowiem ponad trzykrotnie wyższy niż średnia. Ale to, że mimo wszystko, głosów nieważnych jest tu i tak mniej niż w więzieniach, już niespodzianką jest. Kryminaliści okazują się być głupsi nawet od wariatów.

Z partii politycznych, PSL i Konfederacja mają wśród chorych psychicznie poparcie takie samo jak przeciętnie w Polsce, natomiast Lewica minimalnie mniejsze. Największe różnice ponownie dotyczą jednak dwóch największych ugrupowań. Tym razem jednak proporcje między nimi są dokładnie odwrotne niż w więzieniach.  KO w psychiatrykach ma stosunkowo niewielu zwolenników, podczas gdy PIS przeciwnie, znacznie przekracza średnią ogólnopolską. Różnice te są nieco mniejsze niż w więzieniach, ale, jak już wspomniano, wyjaśnienie ich stanowi znacznie większe wyzwanie. Gdybyśmy mieli do czynienia z wynikami ze wszystkich szpitali w Polsce, sprawa byłaby w miarę jasna. Wśród ogółu hospitalizowanych przeważają osoby starsze, których dzieciństwo i młodość przypadły na okres PRL i które zwykle w związku z tym darzą PRL wielkim sentymentem. Nic w tym zatem dziwnego, że popierają oni ugrupowanie, które im restytucję PRL obiecuje. Jednak zależność ta nie powinna dotyczyć schorzeń psychicznych, które mogą się przydarzyć w dowolnym wieku.

Pierwszą hipotezą, jaka może się w oczywisty sposób narzucić, jest potraktowanie PIS, czy raczej faktu popierania tej partii, jako swoistej choroby psychicznej, która, przy odpowiednio wysokim nasileniu objawów, prowadzi nawet do hospitalizacji. Jednak hipoteza ta, mimo swojej niewątpliwej atrakcyjności intelektualnej, i potencjału medialnego, nie może być prawdziwa. Gdyby faktycznie PIS, z jakichś względów, w tak wyraźny, mierzalny, sposób, przyciągał do siebie osoby o niezbyt stabilnym umyśle, to owszem, miałby większe poparcie w szpitalach psychiatrycznych, ale poparcie dla wszystkich innych partii byłoby tam proporcjonalnie mniejsze. Tak samo zresztą by było, gdyby prawdziwa była hipoteza odwrotna, przypisująca z kolei elektoratowi KO nadzwyczajną odporność psychiczną. Wtedy również jej kosztem zyskałyby w ośrodkach dla umysłowo chorych, wszystkie pozostałe ugrupowania.

Tymczasem ten swoisty przepływ psychicznie chorego elektoratu zachodzi, w sposób jeszcze bardziej, niż w więzieniach, jednoznaczny, wyłącznie pomiędzy KO a PIS. Przyczyny musimy więc szukać w różnicach pomiędzy wyborcami tych dwóch konkretnych partii. Elektorat PIS, nawet jeżeli nie są to głównie, co przed chwilą wykluczyliśmy, osoby z zaburzeniami psychicznymi, to i tak grupa bardzo specyficzna. Dzieli się on obecnie, bo nie zawsze tak było, z grubsza na dwie części. Pierwsza z nich to zawistnicy, którzy mają o sobie i swoich kompetencjach bardzo wysokie mniemanie, ale jednocześnie są zbyt tępi, zbyt leniwi, lub zbyt rozrzutni, żeby osiągnąć sukces życiowy na miarę tych swoich wygórowanych oczekiwań. Żywiołowo zatem nienawidzą lepszych od siebie i cieszą się, kiedy tamtych, „wykształciuchów”, „lumpenelity”, czy „tłuste koty”, ktoś gnębi i deprecjonuje, choćby tylko werbalnie. Oczekuje też ta grupa „godnego życia”, odpowiadającego ich wygórowanemu mniemaniu o sobie, ale bez konieczności włożenia w owe „godne życie” adekwatnego do poziomu owej „godności” wysiłku. Znakomicie zostali pokazani w kultowej, znanej jako „modlitwa Polaka”, scenie filmu Koterskiego „Dzień świra”. Ale to nie wszyscy zwolennicy PIS. Jest jeszcze i druga ich część.

 Można powiedzieć że cechuje ją bardzo wysoki poziom zaangażowania ideologicznego. Od swoich politycznych wybrańców, nie oczekują oni wcale sprawnego zarządzania, kompetencji ekonomicznych, ani, w przeciwieństwie do „zawistników” , jakiegokolwiek „socjalu”. Nie oczekują oni od swoich faworytów nawet osobistej uczciwości. Mogą kraść, byle się tylko ukradzionym dzielili. Od PIS elektorat ten wymaga przede wszystkim zaangażowania ideologicznego. Wskazywania tego co słuszne i tego co niesłuszne, wyrażania oburzenia tym drugim i strzelistych wyrazów poparcia wobec tego pierwszego. Dobitnego podziału na dobro i zło. Natomiast realne podejmowanie jakiegokolwiek, opartego na tym podziale, działania, nie jest już wcale wymagane.

 Bardzo jaskrawym przykładem takiej polityki było ostatnio oficjalne „wystąpienie” PIS o tzw. „reparacje” wobec Niemiec za zniszczenia jakich Polska doznała w trakcie II wojny światowej w XX wieku. Wystąpienie oczywiście bez jakiejkolwiek intencji faktycznego wyegzekwowania od rządu niemieckiego jakichś konkretnych kwot z tego tytułu, a jedynie służące zademonstrowaniu swojej „racji moralnej” pt „Niemcy są nam winni i nie chcą zapłacić”.

Zwolennicy KO to zaś dokładne przeciwieństwo tej grupy społecznej. Jest to elektorat nie ideowy, ale skrajnie pragmatyczny. Od rządu oczekuje nie głoszenia, czy realizacji jakiejkolwiek idei, ale sprawnego dostarczania usług publicznych. Nie posiadania racji moralnej, tylko ciepłej wody w kranie. Nie uprawiania polityki tylko budowania mostów. To wyborcy, którzy postrzegają świat i swoją w nim rolę wyłącznie w kategoriach merkantylnych, a rząd traktują jako firmę usługową, od której wymaga się konkretnego towaru i rozlicza z jego niedostarczenia. Gotowi są natychmiast zmienić swoje preferencje, jeżeli tylko, w ich mniemaniu, jakaś inna siła polityczna mogłaby dostarczać owe usługi lepiej. Stąd wzięły się efemeryczne sukcesy Ryszarda Petru czy Szymona Hołowni. Efemeryczne, bo ruchy na których czele oni stali, nie zdołały zaspokoić owych oczekiwań. Wyborcy PIS i KO stoją zatem na dwóch całkowicie przeciwległych biegunach społecznych, a elektorat pozostałych, innych niż PIS i KO, partii, pod względem poziomu zaangażowania ideologicznego, niezależnie od tego jaką konkretnie ideologię popiera, mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwiema skrajnościami.

Ma to swoje konsekwencje, kiedy dany wyborca zostanie złożony chorobą, także psychiczną. Kluczem do rozwiązania naszej zagadki wydaje się bowiem bardzo niska frekwencja, na poziomie zaledwie 33%. Pacjenci w szpitalu są przytłoczeni swoją chorobą i nieszczęściem przez nią spowodowanym, ale reagują na ten fakt w sposób bardzo różny. Pragmatyczni sympatycy KO skupiają się w takiej kryzysowej sytuacji na sobie i nie w głowie im jeszcze uczestnictwo w wyborach. Inaczej jest z sympatykami PIS, zwłaszcza tymi ideowymi, z drugiej grupy.  Oni mogą nawet być w stanie agonalnym, ale jeszcze na ten ostatni wysiłek poparcia swoich faworytów się zdobędą. Stąd wyniki wyborcze PIS w szpitalach psychiatrycznych znacznie przekraczają średnią krajową, a wyniki KO na odwrót, lokują się znacznie poniżej przeciętnej. Wbrew temu, co mogłyby sugerować omawiane tutaj wyniki wyborów, elektorat PIS nie składa się więc, w zauważalnej ilości, z osób chorych umysłowo, ale bardzo silnie zideologizowanych, dla których znacznie ważniejszy od sukcesu realnego jest „sukces moralny”, a od konkretnych wyników ekonomicznych, dużo ważniejsze jest zadeklarowanie, bo już na pewno nie realne dochodzenie, swoich moralnych racji.

Czarny chleb i czarna kawa

Często w mediach spotykane są analizy poparcia dla poszczególnych partii politycznych, od najprostszych, pokazujących tylko samą wysokość tego poparcia, do bardziej wyrafinowanych, obejmujących wewnętrzną strukturę poszczególnych elektoratów, rozkład poparcia według wieku głosujących, ich wykształcenia, miejsca zamieszkania czy poziomu zarobków. Niestety, takie analizy, bazujące na badaniach ankietowych, są obciążone wieloma nieusuwalnymi błędami. Samo zapewnienie odpowiedniej reprezentatywności, nie mówiąc już o losowości, grupie ankietowanej jest już wyzwaniem prawie ponad siły, a to dopiero początek problemów. Ankietowani wcale bowiem nie muszą mieć ochoty podawania prawdziwych informacji o swoich poglądach politycznych, a tym bardziej o poziomie wykształcenia czy zarobków. Im bardziej zaś złożona i skomplikowana jest ankieta, tym mniejsza jest chęć do wypełniania jej w ogóle.

Jako alternatywę dla badań ankietowych, autor niniejszego eseju zaproponował metodę badawczą, opartą nie na losowaniu respondentów i wysyłaniu im ankiet, w nadziei że może odpowiedzą i z jeszcze mniejszą nadzieją, że odpowiedzą w zgodzie ze stanem faktycznym, ale na faktycznych wynikach wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Wyniki analizy elektoratów oparte na tej metodzie, częściowo pokrywają się z wynikami ankietowymi, częściowo zaś nie. Udało się, między innymi, ustalić, że najinteligentniejszych i najlepiej wykształconych wyborców ma Konfederacja, najzamożniejszych KO i lewica, a elektorat PIS jest bardzo podobny do elektoratu PSL, i faktycznie tworzą go ludzie biedni, starsi, niewykształceni, i ze wsi.

W niniejszym artykule podejmiemy zaś temat z niejako odwrotnej strony. Zamiast, jak dotychczas, badać jakie grupy głosują na poszczególne partie, zbadamy na kogo głosuje jedna konkretna, bardzo specyficzna i w żadnym wypadku niereprezentatywna grupa wyborców. Jak zwykle korzystamy z materiałów publikowanych przez PKW i zobaczymy jakie były w wyborach w 2019 roku wyniki głosowań w specyficznych, tzw. zamkniętych obwodach do głosowania. W zakładach karnych. Wyniki te, na tyle wyraźnie odbiegają od średniej, że bywają nawet przedmiotem propagandy obecnego obozu władzy, zawsze jednak w charakterze anegdoty, bez jakiejkolwiek pogłębionej analizy. Niniejszym nadrobimy to zaniedbanie.

Poniższy wykres pokazuje więc odsetek głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze w całym kraju – pomarańczowe słupki, oraz w zamkniętych obwodach do głosowania w zakładach karnych – słupki niebieskie. Czarne linie pokazują zakres błędu przy poziomie ufności równym 1%. Prawdopodobieństwo, że wyniki będą się mieścić w danym przedziale wynosi zatem 99%. Wyjście rzeczywistych wyników głosowania poza ten przedział, oznacza więc, że istnieje tylko 1% szansy, że taka odchyłka jest przypadkowa. Należy wtedy przyjąć, że przypadkowa ona nie jest i wynika ze specyficznych cech tego właśnie specyficznego elektoratu.

Jak widać na wykresie, nieprzypadkowo osadzeni w zakładach penitencjarnych, nazywani są często grupą antyspołeczną. Frekwencja wyborcza, wynikająca przecież z zainteresowania kwestiami publicznymi, jest bowiem w więzieniach znacznie niższa niż średnia w kraju. Nie jest też niespodzianką, że więźniowie są znacznie głupsi od przeciętnej i trudności intelektualne w prawidłowym wypełnieniu karty do głosowania, trafiają się im ponad czterokrotnie częściej, niż można by oczekiwać po populacji reprezentatywnej.  Choć na wykresie tego nie widać, więźniowie są też od krajowej średniej również młodsi. Obie te cechy, niski wiek i niska inteligencja, mają swoje przełożenie na wyniki głosowania w zakładach karnych. Wśród partii politycznych, jedynie lewica ma tam identyczny wynik, co przeciętna w całym kraju. Pozostałe partie mniej lub bardziej od średniej odbiegają. Ze względu na młodszy wiek głosujących, wyższe od średniej, o ponad 4 odchylenia standardowe, poparcie ma Konfederacja. Ze względu na ich głupotę i antyspołeczną postawę, wyraźnie lepszy od przeciętnej, jest PSL o 6 odchyleń standardowych.

