Sejm na ruletce wylosowany VI 2021

Jak co miesiąc autor niniejszego bloga pokazuje analizy sondaży dotyczących wyborów parlamentarnych. W pierwszej kolejności średnie poparcie dla partii. Sposób prezentacji danych został nieco zmieniony. Zamiast sondaży średniomiesięcznych, zastosowano średnią kroczącą obejmującą paczkę 15 sondaży. Data na wykresie jest medianą z tych 15 sondaży, stąd, chociaż zestawienie obejmuje sondaże do końca czerwca, to ostatnią datą na wykresie jest 17 czerwca. Zacieniowane pole tradycyjnie pokazuje zakres błędu przy założeniu 20% poziomu ufności. Rzeczywiste poparcie mieści się w tym zakresie z prawdopodobieństwem 80%.

Wykres jest znów optymistyczny. Poparcie dla postkomunistów, które rosło przez dwa miesiące, rosnąć przestało i PIS nadal nie ma szans na uzyskanie samodzielnej większości, a i nawet w koalicji z lewicą byłoby to bardzo mało prawdopodobne. Przechodząc w dół wykresu, wreszcie pilaster może mieć satysfakcję z udanego proroctwa. Rozpad PL 2050, o czym pilaster mówił od miesięcy, chyba się wreszcie rozpoczął. Chociaż nie widać tego na przepływach elektoratu, spadek poparcia dla PL 2050, oznacza wzrost poparcia dla KO i PSL. To ostatnie, po miesiącach dołowania, znów zaczęło zbliżać się do progu 5%, co też nie jest dla PIS dobrą nowiną. Dekompozycja ruchu Hołowni nie oznacza również, że elektorat, który do PL 2050, po zniszczeniu przez postkomunistów kompromisu aborcyjnego, odpłynął właśnie z PIS, do PIS wraca. I raczej na szczęście nie wróci. Albo przy Hołowni już zostanie, albo przeplynie gdzie indziej (PSL?). Warto zwrócić uwagę, że wszystkie te zmiany trendów odbyły się na kilka tygodni przed szumnym „powrotem Tuska”, który to powrót, zdaniem niżej podpisanego, sam z siebie nie będzie miał dużego wpływu na rozkład poparcia. Raczej należy podejrzewać, że to sam Tusk, zauważając ten zwrot w sondażach, wybrał tą właśnie datę, żeby na przewidywanej rodzącej się fali anty-PISu popłynąć.

Najbardziej prawdopodobny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w czerwcu przedstawia następny wykres.

Możliwe koalicje:

I prawdopodobieństwo uzyskania przez nie większości obliczone metodą Monte Carlo

Niedole wolnego rynku

Wolny rynek jest jednym z najgorszych rozwiązań społecznych, jakie można sobie wyobrazić. Wszyscy, a przynajmniej wszyscy na lewicy, to wiedzą, zatem to prawda. Wolny rynek niszczy i rozbija rodziny, unicestwia tradycje społeczne, wpędza całe społeczeństwa w nędzę i głód, prowadzi do tyranii i psują się od niego zęby. Za jeden z wielu złych skutków istnienia wolnego rynku lewica uważa powstawanie monopoli. Wolny rynek nieuchronnie prowadzi do kartelizacji gospodarki i kreuje wszechmocne monopole. Dzieje się tak ponieważ…, no wszyscy przecież wiedzą że tak jest, zatem nie ma co drążyć tematu. Wolny rynek nieuchronnie prowadzi do monopolu. Tak jest i już.

Czytaj dalej na stronie liberfor.

Sejm na ruletce wylosowany V 2021

Jak co miesiąc, autor niniejszego bloga przedstawia analizę bieżących sondaży politycznych. Inspiracją do niej był dla pilastra amerykański portal „538”, a szczegółowy opis metodologii przedstawiono w poniższym artykule. Niestety, w maju negatywny trend był kontynuowany i żadnych powodów do optymizmu nie ma. PIS nadal zyskuje poparcie, niezbyt szybko, ale wyraźnie. Miesięczna średnia z sondaży wyborczych pokazana jest na pierwszym wykresie. Pionowe kreski pokazują zakres błędu przy poziomie ufności 20%.

Z innych ciekawych zjawisk możemy zaobserwować również stale rosnący trend ruchu Szymona Hołowni PL 2050. Niżej podpisany wielokrotnie już wieścił jego schyłek, upadek i rozpad, ale ciągle te proroctwa nie chcą się jakoś zrealizować w praktyce. Chociaż równoczesny spadek poparcia dla KO sugerowałby że teraz Hołownia czerpie z tego właśnie źródła, to jednak analiza korelacji poparcia nie pokazuje istnienia takiego przepływu w sposób statystycznie istotny. Wynika z tego, że ten przepływ wyborców odbywa się nie bezpośrednio, ale etapami. KO => populacja X => PL 2050. Zagadką pozostaje co jest tą populacją X. Pilaster stawiałby na grupę niezdecydowanych, ale to jest tylko gdybanie. Obecny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w maju wyglądałby następująco:

Powtórne zwiększenie obecności PIS nie tylko pozwoliło mu odzyskać mniejszość blokującą 2/5 posłów, ale i skomplikowało niesłychanie możliwą do wyłonienia w tym parlamencie większość rządową. Skład możliwych koalicji pokazuje kolejny wykres:

W rezultacie w takim sejmie utworzenie jakiejkolwiek stabilnej koalicji może się okazać niemożliwe, albowiem każda z potencjalnych możliwości wisiałaby na dosłownie kilku, a nawet może tylko na jednym pośle. Prawdopodobieństwa uzyskania przez powyższe warianty większości, obliczone metodą Monte Carlo, widzimy tutaj.

Chociaż PIS nadal nie ma żadnych szans na powtórne samodzielne sprawowanie władzy, to już w koalicji z Lewicą jest tego bardzo bliski. Nie trzeba chyba uzasadniać, że taki toksyczny związek byłby dla Polski jeszcze gorszą katastrofą niż PIS rządzący samodzielnie. Oczywiście zawierając taki sojusz, Lewica automatycznie utraciłaby większość swego poparcia wyborczego, ale byłoby to już po wyborach, a pokusa zapłacenia tej ceny w zamian za zgnojenie „bogatych i wpływowych), wywłaszczenie „posiadaczy”, oraz wpędzenie Polaków w powszechną nędzę, mogłaby się okazać nie do odparcia. Lewica już zresztą sondowała taką możliwość, ostentacyjnie prowadząc z PIS tzw. „negocjacje” i popierając pisowski program nowego bezładu. Chociaż był to na razie tylko incydent bez trwałych skutków politycznych i gospodarczych, i tak pojawił się na przepływach elektoratu, w tym przypadku elektoratu Lewicy:

Jak zwykle ostatnio wygranym tych manewrów okazał się Szymon Hołownia, którego umiejętności zbierania sierot po różnych, nawet skrajnie odmiennych programowo, ugrupowaniach muszą budzić respekt i uznanie. Chociaż autor tej notki nadal, co prawda, wieszczy PL 2050, że nie dowiezie długo ono swojego poparcia, to jednak jest tych swoich twierdzeń coraz mniej pewien…

Wysoka cena cywilizacji

Od roku 1995 amerykańska fundacja Heritage publikuje tzw. „Index of economic freedom”, dalej w tym artykule nazywany IEF, pokazujący poziom wolności gospodarczej w poszczególnych krajach świata. Indeks ten podawany jest jako wartość liczbowa z zakresu od zera do stu. Im wskaźnik ten jest wyższy, tym teoretycznie poziom wolności gospodarczej w danym kraju jest większy. Indeks ten odgrywa na tyle ważną rolę w dyskusjach politycznych i ekonomicznych, że stał się także przedmiotem zaawansowanej krytyki. Twierdzi się, i nie jest to twierdzenie bynajmniej nieuzasadnione, że wskaźnik IEF pokazuje nie tyle samą wolność gospodarczą, a raczej poziom sprawności państwa i jakości rządów. W dużej mierze jest to jednak spór jałowy, bo przecież już Adam Smith zauważył, że te dwie rzeczy, sprawność i jakość rządu, oraz wolny rynek, są ze sobą nawzajem powiązane i ten drugi nie może istnieć bez tego pierwszego. Kraje o wysokim IEF, to, niezależnie od tego co „naprawdę” wskaźnik IEF pokazuje, kraje wolnorynkowe, a, co za tym idzie, także zwykle bogate, rozwinięte i cywilizowane. Kraj o IEF niskim, to przeważnie obszary biedy, korupcji i socjalizmu.

Realnie, w przypadku rzeczywiście istniejących krajów, wskaźnik IEF rozciąga się obecnie, w 2021 roku, od poziomu 5,2 pkt (płn Korea), do 89,7 pkt. (Singapur). Kraje z listy IEF podzielone są z grubsza na kraje „wolne”, mające ponad 80 pkt IEF, „w większości wolne” między 70, a 80 pkt, „umiarkowanie wolne” 60-70 pkt, „w większości niewolne” 50-60 pkt i „zniewolone”, poniżej 50 pkt IEF. Wolność gospodarcza w przypadku Polski wynosi dzisiaj 69,7 pkt co umieszcza nasz kraj w gronie państw „umiarkowanie wolnych” na 41 miejscu na świecie, tuż przy granicy z krajami „w większości wolnymi”.

Większość piszących na temat IEF publicystów zatrzymuje się zwykle w tym miejscu, zadowalając się, opisanym powyżej, podziałem i nie zauważa, że wskaźnik IEF nie jest bynajmniej monolitem i posiada pewną wewnętrzną strukturę. Składa się on z dwunastu subindeksów, które opisują jakość stanowionego prawa, w tym poziom korupcji, wysokość opodatkowania i jakość zarządzania budżetem państwa, poziom regulacji biznesowych, czy finansowych, oraz stopień otwarcia rynku. Te dwanaście składowych IEF tworzy zatem swoistą dwunastowymiarową przestrzeń fazową, w której umieszczone są punkty – poszczególne kraje. Kraje o podobnym ustroju społeczno – gospodarczym, czyli o zbliżonych poszczególnych elementach naszego wskaźnika, są położone w tej przestrzeni blisko siebie, a kraje, nawet o takim samym poziomie całkowitego IEF, ale o odmiennej jego strukturze wewnętrznej, będą znajdować się od nich dużo dalej. O ustroju gospodarczym, a co za tym idzie, także o poziomie cywilizacyjnym i kulturowym danego kraju decyduje zatem nie tyle jego całkowita wartość IEF, ale raczej położenie w tej przestrzeni fazowej, chociaż oczywiście to drugie w wysokim, ale bynajmniej, jak się jeszcze przekonamy, nie całkowitym stopniu, determinuje to pierwsze. Nietrudno zrozumieć, że kraje, w przestrzeni fazowej IEF leżące blisko, dajmy na to, Szwajcarii, będą podobne do Szwajcarii. Rozwinięte, praworządne, zamożne i cywilizowane. Kraje zaś położone w sąsiedztwie Rosji, będą takie jak Rosja. Zacofane, biedne, prymitywne i skorumpowane.

