Sejm na ruletce wylosowany XII 2021

W grudniu 2021 w sondażach poparcia politycznego nie zaszły jakieś wyraźne zmiany. Z braku lepszych pomysłów genetyczni patrioci kontynuowali wraz z Łukaszenką teatr pt „najazd uchodźców”, pomimo, że dawno już, wbrew ich oczekiwaniom, nie dawał on postkomunistom żadnych korzyści. Poparcie dla PIS w grudniu nie wzrosło, a zmalało, mimo że bardzo niewiele. Wbrew nadziejom żywionym przez wielu Polaków, nie należy się też spodziewać gwałtownego obniżenia tego poparcia w związku z wprowadzeniem w życie „polskiego wału”. Wyznawcy postkomunistów wcale się przecież nie zmartwią, że jakieś znienawidzone przez nich wykształciuchy dostaną niższą wypłatę a oszczędności „bogatych i wpływowych” będzie nadal zżerać inflacja. Przeciwnie. Są to osobnicy, którzy są gotowi nawet trawę żreć, pod warunkiem, że „tamci bogaci złodzieje”, czyli ludzie bardziej pracowici, bardziej oszczędni i bardziej zdolni, od elektoratu narodowopatriotycznego, będą także mieć gorzej. Ciekawostką dotyczącą sondaży w grudniu jest rozszczepienie ich populacji na sondaże przeprowadzane przez agendy pisowskie, które dają PiS poparcie dobijające nawet do 40% (Social Changes), i pozostałe, w których postkomuniści mają tylko nieco ponad 30% zwolenników. Niespodzianką jest, że również pisowski CBOS, należy jednak do tej drugiej, minimalistycznej grupy. Wizualnie można tą dychotomię dostrzec jak zwiększony zakres niepewności wyników na poniższym wykresie pokazującym średnią kroczącą z ostatnich 15 sondaży.

Wbrew optymistycznym oczekiwaniom, które żywił i niżej podpisany, PSLowi, mimo widocznych przepływów elektoratu między nim, a PISem i KWINem, nie udało się jak do tej pory przebić progu 5%, chyba żeby usunąć z zestawienia sondaże genetyczno – patriotyczne, czego jednak z ostrożności nie uczynimy.

Rozkład mandatów w sejmie, gdyby wybory odbyły się w grudniu i gdyby PIS pozwolił na to, że byłyby uczciwe, wyglądałby następująco:

Nadal niestety nie widać wyraźnej polskiej, niepisowskiej większości. Aby skutecznie móc rządzić, ignorując weta pisoprezydenta, wszystkie polskie partie od KWIN do Lewicy musiałyby utworzyć jeden zwarty blok, co realnie jest nie do osiągnięcia. Prawdopodobieństwo, że koalicji centrolewicowej (KO+PL50+PSL+Lewica), lub centroprawicowej (KO+PL50+PSL+KWIN) udałoby się odrzucać te weta samodzielnie jest mniejsza niż 3%.  Liczebność potencjalnych koalicji sejmowych przedstawia kolejny wykres:

A na ostatnim, jak zwykle, przedstawiono, obliczone metodą Monte Carlo, prawdopodobieństwa uzyskania przez daną koalicję większości parlamentarnej.

Biednego stać na kupowanie tanio

Wielkie piramidy w egipskiej Gizie są najstarszymi budynkami na Ziemi, które przetrwały do dzisiaj w swojej pierwotnej formie i funkcji. Istnieją na świecie budowle starsze, ale tylko w postaci ruin. Gdyby w średniowieczu muzułmanie nie zniszczyli celowo ich zewnętrznej okładziny, gizańskie piramidy nadal zresztą wyglądałyby dzisiaj dokładnie tak samo, jak w momencie swojego powstania, cztery i pół tysiąclecia temu. Wszystko to, bez jakiejkolwiek konserwacji, napraw i remontów. Piramidy, jeżeli znów się ich celowo nie zdewastuje, będą zresztą nadal stały, kiedy już nasza obecna cywilizacja i wszystkie obiekty budowlane przez nią stworzone, dawno rozsypie się w gruzy. Dopiero po stu tysiącach lat, erozja, deszcze i wiatry, zetrze dzieło faraonów tak, że nie będzie się już ono odróżniać się od wzgórz powstałych w sposób naturalny. Ze wszystkich tworów rąk ludzkich, jedynie wykute w granicie podobizny amerykańskich prezydentów na Mount Rushmore lękają się czasu w jeszcze mniejszym stopniu, czyli mają jeszcze dłuższy, liczony, już w skali nie historycznej, a geologicznej, czas trwałości t.

Mogłoby się wydawać, że współcześni inżynierowie powinni pod tym względem naśladować budowniczych piramid i tak samo jak oni, wznosić budowle o jak najdłuższym t. Jednak tak nie jest. Wynika to z faktu, że, budynek o długim czasie t to budynek o zwartej, masywnej konstrukcji, potężnych fundamentach, grubych ścianach i bardzo przewymiarowanych stropach. Im budynki mają wyższą trwałość t, tym droższe w budowie są. Koszt budowy piramid w Gizie stanowił może nawet i połowę ówczesnego egipskiego PKB.

Zależność ta wynika wprost z praw termodynamiki. Każdy układ fizyczny, również obiekt budowlany, cechuje wartość zwana entropią. W największym uproszczeniu jest ona proporcjonalna do logarytmu mikrostanów realizujących dany makrostan. Piramida Cheopsa składa się z 2,5 miliona w miażdżącej większości, praktycznie identycznych bloków, które można swobodnie zamieniać miejscami, bez zmiany wyglądu samej piramidy. Entropia piramidy jest zatem bardzo wysoka. Inaczej jest z budynkiem o bardziej wyrafinowanej konstrukcji. Nie da się w nim zamienić, w sposób niezauważony, okien na stropy, a słupów na posadzki. Budynek taki, ma zatem znacznie niższą od piramidy entropię a zatem i krótszą trwałość t.

Im bardziej skomplikowany obiekt rozpatrujemy, tym niższa jest więc jego entropia i tym krótszy jest jego czas trwałości. Przykładowo samochody mają zdecydowanie niższą entropię od budynków, a komputery, czy telefony komórkowe, jeszcze niższą. Dlatego też telefon zdecydowanie łatwiej zepsuć niż budynek. I tu również obowiązuje zasada, że im dłużej coś ma funkcjonować, tym droższe to coś musi być.

Jedną z licznych przewin, o które światowa lewizna, obecnie występująca najczęściej pod szyldem „antyglobalizmu”, nieustannie oskarża wolny rynek i prywatnych przedsiębiorców jest produkowanie …bubli. Z niczym nieograniczonej żądzy zysku i wyzysku za wszelką cenę, jak głoszą współcześni marksiści, globalne koncerny, celowo wytwarzają produkty o niskiej trwałości, po to, żeby uzależnieni od nich użytkownicy musieli ciągle kupować nowe, dostarczając nieustających zysków ich producentowi. Gdyby nie ta obrzydliwa, kapitalistyczna, chciwość, telefony, samochody, czy lodówki, funkcjonowałyby w nieskończoność i nie psułyby się nigdy. Na dowód tej tezy przytaczane są często anegdoty o tym, jak to rzekomo różne wytwory przemysłu z czasów PRL, kiedy to faktycznie producenci o żadnym tam brudnym zysku nie myśleli, funkcjonować mają aż po dziś dzień. Faktycznie, na zlotach miłośników historii motoryzacji można obejrzeć nadal będące „na chodzie” „maluchy”, syrenki, a nawet warszawy. Dzieje się tak jednak, o czym już raczej się nie wspomina, wyłącznie dzięki nieustannej wytężonej pracy, której hobbystycznie oddają się ich właściciele. Bardzo szybki wzrost stopnia zużycia technicznego tych pojazdów, musi być bowiem nieustannie kompensowany intensywnymi zabiegami konserwatorskimi i naprawami.

 Faktycznie samochód marki „syrena” nie był przecież w stanie przejechać nawet 100 kilometrów bez jakiejś awarii, a jego użytkownik nie tylko musiał wozić ze sobą cały podręczny warsztat naprawczy, ale i posiadać odpowiednie kompetencje mechaniczne. Znaczny odsetek wyprodukowanych w PRL telewizorów psuł się jeszcze w sklepie, a buty rozpadały się zaraz po wyjęciu ich z pudełka.

Oskarżając działających na wolnym rynku producentów o chciwość, wrogowie globalizmu, jakoś nie wspominają za to o drugiej stronie tej transakcji, czyli o użytkownikach tych rzekomo celowo niedbale wytwarzanych produktów. Czyżby oni nie byli chciwi i nie chcieliby zapłacić jak najmniej, za towar o jak najwyższej jakości? Przecież, gdyby faktycznie do takiego procederu sztucznego postarzania dochodziło, to producent, który wyłamawszy się z tego trendu, zaoferowałby, przy niezmienionej cenie, produkty o wyższej od średniej trwałości, natychmiast zgarnąłby cały rynek dla siebie. To, że się tak nie dzieje, świadczy właśnie o tym, że na rynku panuje pewna równowaga pomiędzy trwałością produktu a jego ceną. W celu jej znalezienia posłużymy się modelem matematycznym zwanym analizą NPV, od angielskiego skrótu Net Present Value.

Opiera się ona na obserwacji, że wartość kapitału zmienia się w czasie, którego to zjawiska nie należy jednak mylić z inflacją, czyli wzrostem podaży pieniądza. Nawet w warunkach zerowej inflacji każdy wolałby dostać sto złotych raczej dzisiaj, niż jutro, a zapłacić – przeciwnie. Dzieci w wieku przedszkolnym, dla których ta utrata wartości, zwana też preferencją czasową, jest wyjątkowo duża, wolą dostać cukierka dzisiaj, niż nawet dwadzieścia takich samych cukierków za tydzień. Tempo tej utraty wartości kapitału określa tzw. stopa dyskonta r. Analiza NPV polega właśnie na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu do ich dzisiejszej wartości, wszystkich przewidywanych w przyszłości przepływów finansowych, zarówno wpływów, jak i wydatków i zsumowaniu ich. Otrzymany w ten sposób wynik określa obecną wartość analizowanego przedsięwzięcia. Stosowalność tego modelu, używanego zwykle do wyceny firm i nieruchomości komercyjnych, rozszerzymy teraz na dowolne dobra, również konsumpcyjne.

Załóżmy, że użytkownik danego dobra, np. telefonu, czerpie z posiadania go pożytki w wysokości a jednostek rocznie. Pożytki te mogą być wyrażone bezpośrednio w pieniądzach, lub w tak zwanych „utylach”, czyli w jednostkach zadowolenia konsumenta. Jednocześnie, wydłużenie o każdy kolejny rok średniego czasu użytkowania telefonu t, kosztuje m jednostek, czyli cena kupna telefonu wynosi m*t. Wtedy łączne NPV telefonu, przy stopie dyskonta równego r wynosi:

NPV = (a/r)*(1-exp(-r*t))-m*t

Różniczkując to równanie po t i przyrównując wynik do zera możemy obliczyć trwałość t, przy którym wartość NPV telefonu, wyrażona przez jego NPV, osiąga swoje maksimum. Ów optymalny czas t wynosi:

t = -ln(k)/r

Gdzie k to m/a, koszt czasu wyrażony w jednostkach użyteczności telefonu.

Na poniższym wykresie pokazano optymalny czas trwałości dóbr konsumpcyjnych w zależności od kosztu czasu k, oraz preferencji czasowej użytkowników r:

Oczywiste jest, że kiedy k>100% czyli koszt dodatkowego roku stawiania przez nasz telefon czoła entropii, przekracza roczny pożytek z jego użytkowania, t dąży do zera i żaden racjonalny klient czegoś takiego nie kupi. Im tańszy jest zaś, w stosunku do pożytków z użytkowania, ten dodatkowy czas, tym więcej opłaca się go nabyć. Jednak wpływ tej ceny czasu na trwałość produktu jest drugorzędny w porównaniu do wysokości stopy procentowej, czyli do preferencji czasowej użytkownika. Przy wysokiej preferencji czasowej r, optymalny czas użytkowania t będzie bardzo krótki, nawet jeżeli koszt czasu będzie niski. Na rynku będzie wtedy królować tandeta. Wysoka preferencja czasowa cechuje społeczeństwa, które są, albo biedne, albo niestabilne, żyjące w szybko zmieniających się i słabo przewidywalnych warunkach zewnętrznych – politycznych i gospodarczych. Wbrew zatem znanej mądrości ludowej, biednego stać na kupowanie wyłącznie tanio.