Jednak najbardziej drastyczne, widoczne na wykresie na pierwszy rzut oka, różnice dotyczą najbardziej popularnych ugrupowań. Poparcie dla PIS jest niższe o 36 odchyleń standardowych, a dla KO wyższe o ponad 32 odchylenia od średniej w Polsce. Różnice te są tak gigantyczne, że, jak już autor wspominał, zwróciły nawet uwagę reżimowych propagandystów, którzy wykorzystali je do kreowania wizerunku PIS jako partii, której boją się kryminaliści.

Co więcej, ten więzienny przepływ elektoratu odbywa się, przynajmniej częściowo, wbrew tendencjom ogólnopolskim. PIS, co prawda, jako partia sentymentu za PRL, ma najstarszych wyborców ze wszystkich ugrupowań i z tego tytułu faktycznie można się spodziewać, że w ośrodkach penitencjarnych będzie niedoreprezentowana. Z drugiej zaś strony, elektorat PIS cechuje się drugim, po sympatykach PSL, najniższym poziomem inteligencji. To z kolei nakazywałoby oczekiwać większej ilości zwolenników tej partii wśród penitencjariuszy. Jednak te różnice powinny być znacznie mniejsze niż faktycznie obserwowane. Taka drastyczna dysproporcja poparcia wymaga osobnego wyjaśnienia.

Podobne zjawisko penitencjarne zachodzi również w USA, gdzie z kolei wśród więźniów, wyraźnie, nieproporcjonalnie do ich liczebności w całym społeczeństwie, nadreprezentowani są tamtejsi Murzyni. Lewica amerykańska wyjaśnia tą dysproporcję „systemowym rasizmem”. Murzyni w USA mają być systematycznie prześladowani i wtrącani do więziennych lochów przez nienawidzących ich „rasistów”, także wtedy, kiedy łapią ich murzyńscy policjanci, a skazują murzyńscy sędziowie. Prawica przekonuje zaś, że tą asymetrię dużo łatwiej wyjaśnić faktem, że po prostu Murzyni, częściej niż inne grupy w USA, popełniają przestępstwa. Ponieważ wyjaśnienie lewicowe jest jawnie absurdalne, skupmy się na prawicowym , zastanówmy się, czy analogiczne polskie zjawisko można próbować wytłumaczyć w podobny sposób?

Gdyby faktycznie kryminaliści, jak głosi to propaganda reżimu, rekrutowali się głównie z elektoratu KO, to owszem, obserwowalibyśmy ponadprzeciętne poparcie dla tej partii, ale równocześnie proporcjonalnie niższe dla wszystkich pozostałych, nie tylko dla PIS. Gdyby zaś, na odwrót, akurat to wyborcy PIS byli wzorcem kryształowej uczciwości, nastąpiłby efekt odwrotny i wszyscy inni, nie tylko KO, zyskaliby na poparciu wyborczym w więzieniach kosztem PIS, proporcjonalnie tyle samo.

Osobną hipotezą, również w propagandzie spotykaną, jest stosunek elementów przestępczych do programów poszczególnych partii. PIS postuluje ostrą politykę penitencjarną, zatem ma się to przekładać na niechętny do PIS stosunek osób, których ta polityka dotyczy bezpośrednio.  Hipoteza ta jednak nie wyjaśnia dlaczego prawie cały, utracony w ten sposób przez PIS więzienny elektorat, miałby przepływać akurat do KO. Wszak ugrupowaniem, które postuluje łagodne i wyrozumiałe traktowanie przestępców jest nie KO, a Lewica, a ona wcale w więzieniach większego niż średnia poparcia nie ma. Ma je za to Konfederacja, która jednak, podobnie jak PIS, również nie chce się patyczkować z kryminalistami, co jednak jakoś, wcale ich do Konfederacji nie zraża.

Teoretycznie jeszcze istnieje minimalna szansa, że prawdziwe jest amerykańskie wyjaśnienie lewicowe. Że cała ta hucznie ogłaszana pisowska „reforma sądownictwa” jednak się udała i teraz już „odzyskana” policja prokuratura i sądownictwo same doskonale wiedzą, kogo ścigać, oskarżać i skazywać, a kogo w żadnym razie nie. Nie wydaje się to jednak możliwe. Choćby tylko z braku możliwości, jeżeli nawet nie z braku chęci.

Jasne więc jest, że analogia z USA wiedzie nas jednak na manowce. Dzieje się tak z powodu dwóch zasadniczych różnic miedzy tymi pozornie podobnymi zjawiskami. Bycie Murzynem jest bowiem cechą genetyczną, wrodzoną. Natomiast w polskim przypadku występuje dodatkowy stopień swobody. Zwolennik jednej partii może bez trudu i wielokrotnie zmieniać zapatrywania polityczne nawet w sposób bardzo drastyczny. Co prawda, w skali całego kraju nie obserwuje się żadnego przepływu elektoratu pomiędzy PIS a KO, ale przecież, nie mamy tu do czynienia z populacją dla kraju reprezentatywną. Osadzeni w zakładach karnych, co jest różnicą subtelną, ale nie do przecenienia, nie są też dokładnie, nawet jeżeli pominiemy niewielki odsetek skazanych niewinnie, kryminalistami, ale tylko tymi kryminalistami, którzy zostali złapani i skazani. A takie doświadczenie, jak się okazuje, może jednak zmienić człowieka, także przestępcę, w tym jego poglądy polityczne.

Założymy więc w tym miejscu , że rozkład sympatii politycznych wśród elementu przestępczego pozostającego na wolności jest znacznie bardziej zbliżony do średniej krajowej niż ten sam rozkład wśród osadzonych. Ze względu na niższy od średniej wiek, oraz deficyty intelektualne w tym środowisku, odbiega oczywiście od średniej, ale w znacznie mniejszym stopniu, niż to dotyczy kryminalistów skazanych i odbywających karę. Sam fakt skazania, powoduje zatem u sporego, (ok 20%) odsetka skazanych drastyczną zmianę preferencji politycznych. Czym ona jest spowodowana?

PIS to partia, jak już wspomniano, resentymentu za PRL. Jej wyborcy wspominają ten okres z rozrzewnieniem i oczekują od swoich wybrańców przywrócenia ówczesnych stosunków ekonomicznych i społecznych, co też PIS stara się czynić, nawet w takich drobiazgach jak zakaz robienia zakupów w niedzielę. Jedną z wielu osobliwości czasów PRL, było też powszechne społeczne przyzwolenie na …kradzieże. Zresztą nawet nie używano tego słowa, mówiąc raczej o „wynoszeniu” (np. butów z fabryki), albo o „zorganizowaniu” (np. cegieł z budowy). Mieszkańcy PRL okradali zresztą, nie tylko pracodawców, czy państwowe (innych nie było) firmy. Okradali również siebie nawzajem. Kradziono używane buty w pociągu, czy ręczniki na plaży, rzeczy, których dzisiaj każdy zwyczajnie by się brzydził. Ten sentyment pozostał w tym elektoracie do dzisiaj, o czym świadczą kultowe już słowa podziwu dla swojej partii, która, co prawda kradnie, ale przecież też się tym dzieli. Dzielenie się skradzionym łupem z rodziną, czy znajomymi, było bowiem też częścią etosu obywatela PRL

Nie należy się więc dziwić, że, kiedy podzielający podobne poglądy złodziej, wpadnie w ręce sprawiedliwości i kiedy się, ku swojemu zdumieniu, zorientuje, że kradzież nie jest już podstawową narodową zdobyczą socjalną, ale przestępstwem, za które otrzymuje się solidny wyrok, doznaje ów złodziej potężnego szoku poznawczego, który może całkowicie zmienić jego nastawienie do rzeczywistości, również politycznej.  Pytanie, dlaczego nie mógł zrobić takiego rachunku przed wstąpieniem na drogę przestępstwa, byłoby bezpodstawne. To przecież nie są ludzie powalający swoją inteligencją. Tak, czy inaczej, w ten właśnie sposób PIS, w trakcie procesu sądowego, traci, być może bezpowrotnie, wielu swoich zwolenników wywodzących się ze środowisk przestępczych.

Dlaczego jednak tacy rozczarowani PIS skazani przerzucają swoje sympatie właśnie na KO? I tu kluczowy jest stosunek do PRL. Pod tym względem KO jest dokładną odwrotnością PIS. Jej wyborcy to ludzie, którzy najbardziej na przemianach po upadku komunizmu skorzystali i uznają je za optymalne, wymagające jedynie niewielkich, poważnie przemyślanych, poprawek i uzupełnień. To, w oczach skruszonych przestępców, odróżnia KO zarówno od Lewicy, która twierdzi, że zmiany po 1989 zaszły za daleko, jak i od Konfederacji, dla której były one, co najwyżej, połowiczne i daleko niewystarczające. No i oczywiście staje się KO dokładną antytezą PIS, twierdzącego, że w czasach PRL Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio, a potem przyszedł Balcerowicz i wszystko uległo, jak to określił kiedyś przywódca PIS, daleko idącej demoralizacji. Dlatego też więźniowie rozczarowani do PIS, wybierają właśnie KO, a nie jakąś inną partię z dostępnej palety.

Wśród specjalistów od kryminologii toczy się zażarty spór, czy więzienie spełnia zaplanowane dla niego funkcje resocjalizacyjne, a jeżeli w ogóle, to w jakim stopniu. Jak wynika z naszego badania, resocjalizacja jednak, w jakimś mierzalnym zakresie, w więzieniu zachodzi. Pozostaje tylko pytanie, na ile jest ona trwała i czy utrzymuje się po opuszczeniu przez danego delikwenta miejsca odosobnienia.

Efekt Czarnka

Wszelkiego typu badania sondażowe dotyczące dowolnych cech społeczeństwa, np. preferencji politycznych, są obarczone wieloma nieusuwalnymi błędami. Samo dobranie próby o odpowiednim poziomie losowości jest już ekstremalnie trudne, a, nawet w najbardziej zgodny ze sztuką sposób, wylosowani respondenci, mogą wcale nie mieć ochoty na udzielanie jakichkolwiek odpowiedzi, mogą kłamać, mogą oszukiwać, nawet sami siebie, co do swoich umiejętności, kwalifikacji czy poglądów.

Istnieje jednak w Polsce jedno, wykonywane zresztą regularnie co roku, badanie, pozbawione tych wszystkich wad i z tego tytułu szczególnie cenne. Mowa o egzaminie ósmoklasisty przeprowadzanym na koniec cyklu nauczania szkoły podstawowej. W niniejszym artykule omówimy wyniki tego egzaminu z roku 2022

Jego wyniki mają, ze statystycznego punktu widzenia, tę wielką zaletę, że są odpowiednikiem spisu powszechnego. Obejmują bowiem prawie całą populację danego rocznika. Ankietowani nie mogą odmówić odpowiedzi, nie próbują zbyć ankietera, nie kłamią i nie kręcą. Starają się wypełnić arkusze egzaminacyjne najlepiej jak potrafią.

Spotykane w mediach analizy wyników takich egzaminów, ograniczają się, niestety, zwykle do podania średniego wyniku z danego przedmiotu. Jest to jednak informacja daleko niepełna, a poza tym myląca. Sama średnia, bez pozostałych parametrów, takich jak mediana, odchylenie standardowe, czy dominanta, właściwie nic nie mówi o kształcie rozkładu ocen, a poza tym wysokość średniej zależy nie tylko od wiedzy zdających, ale również od poziomu trudności samego egzaminu, który może być i często bywa, ręcznie „ustawiany” przez władze oświatowe. Dlatego dużo ważniejszy od samej średniej, jest kształt rozkładu prawdopodobieństwa otrzymania danej oceny. Co szczególnie intrygujące, takie kompletne rozkłady wyników egzaminów, jak najbardziej zamieszcza na swoich stronach internetowych komisja egzaminacyjna, ale zaskakujące kształty tych rozkładów nie wywołują żadnej refleksji czy dyskusji, ani w mediach, ani w samym systemie oświaty.

Ponieważ inteligencja i w ogóle kompetencje umysłowe przyjmują w ludzkich populacjach rozkład normalny, w Polsce zwany też rozkładem Gaussa, należałoby się, w pierwszym przybliżeniu, spodziewać, że rozkład wyników egzaminów będzie również do rozkładu normalnego zbliżony.  Będzie niewielu uczniów uzyskujących bardzo dobre wyniki, zdecydowana większość stłoczona wokół wartości średniej, oraz, po drugiej stronie rozkładu, niewielki „ogon” całkowitych tumanów. Tym większe jest jednak zaskoczenie, że wyniki od tgo teoretycznego przewidywania odbiegają czasami bardzo daleko. Na początek weźmy język polski:

W przeciwieństwie do oczekiwanego rozkładu normalnego, wynik jest niesymetryczny, wyciągnięty w lewą stronę. Pierwszym wyjaśnieniem tej odchyłki, jakie się tu może narzucić, jest efekt litości egzaminatora. Sprawdzający są dla egzaminowanych bardzo życzliwi i interpretując każdą wątpliwość na korzyść zdającego, starają się naciągnąć wyniki i w rezultacie przepychają cały rozkład w prawo. Dopóki dotyczy to przedmiotu, gdzie większość pytań ma charakter otwarty, typu „dlaczego Słowacki wielkim poetą był”, a ocena odpowiedzi jest w wysokim stopniu subiektywna, od życzliwości sprawdzającego zależy bardzo wiele.