W niniejszym artykule autor spróbował dokonać dokładniejszej analizy rozmieszczenia punktów – poszczególnych krajów w tej przestrzeni fazowej. Pod uwagę wzięto szeroko rozumiane kraje europejskie, z, leżącymi już geograficznie poza Europą, postsowieckimi republikami zakaukaskimi, włącznie. Tak zdefiniowane wyżej kraje europejskie, można, za pomocą odpowiedniej procedury matematycznej, pogrupować w trzech zbiorach – klastrach. Kraje należące do jednego klastra, są podobne do siebie nawzajem bardziej, czyli są położone w naszej przestrzeni bliżej siebie, niż do jakiegokolwiek kraju z innego klastra. Z przyczyn, które za chwilę staną się jasne, poszczególne klastry noszą nazwy „cywilizowane” o średnim IEF = 75,5 pkt, „aspirujące” (69 pkt) i „zacofane” (66,6 pkt.). Każda z tych trzech grup, ma swój środek – punkt, wokół którego kraje należące do danego klastra się grupują. Współrzędne poszczególnych centrów pokazano na wykresie radarowym:

Chociaż różnice w samym IEF, zwłaszcza miedzy krajami „aspirującymi” i „zacofanymi” nie są specjalnie duże, to jednak wewnętrzna struktura ich wskaźników, jest już bardzo odmienna. Kraje cywilizowane mają najwyższe wskaźniki decydujące o jakości prawa i wymiaru sprawiedliwości, najwyższą ochronę inwestycji i własności prywatnej, wolność prowadzenia biznesu, oraz najniższą korupcję („Goverment Integrity”). Niestety jednak, jak się okazuje, cena za sprawne, praworządne, cywilizowane i rozwinięte państwo, jest bardzo słona. Klaster „cywilizowany” ma bowiem jednocześnie najwyższe podatki, oraz najwyższe wydatki rządowe. Kraje zacofane zaś, są niemal dokładnym, antysymetrycznym, przeciwieństwem krajów cywilizowanych. Władza jest skorumpowana, sądownictwo niewydolne, o ochronie własności prywatnej przez prawo trudno mówić. Za to zarówno podatki, jak i wydatki państwa są na niskim poziomie. Kraje „aspirujące” zaś, znajdują się gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Cywilizacja, praworządność i dobrobyt są zatem dobrami, jak się okazuje, bardzo drogimi.

Które zatem europejskie kraje do której kategorii przynależą? Na to pytanie odpowiemy za pomocą pewnej zuchwałej wizualizacji. Przedstawienie dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej na dwóch wymiarach kartki papieru, czy ekranu monitora jest przedsięwzięciem cokolwiek karkołomnym. Takie rzutowanie wymaga kilku godzin czasu pracy komputera, a zniekształcenia i tak są nieuchronne. Niemniej wynik jest na tyle pouczający, że warto taką cenę ponieść. Na poniższym diagramie pokazano najlepsze osiągnięte dopasowanie. Odległości pomiędzy poszczególnymi krajami – punktami na dwóch wymiarach diagramu są bardzo bliskie rzeczywistym odległościom w przestrzeni dwunastowymiarowej. Wyróżniono na diagramie kraje postkomunistyczne, z podziałem na członków UE i pozostałe, kraje skandynawskie, oraz osobno Szwajcarię, Turcję, Rosję i Polskę. Pokazano też granice między naszymi trzema klastrami.

Wszystkie kraje zacofane wymieniono z nazwy na wykresie. Do krajów cywilizowanych należy cała Skandynawia, Benelux, Wyspy Brytyjskie, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Francja oraz Estonia. Pozostałe państwa Europy, w tym Polska, mieszczą się w gronie aspirujących.

Bardzo przygnębiający jest fakt, że Europa nadal żyje w ponurym cieniu komunizmu, nawet trzy dekady po jego upadku. Dokładnie wszystkie europejskie kraje zacofane, to bowiem właśnie kraje postkomunistyczne. Nawet Turcja, położona bardzo blisko granicy zacofania (aczkolwiek diagram nieco tą odległość zaniża, w rzeczywistości jest ona większa), znajduje się jednak po jaśniejszej, aspirującej stronie mocy. W dodatku, w ciągu ponad trzydziestu lat, jedynie Gruzji i Czarnogórze, udało się samodzielnie opuścić to jądro ciemności i przejść do grona „aspirującego”. Wszystkie pozostałe kraje postkomunistyczne, które to uczyniły, w tym Estonia, która jako jedyna awansowała już nawet do cywilizacji, dokonały tego dzięki swojemu członkostwu w UE, co wymagało jakiegoś dostosowania odziedziczonego po komunizmie ustroju prawnego i gospodarczego, do wymogów tej organizacji. Jeszcze raz się okazuje, że członkostwo w Unii Europejskiej, które może nie być szczególnie atrakcyjne dla Szwajcarii, Norwegii, czy Wlk. Brytanii, dla krajów, które przeszły przez rządy komunistyczne, jest wręcz nieodzowne i wciąga je na poziom cywilizacyjny dużo wyższy, niżby miały one szansę osiągnąć samodzielnie.

Powyższy diagram pokazuje też, jak bardzo zwodniczy może być sam tylko całkowity poziom IEF. Zacofana Armenia wyprzedza pod względem tego ostatniego, nie tylko wszystkie inne kraje zacofane, ale także wiele państw z grupy aspirującej, a nawet dwa kraje cywilizowane, Belgię i Francję. A jednak w przestrzeni fazowej Armenii wciąż bliżej jest do Rosji, niż do Francji (dokładnie o 38% bliżej). Na drugim końcu skali mamy Grecję. Na liście Heritage znajduje się ona tuż poniżej Rosji, w rzeczywistości jednak odległość w przestrzeni dwunastowymiarowej pomiędzy tymi krajami jest duża. Najbliższymi sąsiadami Grecji są kraje aspirujące: Włochy, Słowenia, Chorwacja i Portugalia, podczas gdy dla Rosji to Białoruś, Ukraina, Mołdawia i Kosowo, wszystkie zacofane. Faktyczne różnice cywilizacyjne pomiędzy Grecją a Rosją pokazano na kolejnym wykresie:

Rosja, co jest typowe dla kraju zacofanego, ma znacznie niższe niż Grecja podatki i wydatki publiczne, oraz dodatkowo zbilansowany budżet. Grecja góruje za to w wolności finansowej, handlu, inwestycji (bezpieczniej jest inwestować w Grecji niż w Rosji) poziomie korupcji i efektywności sądownictwa. Dlatego też sumarycznie jednak zdecydowanie lepiej być Rosjaninem w Grecji niż Grekiem w Rosji.

Powyżej przeprowadziliśmy analizę przestrzeni fazowej IEF dla Europy. Jednak przecież świat nie tylko z Europy się składa. Jak wygląda przestrzeń fazowa IEF w skali globalnej? Na drodze do podobnie szczegółowego, jak wyżej opisane, zbadania tego zagadnienia staje nam tutaj bariera braku odpowiednich mocy obliczeniowych. O ile obliczenia dla 45 krajów europejskich zajmowały komputerowi godziny, o tyle ta sama procedura dla 180 krajów świata trwa już kilka dni. A rezultat i tak pozostawia wiele do życzenia. Błędy odległości na dwuwymiarowym przekroju są na tyle duże, że staje się on kompletnie bezużyteczny. Analizować zatem można tylko same położenie klastrów. W porównaniu z samą tylko Europą, ich konfiguracja w przestrzeni fazowej uległa pewnym przesunięciom. Wiele krajów, w tym i Polska, które, według standardów europejskich, zaliczały się ledwo do aspirujących, na tle świata okazało się całkiem cywilizowanymi. Do cywilizacji zdołały dołączyć nawet niektóre kraje, które w Europie były zacofane, jak wymieniona już Armenia. Inne, jak Rosja, czy Białoruś, pozostały jednak zacofane mając teraz za towarzyszy takie ostoje cywilizacji, jak Kongo, czy Zimbabwe. W skali światowej pojawił się też jeszcze jeden dodatkowy klaster, grupujący kraje upadłe, takie jak Korea płn, Wenezuela, czy Kuba. Współrzędne klastrów globalnych pokazano na wykresie:

Widać teraz wyraźnie, że największym kosztem osiągnięcia wysokiego poziomu cywilizacyjnego nie jest nawet wysokość opodatkowania, ale przede wszystkim poziom wydatków państwowych. Jakość bowiem usług publicznych, policji, wymiaru sprawiedliwości, katastru, zwalczania klęsk żywiołowych, czy tworzenia i utrzymania infrastruktury transportowej i komunikacyjnej, okazuje się być kluczowym elementem tworzącym cywilizację. A to wszystko, niestety, kosztuje. Warto zwrócić też uwagę, że największą różnicą pomiędzy aspiracją a zacofaniem, jest „Fiscal Health”. Wynika z tego, kolejny, sprzeczny z potoczną intuicją, wniosek, że nawet bardzo wysoki poziom deficytu budżetowego i inflacji nie jest jeszcze najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić, o ile dzięki temu zdoła się utrzymać wymagany poziom opisanych wyżej usług publicznych. Dotyczy to jednak tylko krajów aspirujących. Kraje naprawdę cywilizowane dbają również o uporządkowanie budżetu. Nadal jednak mają wysokie wydatki państwowe i wysoki poziom opodatkowania. W skali światowej mamy też zresztą do czynienia ze swoistym paradoksem. Kraje cywilizowane mają oczywiście najwyższy całkowity IEF (72 pkt), a kraje upadłe – najniższy (29,8 pkt). Jednak kraje aspirujące, mimo ogólnie wyższego poziomu rozwoju, mają, głównie wskutek bardzo niskiego wskaźnika „Fiscal Health”, średni IEF niższy (56 pkt), niż kraje zacofane (57,2 pkt). Kolejny raz okazuje się, jak zwodniczy może być sam tylko całkowity poziom wolności gospodarczej.

Trzeba również z cała mocą powtórzyć, że wysokie podatki nie są w cywilizacji, jak to, zwłaszcza przedstawiciele lewicy różnej maści lubią głosić, wartością samą w sobie, ale są ceną, jaką cywilizacja płaci za niezbędny jej wysoki poziom usług publicznych.  Kraje upadłe, komunistyczne, mają bardzo wysoki faktyczny, chociaż niekoniecznie już formalny, poziom opodatkowania, a są jednak właśnie krajami upadłymi. Z drugiej strony istnieją kraje cywilizowane, takie jak Singapur, czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, które mają podatki bardzo niskie, a środki na utrzymanie cywilizacji czerpią z innych, niefiskalnych źródeł. Nie wszyscy jednak mogą sobie na takie ekstrawagancje pozwolić i ogólnie cywilizacja jest bardzo kosztowna.