Społeczeństwo epoki PRL spełniało oba te warunki. Było biedne i niestabilne. Nic zatem dziwnego, że produkowano wówczas koszmarne buble. Klienci i tak stali w kolejkach po wszystko, aby tylko wymienić zupełnie bezwartościowe „bilety NBP”, zwane też, przez żart, „złotówkami”, na jakikolwiek towar, choćby mający niesłychanie niską żywotność t. To eldorado producentów skończyło się gwałtownie w 1989 roku kiedy złotówki, po inflacyjnym urealnieniu, stały się, może nie najmocniejszym, ale jednak prawdziwym pieniądzem i nagle preferencja czasowa gwałtownie się obniżyła, choć nadal, wobec ówczesnej biedy, była znacznie wyższa niż w krajach zachodnich. Mimo to i tak większość PRLowskich producentów bubli tego szoku popytowego nie przeżyła.

Ta różnica w preferencji czasowej między społeczeństwami o różnym poziomie zamożności, może też motywować producentów do wytwarzania dwóch lub więcej odrębnych kategorii swoich produktów. Tańszych, ale mniej trwałych na rynki biedne, oraz trwalszych, ale i w związku z tym i droższych, na rynki zamożne. Ta różnica w stopach dyskonta musiałaby być jednak na tyle duża, żeby opłacało się utrzymywać oddzielne, odseparowane nawzajem od siebie, linie produkcyjne i zaopatrzeniowe dla tych różnych rodzajów produkcji.

Czy czas trwałości t, przy odpowiednio niskiej preferencji czasowej i akceptowalnej cenie „dodatkowego” czasu, może być dowolnie długi? W przypadku takich wyrobów jak sztućce, w zasadzie nie ma wątpliwości. Na rynku są dostępne zarówno jednorazowe plastikowe, czy drewniane widelczyki i łyżeczki, jak i właściwie wieczne komplety z metali szlachetnych, srebra, a nawet złota. Podobnie jest z budynkami. Buduje się zarówno „tymczasowe”, hale o tzw. konstrukcji lekkiej, jak i zbliżone trwałością do piramid, bazylikę w Licheniu, czy kościół w Wilanowie.

Jednak nie dla wszystkich dóbr mechanizm ten działa w opisany wyżej sposób. Poszczególne rodzaje produktów starzeją się nie tylko, jak założyliśmy w powyższym rozumowaniu, technicznie, ale i funkcjonalnie. Wątpliwe jest, żeby komputery, telefony, czy nawet samochody, wyprodukowane 20-30 lat temu znalazły dziś wielu chętnych użytkowników, nawet gdyby znajdowały się w idealnym stanie technicznym. W tym przypadku wysokość pożytków a z użytkowania danego urządzenia, po przekroczeniu pewnego granicznego czasu gwałtownie maleje i nie ma ekonomicznego sensu przedłużać trwałości produktu poza ten graniczny okres. W przypadku zatem wyrobów produkowanych w warunkach szybko rozwijającej się technologii, czas trwałości t jest dany z góry i nie ma sensu go wydłużać. Można jednak dodawać do urządzenia dodatkowe funkcje i tym samym zwiększać pożytki z jego użytkowania, czyli wysokość a. Rozwiązując odpowiednie równania NPV przekonamy się jednak, że jeżeli koszt zakupu danego dobra będzie liniowo proporcjonalny do wysokości pożytków a, maksimum funkcji NPV takiego urządzenia wypadnie w …nieskończoności. Zależność użyteczności urządzenia od jego ceny nie może więc być liniowa. Producenci, przykładowo, smartfonów stają na głowie, żeby upchnąć do swoich wyrobów jak najwięcej dodatkowych funkcji, ale, nawet gdyby smartfon kosztował więcej niż statek kosmiczny Dragon, statkiem kosmicznym się nie stanie. Istnieje jakiś maksymalny poziom użyteczności a0 i, niezależnie od kosztów produkcji urządzenia, nie da się go przekroczyć, a jedynie asymptotycznie do niego zbliżać.

W oparciu o te założenia można zbudować i rozwiązać odpowiedni model matematyczny. Czas użyteczności t jest w nim tym razem daną wejściową, natomiast otrzymanym rozwiązaniem, jest użyteczność, stosunek ceny urządzenia K do maksymalnego możliwego poziomu pożytków a0. Rozwiązanie przedstawiono poniżej w postaci graficznej.

Rozwiązanie jest znów sprzeczne z przytoczoną wyżej mądrością ludową. Dla uboższych klientów, mających wysoką preferencję czasową bardziej liczy się jak najniższa cena zakupu K, a mniej wysoki poziom pożytków a0. W miarę jednak obniżania stopy procentowej, w bilansie NPV zaczynają dominować przyszłe pożytki, a akceptowalna przez klienta cena zakupu, w proporcji do nich, rośnie. Różnica ta jest tym większa, im dłuższy jest spodziewany czas trwałości t. Zanika natomiast w przypadku czasu krótkiego, czyli wyrobów wyprodukowanych w nowych, eksperymentalnych technologiach. Wtedy dopłacanie do kolejnych funkcji nie ma sensu, skoro będą one przynosić, mierzoną w utylach, satysfakcję jedynie na krótko.

Średni czas czerpania pożytków z wyrobu jest jednak ograniczony rozwojem technologicznym i wzrostem stopnia zużycia funkcjonalnego danego dobra, jedynie dla dóbr ruchomych i relatywnie niewielkich. W przypadku nieruchomości, a także dóbr wielkich, ciężkich i nieruchawych, np. maszyn w fabryce, wchodzi w grę jeszcze jeden czynnik, polityczny. Właściciel nieruchomości, której nie da się po prostu zdemontować i wywieźć, musi się liczyć z tym, że w jakiejś perspektywie czasowej do władzy w kraju, w którym nieruchomość się znajduje, może dojść jakiś populistyczny, socjalistyczny reżim, który w imię suwerenności, patriotyzmu i sprawiedliwości ludowo – dziejowej, nieruchomość ową „zwróci narodowi”, albo przynajmniej narzuci regulowane czynsze, odgórnie wyznaczy dostawy obowiązkowe – w przypadku nieruchomości rolniczych, lub ustanowi absurdalnie wysokie podatki. Im większe jest prawdopodobieństwo takiego obrotu spraw, tym krótszy jest horyzont czasowy w jakim kalkulowany jest dany biznes, co sprowadza się do efektywnego skrócenia czasu t i tym samym wpływa na jakość danych dóbr. Właściciele budynków przestają je konserwować i remontować, a nowe, jeżeli je w ogóle wznoszą, to w żaden sposób nie przypominają one swoją trwałością egipskich piramid. Stąd też się bierze obserwacja, że regulowane czynsze skuteczniej dewastują miasta, niż naloty dywanowe. Właściciele lasów zaś, wycinają je w pień, aby szybko zdążyć zarobić, dopóki jeszcze tymi właścicielami są. Dlatego też kraje o krótkim t, skorumpowane, socjalistyczne i niestabilne cechuje też brak troski o zabytki architektury i stan środowiska naturalnego. Pod koniec PRL, dokładnie wszystkie polskie rzeki, tak samo jak mazurskie jeziora, po prostu cuchnęły, a połowa bałtyckich plaż był zamknięte z powodu skażeń i to przy znacznie łagodniejszych, niż dzisiaj, normach sanitarnych.

Trwałość dóbr, zarówno konsumpcyjnych, jak i inwestycyjnych, jest więc regulowana przez trzy parametry. Stosunek ceny czasu funkcjonowania do pożytków użytkownika z danego dobra, czy zysków z inwestycji, średni czas w jakim użytkownik może te pożytki czerpać, oraz najważniejszy z nich wszystkich – wysokość stopy procentowej. Jak zwykle spotkanie chciwości konsumentów i producentów na wolnym rynku prowadzi nie do, jak chcieliby marksiści do destrukcji, ale wręcz przeciwnie, do najbardziej optymalnego wykorzystania istniejących zasobów w celu osiągnięcia obopólnej satysfakcji.

Sejm na ruletce wylosowany XI 2021

Zgodnie z tym, czego można się było spodziewać, wielka intryga z „imigrantami” którą Putin, Łukaszenko i PIS wspólnie namotali, okazała się niewypałem. W ich zamiarach zapewne „atak imigrantów” miał wystarczająco zastraszyć wyborców, aby przerażeni agresją ze wschodu zjednoczyli się wokół PIS dając mu nawet, choćby chwilowo, większość konstytucyjną co potwierdzić miały zorganizowane w ekspresowym tempie i niewiele tylko zmanipulowane wybory. Zaraz potem zwołane do Warszawy putinowskie lizodupy z całej Europy miały ogłosić jakieś nowe narodowopatriotyczne otwarcie, powstanie konserwatywnej i suwerennej wspólnoty zgrupowanej wokół Moskwy i katechona Putina. Zapewne miano też na tym sabacie uroczyście ogłosić przywrócenie suwerenności Polski poprzez jej wystąpienie z UE i NATO.

I tak wspaniały plan się skichał i został ograniczony tylko do potwierdzenia przez PIS, a i to nie wprost, że Ukraina znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów. Udało się też niestety genetycznym patriotom trwale wykroić z terytorium RP własne partyjne, pozbawione natrętnych pismaków i sypiącej nieustannie piach w tryby i wsadzającej kij w szprychy opozycji. Terytorium na którym PIS może teraz swobodnie, bez ryzyka jakiegoś przecieku ćwiczyć swoje ZOMO, i w odpowiedniej chwili poszczuć je na Polaków. Ale i na tym się ich sukcesy skończyły.

Okazało się bowiem, że wynajęci do „szturmowania granicy UE” statyści okazali się nie dość przekonujący a przede wszystkim, nie dość liczni. Na więcej jednak Putina, Łukaszenki i Kaczyńskiego widocznie nie było stać.

Jeżeli komuś z czytelników taka rekonstrukcja planów PIS wyda się zbyt śmiała i daleko idąca, niech się zastanowi, co by zrobił, gdyby był jakimś irackim Kurdem, czy innym Afgańczykiem, który chce dostać się do Niemiec, obojętnie czy w celu znalezienia dobrze płatnej pracy, czy też wygodnego dolce far niente na zasiłkach socjalnych. Otóż przede wszystkim będąc takim Irakijczykiem, każdy starałby się wjechać do Niemiec legalnie. A jeżeli się nie da legalnie, to przynajmniej cichcem, chyłkiem i w sposób niezauważony. Ostatnie co takie imigrant by zrobił, to rzucanie się z drągami i kamieniami na płoty graniczne na oczach setek świadków i kamer.

Uważny obserwator niechybnie też zauważy, że imigranci z terenu Białorusi masowo próbowali forsować zasieki graniczne, akurat w tych miejscach, które uprzednio zostały specjalnie umocnione i były akurat starannie pilnowane. W miejscach, gdzie żadnych zmobilizowanych oddziałów granicznych akurat nie było, prób masowego forsowania granicy też nie.

Nacisk na polską granicę zmalał też nie w wyniku jakichkolwiek zabiegów postkomunistów, których nie było, tylko wskutek starań dyplomacji krajów europejskich, Francji i Niemiec, która to interwencja wywołała zresztą w PIS wybuch niepohamowanej furii.

Jasne jest wiec że mieliśmy do czynienia ze starannie wyreżyserowanym teatrem, którego celem miała być zasadnicza zmiana nastrojów społecznych w Polsce. Celu tego jednak Putin z Kaczyńskim i Łukaszenką nie osiągnęli. Poparcie dla PIS, zamiast skokowo wzrosnąć nawet powyżej 50%, zaczęło znów stopniowo spadać, jak widać na poniższym wykresie przedstawiającym średnią kroczącą z ostatnich 15 sondaży. Zacieniowany obszar to zakres błędu. Rzeczywiste poparcie mieści się w tym zakresie z prawdopodobieństwem 80%:

Najbardziej prawdopodobny skład sejmu w listopadzie, gdyby wybory odbyły się wtedy i nie zostały przez genetycznych patriotów sfałszowane, wygląda zaś następująco:

Niestety, chociaż kontynuowanie władzy znowu się postkomunistom oddala, to jednak żadnej stabilnej polskiej większości nadal nie ma. Liczebność potencjalnych koalicji wygląda bowiem tak:

A, obliczone metodą Monte Carlo, prawdopodobieństwo uzyskania przez nich większości:

Dopóki poparcie dla postkomunistów nie spadnie na trwałe poniżej 30%, a potencjalna liczba ich mandatów poniżej 180, dopóki wyzwolenie Polski jawi się dość mgliście. Zresztą nawet wtedy PIS przecież nie odda władzy dobrowolnie, ale będzie się musiał uciec do jawnych fałszerstw wyborczych lub gołej przemocy, jak Łukaszenko.