Niemniej nie jest to jedyne możliwe wytłumaczenie. Aby to zrozumieć pokażemy wyniki z języka angielskiego. W tym przypadku możliwość subiektywnego naciągania wyników jest, w porównaniu z językiem polskim, znacznie ograniczona. Albo się zna prawidłową odpowiedź, albo się nie zna. Osobiste nastawienie sprawdzających, to czy są życzliwi, czy złośliwi, ma tu dużo mniejsze znaczenie.

Tym razem rozkład jest jeszcze bardziej zaskakujący. Nie tylko jest niesymetryczny, ale jest też bimodalny, posiada bowiem dwa wierzchołki, jeden przy wyniku 100%, drugi przy 18%. W statystyce taki kształt oznacza zwykle, że mamy do czynienia z dwoma zupełnie rozłącznymi populacjami. Pierwsza z nich, ta z maksimum na 100%, to uczniowie, którzy się do egzaminu, na miarę swoich możliwości, przygotowywali i uczyli. Maksimum przy 100% oznacza, że egzamin z angielskiego był względnie łatwy, ale oczywiście nie wszyscy, nawet dobrze przygotowani, wypełnili arkusze bezbłędnie i przez to znaleźli się w lewym ogonie rozkładu. Dużo ciekawszy jest drugi wierzchołek przy 18%. Otóż jest to wynik, który otrzymalibyśmy wypełniając arkusz egzaminacyjny …całkowicie losowo. Istnieje więc spora, licząca, po doliczeniu również tych ignorantów, którzy uzyskali lepszy wynik dzięki szczęściu, ok 18-20% populacja uczniów ósmej klasy, którzy przystąpili do egzaminu z angielskiego nie mając absolutnie żadnego pojęcia o tym języku i nie znając z niego ani jednego słowa! Pozostaje zagadką co oni mianowicie na lekcjach z tego przedmiotu robili i jakim sposobem w ogóle otrzymywali co roku z niego promocję. Jest to oczywisty i namacalny dowód, że nauka języka angielskiego w szkołach podstawowych, jak i oceny z tego przedmiotu są w sporym odsetku całkowitą, a równocześnie w pełni przez ministerstwo oświaty aprobowaną, fikcją.

Już samo to jest tragiczne, ale jeszcze bynajmniej nie dotarliśmy do jądra ciemności. Ostatnim przedmiotem egzaminacyjnym jest matematyka. Tu już nie ma żadnej dowolności interpretacji i naciągania rezultatów. Oto rozkład wyników.

Mówią one same za siebie. Podobnie jak z językiem angielskim, mamy tu do czynienia z dwoma maksimami. Przy 96% – uczniowie uczący się i przy 20% – całkowici matematyczni ignoranci, nie potrafiący nawet dodać przysłowiowych dwóch do dwóch.  Chociaż to lewe maksimum jest tym razem nieco lepsze niż czysto losowe (16%), co zapewne wynika z tego, że egzamin w zgodnej opinii zdających był bardzo łatwy, to jednak odsetek matematycznych ignorantów jest wyższy niż ignorantów angielskich i wynosi ponad 30%. Prawie jedna trzecia populacji nie ma żadnego pojęcia o matematyce na poziomie szkoły podstawowej.

Jak już wyżej wspomniano, rozkład bimodalny wskazuje na ostrą, zerojedynkową granicę miedzy tymi dwiema populacjami. Albo dzieci się jakoś, na miarę swoich zdolności i możliwości, uczą, albo (20-30%) nie uczą się wcale i znajomość, czy to matematyki, czy języka angielskiego, mają dokładnie na poziomie zerowym. Nie małym, nie nikłym, nie znikomym, ale równo zerowym. Z identycznym rezultatem autor niniejszego eseju mógłby zdawać egzamin z japońskiego, albo z historii tajskiego dramatu scenicznego. Lepiej dla wszystkich zainteresowanych, również dla uczniów starających się pozyskać jakąś wiedzę, byłoby, żeby ta populacja nie chodziła do szkoły wcale.

Nie ulega wątpliwości, że, inaczej, niż będący tylko czymś w rodzaju wyrafinowanego hobby, przedmiot nazywany „językiem polskim”, zarówno język angielski jak i matematyka są podstawą do nabycia wszelkiej innej wiedzy, a tym samym najważniejszymi przedmiotami w szkole. Są to języki dające, niczym łacina w średniowieczu, dostęp do światowego obiegu informacji (angielski), oraz do wszelkich innych dyscyplin naukowych, od ekologii, po dynamikę płynów, których bez matematyki w ogóle nie da się zgłębiać. Brak ich znajomości oznacza automatycznie brak jakiejkolwiek innej wiedzy z dowolnej innej dziedziny.

Nie jest też zapewne przypadkiem, że opisany wyżej rezultat egzaminów, w ogóle nie jest przedmiotem troski obecnego kierownictwa polskiej oświaty, które zresztą nie posiada przecież odpowiednich kwalifikacji intelektualnych, ani moralnych, żeby ten problem w ogóle dostrzec, nie mówiąc już o zaproponowaniu i wdrożeniu jakiegoś rozwiązania, chociażby zwolnieniu tych 20-30% z realizacji „obowiązku szkolnego”. Zapewne znacznie łatwiej jest zajmować się, nie tak wymagającymi umysłowo, kwestiami, jak ustalanie właściwej z ideologicznego punktu widzenia, kolorystyki kredek w uczniowskich piórnikach, albo hucznym wdrażaniem nowego, oczywiście humanistycznego, przedmiotu, który wbrew swojej mylącej nazwie, nie ma nic wspólnego z historią jako dyscypliną naukową, a jest tylko repliką znanej z PRL indoktrynacji, mającej wpoić uczniom przekonanie, że naród pod światłym przewodem swojej Partii kroczy ku świetlanej przyszłości solidaryzmu.

Pozostaje intrygujące pytanie, gdzie konkretnie ta, hodowana w jakimś sobie znanym celu przez władze, gigantyczna populacja analfabetów się znajduje. W celu znalezienia odpowiedzi wykorzystamy teraz podział wyników egzaminu na gminy i porównamy go z wynikami ostatnich wyborów parlamentarnych. Oczywiście dzieci szkolne w wyborach nie głosują. Niemniej nie żyją one też w społecznej próżni. Dla naszych celów założymy, że osobowość ósmoklasistów jest kształtowana przez ich dorosłych krewnych, głównie oczywiście rodziców, ale także dziadków, wujostwo, etc i że dzieci dziedziczą po nich, jeżeli nawet nie poglądy polityczne, to na pewno kompetencje matematyczne i językowe, a na pewno czynią to dzieci przygotowujące się (lub nie) do egzaminów końcowych. W tym ostatnim procesie przepływu tych kompetencji miał okazje uczestniczyć zapewne każdy rodzic takiego dziecka. Założenie o wysokim stopniu odziedziczalności tych cech, przy czym nie ma w tej chwili znaczenia, czy proces tego dziedziczenia ma charakter genetyczny, czy kulturowy, okazuje się, jak się za chwilę przekonamy, jak najbardziej uzasadnione. Dzieci, jeżeli chodzi o umiejętności i wiedzę szkolną, faktycznie można traktować jako przedłużenie swoich rodziców.

Na poniższym wykresie pokazano korelacje pomiędzy wynikami egzaminu ósmoklasisty a kolejno wielkością danej gminy, odsetkiem głosów w wyborach oddanych przez pełnomocnika, odsetkiem głosów oddanych na podstawie zaświadczeń, frekwencją wyborczą i głosami nieważnymi. Zaznaczono tylko korelacje istotne statystycznie, czyli takie, dla których szansa, że wynikają z czystego przypadku, jest mniejsza niż1%.

Nie jest niespodzianką, bo ta zależność jest znana od bardzo dawna, że im większa jest dana gmina, tym lepsze są w niej wyniki egzaminu. Trudniejsza do wyjaśnienia jest ujemna korelacja z głosowaniem przez pełnomocników. W ten sposób głosują przecież ludzie starzy i schorowani i dlatego odsetek takich głosów bardzo dobrze odzwierciedla średni wiek mieszkańców danej gminy. Dlaczego jednak miałoby to mieć jakieś przełożenie na wyniki egzaminów 14-15 latków? A najwyraźniej ma. Być może znajduje tu odzwierciedlenie nie wiek, ale dostęp do opieki medycznej i ogólna dbałość o własne zdrowie. Kto nie dba o stan zdrowia, nie dba też i o stan wykształcenia.

Zupełnie zaskakująca jest za to niewielka, ale istotna statystycznie korelacja między wynikami egzaminu z angielskiego, a głosami oddanymi na podstawie zaświadczeń. Wszak głosujący w ten sposób wyborcy głosują właśnie poza własną gminą i z mieszkającymi tam dziećmi nie mają żadnego związku i tym samym żadnego na nie wpływu. Najwięcej jednak takich głosów oddaje się w popularnych miejscowościach wypoczynkowych, żyjących z turystyki, gdzie znajomość angielskiego ma konkretne, bezpośrednie, przełożenie na pracę i uzyskiwane zarobki, stąd tamtejsi rodzice pilnują, aby ich dzieci ten język w jakimś zakresie poznały.

Wreszcie mamy dwie najsilniejsze korelacje, co do których nie może być już żadnych wątpliwości. Im wyższy poziom wykształcenia, tym wyższy poziom patriotyzmu, który uwidacznia się tutaj wyższą frekwencją w wyborach. Im zaś dane społeczeństwo głupsze, tym więcej oddaje głosów nieważnych, bo ludzie, którzy nie wiedzą nawet ile jest dwa plus dwa nie są też w stanie poprawnie wypełnić arkusza do głosowania.

Na koniec pozostawił niżej podpisany korelacje najbardziej kontrowersyjne. Wyników egzaminu z wynikami wyborów, odsetkiem głosów oddanych na poszczególne komitety. Przypomnieć w tym miejscu należy, że analiza ta dotyczy wyłącznie wyborców danych partii, a niekoniecznie samych partii i ich kierownictwa politycznego.  I tu wnioski są czasami zaskakujące.

Elektorat KO, Lewicy i Konfederacji jest nastawiony zdecydowanie globalistycznie i bardzo (najbardziej KO) dba o to, żeby jego dzieci język globalny poznały. Wyborcy PIS i PSL przeciwnie, od wszelkich zgniłozachodnich wrażych, w pisowskiej nowomowie, „lewicowo-liberalnych”, wpływów ideologicznych, starają się swoje potomstwo, za pomocą błogosławionej ignorancji, jak najstaranniej odgrodzić. Jeszcze ciekawsze są korelacje z wynikami z matematyki. Ponieważ jest to dziedzina, której nie można, inaczej niż języka angielskiego, opanować tylko za pomocą żmudnego „kucia”, a wymaga ona dogłębnego zrozumienia i przeanalizowania, czyli po prostu inteligencji, po raz kolejny możemy się przekonać, że Konfederacja w wyborach w 2019 roku miała najbardziej inteligentnych wyborców. Takich, których najwyraźniej matematyka nie gryzie i którzy przekazują tę cechę swoim dzieciom. Ludzie najlepiej z matematyką obeznani, najchętniej głosują też na Konfederację a w mniejszym stopniu na KO. Na pewno za to nie zagłosują na PSL.

Osobną kategorią są korelacje z wynikami egzaminacyjnymi z języka polskiego. Przedmiot ten, jak już autor wspomniał, nie jest merytoryczny, a stanowi raczej wyraz pewnego szlachetnego hobby – zamiłowania i przywiązania do polskiej kultury i tradycji, w tym przypadku literackiej. Wyborcy Konfederacji, najbardziej, ze wszystkich innych, ceniący tę tradycję, w tym punkcie, odróżniają się, od obojętnego na te klimaty, choć tak samo poważającego kompetencje merytoryczne, elektoratu KO. Na przeciwnym biegunie znajdują się natomiast sympatycy lewicy, którzy polską literaturą najwyraźniej pogardzają, co zresztą nie jest żadną niespodzianką, jeżeli przypomnieć głośną niegdyś, płynącą z tamtej strony, deprecjację twórczości Henryka Sienkiewicza.

Głównym rezerwuarem, opisanej w pierwszej części otchłani polskiego analfabetyzmu jest zatem, mający ujemną korelację ze wszystkimi przedmiotami egzaminacyjnymi, elektorat PSL, a także, czego niestety nie widać na naszych wykresach, ale czego można się domyślić, ogromna w Polsce rzesza „niegłosujących” . Natomiast wyborcy PIS i Lewicy demonstrują swój wstręt do angielskiego (PIS) i polskiego (Lewica) z powodów wyznawanych przez siebie ideologii, bo jak wykazują ich, przynajmniej poprawne, wyniki z matematyki, aż tak ograniczeni intelektualnie nie są.