Mając wykonaną wyżej analizę przestrzeni fazowej IEF w roku 2021, kuszące byłoby porównanie jej z analogicznymi analizami za lata poprzednie. Niżej podpisany nie oparł się tej pokusie i wykonał podobny zabieg dla IEF w roku 2016, głównie w celu sprawdzenia, jak wielkie szkody w pozycji Polski w przestrzeni cywilizacji poczyniła pisowska okupacja. Jednak okazuje się że takie proste porównanie dwóch map cywilizacyjnych z roku 2021 i 2016 nie jest możliwe. W międzyczasie bowiem zmieniła się sama metodologia liczenia IEF, a zatem i sama przestrzeń fazowa, która w 2016 roku miała tylko dziesięć wymiarów, a nie dwanaście, tak jak dzisiaj. W konsekwencji uległy zmianie i położenie poszczególnych klastrów jak i przynależność do nich poszczególnych krajów. Zmiany na mapie wynikają więc nie tylko ze zmiany położenia poszczególnych krajów, ale i ze zmiany samego sposobu obliczania tego położenia. Mając to na uwadze możemy jednak zapoznać się z wynikami. Znów okazuje się , że kraje europejskie w 2016 roku można było, podobnie jak 5 lat później, podzielić na trzy klastry. Cywilizowane (IEF = 72), aspirujące (IEF = 64,6) i zacofane (IEF = 49,1).

Ponownie też okazuje się, że o poziomie cywilizacyjnym decyduje poziom wolności inwestowania, finansowej, biznesowej, niska korupcja i przede wszystkim ochrona prawa własności. Znów też widać, że kraje cywilizowane ponoszą wysoką cenę swojego statusu mając najwyższy poziom wydatków publicznych i najwyższy poziom opodatkowania. Mapa europejskiej przestrzeni fazowej w roku 2016 różni się za to znacznie od tej samej mapy z roku 2021. Niestety, jak już autor podkreślał, trudno rozróżnić na ile te zmiany są rzeczywiste, spowodowane rzeczywistymi przesunięciami krajów w przestrzeni fazowej, a na ile zmianą samej przestrzeni. Dlatego dużo bardziej pouczające niż różnice, będą podobieństwa do sytuacji dzisiejszej.

W porównaniu z rokiem 2021 układ jest dość silnie przesunięty w prawo. Po stronie zacofanej pozostają tylko trzy kraje, Rosja, Białoruś i Ukraina, więcej jest też krajów cywilizowanych. Z krajów postkomunistycznych, do tej grupy, oprócz Estonii, zaliczały się również Czechy, Słowenia i …Polska. Sympatia niżej podpisanego do okupującego obecnie nasz kraj reżimu PIS jest powszechnie znana i chciałby on twierdzić, że degradacja cywilizacyjna Polski jaka zaszła na diagramie w ciągu ostatnich 5 lat, jest w całości wynikiem tej okupacji. Jednak, wobec wspomnianych wyżej ograniczeń modelu i zmian jakie zaszły w nim w tym okresie, nie można tego stwierdzić na podstawie tych danych. W roku 2016 najbliższymi sąsiadami Polski w przestrzeni fazowej były w kolejności Słowacja, Cypr, Malta, Hiszpania, Czechy i Łotwa, a w roku 2021 Słowacja, Malta, Węgry, Czechy, Cypr i Łotwa. Jakiegoś wyraźnego regresu nie widać, jest za to stagnacja. Zważywszy jednak, że jeszcze wcześniej, w roku 2007, Polska znajdowała się ustrojowo w strefie bałkańskiej, za najbliższych sąsiadów mając Grecję, Turcję, Chorwację, Macedonię i Mołdawię, stagnacja ta i tak jest niewiele tylko lepsza od regresu. Gdyby nie PIS, Polska, z dużym prawdopodobieństwem, znajdowałaby się dzisiaj koło Estonii i krajów skandynawskich. Tych straconych z winy PIS lat, nikt już nam nigdy nie zwróci, nawet gdy po odzyskaniu niepodległości, Polska wznowi swój ruch w stronę Estonii.

Sejm na ruletce wylosowany IV 2021

Jak co miesiąc, autor niniejszego bloga przedstawia analizę bieżących sondaży politycznych. Inspiracją do niej był dla pilastra amerykański portal „538”, a szczegółowy opis metodologii przedstawiono w poniższym artykule. Podając wyniki analizy dla kwietnia 2021 roku, nie można tym razem nie być rozczarowanym.

Poparcie dla okupujących Polskę postkomunistów z PIS przestało bowiem spadać i ustabilizowało się na, ciągle jeszcze zbyt wysokim, poziomie, przekraczającym 30%. Stabilizacja ta, widoczna pod postacią znacznie zmniejszonych, w porównaniu z poprzednimi miesiącami, zakresów błędu, dotyczy też zresztą wszystkich innych partii, także nowego na polskiej scenie politycznej ruchu politycznego Szymona Hołowni, któremu niżej podpisany nieustannie wieszczy rozpad i utratę zgromadzonego poparcia, ale który to proces, ciągle się jeszcze nie rozpoczął. Widoczne w ciągu poprzednich miesięcy przepływy elektoratu się zakończyły, co widać na przykładzie przepływów wyborców PIS. Przypomina w tym miejscu pilaster, że przepływ elektoratu jest mierzony poprzez korelację ostatnich 15 sondaży. Korelacja dodatnia oznacza, że wzrost oparcia dla danej partii pociąga za sobą również wzrost tej drugiej, natomiast korelacja ujemna odwrotnie, wzrostowi poparcia dla jakiejś partii towarzyszy spadek poparcia dla drugiej. Aby zaś wyeliminować możliwość, że te korelacje są przypadkowe, muszą być one dostatecznie silne, przekraczające próg istotności statystycznej, pokazany na wykresie w postaci przerywanych linii. Korelacja dodatnia jest sygnałem, że obie partie wymieniaja się jednocześnie elektoratem z jakimś trzecim źródłem X (inną partią, lub grupą niegłosujących), zaś korelacje ujemne, że wymieniają się elektoratem ze sobą nawzajem.

Obecny najbardziej prawdopodobny skład sejmu, pokazany na kolejnym wykresie,

wskutek tej stabilizacji nie zmienił się znacząco w porównaniu z poprzednimi miesiącami. W konsekwencji również możliwe koalicje wyborcze gromadzą podobną liczbę posłów.

Stabilizacja sondażowa i zawężenie zakresu błędu, wpłynęły jednak zasadniczo na szanse poszczególnych koalicji na uzyskanie samodzielnej większości:

Najbardziej prawdopodobne rządzące koalicje to obecnie nadal centrolewica (PL 50+KO+Lewica+ ew. PSL) – 90% szans, lub centroprawica (PL 50+KO+KWIN+ ew. PSL) – 69%. Nadal jednak, zarówno jedna, jak i druga, aby nie dać się sparaliżować pisoprezydenckimi wetami, potrzebowałaby wsparcia partii pozostającej poza koalicją – odpowiednio KWIN lub Lewicy, co realnie byłoby bardzo trudne do osiągnięcia. Genetyczni patrioci, nawet formalnie tracąc władzę, zachowują wiec niestety potencjał do dalszego niszczenia Polski. Biuro Polityczne KC Partii, obecnie zwane Centralnym Ośrodkiem Dyspozycji Politycznej, zauważyło też w końcu, że samodzielną większość Partia jednak ostatecznie utraciła. Prawdopdobieństwo jej utrzymania w uczciwych wyborach spadło właśnie do okrągłego zera procent. Mądrość etapu nakazała więc chwilową zmianę linii propagandowej. Postkomuniści twierdzili do tej pory zawsze, że scena polityczna dzieli się na „obóz niepodległościowy”, vel „patriotyczny” – czyli PIS właśnie, oraz „zdrajców”, „targowicę”, „mordy zdradzieckie” – wszystkich pozostałych. Obecnie jednak, jak zwykle wzorując się na swoich mistrzach z Moskwy, podjął PIS próbę wykreowania „opozycji konstruktywnej”, politycznego bytu formalnie nie związanego z PIS, ale faktycznie popierającego go we wszystkich kluczowych kwestiach i głosowaniach.. Wybór genetycznych patriotów kandydata na „opozycję konstruktywną” był dla większości Polaków bynajmniej nie oczywisty, choć pilaster już dawno przewidywał taki właśnie on będzie. Trzeba też przyznać, że kandydaci na taką putinowską „opozycję”, czyli Lewica, już dali się częściowo w tą kolaborację wmanewrować, bo w końcu oni również, tak samo jak socjaliści narodowi, nienawidzą ludzi pracowitych, oszczędnych i zdolnych i najchętniej by ich wszystkich rozkułaczyli. Ponieważ jednak elektorat Lewicy jest znacznie bardziej liberalny i prawicowy niż sama Lewica (to kolejna formacja w Polsce która nie wie, kto na nią głosuje i dlaczego), należy się spodziewać gwałtownego spadku poparcia dla Lewicy, chyba, że liderzy zdołają się w porę skutecznie od tego dotychczasowego swojego szmalcownictwa, odciąć. Zagadką pozostaje, gdzie ci wyborcy swoje sympatie przeniosą. Znów najbardziej prawdopodobnym kandydatem, mimo swoich nienawistnych dla antyklerykalnego elektoratu Lewicy kościelnych powiązań pozostaje Szymon Hołownia. Czyżby jeszcze miał on urosnąć, zamiast jak pilaster ciągle przewiduje, upaść? No cóż, zobaczymy.

Między Budapesztem a Caracas

Od roku 1995 amerykańska fundacja Heritage publikuje tzw. „Index of economic freedom”, dalej w tym artykule nazywany IEF, pokazujący poziom wolności gospodarczej w poszczególnych krajach świata. Indeks ten podawany jest jako wartość liczbowa z zakresu od zera do stu. Im wskaźnik ten jest wyższy, tym teoretycznie poziom wolności gospodarczej w danym kraju jest większy. Indeks ten odgrywa na tyle ważną rolę w dyskusjach politycznych i ekonomicznych, że stał się także przedmiotem zaawansowanej krytyki. Twierdzi się, że wskaźnik IEF pokazuje nie tyle samą wolność gospodarczą, a raczej poziom sprawności państwa i jakość rządów. W dużej mierze jest to jednak spór jałowy, bo przecież już Adam Smith zauważył, że te dwie rzeczy, sprawność i jakość rządu, oraz wolny rynek, są ze sobą nawzajem powiązane i ten drugi nie może istnieć bez tego pierwszego. Kraje o wysokim IEF, to, niezależnie od tego co „naprawdę” wskaźnik IEF pokazuje, kraje wolnorynkowe, a, co za tym idzie, także zwykle bogate. Kraj o IEF niskim, to przeważnie kraje biedne, skorumpowane i socjalistyczne.