Na szczęście są i dobre wiadomości. Poparcie dla PL 2050 przestało w końcu spadać i nawet nieco wzrosło. Dodatkowo uaktywnił się PSL, który, choć nadal jest „pod kreską”, to jednak systematycznie zaczął odbudowywać poparcie. Zobaczymy czy te trendy będą trwałe (oby!).

COVID – Oblany egzamin

Jednym z niewielu pozytywnych aspektów istnienia władzy państwowej jest dostarczanie przez nią obywatelom tzw. usług publicznych, czyli takich dóbr, których wytworzenie indywidualnie na wolnym rynku byłoby droższe i trudniejsze niż odgórnie w skali całego kraju. Do takich dóbr zaliczają się przykładowo utrzymywanie porządku prawnego i ochrona przed przestępczością, obrona przed zbrojnym najazdem zewnętrznym, czy zapobieganie klęskom żywiołowym, usuwanie i łagodzenie ich skutków. Jakość i sprawność aparatu państwowego ocenia się właśnie po jakości i cenie dostarczanych przez nie dóbr publicznych. Nie ulega żadnych wątpliwości że oceniany pod tym kątem rząd, dajmy na to, szwajcarski, zdecydowanie przewyższy swoją kompetencją rząd nigeryjski. Przy mniejszych jednak różnicach w jakości rządzenia taka ocena jest zdecydowanie trudniejsza. Chyba że nadejdzie chwila prawdy pod postacią jakiejś wielkiej, ogarniającej więcej niż jedno państwo, klęski żywiołowej, z którą wszystkie rządy muszą się jakoś zmierzyć i której przebieg jaskrawo uwypukli, wszelkie, nawet na co dzień nie dostrzegane, różnice w jakości rządzenia. Trwająca już prawie dwa lata epidemia chińskiej grypy z Wuhan, zwanej covidem, dostarcza nam zatem doskonałej okazji do praktycznego przetestowania jakości rządów i ich porównania.

Do modelowania przebiegu chorób zakaźnych używa się zazwyczaj tzw. modelu SIR. Dzieli on populację na trzy grupy. Podatnych na chorobę – S, zarażonych i roznoszących infekcję – I, oraz ozdrowiałych i odpornych – R. Podatni mogą się zarazić i stać chorymi, którzy następnie zdrowieją i są już odporni na chorobę. S=>I=>R

Dynamika epidemii jest w tym modelu zależna od trzech parametrów. Pierwszym z nich jest tempo zarażania – a, czyli prawdopodobieństwo że osoba z grupy S – podatna, przebywając w towarzystwie chorego zarazi się od niego w jakiejś jednostce czasu, np. w ciągu doby. Odwrotnością tego współczynnika jest średni czas zarażania. Drugim istotnym parametrem modelu jest tempo zdrowienia – b, odwrotność średniego czasu trwania choroby. Im wyższy jest stosunek a/b tym szybciej choroba się rozprzestrzenia. Istnieje jednak jeszcze trzeci istotny parametr modelu, czyli aktualny odsetek osobników podatnych –S w danej populacji. Tzw. bazowy współczynnik reprodukcji (BWR) infekcji wynosi bowiem:

BWR = a/b*S

I kiedy jest większy od jedności, liczba chorych wzrasta wykładniczo. Z biegiem czasu jednak, kiedy osoby podatne zarażają się i przechodzą do grupy I, a następnie, po przebyciu infekcji, do R, odsetek podatnych – S w danym społeczeństwie maleje. Wcześniej czy później zatem, BWR spada poniżej jedności a epidemia wygasa. Wygasa nie z powodu, jakby się mogło wydawać, braku osób podatnych, ale z powodu braku chorych.

Tyle teoria. W praktyce odtworzenie rzeczywistego przebiegu choroby zwłaszcza w dużych, wielomilionowych populacjach, nastręcza jednak wiele problemów. W przypadku COVID przedstawiane w mediach symulacje bazują zwykle na liczbie nowych przypadków, czyli na dziennej zmianie odsetka I – chorych. (w modelu różniczka dI/dt). Jest to jednak metoda bardzo niedokładna. Testy wykrywające chińskiego wirusa są stosunkowo zawodne, wielu chorych w ogóle się do testowania nie zgłasza, a jeszcze więcej przechodzi infekcję na tyle lekko, ze nawet nie zdają sobie oni sprawy że są zarażeni. Na pewno bardziej miarodajnym zbiorem danych byłaby dzienna liczba zgonów, którą można by potraktować, niezależnie jak makabrycznie by to nie zabrzmiało, jako pewien odsetek ozdrowieńców – dR/dt. I to podejście ma jednak swoje wady. Nie do końca bowiem wiadomo, czy przyczyną danego zgonu był właśnie covid, czy jedna z tzw. chorób towarzyszących. Nie wiadomo też, czy średni czas trwania choroby zakończonej zgonem jest zbliżony do średniego czasu trwania choroby w ogóle. Ostatecznie, niżej podpisany zdecydował się więc do modelowania użyć wskaźnika I – liczebności aktualnie chorych i przybliżyć ją poprzez liczbę osób hospitalizowanych z powodu covid. Założyć bowiem można, że prawie każdy zarażony chińskim wirusem, u którego choroba ma odpowiednio ciężki przebieg, wyląduje w końcu w szpitalu, z drugiej strony, fałszywie, wskutek błędów w testowaniu, zdiagnozowani, tam nie trafią. Liczba hospitalizowanych będzie zatem stanowiła w miarę stały odsetek rzeczywistej liczby chorych w ogóle. Na poniższym wykresie zaprezentowano, opartą na powyższych założeniach, dynamikę przebiegu epidemii w czterech krajach. Polsce, Szwecji, Francji i Wlk Brytanii. Aby uwzględnić różnice w liczebnościach ich obywateli pokazano ilość hospitalizowanych na milion mieszkańców. Dodatkowo na wykresie widoczny jest odsetek całkowicie zaszczepionych osób w danym kraju.

I już na pierwszy rzut oka widać rozbieżności z opisanym wyżej modelem SIR. Epidemia bowiem przyjęła postać nie pojedynczej, ale kilku, co najmniej czterech, postępujących po sobie fal. Model SIR w swojej wersji podstawowej, bardzo dobrze bowiem opisuje epidemie w małych, zamkniętych społecznościach, jak internaty, więzienia, koszary, klasztory, czy statki na morzu, ale w przypadku dużej wielomilionowej populacji w dłuższym czasie, okazuje się zbyt uproszczony. Przede wszystkim współczynniki zarażania a i zdrowienia b nie muszą być w takiej skali stałe. Nieprzypadkowo choroby atakujące układ oddechowy, takie, jak grypa, wykazują bardzo silną sezonowość i narastają jesienią i wiosną, kiedy ludzki układ odpornościowy jest osłabiony i w związku z tym rośnie współczynnik a – wirusy łatwiej i szybciej zarażają, oraz maleje współczynnik b – infekcja trwa średnio dłużej. Dokładnie tak samo zachowuje się też covid. Trzy pierwsze fale widoczne na wykresie są właśnie, niezależnie od kraju, idealnie zsynchronizowane z porami roku. W Szwecji i w Polsce, krajach z ostrzejszą zimą, fala II, jesienna jest wyraźnie oddzielona od III – wiosennej, podczas gdy we Francji i Wlk Brytanii, krajach o klimacie bardziej oceanicznym, z łagodniejszym przebiegiem zimy, zlewają się one w jedną. Jeszcze inny kształt przybiera ta dynamika w krajach śródziemnomorskich, jak Włochy i Hiszpania. Wszędzie jednak powiązana jest z lokalnymi porami roku. Inaczej jest tylko w przypadku IV fali, która w krajach zachodnioeuropejskich zaczęła się wcześniej niż w Polsce. Tym razem zmutował, w szybciej zarażający, osławiony wariant delta, sam wirus.

Najlepiej dopasowany do rzeczywistych danych iloraz a/b dla poszczególnych krajów z podziałem na kolejne fale przedstawiono w tabeli. We Francji i Wlk. Brytanii, jak już wspomniano, nie da się matematycznie oddzielić II i III fali, a Wlk. Brytanii i w Polsce IV fala jeszcze trwa i oszacowanie jej parametrów nadal jest obarczone zbyt dużym błędem.

KrajI falaII falaIII falaIV fala (delta)
Polska2,006,751,11
Szwecja6,311,71,186,18
Francja8,933,56
Wlk Brytania9,76

W formie graficznej dla Polski przebieg epodemii wyglądał następująco:

Otrzymane wyniki nie tylko różnią się znacznie od tych otrzymanych na podstawie ilości dodatnich testów, ale też są bardzo zróżnicowane, zarówno pomiędzy falami, jak i krajami. I fala zaatakowała najpierw najbardziej podatne na infekcję wirusem osoby starsze i schorowane i dlatego też iloraz a/b był wtedy bardzo wysoki nawet do 10 w Wlk. Brytanii. Kolejne fale były już mniej zaraźliwe. Odwrotnie było jednak w przypadku Polski, gdzie I fala była mniejsza i słabsza od fali kolejnej – jesiennej. W porównaniu z pozostałymi krajami z tabeli, jest bowiem Polska położona stosunkowo na uboczu, zatem i nowe wersje wirusa docierają do nas kilka tygodni później niż do Wlk. Brytanii, Francji i Szwecji. Tak jest z obecną wersją delta, tak też i było na wiosnę 2020 roku. Zanim covid w Polsce na dobre się rozkręcił, sezon grypowy dobiegł już końca. Co się odwlecze, to jednak nie uciecze. Rodacy, którzy uchronili się przed wirusem na wiosnę 2020, ulegli mu kolejnej jesieni i wiosny. II i III fala były w Polsce z kolei znacznie potężniejsze niż w zachodniej Europie.

Warto zwrócić uwagę, że na powyższych wykresach w ogóle nie widać szeroko stosowanych w trakcie trwania epidemii tzw. lockdownów. W Szwecji, gdzie praktycznie żadnych większych obostrzeń, zamykania szkół, hoteli i restauracji, a tym bardziej, jak w Polsce, lasów, nigdy nie było, liczba chorych, a przynajmniej chorych poważnie, wymagających hospitalizacji, w przeliczeniu na liczbę mieszkańców była, w porównaniu z Francją, Wlk. Brytanią, i Polską, znacznie MNIEJSZA. W Polsce z kolei, była ona z tych czterech krajów, największa. Wszystkie straty poniesione wskutek „wyłączeń”, nie tylko gigantyczne straty materialne, ale też i dosłownie tysiące ofiar, które zmarły z powodu „lockdownowego” braku dostępu do leczenia innych niż covid, chorób, obciążają konto władzy bez jakichkolwiek realnych, mierzalnych korzyści w walce z epidemią. Już większe od „lockdownów” znaczenie miały regionalne różnice narodowe, np. wysoki ogólny poziom higieny w Szwecji, zwyczaj wspólnego biesiadowania w pubach w Anglii, czy częstego witania się pocałunkiem we Francji i Włoszech. Nawet licząc tylko samych hospitalizowanych widać, że w Polsce władze popisały się najwyższym w obrębie naszej próbki stopniem nieudolności, ze szwedzkim kompletnie nieporównywalnym. Do tego doliczyć jeszcze należy wspomniane koszty lockdownów, w Polsce gigantyczne, w Szwecji pomijalne.  Ale cóż, w Szwecji rządzi rząd szwedzki, a w Polsce – pisowski.