Czy jednak dopuszczanie do rządów formacji, dla których fiksacje ideologiczne, nieważne jakiej proweniencji, są ważniejsze od kompetencji merytorycznych jest na pewno dobrym pomysłem?

Oczywiście rozkład elektoratu poszczególnych ugrupowań politycznych zmienia się w czasie. W powyższej analizie posłużyliśmy się wynikami wyborów parlamentarnych z 2019 roku, jako najbliższych czasowo tegorocznym egzaminom ósmoklasisty. Jednak jeszcze bliższe w czasie były wybory prezydenckie z 2020 roku. Oto korelacje ich wyników:

Największe jakościowe zmiany jakie zaszły w ciągu roku, to przede wszystkim pojawienie się w dużej liczbie elektoratu Szymona Hołowni, pod względem edukacyjnym bardzo zbliżonego profilem do lewicy, reprezentowanej przez Roberta Biedronia. Tak samo cenią oni język angielski i tak samo pogardzają polskim. Również wyborcy Bosaka, okazali się zauważalnie mniej światowi, niż wyborcy Konfederacji w 2019, chociaż dodatnią korelację z językiem angielskim zachowali. Najbardziej znaczące zmiany zaszły jednak w obrębie obozu postkomunistycznego. W porównaniu do głosujących na genetycznych patriotów w roku 2019, w roku 2020 reprezentant PIS, stracił dodatnią korelację z wynikami z polskiego, a zyskał ujemną z matematyką, co oznacza, że na partię władzy głosują stopniowo coraz głupsze centyle społeczeństwa.

Granice Atlantydy

Żyjący na przełomie V i IV w p.n.e. ateński filozof Platon, jest obecnie, niezależnie od całej swojej bogatej spuścizny intelektualnej, najbardziej znany jako autor mitu o Atlantydzie. Atlantyda, według Platona, miała być, położonym na wielkiej, znacznie większej niż np. Wielka Brytania, wyspie, zaawansowanym cywilizacyjnie imperium, które panowało również nad innymi wyspami i częściami lądu stałego i próbowało podbić zbrojnie także wschodnią część basenu Morza Śródziemnego, skąd zostało jednak odparte przez ówczesnych praateńczyków, przodków Platona. W jakiś czas później, wyspa i całe imperium Atlantydy miały zostać zniszczone w wielkiej katastrofie, potopie połączonym z wybuchami wulkanów i trzęsieniami ziemi. Wszystko to miało się wydarzyć, licząc według współczesnego kalendarza, w okolicach 10 tysiąclecia p.n.e. Jak zadeklarował sam Platon, jego wiedza na ten temat miałaby pochodzić z rodzinnej tradycji ustnej, sięgającej wstecz czasów Solona, ateńskiego polityka żyjącego około dwustu lat przed Platonem. Sam Solon z kolei, miał otrzymać te sensacyjne informacje od egipskich kapłanów w mieście Sais, podczas swojej podróży do kraju nad Nilem.

Od czasów Platona, temat Atlantydy zaczął żyć własnym życiem, ściągając na siebie uwagę i inspirując nakierowane na odnalezienie śladów tej mitycznej cywilizacji, daremne, jak do tej pory, wysiłki przeróżnych bardziej, lub, znacznie częściej, mniej poważnych badaczy.

Mniej poważnych, ponieważ jest dzisiaj oczywiste, że, gdyby trzymać się literalnie opisu Platona, to jego Atlantyda nie mogłaby istnieć. Imperium atlantydzkie byłoby porównywalne wielkością swojego terytorium z imperium rzymskim, a pod względem gęstości zaludnienia znacznie by je przewyższało. I wszystko to w 10 tysiącleciu przed naszą erą, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia. Gdyby takie gigantyczne i zaawansowane technologicznie na poziomie przynajmniej epoki brązu, imperium wtedy istniało, pozostałoby po nim wystarczająco wiele śladów archeologicznych, aby można było je dzisiaj znaleźć i prawidłowo zinterpretować. Nawet gdyby Atlantydę zniszczyła jakaś gigantyczna katastrofa naturalna, to zachowałyby się pozostałości takiego wydarzenia, np. krater meteorytowy. W miejscu, skąd, jak sam deklarował, Platon zaczerpnął swoją wiedzę na ten temat, czyli w Egipcie, również, mimo stuleci prowadzonych w tym kraju prac wykopaliskowych, nie natrafiono na najmniejszą nawet wzmiankę o tak rozległej i rozwiniętej, cywilizacji, zniszczonej przez jakąś katastrofę dziewięć tysięcy lat przed naszą erą.

Nie oznacza to jednak, że nie znaleziono nic w ogóle. Zachowały się w Egipcie do dzisiaj, a zatem tym bardziej mogły być dostępne w czasach Solona i Platona, wzmianki o niesłychanie rozwiniętej cywilizacji, panującej w zamierzchłej przeszłości nad dużą wyspą i innymi wyspami i częściami lądu stałego. Cywilizacji, która prawdopodobnie toczyła jakieś spory, w tym i zbrojne, z przodkami Hellenów i która ostatecznie została zniszczona przez wielki kataklizm, konkretnie wybuch wulkanu. Kłopot w tym, że bynajmniej nie była to platońska Atlantyda. Już dawno, zajmujący się tym zagadnieniem badacze, zauważyli bowiem, że gdyby wszystkie opisujące Atlantydę dane liczbowe zawarte w dziełach Platona podzielić przez czynnik dziesięć, to nagle wszystkie elementy tej układanki trafiają we właściwe miejsca. Dokładnie opisuje wtedy Platon tzw. cywilizację minojską, która rozwijała się na Krecie, innych okolicznych wyspach i częściach lądu stałego, w epoce brązu, została zdewastowana przez gigantyczny wybuch wulkanu na wyspie Thera, dzisiaj zwanej Santorynem, w XVII/XVI wieku p.n.e., a następnie uległa najazdowi Achajów – przodków Greków, którzy stworzyli tzw. kulturę mykeńską. Pasuje tu, zarówno, zmniejszona dziesięciokrotnie, platońska geografia, jak i chronologia, skoro działo się to nie dziewięć tysięcy, ale dziewięćset lat „temu”, czyli przed czasami Solona.

Zgodność ta jest na tyle duża, że wykreowany przez Platona atlantydzki mit, wydaje się właśnie tu mieć swoje źródło. Wystarczyłoby, żeby Solon, czy też sam Platon, który również przecież podróżował po Egipcie, błędnie zrozumiał podawane przez gospodarzy dane ilościowe, albo, że sami kapłani, chcąc zrobić na greckim turyście odpowiednie wrażenie, je dziesięciokrotnie wyolbrzymili. Tak czy inaczej, mogłoby się wydawać, że historia Atlantydy tu właśnie, w cywilizacji minojskiej w epoce brązu się kończy.

Tymczasem całe fascynujące zagadnienie w tym miejscu się dopiero zaczyna. Odkładając całkowicie na bok Atlantydę wyfantazjowaną przez Platona, można przecież tą hipotezę bardziej uogólnić. Czy istniała kiedyś na Ziemi rozwinięta, znacznie „ponad stan” określony przez nauki historyczne dla swojej epoki, cywilizacja, która później upadła i pozostawiła po sobie tak mało śladów, że do dzisiaj archeolodzy jej nie odkryli?

No cóż, rozwinięta cywilizacja typu „atlantydzkiego”, czyli cywilizacja na poziomie epoki brązu, lub „wyższym” pod koniec ostatniego zlodowacenia nigdy nie istniała. Można mieć taką pewność, nie tylko ze względu na brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Nie mogłaby bowiem ona istnieć nawet teoretycznie. Cywilizacja jako taka, pojawia się bowiem w momencie przejścia od pozyskiwania żywności za pomocą łowiectwa i zbieractwa, co jest formacją zwaną paleolitem, do wytwarzania pożywienia bezpośrednio w ramach gospodarki rolniczej, czyli neolitu. Z tej samej powierzchni rolnictwo jest bowiem w stanie wygenerować o dwa rzędy wielkości więcej kalorii niż łowiectwo i zbieractwo. Społeczności rolników posiadają dzięki temu znacznie większą, niż łowcy zbieracze, gęstość zaludnienia, a co za tym idzie znacznie intensywniejsze kontakty międzygrupowe i międzyosobnicze. Struktury społeczne są zatem znacznie bardziej skomplikowane i pojawiają się ludzie zajmujący się czymś innym niż tylko pozyskiwaniem i przetwórstwem żywności, oraz rozwijają się dalekosiężne sieci wymiany idei, genów i towarów. Społeczności rolnicze, będące, z ekologicznego punktu widzenia, w stanie symbiozy ze swoimi uprawami i hodowlami, różnią się od łowców zbieraczy, ekologicznych drapieżników szczytowych, jeszcze jedną ważną cechą. O ile społeczeństwa paleolitu są stabilne i po największych nawet, innych niż całkowite wymarcie, losowych wstrząsach i zaburzeniach, zawsze wracają do pierwotnego stanu równowagi, o tyle układy symbiotyczne stabilne nie są. W związku z tym cywilizacja rolnicza nie tylko doznaje co jakiś czas, katastrof i upadków, ale przede wszystkim jest zdolna do rozwoju i stopniowego wzrostu złożoności i poziomu cywilizacyjnego. Rozwój ten jednak, chociaż, w porównaniu z paleolitem, błyskawiczny, jest wciąż na tyle powolny, że właściwie niedostrzegalny w skali ludzkiego życia. Od powstania rolnictwa, do pojawienia się miast, pisma, metalurgii, czy dalekosiężnej żeglugi morskiej, tego wszystkiego, czego od „poważnej” Atlantydy byśmy oczekiwali, musi upłynąć przynajmniej kilka tysięcy lat. Jednocześnie powstanie rolnictwa jest możliwe tylko w sprzyjających warunkach klimatycznych, które na Ziemi nastały dopiero z końcem ostatniego glacjału, epoki lodowcowej i początkiem cieplejszego okresu, interglacjału, zwanego holocenem. Rozwinięta cywilizacja atlantydzka musiałaby więc powstać zaraz, najdalej w ciągu kilkuset lat, po ustąpieniu lodowców, a najpewniej nawet przedtem, na co zwyczajnie nie miałaby czasu.

Żadna zatem rozwinięta, miejska cywilizacja u zarania holocenu nie mogłaby istnieć. Aby osiągnąć przynajmniej poziom epoki brązu, społeczności rolnicze musiały przejść długą, trwającą wiele tysiącleci, drogę, dobrze opisaną zarówno przez badania archeologiczne, jak i modele teoretyczne. Tyle właśnie, ile potrzebowała oryginalna epoka brązu. Atlantyda, niezależnie od tego, co konkretnie było inspiracją Platona, nie istniała. Holocen był na to wtedy zbyt młody, a w poprzedzającej go glacjale, powstanie niezbędnego cywilizacji rolnictwa było w ogóle niemożliwe.

Ale czy aby na pewno? Będące warunkiem koniecznym istnienia Atlantydy rolnictwo, nie mogło, co prawda, zostać wynalezione w poprzedzającym holocen glacjale, w Polsce zwanym vistulianem, lub zlodowaceniem północnopolskim. Ale przecież vistulian też nie trwał wiecznie. Poprzedzony był bardzo podobnym do obecnego holocenu, cieplejszym interglacjałem, zwanym eemianem, który przypadł na okres 130-115 tysięcy lat temu. Eemian trwał zatem nawet nieco dłużej niż współczesny nam holocen, był też od niego o 2-3 stopnie cieplejszy. Mimo to, według naszej obecnej wiedzy, żadnej próby, a przynajmniej udanej próby, przejścia do neolitu, wynalezienia rolnictwa i zbudowania cywilizacji wtedy nie podjęto. Ba, eemian, nie tylko nie spowodował rewolucji neolitycznej przed 120 tysiącami lat, że o powstaniu wtedy bardziej złożonej cywilizacji nie wspominać, ale nawet nie znalazł żadnego odbicia w istniejącym wtedy paleolicie. Mimo sporych, większych niż holoceńskie, zmian klimatycznych, a co za tym idzie także zmian zasięgu występowania roślin i zwierząt, które zbierali i na które polowali ówcześni ludzie, ich narzędzia …wcale się nie zmieniły i eemian w paleolitycznych kulturach w ogóle w żaden wyraźny sposób się nie zaznaczył. Skoro holocen spowodował przejście od łowiectwa do rakiet kosmicznych i komputerów, to dlaczego eemian miałby nie spowodować …nic?