Realnie, w przypadku rzeczywiście istniejących krajów, wskaźnik IEF rozciąga się obecnie, w 2021 roku, od poziomu 5,2 pkt (płn Korea), do 89,7 pkt. (Singapur). Wolność gospodarcza w przypadku Polski wynosi dzisiaj 69,7 pkt co umieszcza nasz kraj w gronie państw „umiarkowanie wolnych” na 41 miejscu na świecie, tuż przy, przebiegającej na poziomie 70 pkt, granicy z krajami „w większości wolnymi”. Zważywszy na fakt, że ćwierć wieku temu, u zarania dziejów tego wskaźnika, polski IEF oscylował wokół wartości 55 pkt, obecny nasz poziom można by uznać za jakiś postęp. Można by, gdyby nie to, że ten wzrost polskiego IEF na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza, wcale nie przebiegał w sposób regularny i jednostajny, a jego konwulsyjne i chaotyczne skoki, napawają obawą, że gwałtowne obniżenie się jego poziomu w przyszłości, wcale nie jest wykluczone. Na poniższym wykresie pokazano dynamikę polskiego IEF w tym czasie, oraz zaznaczono jakie ugrupowania sprawowały wtedy nad Wisłą rządy.

Jak można odczytać z tego wykresu, wpływ rządu na poziom wolności gospodarczej, czy też idąc za głosem krytyków IEF, na sprawność państwa, przynajmniej w Polsce, był w tym okresie decydujący. Za czasów koalicji AWS-UW, a zwłaszcza PO-PSL, polski IEF rósł, za SLD, oraz PIS natomiast, spadał, lub, co najwyżej, stagnował. Wbrew zatem popularnym mniemaniom, rządy w Polsce po 1989 roku, bynajmniej nie były jednakowe, a przeciwnie – różniły się zasadniczo między sobą. Ugrupowania, który polski IEF zwiększały, AWS, UW, PO, można zatem przypisać ogólnie do „prawicy”, natomiast te siły polityczne, które polski poziom wolności gospodarczej obniżały, PIS i SLD, do „lewicy”.

Większość piszących na temat IEF publicystów zatrzymuje się zwykle w tym miejscu i nie zauważa, że wskaźnik IEF nie jest bynajmniej monolitem i posiada pewną wewnętrzną strukturę. Składa się on z dwunastu subindeksów, które opisują jakość stanowionego prawa, w tym poziom korupcji, wysokość opodatkowania i jakość zarządzania budżetem państwa, poziom regulacji biznesowych, czy finansowych, oraz stopień otwarcia rynku. Te dwanaście składowych IEF tworzy zatem swoistą dwunastowymiarową przestrzeń fazową, w której umieszczone są punkty – poszczególne kraje. Kraje o podobnym ustroju społeczno – gospodarczym, czyli o zbliżonych poszczególnych elementach naszego wskaźnika, są położone w tej przestrzeni blisko siebie, a kraje, nawet o takim samym poziomie całkowitego IEF, ale o odmiennej jego strukturze wewnętrznej, będą znajdować się od nich dużo dalej. O pozycji danego kraju decyduje zatem nie tyle jego całkowita wartość IEF, ale raczej położenie w tej przestrzeni fazowej, chociaż oczywiście to drugie w wysokim, ale bynajmniej nie całkowitym stopniu, determinuje to pierwsze. Nietrudno zrozumieć, że kraje, w przestrzeni fazowej IEF leżące blisko, dajmy na to, Szwajcarii, będą podobne do Szwajcarii. Rozwinięte, praworządne, zamożne i cywilizowane. Kraje zaś położone w sąsiedztwie Rosji, będą takie jak Rosja. Zacofane, biedne, prymitywne i skorumpowane. Nasuwa się zatem oczywiste pytanie. Czy Polska jest w tej dwunastowymiarowej przestrzeni bliżej Rosji, czy Szwajcarii? Na kolejnym wykresie pokazano zmiany w odległości pomiędzy położeniem w przestrzeni fazowej IEF Polski, a położeniem dwóch wymienionych wyżej krajów, jakie zaszły w historii istnienia IEF.

Wykres ten jest o wiele bardziej wymowny, niż wykres pokazujący tylko całkowity poziom IEF. Najbliżej Rosji i najdalej od Szwajcarii Polska znajdowała się w 2007 roku. Potem nastąpił, pokrywający się czasowo z rządem koalicji PO-PSL, długi okres, w którym Polska stopniowo stawała się coraz bardziej „szwajcarska”, a coraz mniej „rosyjska”. Okres ten zakończył się w momencie ponownego przejęcia władzy przez PIS. Postkomuniści, bardzo poważnie traktując swoją wyborczą obietnicę „Polska w ruinie” energicznie zabrali się do „reform”, które gwałtownie, z drogi wiodącej w stronę Szwajcarii, Polskę zawróciły. Tylko w dwa lata Polska oddaliła się od Szwajcarii o 22 pkt i proporcjonalnie zbliżyła się do Rosji. Ruch ten był więc znacznie gwałtowniejszy, niż by to tylko z całkowitego poziomu IEF wynikało, bo zmiany w tym drugim były znacznie łagodniejsze. Obiecywany przez genetycznych patriotów swoim wyborcom powrót PRL wydawał się w zasięgu ręki. Aż nagle, w 2018 roku, trend znów się odwrócił. Pisowskie „reformy” zderzyły się ze ścianą, zostały porzucone a nawet częściowo odwrócone. Trudno w to uwierzyć, ale ta kolizja, mimo jej przełomowego znaczenia, w obiegu medialnym przeszła praktycznie niezauważona. Cóż się wtedy stało? Można zaryzykować hipotezę, że wcześniejszy ruch Polski w stronę szwajcarskiego modelu ustrojowego był już na tyle silny i zaawansowany, a korzyści dla obywateli, nawet dla jakiejś części elektoratu PIS, z takiego „szwajcarskiego” państwa na tyle oczywiste, że tą ścianą okazał się tzw. opór społeczny. Dodatkowo wsparty on został przez międzynarodowe instytucje finansowe i polityczne, które upadłego państwa w centrum Europy sobie nie życzyły. W rezultacie w PIS, partii, którą wszyscy zewnętrzni obserwatorzy, w tym i niżej podpisany, uważali zawsze za jednolity monolit, doszło do walki frakcyjnej w której porażki doznała frakcja „patriotyczna”, traktująca program restytucji PRL poważnie, a zwyciężyła frakcja „pragmatyczna”, mająca, jak się jeszcze przekonamy, znacznie bardziej przyziemne cele. Była to jednak klasyczna walka buldogów pod dywanem, której jedynym widocznym zewnętrznym przejawem, była wymiana przez postkomunistów osoby premiera.

Polska została więc uratowana, przynajmniej chwilowo.  Zwycięska, „pragmatyczna” frakcja PIS, nadal jednak pozostaje PISem. Czyli jej celem nie jest z definicji dobrobyt i pomyślność Polaków. Aby tego dowieść pokażemy teraz dynamikę kolejnego, obok IEF, wskaźnika, tym razem pokazującego poziom korupcji, tzw „Corruption perception index” – CPI. Podobnie jak IEF podawany jest on dla danego kraju w skali od 0 do 100 pkt i podobnie jak IEF, im wyższy wynik – tym lepiej, bo oznacza to, że korupcja w danym kraju jest niższa. Na wykresie widoczny jest CPI zarówno dla Polski, w postaci słupków, jak i dla Węgier, w postaci linii ciągłej.

Jak widać, inaczej niż IEF, polski CPI za pierwszych rządów PIS, wyraźnie, o 8 pkt, urósł. Natomiast obecnie, na odwrót, PIS zasięg korupcji w Polsce systematycznie powiększa. Wbrew pozorom, nie ma w tym żadnej sprzeczności. Z punktu widzenia kleptokracji bowiem, faktycznie, im wyższy poziom korupcji (niższe CPI), tym więcej można dla siebie zagarnąć. Ale tylko do pewnego momentu. Korupcja zbyt wysoka, i/lub zbyt niski IEF, oznacza też przecież powrót do PRL nie tylko w sensie ustrojowym, ale także przede wszystkim materialnym. Drastyczne zubożenie społeczeństwa, puste półki sklepowe, kartki i upadek gospodarczy kraju, co możemy dziś obserwować na przykładzie Wenezueli, gdzie wśród tamtejszego PIS to „patrioci” osiągnęli przewagę nad „pragmatykami”. A to z kolei konsekwentnie pociąga za sobą drastyczny spadek renty korupcyjnej, z której nomenklatura partyjna czerpie swoje dochody. Wraz ze spadkiem CPI, kleptokracja zagarnia coraz większy odsetek PKB, ale po przekroczeniu pewnego krytycznego poziomu samo PKB kurczy się tak bardzo, że realne dochody kleptokracji maleją. Dlatego na wykresie zamieszczono też dane dla Węgier, gdzie budowa ustroju kleptokratycznego, bazującego na korupcji, jest znacznie bardziej, niż w Polsce, zawansowana. Istnieje, z punktu widzenia kleptokracji, takie optimum, zarówno CPI, jak i IEF, przy którym metaforyczne „koryto” władzy jest największe i dochody z renty korupcyjnej są najwyższe. Nietrudno się domyślić, że PIS, a dokładnie jego „pragmatyczne” skrzydło, zapewne również opierając się na doświadczeniach węgierskich, doszło do przekonania, że to optimum znajduje się gdzieś na poziomie IEF = 65, CPI = 45 i konsekwentnie do tego poziomu usiłuje Polskę doprowadzić. Walka z korupcją za pierwszych rządów PIS była w ich interesie, ale późniejszy wzrost polskiego CPI na drugie miejsce wśród wszystkich krajów postkomunistycznych w roku 2015, był już dla nich szkodliwy. Natomiast powrót do PRL i osiągnięcie wskaźników na poziomie Wenezueli (IEF = 25, CPI = 15), czego pragnie frakcja „patriotyczna”, dla „pragmatyków” jest również niedopuszczalne, bo znacznie ograniczyłoby to ich dochody. Dokładnie taki sam proces zaszedł u schyłku PRL, w latach 80, kiedy to sama nomenklatura PZPR, jak PIS się wtedy nazywał, doszła do wniosku, że choć jest ona warstwą w kraju pod każdym względem uprzywilejowaną i żyje na poziomie niedosiężnym dla reszty mieszkańców, to zarówno ten poziom i te przywileje są śmiechu warte, kiedy tylko porówna się je z tym, jak żyją nawet biedniejsi ludzie w krajach normalnych. I sama nomenklatura PRL zlikwidowała, a przynajmniej nie sprzeciwiała się jego likwidacji.

Teoretycznie budowana obecnie w Polsce przez „pragmatyków” z PIS oligarchiczna kleptokracja jest czymś znacznie lepszym niż jawny komunizm forsowany przez „patriotów”. Niemniej nadal jest to ustrój nieoptymalny, niewydolny i marnotrawny, w dłuższej perspektywie czasowej prowadzący, może nie do wenezuelskiej katastrofy, ale do stagnacji w tzw. „pułapce średniego dochodu”, co stało się dzisiaj udziałem Węgier. W latach 2007-2015 Polska otarła się już o szwajcarski, cywilizowany, praworządny i wolnorynkowy model ustrojowy i gdyby nie przechwycenie władzy przez genetycznych patriotów, Polska byłaby pewnie drugim, po Estonii, krajem postkomunistycznym, który ten szczebel rozwoju osiągnął. Bycie żerowiskiem skorumpowanym pisowskich „elit” nie jest bynajmniej nieuchronnym polskim przeznaczeniem. Model szwajcarski czy estoński jest nadal w zasięgu ręki. Natomiast dalsze rządy PIS niosą ze sobą jeszcze większe zagrożenie. Triumf „pragmatyków” wcale nie musi być ostateczny i w wyniku jakichś wewnątrzpartyjnych zawirowań, władze w PIS mogą odzyskać „patrioci” i wznowić w przestrzeni fazowej ruch w stronę Rosji, a może nawet i Wenezueli. Im szybciej PIS, niezależnie od frakcji, która jest w nim akurat górą, wyląduje na śmietniku historii, a władzę w Polsce znów zacznie sprawować prawica, tym lepiej.