W walce z chińską epidemią decydującą rolę miały odegrać szczepionki. Szczepienie, najprościej rzecz ujmując, jest kontrolowaną formą infekcji, która ma pobudzać organizm do wytworzenia przeciwciał zwalczających dany patogen – w tym wypadku wirusa covid. Efekt końcowy powinien być podobny do przebycia prawdziwej infekcji, czyli doprowadzić do nabycia przez zaszczepionego odporności na daną chorobę. Szczepionki na covid opracowano w iście stachanowskim, dotychczas w medycynie niespotykanym tempie. Od pojawienia się chińskiej epidemii w krajach Zachodu, do rozpoczęcia masowej akcji szczepień upłynęło mniej niż rok. Czy nie odbiło się to aby na jakości? Czy szczepionki na covid spełniły oczekiwania?

Efektem szczepienia w skali populacji jest przeniesienie zaszczepionych z kategorii podatnych – S bezpośrednio do ozdrowiałych – R. Redukuje się tym samym odsetek S i w konsekwencji BWR. Teoretycznie można w ten sposób w ogóle wygasić i zlikwidować epidemię, jeżeli tylko poziom szczepień będzie wystarczająco wysoki. Udało się to w przypadku wielu różnych chorób, ale, jak dotąd, nie w przypadku COVID. Zakładając bowiem, że iloraz a/b dla tego wirusa wynosi, jak wynika z naszej tabeli, między 6 a 10, to, aby sprowadzić współczynnik reprodukcji poniżej 1, odsetek podatnych S powinien być mniejszy niż odwrotność tych liczb, czyli nie może być wyższy niż 10%-17%. Przy założeniu, że szczepionki są skuteczne w 95%, oznaczałoby, że w celu całkowitego wygaszenia infekcji, zaszczepione powinno być między 88% a 95% populacji. Oczywiście z puli podatnych ubywają nie tylko zaszczepieni, ale też ci, którzy covida przechorowali. Takich osób w krajach europejskich obecnie jest zapewne około 20-30%. Łącząc te dane do kupy, można oczekiwać, że graniczny odsetek szczepień powinien obecnie wynosić ponad 80%. Więcej nawet, jeżeli skuteczność szczepionek jest mniejsza niż założone wyżej 95%. Żaden z naszych analizowanych krajów nie osiągnął jeszcze tej granicy. Patrząc jednak na przebieg IV fali można zauważyć, że w krajach o wyższym poziomie zaszczepienia (70%) jest ona jednak znacznie łagodniejsza i słabsza (najbardziej tradycyjnie w Szwecji) niż w Polsce, gdzie poziom szczepień jest zauważalnie niższy (50%). Nie jest to jednak dowód rozstrzygający, bo przyczyną tego stanu rzeczy może być również wspomniane już „polskie opóźnienie”, które spowodowało ze wariant delta dotarł do nas równocześnie z początkiem kolejnego sezonu grypowego, a nie w środku lata, jak do pozostałych trzech krajów. Na szczęście istnieje jednak alternatywna metoda wyodrębnienia działania szczepionek z wielu pozostałych czynników kształtujących dynamikę epidemii.

Szczepienie bowiem, jak już opisano, zmniejsza odsetek osobników podatnych S. Jeżeli odbywa się w trakcie trwania epidemii, skutkuje w modelu szybszym, niżby to wynikało jedynie z dynamiki zachorowań, ubytkiem w tej populacji. Oczywiście takiego dodatkowego strumienia S=>R, jak należałoby się tego spodziewać, nie widać ani w I, ani w II fali epidemii. Występuje on jednak podczas fali nr 3, kiedy szczepienia już trwały. W Polsce podczas trzeciej fali, ten dodatkowy ubytek wynosił średnio 5,5 tysiąca osób dziennie. Równocześnie, w tym samym czasie, przybywało średnio dziennie w Polsce 100 670 osób w pełni zaszczepionych. Skuteczność szczepień na poziomie 5,5% może się wydawać absurdalnie niska, dopóki sobie nie przypomnimy, że nasze obliczenia opieramy nie na liczbie wszystkich chorych, tylko na liczbie hospitalizowanych. Owe 5,5% zatem, to ci, którzy bez szczepienia nie tylko zachorowaliby na covid, ale i znaleźliby się z tego powodu w szpitalu.

Dla porównania jednak, w Szwecji, obliczony analogicznie wskaźnik efektywności szczepienia trzeciej fali wynosił aż 27%. Czwartej nawet jeszcze więcej. Równocześnie hospitalizowanych było w Szwecji przecież znacznie mniej niż w Polsce. Widać, że, tak samo jak w lockdownach, także w organizacji szczepień, władze szwedzkie wykazały się znacznie wyższym poziomem kompetencji niż władze pisowskie. W Polsce szczepienia były przeprowadzane losowo, bez ładu i składu, czy wręcz traktowane początkowo jako nomenklaturowy przywilej partii władzy, o czym świadczy dzika awantura jaką rządowe media rozpętały, kiedy się okazało, że zaszczepić się, „poza kolejką” ośmielił ktoś spoza PIS. Tymczasem w Szwecji, jak widać w danych, skoncentrowano za to szczepienia na grupach, w których występowało największe ryzyko ciężkiego, wymagającego hospitalizacji, przebiegu choroby. W rezultacie trzecia fala przebiegła w Szwecji znacznie łagodniej niż w Polsce, a czwarta była ledwo zauważalna, czego o Polsce na pewno nie można powiedzieć. Piątej, wiosennej fali w Szwecji nie będzie już zatem wcale, a w Polsce nie jest ona bynajmniej wykluczona. Egzamin, w postaci kryzysu epidemicznego, władze szwedzkie zaliczyły więc celująco, a władze pisowskie całkowicie oblały, zakładając oczywiście, że w ogóle realna walka z epidemią w Polsce kiedykolwiek była ich celem. Francja i Wlk. Brytania stanowią przypadek pośredni. Poszło im gorzej niż Szwecji, ale i tak znacznie lepiej niż Polsce.

Chociaż zatem walka z epidemią za pomocą lockdownów okazała się nie tylko niesłychanie kosztowna, to jeszcze była całkowicie bezskuteczna. Natomiast szczepionki, nie tylko od lockdownów są znacznie tańsze, ale i wbrew często spotykanym opiniom, naprawdę działają. Nie tylko w znacznej mierze, choć oczywiście nie w stu procentach, chronią przed covid indywidualnie zaszczepionych, to także, jak model przewiduje, łagodzą i skracają przebieg epidemii w całej populacji. Jednak szczepionek, tak samo jak lockdownów też trzeba umieć używać. Obecny rząd w Polsce nie potrafi niestety ani jednego ani drugiego, za co Polacy płacą swoim majątkiem, a nawet zdrowiem i życiem.

Powyższy artykuł ukazał się w 1645/1646 numerze tygodnika „Najwyższy Czas”

Afganistan na krzywej progresu

15 sierpnia 2021 roku wojska islamistycznego talibanu wkroczyły do Kabulu, stolicy Afganistanu, kończąc tym samym podbój tego kraju. Ponieważ wcześniej USA toczyły regularną wojnę z talibanem, utrzymując w Afganistanie potężne siły zbrojne, upadek Kabulu odebrano powszechnie jako klęskę polityki amerykańskiej. Cała wspólnota suwerennych narodów, od Caracas po Pekin, radowała się z tej klęski imperialistów i ich konsumpcyjnej globalistycznej ideologii. Powszechnie też oczekuje się, ze klęska afgańska jest tylko preludium do upadku i rozpadu samego USA i wszystkich tych niemoralnych, ideologii, które to zdegenerowane i przegniłe imperium reprezentuje.

Wojen jednak, o czym często się zapomina, nie wygrywa ten, kto toczy efektowne bitwy, ale ten, kto osiąga swoje cele polityczne. Żeby zatem należycie ocenić wyniki tej wojny, należy poznać cele jej stron. Jakie były te cele USA w wojnie afgańskiej?

Tak naprawdę, to …nie wiadomo. Oficjalnie mówiło się o „szerzeniu demokracji”, ale oczywiste jest, że to wersja wyłącznie propagandowa. Druga krążąca w medialnym obiegu wersja, jest już bardziej prawdopodobna. Celem interwencji USA w Afganistanie miałoby być powstrzymywanie islamizmu. Lokalnie, w samym Afganistanie się to w oczywisty sposób nie udało, ale w skali globalnej, sukces jest niekwestionowany. Ideologia islamistyczna wszędzie na świecie, także w krajach muzułmańskich, jest w zdecydowanym odwrocie. Zamachy terrorystyczne, takie jak z 11 września 2001 roku nigdy już się w USA nie powtórzyły. Jednak proces degeneracji i rozpadu islamizmu, tylko w niewielkim stopniu był związany z wydarzeniami w Afganistanie i nie uzasadniałby sam z siebie ponoszenia kosztów interwencji w tym kraju. Było w tym zapewne jakieś głębsze dno.

W celu jego poszukania musimy się przyjrzeć Afganistanowi jako krajowi. Uchodzi on zwykle za zacofany i prymitywny, nawet w porównaniu ze swoimi sąsiadami Iranem, czy Pakistanem. Zanim w Afganistanie pojawiły się w 2001 roku oddziały amerykańskie, kraj ten przeżył już jedną zewnętrzną interwencję ze strony ZSRR w latach 1979-1989. Bliskość chronologiczna tych wydarzeń, skłoniła wielu publicystów do snucia daleko posuniętych analogii i prorokowania, że skoro klęska w Afganistanie przyczyniła się do rozpadu radzieckiego imperium, to ten sam los musi spotkać także imperium amerykańskie. Analogie te jednak są, jak się jeszcze przekonamy, posunięte zdecydowanie zbyt daleko. Wielka Brytania w XIX wieku również przecież poniosła dwie porażki w Afganistanie, ale w niczym to jej światowej pozycji nie zaszkodziło.

Rzetelnych ilościowych danych o Afganistanie dostępnych jest stosunkowo niewiele. Informacje o afgańskim PKB, a zwłaszcza jego dynamice, są na tyle niepełne i niepewne, że trudno byłoby jakieś sensowne wnioski na nich budować. Istnieją natomiast dane o afgańskiej dynamice demograficznej, na pewno od PKB bardziej dokładne. Pozostaje zagadką, dlaczego żaden z autorów, tak obficie ostatnio piszących o Afganistanie, nie tylko się do nich nie odniósł, ale i zapewne nawet się z nimi nie zapoznał?

Z samego wykresu można bowiem już odczytać, że snucie jakiejkolwiek analogii pomiędzy inwazją radziecką w latach 80, a interwencją amerykańską jest kompletnie nieuprawnione. Były to zupełnie inne zjawiska, mające zupełnie inne konsekwencje.

Ogólnie w rozwoju demograficznym każdego kraju można rozróżnić trzy fazy. W gospodarce preindustrialnej, zwanej też maltuzjańską, zmiany demograficzne są ściśle powiązane z dynamiką PKB. Wzrost gospodarczy pociąga za sobą, z pewnym opóźnieniem, równy mu wielkością, wzrost demograficzny. Kryzys gospodarczy, również z pewnym opóźnieniem, powoduje depopulację. PKB przeliczony na liczbę ludności, pozostaje więc w miarę stały i dlatego właśnie nazywa się ten parametr pułapką maltuzjańską. Kiedy jednak gęstość zaludnienia przekroczy pewien poziom krytyczny, kraj wchodzi w, nieco mylnie tak nazywaną, rewolucję przemysłową. Wzrost populacji staje się wolniejszy niż wzrost gospodarczy i równa się pierwiastkowi kwadratowemu z tego ostatniego. Czterokrotne zwiększenie PKB powoduje dwukrotny wzrost zaludnienia. Takie społeczeństwo opuszcza więc pułapkę maltuzjańską i PKB per capita zaczyna rosnąć. Wreszcie następuje trzecia faza, postindustrialna, kiedy to, w wyniku tzw. przejścia demograficznego, liczba ludności stabilizuje się na pewnym poziomie i wszelkie dalsze zmiany w PKB nie mają już na nią wpływu. Te trzy etapy tworzą razem swoistą, pisząc za Jackiem Dukajem, „krzywą progresu”, zwaną też czasem przez autora niniejszego eseju „krzywą dobrobytu”.