Oczywiście, oprócz podobieństw, pomiędzy eemianem i holocenem były również i różnice. Inaczej niż na początku holocenu, w eemianie nasi przodkowie z gatunku Homo sapiens bytowali wyłącznie w Afryce. Jednak najważniejszy holoceński ośrodek powstania rolnictwa, bliskowschodni, położony na terenach dzisiejszych Iranu, Iraku, Turcji, Syrii i Izraela, „Żyzny Półksiężyc”, nie był w eemianie bynajmniej bezludny. Zamieszkiwali go przedstawiciele innych gatunków z rodzaju Homo, z których najlepiej poznanym i zbadanym jest Homo neanderthalensis, zwany neandertalczykiem.

Kultura neandertalska, zwana mustierską, nie zmieniała się przez setki tysięcy lat, nie reagując na nadejście i odejście kolejnych glacjałów i interglacjałów, nie wykazując też żadnych lokalnych wariacji i regionalizmów. Niemniej, kultura współczesnych neandertalczykom Homo sapiens długo nie zmieniała się również. Stałość i niezmienność społeczeństw paleolitycznych, neandertalskich tak samo jak ludzkich, jest, jak już autor wspomniał, wymuszona przez samą przyrodę i potrzeba bardzo silnych bodźców, żeby ten stan równowagi opuścić. Wreszcie, chociaż neandertalczycy długo nie wprowadzali w swoim trybie życia żadnych zmian, w końcu jednak, tuż przed swoim ostatecznym wymarciem, zaczęli to robić, tworząc znacznie bardziej zaawansowaną kulturę szatelperońską. Twierdzenie, że neandertalczycy nie byli zdolni do wynalezienia rolnictwa tylko z powodu własnych ograniczeń intelektualnych, byłoby więc, co najmniej przedwczesne.

Zamieszkujący w eemianie Europę i Azję neandertalczycy, czy ówcześni afrykańscy Homo sapiens, czy też jeszcze inne, słabo do dzisiaj rozpoznane, gatunki rodzaju Homo, mogły zatem w zasadzie przeprowadzić rewolucję neolityczną. Paradoksem jest zatem fakt, że w odróżnieniu od Atlantydy w holocenie, o rząd wielkości starsza Atlantyda w eemianie, teoretycznie byłaby możliwa. Atlantyda eemiańska potyka się jednak o ten sam problem co Atlantyda holoceńska. Brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Oczywiście chodzi tu o znaleziska sprzed ponad stu tysięcy lat, które, z tego właśnie tytułu, będą zawsze dużo mniej liczne i gorzej zachowane niż pozostałości ludzkiej aktywności z czasów holocenu. Niemniej archeologia dysponuje jednak pewną ilością stanowisk z okresu eemianu. Niestety, są to, bez wyjątku, pozostałości kultur łowiecko-zbierackich. Oczywiście nie przesądza to jeszcze o definitywnym nieistnieniu eemiańskiej Atlantydy, ale na pewno znacznie ogranicza jej ewentualne rozmiary, zarówno w sensie geograficznym, jak i cywilizacyjnym właśnie. Gdyby cywilizacja eemiańska osiągnęła stadium rewolucji przemysłowej, w ogóle by nie upadła i istniałaby do dzisiaj. Zapewne przetrwałaby także zlodowacenie, gdyby zdążyła stać się cywilizacją globalną, na poziomie naszego XVI-XVIII wieku. Imperia takie, jak rzymskie, z epoki żelaza, czy brązu, vistulianu by nie przeżyły, ale pozostawiłyby ślady wystarczająco liczne i wyraźne, żeby zostać do tej pory znalezione.

Górną granicą eemiańskiej Atlantydy, maksymalnym poziomem rozwoju, jaki mogła osiągnąć, zanim powracające lodowce starły ją z powierzchni planety, jest zatem późny neolit, odpowiednik Sumeru, egipskiego Starego Państwa, amerykańskich Majów, czy Inków. To i tak bardzo dużo. Istniałyby już miasta, pismo, a nawet tak imponujące zabytki jak egipskie piramidy IV dynastii. Mogłyby też one nadal pozostawać nieodkryte, bo przez ponad sto tysięcy lat zerodowałyby do tego stopnia, że nie odróżniałyby się już od pagórków powstałych w sposób naturalny. Teoretycznie jednak, pomieszczenia wewnątrz takich piramid, mogłyby przechować swoją zawartość w miarę nienaruszoną, aż do dzisiaj. W wersji maksymalnej, to mogłoby być nawet całe kompletne archiwum, które, pewna już, w obliczu stale pogarszającego się klimatu, swojego końca, ta zapomniana cywilizacja mogłaby chcieć po sobie zostawić.

Prawdopodobieństwo jednak tak fenomenalnego odkrycia, jest zbyt znikome, aby opierać na nim jakiś poważny program badawczy. Nagroda jest, co prawda, oszałamiająco wielka, ale szansa na jej otrzymanie, tak mikroskopijna, że ich iloczynu, czyli wartości oczekiwanej, nie warto nawet brać pod uwagę. Na szczęście jest inny, bardziej obiecujący, sposób znalezienia jakichś śladów Atlantydy.

Samo powstanie cywilizacji jest przecież, jak już autor wyżej wspominał, konsekwencją wynalezienia rolnictwa i w eemianie nie mogło być inaczej, czy ówczesna Atlantyda byłaby ludzka, stworzona przez Homo sapiens, czy nieludzka, neandertalska, czy denisowiańska. Poszukiwanie śladów eemiańskiego rolnictwa, miałoby, co prawda i tak niewielkie szanse na sukces, ale zawsze byłyby to szanse o rzędy wielkości większe niż szanse na odkrycie zabytków eemiańskiej architektury czy nawet piśmiennictwa.

Zagłada eemiańskiej Atlantydy byłaby bezpośrednio spowodowana oczywiście upadkiem atlantydzkiego rolnictwa, zatem nie można oczekiwać, że jakiś atlantydzki udomowiony gatunek zboża, czy grochu istniałby w niezmienionej formie do dzisiaj. Odmiany uprawne, nawet jeżeli w ogóle przeżyły vistulian, to na pewno wtórnie zdziczały. Zawsze jednak powinny pozostać po takim ewolucyjnym incydencie jakieś ślady, choćby w genomie tych roślin. Pewne światło na tą tajemnicę może rzucić fakt, że (powtórne?) powstanie rolnictwa w holocenie było na terenie Żyznego Półksiężyca wręcz błyskawiczne i nastąpiło zaraz po ustąpieniu lodowców i ociepleniu klimatu. Gdyby pierwsze uprawiane tam gatunki, zwłaszcza pszenica i jęczmień były potomkami roślin żmudnie wyhodowanych w eemianie przez Atlantów, nie stanowiłoby to niespodzianki. Tłumaczyłoby to też, przynajmniej do pewnego stopnia, dlaczego cywilizacja eemiańska, jeżeli w ogóle powstała, to nie zdążyła się rozwinąć przed końcem interglacjału w stopniu, który uchroniłby ją przed upadkiem. Udomowienie koniecznych upraw trwało po prostu zbyt długo. Podobne zjawisko zaszło przecież w holoceńskiej Ameryce, gdzie również cywilizacja, z powodu bardzo czasochłonnego udomawiania kolejnych gatunków, nie zdołała nigdy samodzielnie osiągnąć więcej, niż późny neolit i gdyby tylko ona istniała na planecie, upadłaby zapewne wraz z nadejściem kolejnego glacjału.

Wojny prymitywów

W czwartek, 24 lutego 2022 roku wojska Federacji Rosyjskiej, na rozkaz prezydenta Władimira Putina, rozpoczęły zmasowaną inwazję na Republikę Ukrainy, państwo biedne, zacofane i skorumpowane, które zresztą już osiem lat wcześniej straciło na rzecz Rosji niektóre fragmenty swojego terytorium. Rozpoczynając wojnę, Rosja, wg Putina, chciała powstrzymać ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej, której na Ukrainie dopuszczał się samozwańczy, złożony z, połączonych wspólnym pochodzeniem etnicznym (wiadomo jakim) narkomanów, nazistowski reżim z Kijowa. Ludność rosyjska była systematycznie mordowana, poddawana zbrodniczym „eksperymentom” pseudomedycznym, przed którymi cofnąłby się doktor Mengele, wreszcie rozpoczęto na Ukrainie produkcję „etnicznej” broni biologicznej, przeznaczonej wyłącznie do eksterminacji Słowian. Drugą, po humanitarnej, przyczyną interwencji, było oddalenie niebezpieczeństwa, jakim były dla Rosji umieszczone na terenie Ukrainy bazy NATO. W wielu mediach przeróżni „geopolitycy” i inni samozwańczy „eksperci”, podkreślali, że od najbliższego punktu terytorium Ukrainy do Moskwy, jest tylko 450 km i takiego zagrożenia swojej stolicy i największej metropolii, żadne liczące się państwo na świecie nie mogłoby tolerować. Co by zrobiła Francja, gdyby jej granica przebiegała 450 km od Paryża? A co by zrobiły Niemcy, gdyby 450 km od Berlina był już inny kraj? No właśnie. W dokładnie taki sam sposób musiała zareagować Rosja, tym bardziej, że wojska ukraińskie koncentrowały się już, by nagłym uderzeniem odebrać Rosji Krym i Donbas i wymordować tamtejszych Rosjan. Zostały wyprzedzone dosłownie o dni.

Powody do wojny są więc całkowicie jasne i zrozumiałe. Zarówno z humanitarnego, jak i politycznego i militarnego punktu widzenia, prezydent Putin nie mógł postąpić inaczej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że postawił sobie on cel bardzo ambitny, który najwyraźniej jest stosunkowo trudno zrealizować. W momencie kiedy pisany jest ten artykuł minęło już cztery miesiące „specjalnej operacji” na Ukrainie, a tamtejsza „etniczna oligarchia” nadal trzyma się mocno, a postępy wojsk rosyjskich są raczej symboliczne. W końcu Ukraina to duży, drugi pod względem wielkości po Rosji w Europie, i ludny kraj z proporcjonalnie do tego dość liczną armią. Tymczasem nie jest Ukraina bynajmniej jedynym opanowanym przez etniczny nazistowski reżim krajem, za pomocą którego NATO, osacza i okrąża Rosję, grozi jej zagładą i planuje eksterminację Słowian. Takim krajem jest też np. Estonia. Tak samo jak na Ukrainie, panuje w niej obłąkańczo rusofobiczny reżim i mieszka tam liczna rosyjskojęzyczna mniejszość, która jest poddawana systematycznym szykanom i prześladowaniom. Granice estońskie przebiegają, co prawda, w porównaniu z ukraińskimi nieco dalej od Moskwy, ale za to znacznie bliżej Petersburga, drugiej najważniejszej aglomeracji rosyjskiej, zwanego też w Rosji „północną stolicą”. Jednocześnie Estonia jest krajem znacznie mniejszym i słabszym od Ukrainy.

KrajEstoniaUkraina
Powierzchnia [tys. km2]45,3604
Mieszkańcy [mln]1,342
Odsetek rosyjskojęzycznych25%30%
Najmniejsza odległość do Moskwy [km]640450
Najmniejsza odległość do Petersburga [km]140850
Liczebność wojska na stopie pokojowej [tys. żołnierzy]3,5240

Jak widać w załączonej tabeli, Estonia jako narzędzie „etnicznej oligarchii” służące do podboju i zniszczenia Rosji, oraz wymordowania Słowian, jest nawet większym zagrożeniem niż Ukraina, a przy tym, ze względu na swoją wielkość i zaludnienie, powinna być od Ukrainy znacznie łatwiejsza do denazyfikacji i demilitaryzacji. Dlaczego zatem prezydent Putin zamiast uderzyć w najsłabsze ogniwa duszącego Rosję łańcucha baz NATO, jak właśnie Estonia, czy bardzo podobna do niej Łotwa, uderzył w ogniwo dużo mocniejsze?

Oczywiście Estonia różni się od Ukrainy czymś więcej, niż tylko wielkością. Podczas gdy Ukraina dopiero próbuje wstąpić do NATO, Estonia już w NATO jest. Z punktu widzenia Moskwy jednak, to żadna różnica. Głównym wrogiem Słowian, jak nieraz zapewniali nie tylko prorosyjscy publicyści, ale i oficjalni przedstawiciele państwa rosyjskiego, jest przecież „etniczna oligarchia”, której NATO i opanowane przez nią poszczególne państwa są tylko narzędziami. NATO i tak dostarcza ukraińskim żydobanderowcom szeroką pomoc, a nawet, jak twierdzą w Moskwie, wysyła tam całe dywizje. Zatem nie formalna przynależność do NATO zaważyła na tym, że pierwsza w kolejce do denazyfikacji stanęła Ukraina. Inną istotną różnicą pomiędzy Ukrainą a Estonią jest jednak poziom zamożności i wydajności gospodarczej.  Jeżeli zmierzyć je poprzez PKB per capita i PKB podzielone na ilość przepracowanych roboczogodzin, są one w Estonii wyższe od ukraińskich około trzykrotnie. Na tym jednak nie koniec. Różnica tkwi nie tylko w samym poziomie tych wskaźników, ale także w ich dynamice, w tym, jak się one zmieniały w czasie. Na poniższym wykresie pokazano zmiany PKB per capita od 1989 roku. Oprócz Estonii i Ukrainy dane obejmują też Polskę, Mołdawię i Rosję.