Sejm na ruletce wylosowany III 21

Zgodnie z nową świecką tradycją, jak co miesiąc, autor niniejszego bloga przedstawia symulacje wyników wyborów parlamentarnych w Polsce, gdyby odbyły się one teraz. Szczegółowy opis modelu można przeczytać tutaj, zatem pilaster tylko przypomina, że wzorował się na amerykańskim portalu 538, obliczając prawdopodobieństwo otrzymania określonego składu sejmu metodą Monte Carlo. Na pierwszym wykresie widzimy średnie miesięczne poparcie sondażowe dla poszczególnych partii, wraz z zakresem błędu. Faktyczna popularność danego ugrupowania mieści się w zaznaczonym zakresie z prawdopodobieństwem 80%

.

PIS kontynuuje, widoczny od kilku miesięcy, trend spadkowy, w dodatku ten spadek zdaje się nabierać dynamiki. Na następnym wykresie uwidoczniono najbardziej prawdopodobny sejm, jaki z tych wyborów mógłby się wyłonić.

Tradycyjnie też autor pokazuje ilu posłów miałyby w tym sejmie możliwe koalicje.

Jak widać, możliwość utrzymania przez PIS władzy w wyniku uczciwych wyborów, nawet w koalicji, gdyby Lewica lub KWIN zgodziłyby się dokonać takiej autozagłady, jest coraz bardziej iluzoryczne. Na kolejnym wykresie pokazano prawdopodobieństwo, że dana koalicja uzyska większość w parlamencie.

Prawdopodobieństwo to, dla wszystkich politycznych konfiguracji z udziałem genetycznych patriotów, jest coraz mniejsze, dla samego PIS wynosi już tylko 1%. Niestety dla Polski, postkomuniści mogą zawsze spróbować utrzymać władzę w inny, niż uczciwe wybory, sposób, bo przecież utrata tejże władzy oznacza dla nich także utratę życiowego dochodu, bardzo możliwą utratę zagrabionego majątku, a dla wielu także wolności. Do uczciwej pracy żaden z nich nie ma przecież żadnych kwalifikacji, ani merytorycznych, ani społecznych. W poprzedniej notce na ten temat pokazywał autor przepływy elektoratu dla PIS, dowodząc, co dla niego samego było bardzo dużą niespodzianką, że utraceni przez postkomunistów zwolennicy, zmienili swoje nastawienie nie wskutek fatalnej polityki swoich ulubieńców, ale z powodu, wydawałoby się, całkiem trzeciorzędnego. Zniszczenia przez PIS kompromisu aborcyjnego. W dodatku ten utracony przez genetycznych patriotów elektorat przepłynął w znacznej części do nowo utworzonego ruchu PL 2050 Szymona Hołowni. Popularność tego, efemerycznego, jak wszystkie podobne wcześniej, tworu, gwałtownie rosła przez kilka miesięcy, windując go obecnie, jak widać na pierwszym wykresie, na pozycje lidera wśród polskich ugrupowań politycznych. Widać też jednak, że poparcie dla niego osiągnęło już pewnie punkt szczytowy i od tej pory będzie ulegać systematycznej erozji. Jest to dobra okazja, żeby przyjrzeć się przepływom elektoratu, które do tej pory ten ruch zasilały i przewidzieć w którą stronę zaczną się od niego odpływy. Ostatni wykres pokazuje kroczącą korelację pomiędzy deklarowanym poparciem dla PL 2050 poparciem dla innych ugrupowań na polskiej scenie politycznej.

Jak już była o tym mowa, część poparcia PL 2050 zyskała dzięki PIS. Ale dużo silniejszy przepływ był pomiędzy ruchem Hołowni a zupełnie inną partią. Wbrew spekulacjom medialnym i temu, co mogłoby się „na oko” wydawać, nie jest to bynajmniej Koalicja Obywatelska, skąd przepływ był niewielki i chwilowy. Chodzi o …PSL, czego nawet niżej podpisany, przyzwyczajony przecież do tego, że „jest inaczej” niż wszyscy to wiedzą, nie oczekiwał. Wynikałoby jednak z tego, że Hołownia rzucił skutecznie wyzwanie postkomunistom na ich własnym, wiejskim i małomiasteczkowym terenie, tym samym będąc dla nich dużo groźniejszym rywalem niż inne partie wielkomiejskie. Co się dalej tanie z tym elektoratem, w miarę rozpadu ruchu Hołowni? Można mieć uzasadnioną nadzieję, że raz zauważywszy, że istnieje życie poza PIS i rozczarowawszy się do genetycznego patriotyzmu zwrócą się gdzie indziej. Znów znaczącą siłą stać się może PSL, skorzystać powinna i Konfederacja. Jednak pilaster spodziewa się również wzrostu poparcia dla innych partii do tej pory wielkomiejskich, bo troskliwe do tej pory pielęgnowana przez PIS odrębność i izolacja prowincji od reszty Polski, i tak nieuchronnie odchodzi w przeszłość a sama prowincja będzie się wyludniać coraz bardziej. Straszenie Niemcem, żydem, murzynem, pedałem i genderem staje się coraz mniej skuteczne.

Ameryka znów odkryta. I zakryta.

Spoglądając na ziemski globus, można zauważyć, że masy lądowe na naszej planecie są rozłożone bardzo nierównomiernie. Większość kontynentów grupuje się w tzw. wyspie świata, obejmującej Europę, Azję i Afrykę. Obszar ten nazywany jest też Starym Światem. Ale obok świata starego istnieje na Ziemi i Świat Nowy. To Ameryki północna i południowa, oddzielone od Wyspy Świata przez rozległe oceany: atlantycki i spokojny. Ten geograficzny fenomen miał bardzo ważkie konsekwencje w dziejach ludzkiej cywilizacji. Na początku holocenu, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia, zarówno w Starym, jak i w Nowym Świecie nastąpiła rewolucja neolityczna. Przejście od łowiecko-zbierackiego trybu życia do rolnictwa, wyrwanie ludzkości z naturalnego ekologicznie stanu dzikości i rozpoczęcia tym samym budowy kultury i cywilizacji. Proces ten zaszedł w Eurazji, Afryce i obu Amerykach, ale pojawiły się pomiędzy jego poszczególnymi lokalizacjami też spore różnice. Cywilizacje Nowego Świata powstały później i rozwijały się wolniej niż te ze starego. W roku 1500, kiedy to oba światy zostały połączone, świat nowy nie znał jeszcze koła, ani metalurgii i znajdował się z grubsza na poziomie, jaki świat stary osiągnął już ponad cztery tysiąclecia wcześniej, w czasach Starego Państwa w Egipcie, czy mezopotamskiego Sumeru. Przyczynami tego opóźnienia były przede wszystkim dwukrotnie mniejsze, w porównaniu z Wyspą Świata rozmiary Ameryk, oraz ich południkowa rozciągłość na osi północ-południe, co bardzo utrudniało wzajemną wymianę ludzi, idei i towarów. Do momentu przybycia europejskich konkwistadorów, dwa najważniejsze amerykańskie ośrodki cywilizacyjne, andyjski i mezoamerykański, w ogóle nie wiedziały nawet jeszcze nawzajem o swoim istnieniu.

Amerykańskie cywilizacje prekolumbijskie są pod wieloma względami zadziwiająco podobne do swoich „chronologicznych” odpowiedników ze Starego Świata, pod innymi zaś, przeraźliwie obce i wręcz przerażające. Pierwsi chrześcijańscy misjonarze, którzy dotarli tam w XVI wieku, z powodu niesłychanej brutalności tamtejszych kultur, byli nawet przekonani, że znaleźli się dosłownie w piekle, co zresztą skłaniało ich do działań nie do końca przemyślanych, jak namawianie Indian do spalenia swoich „szatańskich” bibliotek, niestety, z opłakanym dla kultury skutkiem, skutecznie. Przyczyną owej, posuniętej wręcz do skrajnego bestialstwa, brutalności kultur prekolumbijskich było nie tylko ich zapóźnienie w rozwoju. Jedną z istotnych różnic, pomiędzy Starym, a Nowym Światem, obok samych tylko kwestii geograficznych, był także brak w tym drugim, nadających się do udomowienia, zwierząt, odpowiedników kóz, owiec, krów, świń, czy koni. Prekolumbijscy Amerykanie sami w znacznej mierze ponoszą za to odpowiedzialność, bo jeszcze jako łowcy zbieracze, znani jako kultura Clovis, wytępili całą amerykańską tzw. megafaunę, w tym oczywiście gatunki potencjalnie zdatne w neolicie do udomowienia, co w Starym Świecie zaszło w znacznie mniejszym stopniu. W konsekwencji w Ameryce rolę, jaką na Wyspie Świata odgrywały udomowione zwierzęta, przejęli …ludzie. W Mezoameryce prowadzono nawet tzw. wojny kwietne, których jedynym celem było właśnie wzięcie jeńców, złożenie ich w ofierze bogom i …skonsumowanie. Drugi, andyjski amerykański ośrodek cywilizacyjny, miał już jakieś zwierzęta do dyspozycji, zatem poziom brutalności był tam niższy. Ale niewiele niższy. Inkowie swoich poddanych, co prawda, nie traktowali w kategorii pokarmu, zwierząt rzeźnych ale już jako robocze woły, czy konie, jak najbardziej.

Amerykański eksperyment jest zatem fascynujący, zarówno ze względu na podobieństwa, jak i na różnice między cywilizacjami, które rozwijały się w całkowitej izolacji od siebie.

Ejże, czy aby na pewno w całkowitej?

Historycznie wiadomo o dwóch międzycywilizacyjnych kontaktach, które nadwątliły tą amerykańską izolację przed podróżą Kolumba w 1492 roku. W roku 1000 do północno-wschodnich wybrzeży kontynentu północnoamerykańskiego dotarli, pochodzący z europejskiej Skandynawii, Normanowie. Skala czasoprzestrzenna ich późniejszego pobytu w Ameryce poza Grenlandią jest słabo rozpoznana, ale wydaje się bardzo wątpliwe, aby dotarli oni dalej niż tereny dzisiejszej Kanady i Nowej Anglii. W tamtym czasie obszar ten zamieszkiwali jeszcze łowcy zbieracze, a najbliższa amerykańska cywilizacja rolnicza znajdowała się dopiero w dolinie Missisipi. Zatem, do prawdziwego kontaktu międzycywilizacyjnego, rolnika z rolnikiem, zapewne w ogóle nie doszło. Bardziej owocne było drugie z tych pierwszych spotkań. Jakieś 200 lat po Normanach, tym razem do zachodnich brzegów Ameryki Południowej dopłynęli Polinezyjczycy. Zostawili tam swoje kury, a zabrali ziemniaki, które do dziś, pod oryginalną amerykańską nazwą „kumara”, są w Polinezji uprawiane. Polinezyjczycy wymieszali też częściowo swoje geny z Indianami, czego o Normanach nie można stwierdzić na pewno.