Aby zorientować się, w którym miejscu tej krzywej dane społeczeństwo się znajduje, trzeba porównać ze sobą obie jego dynamiki, ekonomiczną i demograficzną. Kiedy zrobimy to dla sąsiadującego z Afganistanem Iranu, to przekonamy, się że jest to społeczeństwo ciągle jeszcze maltuzjańskie, niesłychanie już dziś zacofane. Liczony w cenach stałych irański PKB per capita jest dzisiaj praktycznie taki sam jak za szacha Pahlaviego, pół wieku temu, podczas gdy zarówno PKB i populacja Iranu wzrosły od tego czasu prawie trzykrotnie.

Drugi afgański sąsiad, Pakistan, jest za to wprost modelowym przykładem społeczeństwa w fazie industrialnej. W latach 1960-2021 pakistański PKB wzrósł prawie dwudziestokrotnie, podczas gdy ludność tego kraju dokładnie 4,6 raza.

Niestety, jak już wspomniano, nie posiadając miarodajnych danych o PKB, nie możemy przeprowadzić analogicznej analizy dla Afganistanu. Na szczęście jednak, istnieje alternatywna metoda zbadania tego zjawiska. W społeczeństwach postindustrialnych bowiem, jak już wspomniano, występuje przejście demograficzne i zaludnienie stabilizuje się na pewnym poziomie. Ów poziom objawia się w modelu jako asymptota, do której, niezależnie od warunków początkowych, wielkość populacji zmierza. Przyrost populacji następuję wzdłuż tzw. krzywej logistycznej, zbliżonej kształtem do rozciągniętej litery S. Zanim liczba ludności osiągnie połowę wartości docelowej, wzrost populacji jest wykładniczy, po przekroczeniu zaś tego półmetka, zaczyna coraz bardziej zwalniać, asymptotycznie do zera na linii asymptoty. Aby się zatem przekonać, czy dane społeczeństwo wyszło już z maltuzjanizmu, wystarczy zbadać, czy jego dynamika demograficzna ma kształt logistyczny, czy nadal wykładniczy. W przypadku Iranu, wynik jest jednoznaczny.

W latach 1950-1979 zaludnienie Iranu rosło o 2,9% rocznie, by w latach 1979-1992 przyśpieszyć nawet do 6,7%. Po roku 1992 natomiast irański wzrost demograficzny znów zwolnił do 1,2% rocznie. Cały czas jednak był to i nadal jest, wzrost czysto wykładniczy, bez śladu hamowania logistycznego. Zmieniał się, jak można się tego spodziewać po kraju maltuzjańskim, wykładnik wzrostu, natomiast nie jego charakter. Podobnie, acz bardziej stabilnie jest i w Pakistanie, gdzie wzrost populacji od ponad siedemdziesięciu lat odbywa się w stałym tempie 2,6% rocznie i dopiero w ostatniej dekadzie, po roku 2010, widać tam pierwsze oznaki hamowania, aczkolwiek do połowy wysokości asymptoty jeszcze bardzo tam daleko

A jak to było w Afganistanie? Na poniższym wykresie pokazano jeszcze raz dynamikę demograficzną Afganistanu wraz z najlepiej do niej dopasowanymi krzywymi teoretycznymi. Przerywane linie to asymptoty – docelowe wielkości do których dążyła populacja Afganistanu w danym okresie historycznym.

Na wykresie tym ponownie wyróżnia się okres radzieckiej okupacji. Zmieniła on bowiem, i to drastycznie, parametry demograficzne Afganistanu. Pod tym względem porównywalna może być z nią jedynie hitlerowska okupacja terenów Europy Wschodniej w czasie II wojny światowej, czy japońska okupacja Chin w tym samym czasie. Aby podobny efekt wystąpił, presja na populację musi być naprawdę olbrzymia, z planową eksterminacją i masowym ludobójstwem włącznie. Docelowa populacja Afganistanu, według radzieckiej wersji Generalplan Ost dla tego kraju, nie miała przekraczać …1 miliona mieszkańców. Plan ten Sowieci konsekwentnie wdrażali aż do 1987 roku. Po tej dacie, kiedy go w końcu porzucili, ustalił się w Afganistanie nowy demograficzny stan stabilny, który, już bez żadnych zmian, przetrwał do dzisiaj. Nie zaszkodziła mu wojna domowa po wycofaniu ZSRR, rządy talibów i trwającą dwie dekady interwencja NATO. Jak widać taki atraktor, raz ustabilizowany, jest niesłychanie odporny i potrzeba naprawdę potężnych bodźców, jak właśnie masowe ludobójstwo, żeby go zmienić.

Na pierwszy rzut oka, obecny afgański atraktor demograficzny, różni się docelowym poziomem zaludnienia (56 mln), od tego sprzed radzieckiej inwazji (40 mln). Jednak pamiętać należy, że dopóki gęstość zaludnienia nie przekroczy połowy wartości docelowej, wzrost logistyczny nie różni się wyraźnie od wzrostu wykładniczego i oszacowanie docelowej wielkości populacji jest wtedy bardzo podatne na błędy, związane np. z nieprecyzyjnymi danymi opisującymi rzeczywistą liczbę mieszkańców. Atraktor z lat 70 nie musi się więc naprawdę bardzo różnić od obecnego.

Tak, czy inaczej jednak, z demograficznego punktu widzenia, Afganistan okazuje się być krajem wchodzącym już w etap postindustrialny, znajdującym się na krzywej progresu znacznie dalej, niż jego sąsiedzi. Afganistan osiągnął już 70% docelowej gęstości zaludnienia, podczas gdy Pakistan ledwo 30%, a Iran wciąż jeszcze znajduje się w fazie maltuzjańskiej. Niżej podpisany przyznaje w tym miejscu, że sam jest zaskoczony tym wynikiem, odruchowo bowiem zakładał, tak samo zapewne jak wszyscy inni, że Afganistan jest krajem prymitywnym, dzikim i zacofanym. Tymczasem kraj ten naprawdę wkracza już w wiek XXI, podczas gdy Pakistan ciągle znajduje się społecznie w stuleciu XIX, a Iran nawet w XVIII.

Opisane wyżej rozwiązania modeli demograficznych dla tych trzech środkowoazjatyckich krajów mogą wydawać się abstrakcyjną sztuką dla sztuki, w rzeczywistości jednak niosą ze sobą ogromne konsekwencje polityczne i determinują całą przyszłość tego regionu. Im wyżej bowiem na krzywej progresu znajduje się dane społeczeństwo, tym bardziej czułe jest na jakość rządów. Tą ostatnią można z grubsza mierzyć, obliczanym co roku przez fundację Heritage, wskaźnikiem, zwanym, nieco myląco, Index of Economic Freedom, IEF. Nie jest zatem przypadkiem, że ze wszystkich tych trzech krajów, zdecydowanie najniższy wskaźnik, poniżej 50 pkt, ma Iran. Nie można się też dziwić temu, że Irańczycy tak złą i nieudolną władzę tolerują. Dopóki w Iranie nadal panuje maltuzjanizm, jakiejś zauważalnej presji na zmianę ustroju w tym kraju nie będzie. Przeciętny poziom życia w społeczeństwie preindutrialnym, od kompetencji rządu zależy bowiem bardzo niewiele. Co gorsza, istnieje tutaj swoiste sprzężenie zwrotne. Złe rządy, mogą bowiem sztucznie utrzymywać społeczeństwo w stanie maltuzjańskim i blokować przejście do rewolucji przemysłowej. Taki złowrogi mechanizm funkcjonuje w Wenezueli, Kubie, Korei płn, a także właśnie w Iranie. W momencie kiedy jednak kraj wkracza w rewolucję przemysłową, poziom życia zaczyna zależeć od ustroju i polityki władz w coraz większym stopniu. Im ustrój danego państwa, przy tym samym miejscu na krzywej progresu, jest bardziej wolnorynkowy i praworządny, czyli z grubsza ma wyższy IEF, tym wyższy jest w tym kraju poziom przeciętnego dobrobytu. Kraje źle rządzone, socjalistyczne, etatystyczne i skorumpowane, w momencie osiągnięcia przejścia demograficznego, w ogóle przestają się rozwijać, wpadając w stagnację, zwaną też często pułapką średniego dochodu. Im wyższa pozycja danego narodu na krzywej dobrobytu, tym oczekiwania społeczne wobec jakości władzy i presja na nią, są zatem większe. Dlatego też, w bardziej od Iranu społecznie zaawansowanym Pakistanie rządy są nieco od irańskich lepsze, a pakistański IEF zauważalnie wyższy. A w Afganistanie?

I tu właśnie dochodzimy do najbardziej prawdopodobnych przyczyn zarówno amerykańskiej interwencji w 2001 roku, jak i odwrotu w roku 2021. Obalony właśnie przez talibów rząd w Afganistanie, dalece nie odpowiadał bowiem położeniu tego kraju na krzywej progresu. Afgański IEF jest, co prawda, nawet nieco wyższy niż pakistański, ale, pod względem struktury wewnętrznej, bardziej przypomina irański. W tej sytuacji w Afganistanie powinna już narastać społeczna presja na ustanowienie lepszego, niż dotychczasowy, rządu. Jest to zapewne też powód, dla którego rząd dotychczasowy upadł tak błyskawicznie, podczas gdy reżim pozostawiony przez Sowietów te kilka lat się jednak jeszcze po radzieckim odwrocie, utrzymał. W tej sytuacji dla USA lepiej było pozwolić mu upaść, niż nadal go wspierać i płacić za to wysoką polityczną cenę.

Jednak rząd talibanu, który teraz nastał, jest nie lepszy, ale, przeciwnie, znacznie gorszy od rządu obalonego. W krótkim czasie zderzy się on więc, ze stale rosnącymi społecznymi oczekiwaniami dotyczącymi jakości władzy. W roku 2001, kiedy populacja Afganistanu wynosiła ok. 1/3 docelowej, taliban mógł, w odpowiedzi na to wyzwanie, pójść drogą irańską i sztucznie pogrążyć Afgańczyków we wtórnym maltuzjanizmie. Zapewniłoby to talibom stabilną władzę, chociaż kosztem wtrącenia rządzonego narodu w otchłań maltuzjańskiej nędzy. Jednak dzisiaj, kiedy liczebność afgańskiego narodu osiągnęła 70% maksymalnej, ta opcja, bez stosowania masowego terroru i ludobójstwa, nie jest już dostępna. Albo talibowie staną się w miarę normalną, jako tako przynajmniej, wolnorynkową i praworządną władzą, albo po huku, po szumie, po trudzie, zostaną odsunięci, a dziedzictwo wezmą jacyś cisi, ciemni, mali ludzie. W obu przypadkach, otoczony przez znacznie bardziej od siebie zacofanych, a równocześnie silniejszych, sąsiadów, Afganistan będzie musiał szukać znów porozumienia i współpracy z USA. Nie jest wykluczone, że w perspektywie kilkudziesięciu lat Afganistan może osiągnąć w Azji środkowej status, podobny do tego, jaki w Europie ma inny wielojęzyczny górzysty kraj bez dostępu do morza.

Wojna afgańska zatem, wbrew nadziejom całej postępowej ludzkości, zakończyłaby się nie porażką, ale zwycięstwem USA. Dokładnie tak samo było przecież z wojną w Wietnamie. Na pozór USA również ją przegrały, ale przecież dzisiaj Wietnam, nadal rządzony przez komunistów, wśród których żyją jeszcze weterani tamtej wojny, znów jest sojusznikiem USA, a kultowy budynek amerykańskiej ambasady w Sajgonie, z dachu którego odlatywały przeładowane uciekinierami śmigłowce, ponownie jest własnością amerykańskiego rządu. Wojen nie wygrywa bowiem ten, kto toczy efektowne bitwy, ale ten, kto osiąga swoje cele polityczne. USA walczyły w Wietnamie o powstrzymanie komunizmu i chociaż, tak samo jak w Afganistanie, lokalnie celu tego nie osiągnięto, to w skali globalnej udało się to w stu procentach. A Wietnam, niezależnie od tego, kto by tam nie rządził, zawsze będzie obawiał się i szukał pomocy przeciwko Chinom, znów niezależnie od tego, kto by w nich nie rządził.