Trudno dziś w to uwierzyć, ale mniej niż 30 lat temu Ukraina i Estonia miały praktycznie ten sam poziom zamożności, wyższy od ówczesnego …polskiego. Jednak różnica między nimi szybko urosła, kiedy jednolita początkowo populacja krajów postkomunistycznych rozpadła się na dwie grupy.  Pierwsza, z których, oprócz Estonii, pokazano Polskę, szybko przezwyciężyła kryzys i zaczęła się rozwijać. Druga, w tym Ukraina i widoczna na wykresie Mołdawia, ugrzęzła w marazmie i stagnacji. Ciekawe jest tu położenie Rosji. Chociaż ze względu na samą wysokość PKB per capita, można ją próbować zaliczyć do pierwszej, zamożniejszej grupy, to jednak kształt wykresu, z bardzo długim i głębokim postkomunistycznym załamaniem i dzisiejszą stagnacją upodabnia Rosję raczej do grupy biedaków. Różnicę robi renta surowcowa, której pozostałe kraje postkomunistyczne są pozbawione. Jej możliwą wysokość obliczono przy założeniu, że jest ona proporcjonalna do aktualnych cen ropy naftowej. Po usunięciu wpływu tej renty, rosyjska dynamika PKB per capita niewiele się już różni od ukraińskiej. Fakt, że żołnierze Putina, plądrując kraj teoretycznie dwukrotnie biedniejszy niż ich własny, jednocześnie nie mogą się nadziwić napotykanemu wszędzie „bogactwu”, przestaje w takim razie zaskakiwać.

Oczywiście przynależność do grupy biedaków, czy zamożnych nie wynika z jakiś przedwiecznych niezbadanych wyroków przeznaczenia, tylko jest wynikiem polityki prowadzonej przez poszczególne kraje. Do budowy zamożności potrzebne jest przecież odpowiednie otoczenie instytucjonalne, prawne i ustrojowe. Te postkomunistyczne kraje, które stały się, przynajmniej jako tako, praworządne i wolnorynkowe, trafiły do grupy zamożnej, te, które kultywowały odziedziczone po komunizmie, korupcję i etatyzm, pozostały biedne. Jakość rządu i ustroju w poszczególnych państwach, autor niniejszego artykułu zwykł oceniać za pomocą, przyjmującego wartości od 0 do 100 wskaźnika Index of Economic Freedom (IEF) publikowanym przez fundację Heritage.  Nie jest bynajmniej przypadkiem, że IEF za 2022 rok Ukrainy i Rosji wynosi odpowiednio 54 i 56 pkt, podczas gdy Polski 68 pkt, a Estonii aż 80 pkt, co jest zresztą ósmym najwyższym wynikiem na świecie.

Jednak i sama wysokość IEF nie mówi bynajmniej wszystkiego. Wskaźnik IEF składa się bowiem z dwunastu składowych i kraje o tej samej wysokości IEF całkowitego, mogą mieć bardzo odmienną jego strukturę wewnętrzną. Jeżeli teraz potraktujemy poszczególne składowe tego indeksu jako wymiary w dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej, to poszczególne kraje, staną się punktami w tej przestrzeni o współrzędnych równych składowym całkowitego indeksu IEF. Kraje o podobnym ustroju, niezależnie od całkowitej wielkości IEF, znajdą się w tej przestrzeni blisko siebie, natomiast kraje nawet o zbliżonym IEF, ale odmiennej jego strukturze, daleko. Dokonując stosownych obliczeń zauważymy że najbliżsi sąsiedzi Ukrainy w tej przestrzeni to kolejno: Rosja, Ekwador, Białoruś i Kosowo, natomiast najbliżsi sąsiedzi Rosji to Białoruś, Ukraina, Tadżykistan i Uzbekistan. Rosja i Ukraina więc, do spółki z Białorusią, pod względem gospodarczym i ustrojowym są krajami wręcz bliźniaczymi, natomiast Estonia leży, w porównaniu do Ukrainy, od Rosji czterokrotnie dalej, a najbliższymi Estonii sąsiadami są Luksemburg, Islandia, Niemcy i Łotwa.

Ukraina jest zatem, tak samo zacofana, prymitywna i skorumpowana, a w konsekwencji również biedna, jak Rosja, podczas gdy Estonia przeciwnie, jest krajem cywilizowanym, praworządnym, wolnorynkowym i zamożnym. Widzimy więc teraz, dlaczego ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej odbyło się w Donbasie, nie zaś w Narwie, dlaczego też bazy NATO i laboratoria broni biologicznej pracujące nad eksterminacją Słowian, „etniczna oligarchia” zbudowała nad Dnieprem, a nie nad Zatoką Fińską.

Putin zaatakował kraj właściwie nie różniący się poziomem rozwoju od Rosji, natomiast Estonia była dla niego absolutnie niedosiężna cywilizacyjnie. Wojny od dawna bowiem mogą toczyć już tylko kraje prymitywne i zacofane, natomiast kraje cywilizowane, choćby teoretycznie militarnie były dużo słabsze, są i tak poza zasięgiem tych prymitywów. Bezpośrednim i rzeczywistym powodem rosyjskiego ataku było zaś właśnie to, że Ukraina próbuje się zmienić i przestać być jak Rosja i Białoruś, a stać się podobna do Polski i Estonii. Gdyby Ukrainie się to udało, stałaby się dla Rosji absolutnie nietykalna, a na to nie mogą na Kremlu pozwolić.

Pokazanie opisanej wyżej, dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej na dwóch wymiarach kartki papieru jest zamiarem niesłychanie zuchwałym i bardzo złożonym obliczeniowo. Nie da się też wtedy uniknąć zniekształceń odległości pomiędzy poszczególnymi krajami na takiej mapie. Rezultat takiego doświadczenia i tak może być jednak bardzo pouczający. Poniżej pokazano takie dwuwymiarowe rzutowanie mapy ustrojowej dla krajów z szeroko rozumianej Europy.

Jak już wspomniano, mapa jest nieco zniekształcona, Ukraina znajduje się na niej bliżej Turcji niż Rosji, podczas gdy naprawdę jest na odwrót, ale ogólny obraz jest znamienny. Chociaż optycznie trudno to zauważyć, za pomocą odpowiedniej analizy matematycznej kraje europejskie można podzielić na dwie rozłączne grupy – klastry, na mapie opisane jako „Cywilizowane” i „Zacofane”. Wojny prowadzą wyłącznie te drugie. Rosja napadła na Ukrainę a wcześniej na Gruzję, Kosowo oderwało się zbrojnie od Serbii, a Armenia stoczyła niedawno wojnę z Azerbejdżanem. Wojny np. Turcji z Bułgarią, albo Serbii z Bośnią też są teoretycznie możliwe. Natomiast wojna miedzy Turcją a Grecją, jak na razie, jest wykluczona. Na razie, ponieważ położenie poszczególnych krajów na naszej mapie nie jest dane raz na zawsze i może się zmieniać. Analizując analogiczne mapy z lat ubiegłych można zauważyć, że niektóre kraje, jak Gruzja, Rumunia, Bułgaria, Czarnogóra czy Albania, stopniowo zbliżają się jednak do cywilizacji. Są jednak i takie, które zmierzają w przeciwną stronę. Najbardziej spektakularny przeskok wykonała Turcja, która jeszcze pięć lat temu była całkiem cywilizowana, a obecnie coraz mniej różni się od Rosji, co tureccy obywatele wkrótce przypłacą znaczącym obniżeniem standardu życia. Drugim takim krajem, który, choć ciągle jeszcze znajduje się po stronie cywilizacji, to jednak stopniowo od kilku lat ją opuszcza, jest Polska. Widać to nie tylko na matematycznych wykresach, ale i wprost w deklaracjach władzy, która taki właśnie cel swojej polityki, upodobnienia Polski do Turcji, oficjalnie ustanowiła. Nawet w zakresie czysto wojskowym, reakcją na napaść Rosji na Ukrainę, było nie wzmocnienie sprzętowe i profesjonalne Wojska Polskiego, ale jego …likwidacja i budowa „armii” na wzór ukraiński, licznej i zarazem słabo wyszkolonej i uzbrojonej, pod pretekstem, że jej pierwowzór dzielnie walczy przeciwko moskiewskim agresorom. Krajowi cywilizowanemu tymczasem, nie jest potrzebna armia, która będzie mężnie odpierać wrażą agresję, ale przy okazji musi pozwalać na obracanie kraju w perzynę, tylko armia, która sprawi, że taka agresja w ogóle nie będzie możliwa, tak jak niemożliwa była rosyjska agresja na Estonię, choć wojsko tej ostatniej liczy zaledwie kilka tysięcy żołnierzy.

Zostaniecie zasymilowani

Spoglądając na ziemski globus, można zauważyć, że masy lądowe na naszej planecie są rozłożone bardzo nierównomiernie. Większość kontynentów grupuje się w tzw. wyspie świata, obejmującej Europę, Azję i Afrykę. Obszar ten nazywany jest też Starym Światem. Ale obok świata starego istnieje na Ziemi i Świat Nowy. To Ameryki północna i południowa, oddzielone od wyspy świata przez rozległe oceany. Ten geograficzny fenomen miał w ludzkiej historii bardzo ważkie konsekwencje. Na początku holocenu, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia, zarówno w Starym, jak i w Nowym Świecie nastąpiła rewolucja neolityczna. Przejście od łowiecko-zbierackiego trybu życia do rolnictwa, wyrwanie ludzkości z naturalnego ekologicznie stanu dzikości i rozpoczęcia tym samym budowy kultury i cywilizacji. Od razu jednak między oboma światami zaznaczyły się spore różnice. Cywilizacje Nowego Świata powstały później i rozwijały się wolniej niż te ze starego. W roku 1500, kiedy to oba światy zostały w końcu połączone, świat nowy nie znał jeszcze koła, ani metalurgii i znajdował się z grubsza na poziomie, jaki świat stary osiągnął już ponad cztery tysiąclecia wcześniej, w czasach Starego Państwa w Egipcie, czy mezopotamskiego Sumeru. Przyczynami tego opóźnienia były przede wszystkim dwukrotnie mniejsze, w porównaniu z wyspą świata, rozmiary Ameryk, oraz ich południkowa rozciągłość na osi północ-południe, co bardzo utrudniało wzajemną wymianę ludzi, idei i towarów. Do momentu przybycia konkwistadorów, dwa najważniejsze amerykańskie ośrodki cywilizacyjne, andyjski i mezoamerykański, w ogóle nie wiedziały nawet jeszcze nawzajem o swoim istnieniu.

Amerykańskie cywilizacje prekolumbijskie są pod wieloma względami zadziwiająco podobne do swoich „chronologicznych” odpowiedników ze Starego Świata, pod innymi zaś, przeraźliwie obce i wręcz przerażające w swojej pogardzie dla życia i upodobaniu do przemocy. Przyczyną owej, posuniętej wręcz do skrajnego bestialstwa, brutalności kultur prekolumbijskich było nie tylko ich zapóźnienie w rozwoju. Jedną z istotnych różnic, pomiędzy Starym, a Nowym Światem, był także brak w tym drugim, hodowlanych zwierząt, odpowiedników kóz, owiec, krów, świń, czy koni. W konsekwencji, w Ameryce rolę, jaką na wyspie świata odgrywały udomowione zwierzęta, przejęli …ludzie. W Mezoameryce prowadzono nawet tzw. wojny kwietne, których jedynym celem było wzięcie jeńców, złożenie ich w ofierze bogom i …skonsumowanie. Drugi, andyjski amerykański ośrodek cywilizacyjny, miał już jakieś zwierzęta do dyspozycji, zatem poziom brutalności był tam niższy. Ale niewiele niższy. Inkowie swoich poddanych, co prawda, nie traktowali w kategorii pokarmu, zwierząt rzeźnych ale już jako robocze woły, czy konie, jak najbardziej.