Oba jednak te bezdyskusyjne przykłady naruszenia amerykańskiej izolacji nie wpłynęły jednak, w żadnym zauważalnym stopniu, na cywilizacje prekolumbijskie. Polinezyjczycy, wyjąwszy sztukę żeglarską, nie przewyższali współczesnych im Amerykanów w zauważalnym stopniu. Normanowie zaś, teoretycznie przedstawiciele znacznie bardziej rozwiniętej chrześcijańskiej Europy, pomijając już fakt, że z żadną prawdziwą obcą cywilizacją się w Ameryce raczej nie zetknęli, faktycznie organizowali swoje wyprawy z Grenlandii. Jednej z najbiedniejszych prowincji, jednego z najbiedniejszych krajów europejskich, znajdując się tym samym na końcu bardzo długich i wrażliwych na przerwanie linii komunikacyjnych. Ówczesna podróż z Norwegii do Winlandu, jak Normanowie Amerykę nazywali, odbywała się etapami poprzez Faroery, Islandię i Grenlandię i mogła trwać nawet kilka lat. Atrakcyjnych dla europejskiego odbiorcy towarów w Winlandzie zaś nie za bardzo można było znaleźć. Przychody z takich wypraw, co dotyczy także Polinezyjczyków, nie przewyższyły zatem nigdy trwale kosztów ich organizacji, zatem z czasem wyprawy te zostały, zarówno te od wschodu, jak i od zachodu, zarzucone.

Aby obie rozdzielone oceanami cywilizacje mogły się w sposób trwały połączyć, międzykontynentalne szlaki handlowe musiałyby być krótsze, statki mieć większą ładowność, niż polinezyjskie tainui, czy normańskie knorry, a kontakt międzycywilizacyjny nawiązany nie za pośrednictwem dalekich i zacofanych peryferii, ale na szczeblu możliwie bliskim centrów obu kultur. Te warunki zostały spełnione dopiero w XV wieku. Najbardziej ówcześnie rozwinięta i najbogatsza cywilizacja Eurazji zainicjowała i wdrożyła wielki program oceanicznych wypraw odkrywczych i handlowych. Budowała olbrzymie floty gigantycznych statków, tak zwanych baochuanów o wyporności dochodzącej do 2 tysięcy ton, które przemierzały oceany i docierały do odległych kontynentów. Wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie, aby Ameryka stała się Nowymi Chinami. A jednak tak się nie stało. Tym razem z kolei różnica poziomów cywilizacyjnych okazała się zbyt duża. Najbogatsze imperium świata, było równocześnie w wysokim stopniu ekonomicznie samowystarczalne i nie odczuwało palącej potrzeby sprowadzania czegokolwiek z dalekich lądów. Znów okazało się, że koszty budowy, zorganizowania i utrzymania chińskich „flot skarbowych” są znacznie wyższe, niż osiągane podczas ich rejsów dochody. Nie ma wśród historyków zgody, czy jakieś statki Mingów w ogóle do Ameryki dotarły, ale nawet jeżeli do tego doszło, to nie znaleziono tam niczego dla Chin interesującego.

Udana okazała się dopiero ostatnia próba podjęta stulecie po Mingach, tym razem na drugim, europejskim krańcu Eurazji. Droga to Ameryki była stamtąd krótsza, poziom europejskiej cywilizacji chrześcijańskiej niewiele od chińskiego, ale jednak, niższy, wyższy za to na pewno od cywilizacji polinezyjskiej. Wreszcie ówczesna Europa była uzależniona ekonomicznie od handlu z Dalekim Wschodem, który odbywał się za pośrednictwem bardzo długiego łańcucha kosztownych pośredników. Presja gospodarcza na poszukiwanie alternatywnych, oceanicznych szlaków handlowych do Chin i Indii była więc bardzo duża. Mniej niż stulecie po Mingach, Europa osiągnęła odpowiednio wysoki poziom rozwoju gospodarczego, technologicznego i naukowego, oraz była dostatecznie zmotywowana, aby takie trwałe transatlantyckie połączenie z Nowym Światem nawiązać. Kolumb postawił jedynie kropkę nad i. Gdyby Kolumba nie było, podobnej wyprawy dokonałby, wcześniej, czy później, kto inny. Ameryka nie stała się więc neo-Chinami, lecz neo-Europą, którą pozostaje do dziś dzień.

Wbrew jednak popularnym mniemaniom, dzieje świata nie przebiegają w sposób liniowy. Okres historyczny pomiędzy rewolucją neolityczną, czyli powstaniem rolnictwa, a rewolucją przemysłową, nazywany jest często cywilizacją rolniczą, albo maltuzjańską. W odróżnieniu od poprzedzającego ją paleolitu, kiedy ludzie, z ekologicznego punktu widzenia, stanowili odpowiednik szczytowych drapieżników, w maltuzjanizmie, znajdowali się w symbiozie z uprawianymi przez siebie roślinami i hodowanymi zwierzętami. O ile jednak ekologiczny układ drapieżnik – ofiara jest układem stabilnym, który, niezależnie od warunków początkowych, zawsze dąży do określonego stanu równowagi, o tyle równania matematyczne opisujące symbiozę są z natury niestabilne, a ta niestabilność jest tym większa, im większa jest korzyść z symbiozy osiągana przez gatunki symbiotyczne. W konsekwencji społeczeństwa maltuzjańskie również są niestabilne. Dzięki temu mogą się rozwijać w tempie niewyobrażalnym dla paleolitycznych łowców zbieraczy, ale też doświadczają, z grubsza co millenium, cyklicznych kryzysów i regresów. W zachodniej Eurazji ostatnim takim maltuzjańskim załamaniem cywilizacyjnym był upadek antycznego Rzymu. Wcześniejszym – koniec epoki brązu. Rozwój cywilizacji maltuzjańskiej jest zatem bardziej cykliczny niż liniowy, bo po każdym takim załamaniu cywilizacja odbudowuje się czasami nawet setki lat. Poziom produkcji z czasów rzymskich, co jest bardzo zastanawiającym zbiegiem okoliczności, Europa osiągnęła ponownie dopiero w XV wieku. Skoro więc grecko-rzymski Antyk, patrząc z drugiej strony osi czasu, osiągnął poziom wcale nie niższy niż poziom XV wiecznej chrześcijańskiej Europy, to z równym, jak XV wieczni Europejczycy, powodzeniem, antyczni żeglarze mogli nawiązać trwałe, a nie tylko incydentalne, jak Normanowie i Polinezyjczycy, kontakty z Nowym Światem. Greckie i rzymskie statki, wykorzystując monsuny, przez setki lat pływały z Egiptu do Indii, a potem nawet do Chin i z powrotem. Podróż trasą Kolumba z pasatami do Ameryki nie stanowiła większego niż te wyczyny, wyzwania nautycznego. Jak napisał Raimund Schulz w swojej ciekawej pracy na ten temat pt. „Łowcy przygód w dalekich krainach”:

Żeglugowe warunki wstępne dla przepłynięcia Atlantyku były spełnione już w antyku – nie ma najmniejszych wskazówek, sugerujących, że ówcześni widzieli w tym jakiś problem – istniały też właściwe koncepcje geograficzne świata, panowało powszechne przekonanie że można osiągnąć sukces. Plany leżały niejako gotowe w szufladzie. Dlaczego nie zostały z niej wyciągnięte?

Schulz usiłuje zresztą odpowiedzieć na to ostatnie pytanie, wskazując na brak odpowiedniej presji ekonomicznej na szukanie „zachodniej drogi”. Przewrotnie jednak zapytamy w tym miejscu. A skąd wiadomo, że te plany nie zostały wyciągnięte?

Zwolennicy istnienia kontaktów antycznego świata śródziemnomorskiego z Ameryką istnieją, ale nie są traktowani zbyt poważnie. Argumenty, że do takich kontaktów faktycznie dochodziło, są zaś bardzo wątpliwe i straszliwe naciągane. A to w Brazylii odkryto rzekome fenickie inskrypcje, a to w rzeźbach Olmeków dopatrywano się przedstawień ludzi o europejskich i afrykańskich rysach twarzy, a to na niektórych rzymskich rzeźbach, czy mozaikach znaleziono owoc przypominający ananasa, rośliny występującej wtedy tylko w Mezoameryce.

Argumenty przeciwko transatlantyckim kontaktom w starożytności mają dużo większą wagę i znaczenie. Epidemie europejskich chorób zakaźnych, które w XVI i XVII wieku doprowadziły pierwotne populacje amerykańskie na skraj biologicznej zagłady, wskazują, że w epoce prekolumbijskiej ówcześni Amerykanie nie mieli z nimi żadnego kontaktu. Kariera, jaką w tym samym czasie w Europie zrobił syfilis, dowodzi symetryczności tej sytuacji. Skoro, jak o tym już było wspomniane, epizodyczny i przelotny kontakt Ameryki z Polinezją doprowadził do wymiany kur na ziemniaki, to dlaczego już w Imperium Romanum nie pojawiła się kukurydza, dynia, pomidory, kakao i ów nieszczęsny ananas, a w Mezoameryce krowy, konie, kozy, owce i świnie? Dlaczego nie zaczęto tam używać koła i wytapiać żelaza? Wbrew pozorom brak jakichkolwiek wyraźniejszych wskazówek na temat Ameryki w antycznych źródłach, o czym będzie jeszcze mowa, jest już znacznie mniejszym problemem.

Brak tych i innych podobnych transferów kulturowych w zasadzie wykluczał transatlantyckie antyczne podróże, a przynajmniej antyczne regularne transatlantyckie podróże do Ameryki, z kręgu poważnych hipotez historycznych. Niżej podpisany, na ten przykład, jeszcze do niedawna był, tak samo jak cytowany wyżej Schulz, absolutnie przekonany, że takich antycznych wypraw przez Atlantyk, w ogóle nie było.

A potem całkowicie, o sto osiemdziesiąt stopni, zmienił tę opinię. W piętnaście minut.