Powyższy artykuł ukazał się w 1643/1644 numerze dwutygodnika „Najwyższy Czas”

Sejm na ruletce wylosowany X 2021

W polskiej polityce październik nie przyniósł jakichś wyraźnych zmian. Bratnia pomoc udzielona przez Łukaszenkę postkomunistom najwyraźniej wyczerpała swoje możliwości i notowania narodowych socjalistów ustabilizowały się w ubiegłym miesiącu na poziomie 35-36%. Podobnie stabilne poparcie na poziomie 24% miało KO. Niepokoi jednak dalsze powolne, ale systematyczne obniżanie poparcia dla PL 2050, które to zjawisko, a nie sam bezpośredni wzrost poparcia, którego nie ma, zwiększają szansę genetycznych patriotów na ponowną okupację Polski, co najwyżej w sojuszu z Lewicą lub Konfederacją, gdyby któraś z tych partii uległa takiej samobójczej pokusie. Nadal też niestety nie ma widoku na jakąś sensowną polską koalicję mogącą skutecznie odsunąć PIS od rządzenia i naprawić przynajmniej część szkód, jakie postkomuniści w Polsce wyrządzili.

Poparcie dla poszczególnych sił politycznych w postaci średniej kroczącej z 15 ostatnich sondaży przedstawia poniższy wykres. Zacieniowany obszar to zakres błędu przy 20% poziomie ufności. Rzeczywisty wynik mieści się w tym zakresie z prawdopodobieństwem 80%

Najbardziej prawdopodobny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w październiku i co jest dzisiaj bardzo ważnym zastrzeżeniem, były uczciwe, wyglądałby następująco:

Liczebność potencjalnych koalicji w takim sejmie:

Oraz, obliczone metodą Monte Carlo, prawdopodobieństwo, że dana koalicja osiągnie większość bezwzględną, czyli przynajmniej 231 mandatów:

Sejm na ruletce wylosowany IX 2021

Wrzesień niestety nie przyniósł żadnych dobrych wieści, jeżeli chodzi o preferencje wyborcze. Korzystając z pomocy Łukaszenki i Putina, postkomuniści powoli, lecz systematycznie zwiększyli swoje poparcie aż do poziomu 36% i przekroczyliby poziom 200 mandatów, gdyby wybory odbyły się teraz. Nadal daleko im do samodzielnej większości, ale trend jest wznoszący. Potencjalną rządzącą większość mogliby też osiągnąć albo z Lewicą, albo z Konfederacją, a w obu tych partiach, mimo nadal trwającej pamięci o tym, jak PIS traktuje swoich sojuszników, pokusa sięgnięcia w ten sposób do rządowego koryta może być bardzo silna. Wyrzucenie Gowina w niczym PIS nie zaszkodziło, przeciwnie, utwierdziło jego wyznawców, że wykluczenie zgniłoliberalnego odchylenia od zdrowego narodowosocjalistycznego członu jest jak najbardziej słuszne,  linia Partii jedynie prawidlowa.

Dodatkowo, jakby mało było złych wiadomości, nawet jeżeli obie te partie oprą się pokusie, to i tak utworzenie polskiej koalicji anty-PIS jest obecnie bardzo mało prawdopodobne, musiałaby bowiem ona obejmować zarówno Lewicę jak i Konfederację, co gwarantowałoby taki poziom wzajemnych animozji, że nie dałoby się przeprowadzić żadnej sensownej reformy, czy odbudowy Polski i ponowna pisowska okupacja stałaby się praktycznie pewna.

Z polskich partii notowania PO lekko spadły, niepokoi natomiast dalsza erozja poparcia dla PL 2050, która jednak nie przekłada się na wzrost żadnego innego ugrupowania, co stanowi swoistą zagadkę.

Średnia krocząca z 15 ostatnich sondaży wygląda teraz tak. Zacieniowany obszar to granica błędu przy 20% poziomie ufności. Rzeczywiste poparcie danego ugrupowania mieści się w tym obszarze z prawdopodobieństwem 80%

Najbardziej prawdopdobny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się we wrześniu a PIS pozwoliłby na to, żeby były uczciwe:

Liczebności poszczególnych koalicji w takim sejmie. Linie ciągłe – koalicje pisowskie. Linie przerywane – koalicje polskie, antypisowskie

I, obliczone metodą Monte Carlo, prawdopodobieństwa poszczególnych koalicji, uzyskania większości.

Warto zwrócić uwagę, że szanse postkomunistów na samodzielną większość, chociaż nadal niewielkie, bo tylko trzyprocentowe, nie są jednak już znikomo małe, jak w poprzednich miesiącach

Granice nienaturalne

Program szkolny w czasach PRL bez reszty podporządkowany był wychowaniu patriotycznemu i wdrażaniu patriotycznej polityki historycznej. Wpajaniu młodzieży postaw patriotycznych poświęcony był zresztą osobny przedmiot – Wiedza o Patrio…, tj oczywiście Wiedza o Społeczeństwie, ale swój udział w tym zbożnym dziele musiały mieć i wszystkie inne nauczane w narodowej, socjalistycznej, patriotycznej szkole, przedmioty, bo przecież patriotyzm jest najważniejszy, a na pewno ważniejszy, niż jakaś tam matematyka, czy chemia. Swój wkład w krzewienie patriotyzmu dawała też geografia. Młodzież szkolna uczyła się więc, że dzięki mądrej polityce godnościowej władz partyjnych i państwowych, Polska nie tylko osiągnęła swoje dziejowe przeznaczenie w sensie ustrojowym, ale również geograficznym. Granice PRL – ostatecznego uwieńczenia polskich dziejów, nie tylko pokrywać się miały z granicami „państwa Mieszka”, ale miały też być dodatkowo „granicami naturalnymi”. Oparte na naturalnych przeszkodach terenowych, pasmach górskich i rzekach, granice te, miały być łatwe do kontrolowania i obrony, w przeciwieństwie do „otwartych” i „rozciągniętych” granic II RP, które w myśl tej filozofii miały walnie przyczynić się do jej zguby.

Propaganda ta zawierała jednak, co najmniej dwa oczywiste przekłamania. Po pierwsze, „piastowskie” granice PRL tylko częściowo były w tym sensie „naturalne”. Na południu granica z bratnią CSRS przebiegała wzdłuż górskich grzbietów Sudetów i Karpat. Na zachodzie od bratniej NRD odgradzały PRL rzeki Odra i Nysa. Jednak na wschodzie i północy, granice z najbardziej bratnim z bratnich sąsiadów – ZSRR, nie licząc krótkiego odcinka wzdłuż rzeki Bug, były równie „otwarte” jak granice sprzed II wojny światowej. O tym jednak nie wolno już było wspominać. Drugie propagandowe nadużycie było zresztą jeszcze poważniejsze i wiązało się z samym pojęciem „naturalności”.

Aż do XIX wieku i powstania linii kolejowych, rzeki były bowiem najlepszymi, najtańszymi, traktami komunikacyjnymi. Nie dzieliły, a łączyły. Kraje i państwa, od Egiptu i miast – państw Mezopotamii poczynając, rozwijały się w dorzeczach rzek. Również, tak hołubione w prlowskiej propagandzie, „Państwo Mieszka”, z tego właśnie powodu, praktycznie w całości pokrywało się ze zlewiskami Wisły i Odry. Granice, które można by nazwać „naturalnymi” nie przebiegały zatem wzdłuż rzek, a przeciwnie, wzdłuż wododziałów, tak jak granica przedrozbiorowej Rzeczpospolitej z niemieckim Cesarstwem, która nie zmieniła się w ogóle przez ponad 400 lat. Pewnym wyjątkiem są granice antycznego imperium rzymskiego, w Europie oparte o potężne rzeki Ren i Dunaj. Jednak Imperium Romanum nie miało na tym kontynencie żadnego, nawet z grubsza porównywalnego ze sobą rywala politycznego i realnie kontrolowało oba brzegi tych rzek, wraz ze sporym pasem terenu po drugiej ich stronie, przez co w pełni mogło wykorzystywać ich transportowy potencjał. Nawet jednak znaczenie wododziałów jako granic „naturalnych”, również zanikło wraz z narodzinami i rozwojem rewolucji przemysłowej.

Podobne do prlowskich rozważania o „naturalnych” granicach prowadzono również we Francji. Dzieje tego kraju są długie i burzliwe, obfitujące we wzloty i upadki, ale owe swoje rzekomo „naturalne” granice, wzdłuż Renu, Alp i Pirenejów, osiągnęła Francja tylko raz i to na krótko w czasach Napoleona. Czy zatem można uznać za „naturalne” granice, jeżeli realnie one w historii nie występują w ogóle, albo, co najwyżej, incydentalnie? Czy jakikolwiek kraj ma w ogóle naturalne, czyli właśnie długoterminowo stabilne i trudne do zmiany granice?

Aby odpowiedzieć na to pytanie użyjemy odpowiednich narzędzi ilościowych, matematycznych. Zacznijmy od graficznego przedstawienia danych. Na początek pokażemy sześć największych, pod względem powierzchni, krajów na świecie

Odczytując powyższy wykres można odnieść wrażenie, że istnieje pewna górna granica powierzchni terytorium, wynosząca ok. 10 mln kilometrów kwadratowych, której prawie żadne państwo, z wyjątkiem Rosji, przekroczyć nie zdołało. Ograniczenie to jest zapewne związane z przeciętną wielkością ziemskich kontynentów, na których miejsca na większe organizmy państwowe po prostu nie ma. Rosyjski wyjątek można zaś wytłumaczyć dwojako. Albo znajdując się blisko środka Eurazji, największej ziemskiej masy lądowej, Rosja ma ten górny limit ustawiony wyżej niż wszyscy inni, albo jej rozmiary są pewnego rodzaju aberracją, mało prawdopodobnym odchyleniem od normy, które wkrótce zostanie skorygowane, poprzez rozpad tego kraju na mniejsze części.

Najmniejszy z przedstawionych wyżej największych krajów – Australia, ma powierzchnię nieco mniejszą niż 8 mln kilometrów kwadratowych. Kolejne w tym rankingu państwo – Indie, z powierzchnią 3,3 mln kilometrów kwadratowych, jest już wyraźnie mniejsze. Dalej w dół, aż do powierzchni rzędu 10 tysięcy kilometrów kwadratowych znajduje się bardzo interesująca strefa. Jeżeli na osi pionowej wykresu, pokazującej powierzchnie analizowanych krajów, przyjmie się skalę logarytmiczną, to powierzchnie te, układają się wzdłuż linii prostej. Dopasowanie jest niezwykle dokładne. Współczynnik korelacji wynosi tutaj aż 99,7%. Zanim podejmiemy próbę wytłumaczenia, co takie dokładne dopasowanie oznacza, rzućmy jeszcze okiem na najmniejsze kraje, mające mniejszą niż 10 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchnię terytorium. I tutaj możemy, choć nieco mniej dokładnie, bo ze współczynnikiem korelacji równym 98,2%, dopasować prostą, choć o innych parametrach niż dla krajów średniej wielkości

Skoro na skali logarytmicznej dopasowanie, które odkryliśmy, jest liniowe, to znaczy, że na prostej skali liniowej, dopasowanie to jest wykładnicze. Innymi słowy, rozkład powierzchni państw na świecie, przynajmniej państw mniejszych od Związku Australijskiego, ma charakter wykładniczy.

Jest to wynik po prostu zdumiewający. Intuicyjnie oczekiwalibyśmy bowiem, czegoś w rodzaju rozkładu potęgowego. Bardzo dużo małych krajów i bardzo mało dużych krajów z cienkim „ogonem” tego rozkładu. Jest to naturalny rozkład, jaki przyjmują wszelkie ludzkie grupy, od klubów hobbystycznych, poprzez gangi narkotykowe, aż do sieci osiedleńczej – miast, miasteczek i wsi. Rozkład potęgowy, zwany też w Polsce rozkładem Pareto, powstaje bowiem w wyniku tzw. efektu św. Mateusza. Nazwa ta pochodzi od Mt 25, 29: Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Większe grupy, np. portale internetowe z większą liczba użytkowników, silniej przyciągają nowych członków, niż grupy mniejsze, przez to większe grupy szybciej od mniejszych się rozrastają, co ostatecznie prowadzi do powstania właśnie rozkładu potęgowego – Pareto. Tymczasem w przypadku terytoriów państwowych ta reguła, jak się okazuje, nie obowiązuje. Państw małych jest „za mało”, a państw dużych jest „za dużo” w stosunku do tego, czego oczekiwalibyśmy po rozkładzie Pareto. W zamian dostajemy właśnie rozkład wykładniczy.