Amerykański eksperyment jest zatem fascynujący, zarówno ze względu na podobieństwa, jak i na różnice między cywilizacjami, które rozwijały się w prawie całkowitej izolacji od siebie. Jeszcze bardziej pouczający jest ostateczny rezultat ich wzajemnego kontaktu, kiedy w końcu do niego doszło. Cywilizacja ze Starego Świata, wyżej rozwinięta, cywilizacje nowoświatowe  …zasymilowała, czyli dosłownie zmiotła je z powierzchni ziemi. Amerykańskie imperia, zdolne wystawić do boju dziesiątki tysięcy doświadczonych wojowników, zostały rozgromione i padły w dosłownie kilku bitwach z, nawet nie zawodowym wojskiem, ale nieregularnymi bandami, przeciwnikiem kilkaset razy (!!!) słabszym liczebnie. Przywiezione ze Starego Świata patogeny urządziły zaś wśród nieodpornych na nie amerykańskich tubylców, prawdziwą rzeź. W ciągu kilku pokoleń, pierwotna, prekolumbijska populacja Ameryk zmalała nawet o ponad 90%. Dzisiaj na kontynencie tym dominują europejskie i w mniejszym stopniu afrykańskie religie, europejskie języki, a nawet europejskie i afrykańskie geny. Szok kulturowy wywołany wzajemnym kontaktem cywilizacji na różnym szczeblu rozwoju, dla słabszej z nich, mimo że i ona potrafiła zwycięzcę boleśnie ukąsić syfilisem, okazał się zabójczy. Podobny przebieg miała też kolonizacja Australii. Pierwotne społeczności tego kontynentu były jeszcze bardziej od amerykańskich prymitywne. Nie wytworzyły nawet jeszcze cywilizacji i nadal pozostawały przy łowiectwie i zbieractwie. Podobnie jednak jak te amerykańskie, doszły na skraj biologicznej zagłady, a na Tasmanii, nawet go przekroczyły. Z nużącą regularnością podobne historie pierwszych kontaktów powtarzały się w dziejach na okrągło. Ekspansja austronezyjskich rolników z dzisiejszych południowych Chin doprowadziła do eksterminacji prawie całej pierwotnej łowiecko zbierackiej populacji dzisiejszych Filipin i Indonezji. Rolnicy Bantu w środkowej Afryce wytępili większości plemion Pigmejów i Khoi-san. I tak raz za razem.

Powtarzalność tych przygnębiających procesów sugerowałaby, że mamy do czynienia z jakimś prawem natury. Czy rzeczywiście?

Całe dzieje ludzkości można podzielić na trzy fazy. Pierwszą był paleolit, czasy gospodarki łowiecko-zbierackiej, obejmujące, w zależności od tego jak zdefiniuje się ludzkość, od 95%, do 99,5% tych dziejów, zakończony tzw. rewolucją neolityczną i powstaniem rolnictwa. Potem nastąpiła cywilizacja rolnicza, zwana też, od nazwiska ekonomisty, który pierwszy ją prawidłowo opisał, maltuzjańska, której kres przyniosła, nadal jeszcze w skali świata trwająca, rewolucja przemysłowa. Trzeci etap właśnie teraz powoli się wyłania, w miarę jak rewolucja przemysłowa zmierza do swojego końca, który nastąpi gdzieś na przełomie XXI i XXII wieku. Patrząc z ekologicznego punktu widzenia, społeczności paleolityczne, łowiecko zbierackie, odgrywają w ekosystemie rolę tzw. drapieżników szczytowych, niczym lwy, wilki, lub rekiny. Wraz z nadejściem neolitu i powstaniem rolnictwa, ludzie jednak przestają być drapieżnikami, a z uprawianymi przez siebie roślinami i hodowanymi zwierzętami wchodzą w układ symbiotyczny. Jest to olbrzymia zmiana, zarówno ilościowa, bo z takiej samej powierzchni rolnicy mogą otrzymać nawet stukrotnie więcej pożywienia niż łowcy zbieracze, jak i jakościowa.

O ile bowiem ekologiczny układ drapieżnik – ofiara jest układem stabilnym, który, niezależnie od warunków początkowych, zawsze dąży do określonego stanu równowagi, o tyle rozwiązania modelu matematycznego opisujące symbiozę, są z natury niestabilne, a ta niestabilność jest tym większa, im większa jest korzyść z symbiozy osiągana przez gatunki symbiotyczne. W konsekwencji społeczeństwa rolnicze, inaczej niż łowiecko-zbierackie, również są niestabilne. Tym bardziej im wyższy poziom rozwoju osiągną. Dzięki temu mogą się zmieniać i rozwijać w tempie niewyobrażalnym dla paleolitycznych łowców zbieraczy.

Cywilizacje rolnicze, maltuzjańskie, o czym już była mowa przy okazji amerykańskich cywilizacji prekolumbijskich, pod wieloma względami są zaskakująco podobne do siebie, pod innymi zaś różnią się zasadniczo, Jako swoiste symbiotyczne kompleksy ludzi i ich upraw rolnych, są kształtowane przez swoją bazę biologiczną i geograficzną. Skład gatunkowy swoich upraw i hodowli, lokalne warunki klimatyczne i glebowe, poziom opadów, etc.. Ostatecznie zatem każda taka cywilizacja wytwarza też dość wyraźnie wyodrębnioną i oryginalną kulturę. Takie wzajemnie powiązane systemy symbiotyczne można w ekologii traktować jako osobne gatunki (np. porosty są właśnie takimi pseudogatunkami). Ponieważ w takiej cywilizacji rolniczej podstawowym środkiem produkcji jest ziemia, rozumiana w sensie ekonomicznym, czyli nie tylko dosłownie, jako ziemia uprawna, ale również np. surowce mineralne, to z ekologicznego punktu widzenia, gatunki – cywilizacje, zajmują tą samą niszę ekologiczną.

A wtedy, prawa przyrody są tu bezlitosne, muszą cywilizacje między sobą konkurować. Taką konkurencję międzycywilizacyjną (międzygatunkową) również można opisać za pomocą odpowiedniego modelu matematycznego. Natężenie takiej wzajemnej konkurencji określają w nim dwa parametry. Wpływ (negatywny, rzecz jasna) cywilizacji 2 na cywilizację 1, – parametr a oraz wpływ cywilizacji 2 na cywilizację 1 – parametr b . Różnica w wysokości tych współczynników odzwierciedla różnicę w wydajności, z jaką obie konkurujące cywilizacje przetwarzają dostępne zasoby na liczebność swoich populacji. Realnie odpowiada to różnicy w wydajności gospodarczej z hektara powierzchni, co w cywilizacji preindustrialnej przekłada się wprost, liniowo, na gęstość zaludnienia.

Jeżeli wzajemna konkurencja jest słaba, co matematycznie oznacza, że oba te współczynniki są mniejsze od jedności (a<1, b<1), wówczas ustala się stan równowagi, w którym obie cywilizację mogą stabilnie, (co niekoniecznie oznacza że pokojowo!) współistnieć. Dzieje się tak wtedy, kiedy, albo te społeczności są na zbliżonym poziomie rozwoju, albo wtedy, kiedy ich uprawy są na tyle różne od siebie, że ich nisze ekologiczne zachodzą na siebie w niewielkim stopniu. Historycznie taka równowaga panowała np. pomiędzy wędrującymi pasterzami z Wielkiego Stepu Eurazji, a sąsiadującymi z nimi od wschodu i zachodu osiadłymi cywilizacjami rolniczymi. Równowaga naznaczona wieloma wojnami, najazdami i podbojami, ale równowaga w miarę trwała, zakończona dopiero wprowadzeniem do użytku broni palnej, która pozwoliła osiadłym rolnikom na stopniowe zasymilowanie nomadycznej cywilizacji stepowej.

Kiedy zaś różnica w wydajności produkcji jest duża, a w wymaganiach klimatyczno-glebowych niewielka, siła konkurencji ze strony cywilizacji bardziej zaawansowanej jest większa od jedności. Wtedy los słabszego rywala jest matematycznie przesądzony. Niezależnie od warunków początkowych, czyli liczebności i zasięgu geograficznego obu konkurentów, słabszy z nich musi zniknąć. W jeszcze gorszej sytuacji znajdują się łowcy-zbieracze. Ich wydajność ekonomiczna, w porównaniu z nawet stosunkowo prymitywnym rolnictwem, jest bardzo słaba. Dla rolników są oni więc nawet nie konkurencją, ale po prostu szkodnikami, takimi jak porywające owce wilki i tak samo, jak wilki, są traktowani, z regulacją populacji przez odstrzał włącznie. Cywilizacja rolnicza może tolerować łowców-zbieraczy wyłącznie na terenach, które są dla niej rolniczo bezużyteczne, jak resztki Pigmejów w równikowej dżungli, czy Buszmenów-San na pustyni Kalahari.

Jeszcze ciekawszy efekt nastąpi, kiedy oba współczynniki konkurencji będą większe od 1 (a>1, b>1). Wtedy cywilizacja słabiej rozwinięta, czyli gorzej dostosowana do lokalnych warunków przyrodniczych, może się obronić przed inwazją cywilizacji lepiej dostosowanej, pod warunkiem, że inwazja tej ostatniej nie będzie zbyt silna i nie przekroczy pewnej wielkości krytycznej zależnej od wysokości współczynników a i b. Dokładnie Nkr = (1-a)/(1-a*b). Na poniższym wykresie pokazano „zasiedziałą” w danym środowisku cywilizację N1 i lepiej do środowiska dostosowaną, mającą dużo niższy poziom krytyczny, ale napływową cywilizację N2.

Dopóki inwazje cywilizacji N2 są odpowiednio słabe (pojedyncze linie), pomimo przewagi konkurencyjnej pozostają one nieskuteczne. Dopiero odpowiednio zmasowana inwazja, przekraczająca swoją liczebnością poziom krytyczny, (podwójne linie) może przynieść trwały skutek. W dziejach rywalizacji osiadłych rolników (N1) z pasterzami ze stepów (N2), mamy wiec do czynienia z obszarami, pokrywającymi się mniej więcej ze strefą leśną, na których zdecydowaną przewagę mają rolnicy (a<1, b>1), z typowymi stepami, gdzie rządzą koczowniczy pasterze (a>1, b<1), oraz ze strefą przejściową (lasostep), gdzie historycznie albo kwitły cywilizacje rolnicze, albo na ich gruzach koczowali pasterze, jak to bywało na terenach dzisiejszej południowej i wschodniej Ukrainy. Tam właśnie zachodziła nierówność (a>1, b>1). Skonstruowanie broni palnej, jak już autor wspominał, oznaczało zaś kres tej chwiejnej równowagi. Współczynniki przyjęły, nie tylko dla lasu, ale i dla stepu wielkości (a<1, b>1) i nomadyczni pasterze zostali stopniowo zasymilowani.

Ponieważ jednak ów rolniczy mutualizm, wzajemna symbioza rolników i ich upraw, ma charakter kulturowy, a nie, jak to się zwykle w przyrodzie dzieje, genetyczny, w układzie tym występuje jeszcze jeden dodatkowy stopień swobody. Poszczególne cywilizacje, inaczej niż porosty, mogą się bez problemu wymieniać technologiami, uprawianymi roślinami i hodowanymi zwierzętami. Mogą się wymieniać także ludźmi i przedstawiciele skazanej na zagładę cywilizacji, jako oddzielne jednostki, mogą ujść przeznaczeniu, przyłączając się po prostu do zwycięzców, przejmując ich zwyczaje, idee, czy w skrajnym przypadku, także język. Z ich rodzimej kultury mało jednak wtedy zostaje. Cywilizacja niżej rozwinięta, traktowana jako swoisty kompleks symbiotyczny między ludźmi, a ich uprawami i hodowlami, tak czy owak, znika, nawet jeżeli sam jej ludzki komponent zdoła takie zderzenie przeżyć. Tym bardziej, kiedy nie zdoła. Asymilacja słabszych cywilizacji może przebiegać w sposób mniej lub bardziej brutalny, ale zajdzie nieuchronnie. W Ameryce katoliccy misjonarze dokonali tytanicznej wręcz pracy, aby zapewnić jak najłagodniejszy przebieg tego procesu, ale rezultaty tego wysiłku były bardzo ograniczone. Cywilizacje rolnicze, preindustrialne, niezależnie od ich poziomu rozwoju, cechuje bowiem stały, niski, poziom przeciętnego dobrobytu, zwany właśnie, od nazwiska wspomnianego już badacza, pułapką maltuzjańską. Równocześnie konkurują one głównie o zasoby (ziemię i surowce) o stałej, doskonale nieelastycznej, podaży. Toczy się więc w ich obrębie gra o sumie zerowej, w której możliwa nagroda za zwycięstwo przewyższa swoją wartością potencjalne konsekwencje porażki, czasami nawet, jak w przypadku konkwisty Ameryki, przewyższa bardzo znacznie. W tych warunkach, teoria gier, a konkretnie rozwiązanie tzw. gry w jastrzębia i gołębia, przewiduje dominacje strategii agresywnych. Cywilizacje maltuzjańskie zatem, z samej swojej natury, są brutalne i wojownicze, a po przemoc sięgają często i chętnie.

Odwołując się do opisanego wyżej procesu, pojawiły się i niestety odniosły nawet przejściowe sukcesy, ideologie i ruchy polityczne, twierdzące, że w takich okolicznościach przyrody, ktoś, kto akurat jest silniejszy, ma po prostu naturalne prawo do eksterminacji i usunięcia tych słabszych, jeżeli tylko stoją ci słabsi jakoś na przeszkodzie postępowi. Z drugiej strony zaś, wielu myślicieli, ostrzegało, że jeżeli kiedykolwiek napotkamy jakąś wyżej od nas rozwiniętą pozaziemską cywilizację, to będzie to coś na kształt Borga z uniwersum „Star Treka” i potraktuje nas ona tak samo, jak XVI wieczni Hiszpanie potraktowali Azteków i Inków, a Murzyni Bantu łowców-zbieraczy Khoi-san.