O Lucio Russo, włoskim fizyku i historyku nauki, autor niniejszego eseju nigdy nie miał najlepszej opinii. Russo bowiem, wielki entuzjasta cywilizacji hellenistycznej, podobnie jak np. fan mingowskich Chin Gavin Menzies, cierpi na danikenozę, czyli brak jakiegokolwiek krytycyzmu wobec zebranego przez siebie materiału, oraz rozstrzyganie wszystkich wątpliwości na korzyść obiektów swojego intelektualnego afektu. Daniken wszędzie na świecie widzi ślady kosmitów, Menzies, chińskich flot skarbowych z początków XV wieku, a Russo, wielkich osiągnięć Hellenizmu. Już pierwsza wydana w Polsce książka Russo „Zapomniana rewolucja”, chociaż zawierała wiele cennego materiału, nie była wolna od tej przypadłości. Podobnie jest i w drugiej pozycji jego autorstwa „Świat przed Kolumbem”. Podobnie jak Daniken i Menzies, również Russo odwraca, naturalny dla badacza porządek rzeczy, i stawiając mocno nieortodoksyjne i kontrowersyjne twierdzenie, usiłuje tendencyjnie dobrać do niego dane, odrzucając te, które go nie potwierdzają i akceptując tylko te, które da się do tezy jakoś dopasować. Uważa też Russo, że wszelakiego typu innowacje i wynalazki, a przynajmniej większość z nich, może być dokonana tylko jednorazowo. Skoro, zdaniem Włocha, pismo przykładowo zostało wymyślone od podstaw tylko jeden raz, to wszystkie znane jego systemy, w Mezopotamii, Egipcie, Chinach i w Ameryce Środkowej, mogły powstać tylko poprzez wzajemne zapożyczenie tej idei.

A jednak to Russo wypełnił warunek, że nadzwyczajne twierdzenia wymagają nadzwyczajnych dowodów i taki dowód na regularne transatlantyckie podróże w Antyku przedstawił. Nie chodzi tu o żadne wątpliwe i wieloznaczne znaleziska archeologiczne, czy mętne i niejasne wzmianki u starożytnych kronikarzy, jak to do tej pory zwolennicy transatlantyckich kontaktów w starożytności czynili. Dokładnie jest to dowód na to, że hellenistyczny naukowiec Hipparch z Nikei, żyjący w II w p.n.e., znał dokładne współrzędne geograficzne wysp z archipelagu Małych Antyli, położonych u amerykańskich wybrzeży, w basenie Morza Karaibskiego. Jest to dowód żelbetonowy, z rodzaju takich, jakie funkcjonują w naukach ścisłych i przyrodniczych, a nie są praktycznie w ogóle spotykane w humanistyce. W zasadzie nie da się go podważyć z żadnej strony, ani w żaden alternatywny sposób zinterpretować.

Niżej podpisany rozczaruje jednak w tym miejscu swoich czytelników i …nie napisze jaki to dowód, odsyłając w tym miejscu ciekawskich do książki Russo, zwiększając tym samym jego popularność i dochody, bo włoski autor całkowicie sobie na to, w opinii pilastra, zasłużył.

Nasuwa się oczywiste pytanie, skąd Hipparch posiadł taką wiedzę i również na nie Russo potrafi przekonująco odpowiedzieć. O ile żegluga we wschodnim rejonie Morza Śródziemnego, Morzu Czerwonym, i Oceanie Indyjskim była wtedy, ogólnie rzecz ujmując, domeną Greków, którzy jakieś skąpe, bo skąpe, ale jednak źródła po sobie pozostawili, o tyle na zachodzie i Atlantyku dominowali Fenicjanie, a dokładnie Kartagińczycy, po których nie zostało prawie nic. Punijczycy okrywali swoje wyprawy mgłą tajemnicy, zwłaszcza strzegli jej wobec Greków – swoich najgroźniejszych morskich rywali. Po zdobyciu i zniszczeniu Kartaginy w 146 r p.n.e. kartagińskie archiwa państwowe, w których przechowywano relacje, zwane z grecka periplusami, z wypraw kartagińskich flot, wpadły w ręce Rzymian, którzy jednakże nie mając przekonania do żeglugi oceanicznej, sprezentowali ten łup królom Numidii. Tam też mógł Hipparch uzyskać do nich dostęp i wykorzystać zaczerpnięte z nich dane w swojej pracy. Wiadomo na pewno, że Fenicjanie potrafili docierać do Zatoki Gwinejskiej, gdzie statki ze Śródziemiomorza pojawiły się ponownie dopiero w XV wieku, a nawet opłynąć Afrykę dookoła. Wyprawa przez Atlantyk nie stanowiłaby więc dla nich technicznie szczególnego wyzwania. Należy przy tym zauważyć, że skoro potrafili oni dokładnie zmierzyć i zapisać współrzędne co najmniej sześciu karaibskich wysp (tyle na pewno znał Hipparch), to nie może być mowy o jednym, odosobnionym, pojedynczym rejsie w tamten rejon. Kontakty musiały być intensywne i trwać co najmniej dziesięciolecia. Sam Russo jest przekonany, że takie transatlantyckie wyprawy, rozpoczęte gdzieś na przełomie VI/V wieku p.n.e. były kontynuowane, nawet po upadku Kartaginy przez, również fenickiego pochodzenia, mieszkańców hiszpańskiego miasta Gades, dzisiejszego Kadyksu, aż do V wieku. Naszej ery. Czyli w sumie prawie przez tysiąc lat! No, ale to już można złożyć na karb danikenozy. Nie ulega jednak wątpliwości, że te wzajemne kontakty były długie i częste. Nie jest zatem prawdopodobne, że ograniczały się do samych tylko Małych Antyli. Kartagińczycy musieli spenetrować w tym czasie również Wielkie Antyle (Puerto Rico, Kubę, Haiti), oraz dotrzeć do kontynentu amerykańskiego. Północnego i południowego.

Tym bardziej dziwny jest brak nie tylko śladów archeologicznych, nawet tak skąpych, jakie pozostawili po sobie zarówno Polinezyjczycy, jak i Normanowie, ale także jakiejkolwiek wzajemnej wymiany kulturowej, o którym już była w tym eseju mowa. Punijczycy nie przekazali Amerykanom żadnych zwierząt hodowlanych, ani patogenów, ani technologii użytkowania koła czy metalurgii, a pismo Majów, choć Russo w swoim oratorskim zapędzie, rozpędzie i entuzjazmie twierdzi, że zostało zapożyczone od zamorskich przybyszów, w ogóle nie jest do fenickiego alfabetu w żadnym stopniu podobne. Nie zainteresowali się też Kartagińczycy uprawą kukurydzy, dyni, kakao czy ananasów. Nie zarazili się syfilisem. W ogóle te częste i intensywne kontakty nie wpłynęły w żaden widoczny sposób na cywilizację Mezoameryki. Zresztą okres ten w historii tego regionu to swoista czarna dziura. Świetność Olmeków i Majów okresu preklasycznego należała już wtedy do przeszłości, a Teotihuacan i klasyczne miasta Majów, do przyszłości. Zapotekowie zaś, najbardziej rozwinięta w tym czasie kultura Mezoameryki, tkwili w swoich górach, daleko od morza.

Te fakty jednak, które wcześniej były przytaczane jako argumenty przeciwko transatlantyckim kontaktom w Antyku, wobec dowodu podanego przez Russo, nie mogą dalej pełnić takiej funkcji i stają się zagadkami, które domagają się jakiegoś wyjaśnienia. Autor niniejszego eseju spróbuje postawić hipotezę, że właśnie owa wspomniana wyżej mezoamerykańska luka kulturowa jest wynikiem tego pierwszego kontaktu. Skoro szok kulturowy w Ameryce po przybyciu Europejczyków w XVI wieku był tak potężny, że nieomal doprowadził tamtejsze populacje do zagłady na poziomie nie tylko kulturowym, ale wręcz biologicznym, to dlaczego analogiczne, choć najwyraźniej słabsze zjawisko, nie mogło tam nastąpić dwa millenia wcześniej? Może to właśnie przybycie Kartagińczyków doprowadziło do upadku Olmeków i preklasycznych Majów? Może jednak zarazili się oni jakimiś śródziemnomorskimi chorobami? A Indianie, zauważając, że źródłem chorób są przywiezione przez Obcych zwierzęta, zarzucili potem ich hodowlę, albo w ogóle jej nie rozpoczęli? Tak czy owak jest to fascynująca historia, znacznie przewyższająca pod tym względem opowieści o antycznych kosmitach, ponieważ wydarzyła się (prawie na pewno) rzeczywiście, a potem na tysiąclecia zniknęła całkowicie z ludzkiej pamięci.

Schulz R.

Łowcy przygód w dalekich krainach. Wielkie pionierskie podróże i wiedza antyku o świecie

Wyd. PIW 2020

Russo L.

Świat przed Kolumbem. Kontakty między cywilizacjami.

Wyd. Bellona 2019

Sejm na ruletce wylosowany II 21

Zgodnie z nową świecką tradycją, jak co miesiąc, autor niniejszego bloga przedstawia symulacje wyników wyborów parlamentarnych w Polsce, gdyby odbyły się one teraz. Szczegółowy opis modelu był już tutaj prezentowany, zatem pilaster tylko przypomina, że wzorował się na amerykańskim portalu 538, obliczając prawdopodobieństwo otrzymania określonego składu sejmu metodą Monte Carlo. Na pierwszym wykresie widzimy średnie poparcie sondażowe dla poszczególnych partii, wraz z zakresem błędu. Faktyczna popularność danego ugrupowania mieści się w zaznaczonym zakresie z prawdopodobieństwem 80%.

PIS, kontynuując trend widoczny od jesieni, nadal traci poparcie, choć powoli. Średnia w lutym jest znów niższa niż w poprzednim miesiącu i wynosi 32,3%. Ze względu jednak na spory rozrzut wyników sondażowych w tym miesiącu zakres błędu jest nieco większy. Najbardziej prawdopodobny skład sejmu, obliczony za pomocą, również już opisanego wcześniej modelu dwuwymiarowego, pokazuje wykres nr 2.

Warto zwrócić uwagę, że PIS nie tylko stracił większość bezwzględną, ale stracił również mniejszość blokującą, umożliwiającą podtrzymywanie weta prezydenckiego. Jest to jednak, niestety, dla genetycznych patriotów niewielka strata. W sejmie tym najbardziej prawdopodobne, czyli takie, które mają szanse na większość bezwzględną większe niż 50%, są bowiem dwie koalicje. Centrolewicowa, – KO, PL 2050, Lewica i ewentualnie PSL, oraz centroprawicowa, gdzie zamiast Lewicy, mamy Konfederację. W obu tych przypadkach, partia pozostała na zewnątrz koalicji, czy to Lewica, czy Konfederacja, nie ma żadnego interesu, żeby wspierać obcy sobie ideologicznie rząd i za ewentualną pomoc w odrzucaniu wet PIS, będzie kazała sobie drogo płacić. Możliwe koalicje w tym sejmie, wraz z ilością mandatów, pokazano na trzecim wykresie.

Oczywiście znów należy przypomnieć, że liczba posłów, jaką ma dana partia, jest wartością średnią i możliwe są od niej odchyłki zarówno w dół, jak i w górę. Tym razem, ze względu na spory zakres błędu w średniej sondażowej z wykresu nr 1, również te odchyłki są niemałe. Prawdopodobieństwa uzyskania większości w sejmie dla danej koalicji, obliczone metodą Monte Carlo widoczne są na wykresie 4.