 Rozkład wykładniczy powstaje zaś wtedy, kiedy mamy do czynienia z procesami całkowicie losowymi.  Przekładając to na język geografii politycznej, otrzymujemy wniosek, że powierzchnie, a zatem konsekwentnie i granice państw świata, mają charakter całkowicie, prawie w stu procentach …przypadkowy. To czy dane państwo zyska, lub utraci jakieś terytorium, nie zależy w ogóle od jakiegokolwiek obiektywnego czynnika, ale jest wynikiem …przypadku. Prawdopodobieństwo takiego wydarzenia jest stałe i w ogóle od charakteru danego państwa, jego zasobów naturalnych, poziomu rozwoju, gospodarki, rodzaju rządu, w długiej, historycznej perspektywie czasowej, …nie zależy. Sprawnie zorganizowane i rządzone państwo może się, co prawda, dzięki tym zaletom rozrastać terytorialnie, ale, najdalej po kilku pokoleniach przestaje być sprawne i zorganizowane i zaczyna się kurczyć. Ostatecznie zwycięża los, przypadek. Co więcej, szansa na przyłączenie jakiegoś terytorium jest taka sama jak szansa jego utraty. Gdyby bowiem te prawdopodobieństwa nie były równe, na świecie istniałyby tylko kraje bardzo duże, albo bardzo małe, w zależności od tego, które prawdopodobieństwo byłoby większe.

Reguła ta, ma jednak swoje granice stosowalności. Kiedy powierzchnia danego kraju, przekroczy mniej więcej 5 mln kilometrów kwadratowych, włącza się, jak już wspomniano, mechanizm hamowania i prawdopodobieństwo utraty jakiegoś terytorium staje się większe niż prawdopodobieństwo przyłączania kolejnego. Druga granica występuje przy powierzchni 10 tys. kilometrów kwadratowych, gdzie zachodzi swoisty rodzaj przejścia fazowego i wykładnik rozkładu zmienia się skokowo. Powyżej tej granicy wartość bezwzględna tego wykładnika jest mniej więcej dwu i półkrotnie niższa (0,032) niż poniżej (0,083). Parametr ten, w rozkładzie wykładniczym, jest sumą prawdopodobieństwa zyskania i utraty danego terytorium, czyli dla równych szans na oba te wydarzenia, jest on dwukrotnością tego prawdopodobieństwa. Małe kraje, poniżej tej granicznej wielkości terytorium, są zatem mniej stabilne niż kraje większe i bardziej dynamicznie wymieniają się terenami z sąsiadami. Wskutek tej zwiększonej dynamiki ich rozkład jest bardziej oddalony od punktu równowagi, niż to się dzieje w przypadku krajów większych i bardziej stabilnych, a tym samym dopasowanie do krzywej teoretycznej jest mniej dokładne.

Wnioski zatem są jednoznaczne. Żadne „granice naturalne”, wbrew popularnym poglądom, nie istnieją. Wszystkie granice między państwami, z wyjątkiem krajów naprawdę wielkich, zajmujących dużą część, lub nawet całość (Australia), kontynentów, mają charakter czysto przypadkowy. Ciekawe, że właściwie unieważnia to nie tylko geografię polityczną, ale i sporą część nauk historycznych. Tą część, która opisuje jakie to tereny dany król do królestwa przyłączył, a jakie utracił na rzecz króla państwa sąsiedniego. Te doniosłe wydarzenia historyczne, szczegółowo opisywane i analizowane w podręcznikach szkolnych, akademickich i solennych opracowaniach naukowych, okazują się nie mieć, per saldo, absolutnie żadnego znaczenia.

Sejm na ruletce wylosowany VIII 2021 i najazd ze Wschodu

Sierpniowa analiza sondaży wyborczych na pewno musi przynieść rozczarowanie. Wielu Polakom wydawało się, że po ostentacyjnym ataku postkomunistów na polskie stosunki z USA genetyczni patrioci doznają kolejnych strat poparcia. Były to jednak, jak niżej podpisany przestrzegał, płonne nadzieje. Po pierwsze elektorat PIS nienawidzi zgniłego żydowskiego zachodu en bloc, niezależnie od tego czy chodzi o UE czy USA. Naplucie w twarz tym żydom przez PIS mogło ich tylko ucieszyć i skonsolidować ich poparcie wokół Partii i jej Biura Politycznego z I sekretarzem na czele. Gigantyczne straty polityczne i gospodarcze, jakie Polska dzięki temu poniosła, były dla zwolenników postkomunistów dodatkowym bonusem. Cały czas należy pamiętać, że zasadniczy trzon wyznawców pisowskiego postkomunizmu to właśnie wyznawcy – fanatyczni i zacietrzewieni. Nic ich, nawet totalna katastrofa rządów PIS, nie ruszy. Coraz bardziej galopującą obecnie inflację tłumaczą oni na ten przykład …spiskiem niepolskich sieci handlowych, które z nienawiści do polskiego patriotyzmu podnoszą ceny w sposób nieuzasadniony. Powołanie jakiejś inspekcji narodowo- patriotycznej „pilnującej” cen w sklepach, czy nawet kartek na mięso, czy cukier też przyjmą ze zrozumieniem i nawet zadowoleniem.

Dodatkowe wsparcie dla PIS przyszło od jego niezawodnych przyjaciół ze wschodu. Białoruski dyktator wspaniałomyślnie wsparł swoich kolegów i wysłał na granicę trzydziestoosobową armię uchodźców. PIS natychmiast chwyciło to rzucone sobie koło ratunkowe i zaczęło się dzielnie przed inwazją bronić, co też nabija mu poparcie u swojego elektoratu, a czego Polacy notorycznie nie są w stanie zrozumieć. Bo też i przecież nie oni są targetem wyborczym Partii. Można się spodziewać, że po zwycięskim odparciu inwazji panowie Sasin, Suski, Błaszczak i Czarnek (dlaczego akurat Czarnek? A dlaczego nie. Skoro Partia mianowała go wybitnym specjalistą od fizyki jądrowej, to i Wielkim Strategiem tez go może mianować) przyznają sobie nawzajem z wielką pompą krzyże Virtuti Militari.

Na długo tego paliwa PISowi na pewno nie starczy, ale na razie odnotował wzrost poparcia, jak widać na poniższym wykresie pokazującym średnią kroczącą z piętnastu ostatnich sondaży.

Z innych zjawisk, widać że potwór Tuska wyczerpał już swoją moc i poparcie dla KO stabilizuje się na poziomie ok 25%. Tyle zapewne jest w Polsce wyborców o poglądach prawicowych, konserwatywno – liberalnych i wyżej się na razie nie podskoczy. Gorzej że wzrost poparcia dla KO odbył się kosztem ruchu Hołowni, który spadł bardziej, (poniżej 15%), niż można było mieć nadzieję. Utrzymał jednak poparcie dwucyfrowe i nadal jest na pozycji umożliwiającej mu podbieranie łagodniejszych wyborców postkomunistom. To akurat dobra wiadomość.

Najbardziej prawdopodobny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w sierpniu, pokazuje następny wykres.

I liczebność potencjalnych koalicji: Linią ciągła oznaczono koalicje pisowskie, narodowo-socjalistyczne. Linią przerywaną koalicje polskie, antypisowskie

Wraz z prawdopodobieństwem osiągnięcia przez nie większości w sejmie obliczonym, jak zwykle, metodą Monte Carlo:

Wszystkie dane są prawdziwe oczywiście pod, coraz bardziej iluzorycznym, warunkiem, że jakieś wolne i uczciwe wybory jeszcze w Polsce się w ogóle odbędą.

Jakość przechodzi w ilość

Czym różni się ubikacja polska od ubikacji radzieckiej? Tym, że po wyjściu z polskiej myje się ręce, a po wyjściu z radzieckiej – nogi. Jako osoba pamiętająca czasy PRL, a także mająca okazję odwiedzić ZSRR, kiedy on jeszcze istniał, niżej podpisany może zaświadczyć, że powyższy żart z tamtych czasów przekazuje najprawdziwszą prawdę. Będąc przyzwyczajonym do nędznego przecież standardu cywilizacyjnego PRL, pogorszonego jeszcze dodatkowo przez kryzys Gierka, spodziewał się autor niniejszego eseju podobnego poziomu w ZSRR. I przeżył głęboki szok. Radziecka nędza, prymityw i zacofanie, były znacznie głębsze, niż w toczonym postgierkowskim kryzysie PRL. W polskich sklepach w tamtym czasie notorycznie brakowało podstawowych artykułów, ale powszechnie używano już automatycznych kas sklepowych z napędem elektrycznym. Tymczasem w przodującym ZSRR towarzyszki sprzedawczynie, nadal wykazywały się wielką biegłością w obsłudze …liczydeł. I faktycznie, przytoczony na wstępie dowcip absolutnie w niczym nie zafałszowywał stanu rzeczywistego. Po wyjściu z radzieckiej ubikacji naprawdę należało umyć i dokładnie zdezynfekować nogi. A najlepiej do niej w ogóle nie wchodzić. Porównywalny szok toaletowy, tylko niejako w odwrotną stronę, spotykał wtedy podróżnika, który zdołał wyrwać się z PRL do krajów Zachodu. Tamtejsze toalety publiczne, w porównaniu z tymi z PRL, nie mówiąc już o przybytkach z ZSRR, wydawały się jakimiś sterylnymi wnętrzami futurystycznych statków kosmicznych.

Stan i wygląd publicznych toalet jest zatem całkiem dobrym wyznacznikiem ogólnego poziomu cywilizacyjnego w danym kraju, o czym świadczy też przykładowo porównanie poziomu toaletowego miedzy Izraelem, a Autonomią Palestyńską, z wyraźną na korzyść Izraela różnicą, chociaż oczywiście mniejszą niż w przypadku PRL i ówczesnego Zachodu. Sprawdza się on jednak dobrze, kiedy te różnice są tak duże i oczywiste, jak między PRL, ZSRR i Zachodem w latach 80 XX wieku. Jak jednak ocenić czy bardziej cywilizowana jest Szwecja, czy Norwegia?  Belgia, czy Holandia? Potrzebny jest wskaźnik nie jakościowy, ale ścisły, ilościowy. Jak on jednak powinien wyglądać?

Niniejszy artykuł jest próbą zaproponowania takiego właśnie ścisłego, ilościowego wskaźnika poziomu cywilizacyjnego danego kraju. Od czego zatem, patrząc z tego punktu widzenia, ów poziom zależy? Co decyduje, że toalety publiczne w jednym kraju są czyste, schludne i sterylne, a w drugim nieodparcie kojarzą się z bramami piekielnymi Dantego?

 Pierwszym czynnikiem jest na pewno zamożność społeczeństwa. Tylko bogaty naród w ogóle stać na przeróżne cywilizacyjne fanaberie, jak właśnie higieniczne ubikacje. Zatem na pewno będzie cywilizacja zależeć od poziomu PKB per capita. Jego udział w całym wskaźniku, czyli tzw. wagę, przyjęto na 40% całkowitego poziomu cywilizacyjnego. Pieniądze jednak, chociaż są warunkiem koniecznym cywilizacji, nie są jednak warunkiem wystarczającym. Znajdą się na Ziemi kraje nawet stosunkowo bogate, bo przykładowo posiadające ponadprzeciętnej wielkości zasoby naturalne, zwłaszcza ropę, ale fatalnie zarządzane, z beznadziejną infrastrukturą i totalnie skorumpowanym aparatem państwowym. Nie ulega zaś wątpliwości że państwo cywilizowane musi mieć również cywilizowany rząd i ustrój społeczno-gospodarczy. Jakość rządzenia mierzy współczynnik, zwany, nieco myląco, wskaźnikiem wolności gospodarczej, z angielska Index of Economic Freedom obliczany co roku przez fundację Heritage w skali od zera do stu punktów. Wskaźnik ten daje kolejne 20% wagi cywilizacji. Nie ulega też wątpliwości, że kraj cywilizowany to także kraj dysponujący sprawnym, kompetentnym i uczciwym wymiarem sprawiedliwości. Sprawiedliwość jest przecież ostoją każdej Rzeczypospolitej. Następne 20% to więc poziom praworządności mierzony za pomocą, skonstruowanego przez Transparency International, Corruption Perception Index, CPI. Zostaje jeszcze 20% wagi. Jak je przydzielić? No cóż, nieprzypadkowo samo słowo „cywilizacja” kojarzy się z czymś nowoczesnym, wysoko zaawansowanym technologicznie i naukowo. Istnieją wręcz takie pojęcia jak „cywilizacja naukowo techniczna”, czy nawet „cywilizacja pozaziemska”, w oczywistym niedopowiedzeniu bardziej od ziemskiej rozwinięta. Dlatego ostatnia 1/5 cywilizacji to właśnie poziom naukowy, mierzony sumą punktów, jaką wszystkie uniwersytety z danego kraju mają na tzw. liście szanghajskiej – 1000 najlepszych uniwersytetów na świecie, podzieloną przez liczbę danego kraju mieszkańców. To daje nam ostatnią składową. Poziom naukowy per capita PN pc.