Jednak wszystkie te wnioski byłyby grubo przedwczesne. Opisane wyżej przykłady nie wyczerpują przecież całej historycznej puli pierwszych kontaktów cywilizacji na bardzo różnych szczeblach rozwoju.

Amerykański zoolog Richard Archbold, nie cieszy się taką sławą, jak Kolumb, Magellan, czy Cook. Najzupełniej niesłusznie, ponieważ to właśnie on został ostatnim na Ziemi odkrywcą nieznanej, wcześniej od świata odizolowanej, cywilizacji. Cywilizacji może i prymitywnej, bez miast, pisma, metali i koła, może i miniaturowej, obejmującej populację mniejszą niż sto tysięcy osób, ale jak najbardziej prawdziwej. Takiej, która przeszła już rewolucję neolityczną i wynalazła rolnictwo. Odkrycie to miało miejsce w roku …1938. To nie pomyłka drukarska, ani literówka. Rok później Europę ogarnęła II wojna światowa. Cywilizacja, o której mowa, mieściła się na ukrytych między górami Nowej Gwinei dolinach, prawdziwych górskich wyspach, otoczonych ze wszystkich stron przez bezlitosną, a równocześnie przeraźliwie dla człowieka jałową, dżunglę. Odcięta była ta ostatnia cywilizacja nawet od nowogwinejskich wybrzeży, penetrowanych przecież przez Europejczyków od setek lat. Można zresztą pisać nawet o cywilizacjach w liczbie mnogiej, bo poszczególne wyspy – doliny były też odseparowane od siebie nawzajem, i odkrywano je stopniowo od 1930 do właśnie 1938 roku. Historia tego ostatniego pierwszego kontaktu jest fascynująca sama w sobie, a czytelników bliżej zainteresowanych tym tematem odsyła autor do książki Jareda Diamonda „Trzeci szympans”. Jednak najbardziej dla naszych rozważań istotny jest jego ostateczny rezultat. Otóż …nic specjalnego się nie stało. Papuascy górale nie zostali wymordowani, ani wypędzeni. Ich żyznych wysp- dolin nie zalała fala, wydzierających im ziemię, osadników. Ani Australia, ani Holandia, które kontrolowały wtedy Nową Gwineę, nie wysłały przeciwko nim wojskowych ekspedycji pacyfikacyjnych. W ogóle ingerencja rządów w życie nowych podopiecznych ograniczyła się do zakazu najbardziej ekstremalnych miejscowych zwyczajów, jak ludożerstwo i wojny międzyplemienne. Cywilizacja papuaska zintegrowała i zasymilowała się z cywilizacją globalną, bez jakichś wielkich wstrząsów i tragedii i w tej formie istnieje do dzisiaj.

Jak się zatem okazuje, rezultaty pierwszego międzycywilizacyjnego kontaktu, inaczej niż by to wyglądało na pierwszy rzut oka, nie do końca zależą od różnicy poziomu rozwoju cywilizacji, które w nich uczestniczą. Od czego zatem? Dlaczego na początku XIX wieku Australijczycy dokonali masowego ludobójstwa australijskich Aborygenów, a ledwo sto lat później, ich prawnukowie, w analogicznej sytuacji, żadnej krzywdy Papuasom nie uczynili? Przypadkiem pośrednim może być europejska kolonizacja Afryki w drugiej połowie XIX wieku, która przyniosła tamtejszym społeczeństwom wiele strat, ale i ostatecznie i wiele korzyści z zakończeniem wojen międzyplemiennych, muzułmańskiego handlu niewolnikami i stworzeniu państw narodowych włącznie.

Kluczową różnicą pomiędzy odkryciem Ameryki, a odkryciem nowogwinejskich płaskowyżów, nie była różnica w poziomie rozwoju stron pierwszego kontaktu. Różnica tkwiła w poziomie cywilizacji bardziej rozwiniętej. W XVI wieku była to, mimo swojej wielkiej przewagi, cywilizacja nadal maltuzjańska, feudalna. W XX wieku już nie. Australijczycy i Holendrzy już dawno znajdowali się w fazie rewolucji przemysłowej i ich społeczeństwa nie były już maltuzjańskie. Podstawowym środkiem produkcji przestała być ziemia, a stał się nim kapitał. Gospodarka feudalna przekształciła się więc już w gospodarkę kapitalistyczną, którą cechuje zupełnie inna dynamika. Ziemia uprawiana przez Papuasów nie była już tak atrakcyjna jak tereny łowieckie Aborygenów zaledwie sto lat wcześniej. Znacznie atrakcyjniej prezentowali się sami Papuasi. Jako potencjalni konsumenci, producenci, pracownicy, wspólnicy i partnerzy handlowi w gospodarce kapitalistycznej. Ze względu na to, że kapitał ulega akumulacji i sam się wytwarza, gospodarka kapitalistyczna nie jest już grą o sumie zerowej. Ze wzajemnej współpracy ekonomicznej osiąga się większe korzyści niż z rywalizacji. Bardziej opłacalne jest dać Papuasom sadzonki kawy, nauczyć ich tej uprawy, a potem kupować od nich plon, a w zamian sprzedawać im inne towary, niż próbować ich podbić, zniewolić, czy eksterminować. Ponadto, znów przeciwnie niż w maltuzjanizmie, wzrost demograficzny w kapitalizmie jest trwale niższy niż wzrost gospodarczy. W związku z tym ogólny poziom dobrobytu, mierzony PKB per capita sukcesywnie wzrasta. Wszyscy mają coraz więcej do stracenia, zatem następuje zjawisko nazwane przez Stevena Pinkera „zmierzchem przemocy”. Wzajemne stosunki zarówno pomiędzy jednostkami, jak i zbiorowościami, stają się coraz bardziej pokojowe. Nawet w grach o sumie zerowej, strategie agresywne ustępują pola tzw. strategiom legalistycznym, odwołującym się do obiektywnych reguł prawa własności.

Wspomniane wyżej ideologie, które postulowały konieczność usuwania jednostek, czy całych populacji stojących na drodze rzekomego postępu, dowiodły też swojej jawnej fałszywości, same zostając przez równania teorii gier usunięte z istniejącej puli ustrojowej. Zresztą nie tylko one. O ile bazujące na ziemi, jako najważniejszym środku produkcji, cywilizacje maltuzjańskie mogą być stosunkowo zróżnicowane kulturowo, o tyle nie dotyczy to globalnej cywilizacji kapitalistycznej. Kapitał nie zależy od warunków naturalnych i wszędzie jest taki sam. Zatem istnieje tylko jeden optymalny, najbardziej wydajny, ustrój społeczno-gospodarczy, w którym pomnażanie kapitału jest najbardziej efektywne. W sposób nieunikniony zatem poszczególne kraje i regiony, kiedy wejdą już w fazę rewolucji przemysłowej, zaczynają się do siebie upodabniać. W wyniku tej trwającej nawet i pokolenia, ale niepowstrzymanej konwergencji powstaje więc, pod koniec rewolucji przemysłowej, jedna globalna, zunifikowana na poziomie ekonomicznym i w konsekwencji również kulturowym, cywilizacja.

Z końcem rewolucji przemysłowej, wskutek postępującej akumulacji, wartość kapitału mierzona stopą zwrotu, spada do tak niskich poziomów, że również kapitał, tak samo jak ziemia, przestaje być podstawowym środkiem produkcji. Dalszy rozwój gospodarczy może się odbywać już tylko wyłącznie poprzez innowacje i wskutek tego, w porównaniu z okresem rewolucji przemysłowej, znacznie zwalnia. Równocześnie, stabilizuje się światowa populacja gatunku Homo sapiens, zatem podaż takich innowacji, jako proporcjonalna do liczby potencjalnych ludzkich wynalazców i innowatorów, równie przestaje rosnąć. Przy stałej podaży innowacji i stale wzrastającym na nie popycie, ich cena musi szybować pod niebiosa. Najważniejszym i najcenniejszym dobrem w takiej postindustrialnej cywilizacji staje się więc każdy człowiek, a podstawowym środkiem produkcji – jego praca. Pinkerowski „zmierzch przemocy” osiąga więc w tym miejscu swoje ekstremum. Jeżeli zatem kiedykolwiek z przestrzeni kosmicznej przybędzie do nas jakaś, mająca już za sobą te wszystkie opisane przejścia fazowe, pozaziemska cywilizacja, to bynajmniej nie będzie ona przypominać Borga, tylko wręcz przeciwnie, będzie w najwyższym stopniu łagodna i etyczna i będzie trząść się nad nami jak nad jajkiem. Będzie Zjednoczoną Federacją Planet, tylko jeszcze bardziej. Asymilacja Ziemi do cywilizacji galaktycznej będzie łatwa, miła i przyjemna.

Powyższy tekst był opublikowany w 116 numerze miesięcznika „UważamRze Historia”

Sejm na ruletce wylosowany V 2022

Analiza sondaży za maj 2022 pokazuje, że preferencje wyborcze dotyczące największych partii są zadziwiająco trwałe. Wojna na Ukrainie trwa już czwarty miesiąc, a PIS nadal korzysta z tego szczodrego prezentu Putina i utrzymuje poparcie na poziomie powyżej 35%, co widać na poniższym wykresie. Przypomina pilaster, że pokazuje on średnią kroczącą z 15 ostatnich sondaży. Zacieniowane obszary to zakres błędu przy poziomie ufności 20%

PIS to środowisko, które zawsze podziwiało Putina i starało się go naśladować. Które prowadziło nieustanną kampanię nienawiści przeciwko Ukrainie i wspierającym ją krajom Zachodu z wielkim rozmachem wymachując „banderyzmem” i Wołyniem. Które usiłowało skonfiskować amerykańskie inwestycje w Polsce, uczestniczyło w, a nawet organizowało spędy europejskich lizodupów Putina, na których otwartym tekstem wygłaszano deklarację, że Ukraina znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów. Tylko gigantycznym wysiłkiem woli powstrzymywał się PIS przed ostentacyjnym płaszczeniem się i merdaniem przed samym Putinem, oddając się jednakże tym czynnościom przed Putinem zastępczym – Orbanem. Już po putinowskim ataku pisowski polskojęzyczny biuletyn partyjny zamieścił wielgachny przeprowadzony na kolanach wywiad z ambasadorem Putina. Jak na taki dorobek, PIS przeskoczył, choćby tylko werbalnie, do obozu antyputinowskiego nader zręcznie, nie przestając zresztą przy tym sączyć poprzez swoje polskojęzyczne media  antyukraińskiej i proputinowskiej propagandy, a tylko nieco ją wyciszając. Zważywszy na fakt, że Polacy, także ci, którzy głosowali na PIS, stanęli murem za Ukrainą, utrzymywanie przez PIS nadal tak wysokiego poparcia należy uznać za mistrzostwo świata, szczególnie w połączeniu z galopująca inflacją i rozpoczynającym się już kryzysem gospodarczym.

Druga w sondażach KO, największa (w sensie liczebności elektoratu) polska partia polityczna, po pewnym zawahaniu sondaży, odzyskuje stopniowo poparcie, ale nadal dzieli ją od PIS 10 pkt procentowych.

Na wykresie widać jednak pewne zmiany wśród mniejszych ugrupowań. Systematycznie traci poparcie ruch Szymona Hołowni. Analiza przepływów pokazuje, że głównie na rzecz Lewicy i PSL.

PSL ciągle mozolnie zbliża się asymptotycznie do granicy 5%, ale przebić jej nadal nie może. Największe realne zmiany dotyczą natomiast wznoszenia się w sondażach Lewicy i zmierzchu Konfederacji. Nie są to bynajmniej zmiany na lepsze. Hipotetyczny sejm wybrany w maju, pod warunkiem, że PIS pozwoliłby na przeprowadzenie uczciwych wyborów, co jest jednak mało prawdopodobne, wyglądałby tak:

Widać na tym wykresie pewną istotną zmianę. Pozycję „obrotowego” sceny politycznej, od którego zależałoby sformowanie większości rządzącej, straciła Konfederacja, a zyskała Lewica. To tragiczna wiadomość. Rządy koalicji PIS – lewica byłyby, choć faktycznie trudno w to uwierzyć, jeszcze znacznie gorsze od rządów samego PIS. Wenezuela i Korea płn mogłyby się wtedy wydać całkiem normalnymi krajami. Być może jednak ten efekt wzrostu znaczeni lewicy jest chwilowy.

Na kolejnym wykresie widzimy liczebności potencjalnych koalicji

A na ostatnim, jak zwykle, prawdopodobieństwo, że dana koalicja uzyska bezwzględną większość w sejmie obliczona metodą Monte Carlo