W ten sposób skonstruowaliśmy nasz wskaźnik cywilizacyjny. Trzeba go jeszcze wyskalować tak, aby dolary z PKB per capita można było porównać z punktami IEF. W tym celu stworzymy skalę względną. Najlepsze w danej kategorii państwo otrzymuje w tejże kategorii 100% poziomu cywilizacji, a kolejne odpowiednio, proporcjonalnie, mniej. Wyniki, przemnożone przez właściwe, opisane wyżej wagi, zostają zsumowane i tym samym otrzymamy poziom cywilizacyjny danego kraju mierzony w procentach w skali od zera do stu. Rezultat jest widoczny na poniższym wykresie pokazującym 25 najbardziej cywilizowanych krajów na świecie.

Rezultat jest mniej więcej taki, jakiego intuicyjnie byśmy oczekiwali. Jest tu na liście wszystkie pięć krajów skandynawskich, wszystkie sześć krajów anglosaskich, przy czym warto zauważyć, że Irlandia wyprzedza tu zarówno USA, jak i Wlk Brytanię, trzy kraje Beneluxu, Austria, Szwajcaria, Niemcy i Francja. Z krajów niezachodnich zaś Singapur, Tajwan, Izrael i Japonia. Nie jest też zaskoczeniem, że kraje postkomunistyczne reprezentuje tylko samotna Estonia. Pewną niespodzianką dla autora tego zestawienia, był tylko niespodziewanie dla niego wysoki poziom cywilizacyjny dwóch krajów arabskich – Kataru i Emiratów, które swoją pozycję zawdzięczają jednak przede wszystkim bardzo wysokiemu poziomowi bogactwa. Oczywiście też, nie ma w tej grupie Polski. Żeby ją zlokalizować musimy przygotować podobne zestawienie tylko dla krajów europejskich.

Polskę znajdziemy tam na 24 miejscu (38 na świecie), pomiędzy Maltą a Łotwą. Polski poziom cywilizacyjny wynosi w tej skali 43,1%, co jest prawie dokładnie połową wartości kraju najbardziej cywilizowanego – Luksemburga. Wyprzedzają Polskę nie tylko wszystkie, poza Grecją, kraje Zachodu, ale także kraje, tak samo jak Polska, postkomunistyczne. Estonia, Czechy, Litwa i Słowenia. Nie byłby to może jeszcze powód do zmartwień, dopóki nie przyjrzelibyśmy się dynamice tego rankingu w czasie. Pozycja Polski w roku 2015 byłaby bowiem nawet nieco lepsza niż pozycja Polski obecnie, w roku 2021. Natomiast, gdyby cofnąć się w czasie jeszcze dalej, do roku 2007, to wtedy znaleźlibyśmy się dużo bliżej końca tej listy, w okolicach Serbii i Macedonii. Jakie czynniki umożliwiły Polsce duży awans cywilizacyjny w latach 2007-2015, a jakie doprowadziły do obecnej stagnacji w tym zakresie, pozostawia się domyślności Czytelników.

W skali świata najbardziej cywilizowanym krajem okazuje się być jednak Luksemburg. W pierwszej dziesiątce znajdziemy też np. Islandię, Katar, czy Singapur. Mimo najwyższego poziomu cywilizacyjnego na świecie, nie są to kraje, o których posunięciach politycznych często słyszelibyśmy w mediach. Nie wpływają one zauważalnie na losy świata jako całości. Szwajcaria, Szwecja, czy Dania, są nieco bardziej wpływowe, ale również do grona najważniejszych światowych decydentów nie należą. Również w latach 80, to ZSRR, mimo swojego znacznie niższego poziomu cywilizacyjnego, rządził PRL, a nie na odwrót. Potęga i światowe znaczenie danego kraju nie są zatem bezpośrednio związane z jego poziomem cywilizacyjnym. A z czym zatem?

Analogicznie do poziomu cywilizacyjnego można zbudować i poziom potęgi kraju. W poziomie cywilizacyjnym decydujące były wskaźniki per capita, przeliczone na liczbę mieszkańców. Potęga jednak, to inna sprawa. Decydują nie parametry per capita, ale całościowe. Ilość, a nie jakość. Niżej podpisany zaproponował następujące czynniki wraz z wagami.

Całkowity Produkt Krajowy Brutto – 45%

Całkowity potencjał naukowy – 20%

Liczba mieszkańców – 10%

Powierzchnia – 5%

Jednak i poziomu cywilizacyjnego nie można do końca lekceważyć. Im bardziej dany kraj jest cywilizowany, tym łatwiej mu mobilizować swoje zasoby i tym lepszą, bardziej kompetentną, rządzącą ekipę może powołać. Dlatego ostatnie 20% potęgi to właśnie poziom cywilizacyjny.  Listę 25 najpotężniejszych, choć niekoniecznie już najbardziej cywilizowanych państw na świecie przedstawia następny wykres.

Bez żadnych wątpliwości najpotężniejszym państwem na świecie są USA. Są nie tylko krajem bardzo cywilizowanym (15 miejsce na świecie), ale i rozległym terytorialnie i dość licznie zaludnionym. Przodują też w światowej nauce mając na liście szanghajskiej najwięcej, zajmujących czołowe miejsca, uniwersytetów. Pozornie depczą im po piętach Chiny, ale właśnie tylko pozornie. Mając zbliżoną do USA powierzchnię i PKB, mają Chiny od USA czterokrotnie więcej ludności. We wszystkich jednak pozostałych parametrach Chiny są w tyle za USA, niekiedy bardzo daleko w tyle. I nie zanosi się w żaden sposób, aby Chiny miały ten dystans nadrobić w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Kulą u chińskiej nogi jest ustrój komunistyczny, nieco tylko, od lat 70 XX wieku, złagodzony swoistym chińskim NEPem. Ów NEP pozwolił Chinom na kilka dekad burzliwego rozwoju, jednak jego możliwości są już na wyczerpaniu. Stopy procentowe w Chinach spadły do poziomu, przy którym dalsze agresywne inwestycje kapitałowe, przestają być opłacalne. Wybudowanie pierwszych 10 tysięcy kilometrów autostrad bez wątpienia znacznie przyśpiesza rozwój. Wybudowanie dziesiątych dziesięciu tysięcy już znacznie mniej. I Chiny obecnie energicznie osuwają się w tzw. pułapkę średniego rozwoju, z której wyjścia, w ramach komunizmu, znaleźć nie sposób. Swego czasu tą samą drogę przećwiczył ZSRR, w latach 1930-1970 również będąc jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie. I pokolenie później już go nie było. ChRL podąża bardzo podobną trajektorią rozwoju. Ryzyko, że skończy podobnie, również jest bardzo wysokie.

 O tym, jak bardzo nadal gospodarka ChRL jest zacofana i prymitywna świadczy jej wydajność. Mierzy się ją poprzez podzielenie PKB nie na liczbę mieszkańców, ale na liczbę przepracowanych w danym kraju roboczogodzin. Sam goły wynik tego ilorazu nie niesie za sobą dużo informacji, dopóki się go nie porówna z wynikami dla innych krajów. Na ostatnim wykresie pokazano więc, jaki odsetek wydajności kilku przykładowych państw, stanowi wydajność ekonomiczna ChRL.

Wynik, dla osób karmionych, licznymi w przestrzeni medialnej, opowieściami o przepotężnych Chinach już, lada moment, detronizujących USA w roli światowego lidera, może być szokujący. Przeciętny Chińczyk przez godzinę pracy wytwarza ponad sześciokrotnie (sic!!!) mniej dóbr, niż przeciętny Amerykanin, ponad trzykrotnie (sic!!!) mniej, niż przeciętny Polak, a nawet ponad dwukrotnie mniej niż przeciętny …Rosjanin! Co więcej, już od mniej więcej 2015 roku ta różnica, inaczej niż sam PKB per capita, który Chiny nadal jeszcze nadrabiają, w ogóle przestała się, z wyjątkiem Japonii, zmniejszać! Ów tak imponujący rozwój Chin w minionych dekadach był zatem rozwojem praktycznie całkowicie ekstensywnym, opartym na zasobach prostych. Coraz więcej ludzi robiło coraz więcej tego samego, ale o żadnych przełomach jakościowych w wydajności nie było w Chinach ludowych nigdy mowy. A przecież wystarczy spojrzeć na, tak samo chiński, jak ChRL, Tajwan, który będąc krajem wielkości polskiego województwa, zdołał nie tylko dostać się do światowej czołówki cywilizacyjnej, ale i załapać się na listę potęg. Wystarczy sobie wyobrazić jakby wyglądały całe Chiny, gdyby, zamiast komunizmu, miały tajwański, wolnorynkowy, praworządny, ustrój społeczno-gospodarczy. Światowa dominacja Chin byłaby już dzisiaj przytłaczająca, a USA byłyby na Ziemi dla Chin tym, czym dzisiaj dla USA jest Japonia. Partnerem, ale jednak tylko junior – partnerem. Chiny, potem długo, długo nic, potem USA, potem długo, długo nic… Tymczasem rzeczywiste Chiny zajmują zaszczytne drugie miejsce i w najbliższej przyszłości czeka je walka nie o przewodzenie, ale o utrzymanie się na pozycji wicelidera. Trzeci bowiem kraj z rankingu – Indie, jest w tej chwili jeszcze bardziej prymitywny i zacofany niż Chiny, a ich wydajność ekonomiczna jest jeszcze od chińskiej niższa. Jednak rośnie ona szybciej niż w Chinach, a brak w Indiach komunizmu pozwala potencjalnie na szybsze nadganianie poziomu cywilizacyjnego, który, również w kwestii mocarstwowości, okazuje się być kluczowy.

Przyglądając się dokładnie obu, cywilizacyjnemu i mocarstwowemu, zestawieniom, można bowiem zauważyć, że, chociaż jakość nie decyduje jeszcze bezpośrednio o ilości, to na pewno bardzo pomaga. Z krajów o niskim poziomie cywilizacyjnym, potęgami są tylko kraje bardzo duże liczebnie (Chiny, Indie), albo terytorialnie (Rosja, Brazylia). Przed rewolucją przemysłową, potęga danego kraju była wprost zależna właściwie tylko od tych dwóch wielkości, czyli była to potęga ilościowa. Obecnie jednak bez wysokiej jakości, poziomu cywilizacyjnego, dany kraj praktycznie się nie liczy, niczym na ten przykład Kongo (4,3% mocarstwowości w porównaniu z 83% USA i 12% Polski). Nawet światowe kierunki migracji również przebiegają wzdłuż tego właśnie gradientu. Od krajów dzikich, choćby i, jak Rosja czy Chiny, w miarę potężnych, do krajów cywilizowanych. Inaczej, niż wyobrażali to sobie marksiści, jakość coraz bardziej przechodzi w ilość. Nie jest więc przypadkiem, że obecnie rządzący w Polsce reżim PIS tak bardzo stara się do polskiego rozwoju cywilizacyjnego nie dopuścić. Nie dbają, dokładnie odwrotnie, niż poprzedzająca ich ekipa, o wzrost polskiego IEF, rozbudowują za to system korupcyjny, przez co polski CPI spada. Jedyne na co ich stać, to gadanie o wzroście …demograficznym. Nie jest to jeszcze poziom rosyjski, gdzie nadal, niczym w XVIII wieku, najważniejsza jest ekspansja terytorialna, ale niewiele już do tego brakuje. Rzeczywisty, intensywny, jakościowy, wzrost znaczenia Polski i jej dalszy rozwój, nie jest tym, co PIS interesuje i  jest PIS bardzo nie na rękę.