Pozornym paradoksem jest, że PIS, mimo niższego niż w styczniu poparcia, szanse na ponowne zdobycie władzy, czy to samodzielnie, czy to w koalicji, zakładając oczywiście, że jakiekolwiek ugrupowanie na takie widowiskowe polityczne samobójstwo by się zdecydowało, ma nieco większe. Takie są właśnie uroki odchylenia standardowego. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dokąd ci utraceni przez postkomunistów wyborcy odeszli i wynikające z niego od razu następne – kto to był. Zwykle na tym blogu przepływy elektoratów prezentowano w postaci korelacji między średnimi miesięcznymi z sondaży, ale metoda ta zawodzi, kiedy mamy do czynienia z procesem szybkim i gwałtownym, a równocześnie krótkim. Aby go dobrze wymodelować, zastosowano korelację nie pomiędzy średnimi miesięcznymi poparcia sondażowego, a korelacje kroczącą z ostatnich 15 sondaży. Wynik jest widoczny na ostatnim wykresie.

Uważamy, że przepływ między PIS a inną partią faktycznie nastąpił, jeżeli odpowiednia krzywa wyszła poza dolną granicę istotności statystycznej zaznaczoną na wykresie w postaci przerywanej linii prostej. Wynik ten jest jednoznaczny, ale zarazem nieintuicyjny. Zgubieni przez genetycznych patriotów wyborcy przeszli głównie do ruchu Szymona Hołowni. Proces ten odbył się w trzech etapach. Pod koniec października nastąpił duży jednorazowy przepływ z PIS do PL 2050, w grudniu nastąpił częściowy powrót, wreszcie kolejna fala odejść w styczniu tego roku. Jakie były motywy tych transferów? Rządy PIS są najgorszymi rządami w Polsce co najmniej od czasów Gierka, a jakoś to ich elektoratowi do tej pory przez pięć lat nie przeszkadzało. Aż nagle, w ciągu dosłownie kilku dni, coś przeszkadzać zaczęło. W tym miejscu niżej podpisany musi się przyznać, że do tej pory raczej lekceważył kwestię, która zaważyła na tym tąpnięciu poparcia, uważając ją z drugorzędną. Nie była jednak taka, jak się okazało, dla elektoratu postkomunistycznego.

Nie jest niespodzianką, że tym czymś, co spowodowało tą gwałtowną zmianę w rozkładzie poparcia, było obalenie przez PIS kompromisu aborcyjnego. W przeciwieństwie do polskich partii politycznych, PIS ma, nie zwolenników, ale wyznawców, którzy ślepo wierzą w restytucję PRL, którą genetyczni patrioci obiecują i którą starają się na wielu frontach, nawet pozornie tak błahych, jak zakaz robienia zakupów w niedzielę, czy likwidacja gimnazjów, przeprowadzać. Jednak zniszczenie aborcyjnego kompromisu to był o jeden krok za daleko. To próba przywrócenia reżimu nawet nie prlowskiego, bo w PRL aborcja była właśnie dozwolona, ale wprost restytucja stalinizmu. To się nawet, kochającym Gomułkę i Gierka, ale już nie Bieruta, wyznawcom PIS nie spodobało. Naturalnie genetyczni patrioci grabili sobie wśród nich już wcześniej, a to „piątką dla zwierząt”, a to zakazywaniem święcenia najbardziej popularnych świat, do czego nie posunęli się nawet komuniści czy hitlerowcy, czy wreszcie chaotycznym, skrajnie nieudolnym i wprost wobec obywateli złośliwym zarządzaniem epidemią covid. Ale aborcja właśnie, okazała się to słomką, która złamała grzbiet wielbłąda. Skala oporu i rozruchy uliczne, które swoim destrukcyjnym posunięciem PIS spowodował, zaskoczyła także samych pisowskich decydentów, i skłoniła ich do opóźnienia ostatecznego rozstrzygnięcia tej kwestii od października do stycznia. W czasie tej taktycznej przerwy, faktycznie część straconego poparcia PIS zaczął odzyskiwać, dopóki się nie okazało, że jednak z „wyrokiem” tzw. trybunału Przyłębskiej, PIS wcale nie żartował i naprawdę do prawa stalinowskiego zamierza wrócić.

Można zaryzykować stwierdzenie, że osobami, o których mowa, są młode, jeszcze młode i jeszcze niestare kobiety z polskiej prowincji – wsi i małych miasteczek, które zostały przez genetycznych patriotów skorumpowane „transferami socjalnymi” z osławionym „500+” na czele. Teraz dopiero, owa żeńska część elektoratu zrozumiała, że cena jaką za ten „socjal” mają płacić jest wysoka i jak to zwykle w paktach ze Złem bywa, stale rośnie. Ktokolwiek bowiem przyjmuje magiczny pierścień od Saurona, zawsze, wcześniej czy później, musi podążyć wraz z władcą ciemności w otchłań. Jakaś część pisowskich wyborców płci żeńskiej, zdecydowała jednak że nie poświęcą własnego życia i zdrowia aby „przywrócić godność żołnierzom wyklętym” i spróbowała jednak ten pierścień odrzucić. Czy wrócą kiedyś do PIS? Można się spodziewać że jednak nie. Nie zostaną też jednak pewnie przy Hołowni. Tego ostatniego, nadal pilaster uważa za polityczną efemerydę, podobną pod tym względem do Palikota, Kukiza, Petru, czy Biedronia. Raczej wcześniej, niż później bardzo wysokie obecnie poparcie dla PL 2050 rozmyje się i zostanie rozparcelowane po innych partiach. Na szczęście raczej nie będzie wśród nich PIS. I tak istnieje on, jak na ugrupowanie żywcem wyjęte z przełomu XIX i XX wieku w wieku XXI o wiele za długo.

Pozostaje ostatnie zagadnienie, co właściwie PIS chciał przez to bardzo szkodliwe dla siebie zagranie osiągnąć. Wydaje się że chodziło tu o złamanie Kościoła katolickiego. Jako instytucja mająca swoją centralę za granicą, jest Kościół dla genetycznych patriotów szczególnie trudny do podporządkowania i zawłaszczenia. Genetyczni patrioci usiłują to robić od wielu lat, w szczególności próbują, pod różnymi wyimaginowanymi pretekstami, kiedyś jako „agentów”, a dziś jako „pedofilów”, wymieniać biskupów prawowitych, na swoich własnych, pisowskich „księży patriotów”, czego najbardziej słynnym przykładem była sprawa biskupa Wielgusa. Zresztą obserwowanie wychowanych w „świeckości” potomków byłej nomenklatury PZPR, jak usilnie starają się udawać katolików i jak męczą się podczas nabożeństw, usiłując przybrać, pobożny, w swoim mniemaniu, wyraz twarzy, przez co wyglądają wtedy jak umysłowo chore małpy, jest nawet zabawne. Zniszczenie kompromisu aborcyjnego, który mimo swoich wad, był swego rodzaju społecznym i prawnym minimum lokalnym, tworząc swoisty, stosunkowo trudny do zmiany, stan metastabilny, ma być więc dla Kościoła jasnym sygnałem. Jeżeli kiedykolwiek stracimy władzę – mówią katolikom genetyczni patrioci – to jakikolwiek inny niepisowski rząd szybko znów podniesie tą kwestię i nie wróci już bynajmniej do kompromisu – minimum lokalnego, tylko zgodnie z europejskimi trendami, dojdzie do minimum globalnego, czyli wprowadzi aborcję na życzenie. Biorąc dzieci nienarodzone na zakładników PIS, chce więc zmusić Kościół do bezwarunkowego popierania siebie i swojej polityki, czyli stania się swego rodzaju wydziałem ideologicznym Partii. Jeżeli biskupi posłuchają tego syreniego śpiewu i ugną się przed tym obrzydliwym szantażem, to w najbliższej przyszłości wraz z upadkiem PIS, upadnie w Polsce i Kościół, stając się mało znaczącą, marginalną organizacją, sektą czcicieli Zamachu Smoleńskiego.

Czytaj także:

Sejm na ruletce wylosowany

Sejm na ruletce wylosowany I 21

Wojna to barbarzyńskie rzemiosło

Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy. Pieniądze, pieniądze i jeszcze pieniądze. Powiedzenie to przypisywane jest często Napoleonowi, ale znane było na długo przed czasami Cesarza. W istocie wojna zawsze należała do najkosztowniejszych rzeczy na świecie. Jednak przez zdecydowaną większość historii ludzkości, wojna mogła być też źródłem zarobku. Pokonanego przeciwnika można było złupić, za wziętych do niewoli zainkasować okup, w zwycięskiej kampanii podbić jakieś terytorium i następnie pobierać z niego podatki. Dopóki średnie zyski z wojny, przekraczały średnie koszty jej prowadzenia, wojny wybuchały. Szczególnie uzdolnieni dowódcy potrafili wykorzystywać zyski z jednej wygranej wojny do sfinansowania następnej, potem kolejnej i jeszcze jednej. Tak tworzyły się większe i mniejsze imperia. W ten sposób powstało też wiele istniejących do dzisiaj krajów, w tym Polska. Zauważyć należy, że wielcy zdobywcy, mimo że żaden z nich do harcerzyków nie należał, mają w historii generalnie dobrą opinię, a jeżeli ich krwawe dzieło przetrwało do dzisiaj, zasilają grono bohaterów narodowych. Poczet wielkich zdobywców otwiera w historii król Sargon z Akadu, a zamyka Cesarz. Napoleon Bonaparte. Imperium, jakie stworzył ten ostatni, okazało się nietrwałe, ale jako ostatnie jest oceniane przez historię pozytywnie. Po Napoleonie, wszyscy kolejni kandydaci na wodzów i zdobywców, kończyli jako, co najwyżej, wielcy zbrodniarze.

Przyczyną tej zmiany była, rozpoczęta około 1800 roku, rewolucja przemysłowa. Jednym z jej skutków była trwała zmiana bilansu ekonomicznego konfliktów zbrojnych. Do prowadzenia wojny nadal oczywiście potrzeba było trzech rzeczy wymienionych na wstępie, a  w związku z rosnącą komplikacją technologiczną i organizacyjną sił zbrojnych, rzeczy tych było nawet potrzeba coraz więcej i więcej. Jednocześnie jednak zyski z wojny systematycznie zaczęły topnieć. W cywilizacji preindustrialnej, kiedy głównym środkiem produkcji była ziemia, możliwy do zagrabienia łup wojenny stanowił znaczący odsetek ówczesnego PKB. W kapitalizmie jednak, bogactwo przeciwnika łatwiej było już zniszczyć niż przejąć. Wojny przestały się opłacać i w konsekwencji ich częstotliwość i intensywność radykalnie się zmniejszyły. Nie do zera jednak. Większość najbardziej rozwiniętych państw świata, nawet nie tocząc już dzisiaj żadnych wojen, nadal też utrzymuje siły zbrojne w tym właśnie celu, aby podnieść koszty wojny ewentualnemu przeciwnikowi powyżej akceptowalnego dla niego poziomu.

Jak ocenić poziom siły militarnej danego kraju? Istnieje wiele takich oszacowań, opartych a to na liczbie żołnierzy, a to na liczbie samolotów, a to na tonażu okrętów. Niestety właściwie żadne z nich nie uwzględnia jakości tychże żołnierzy, samolotów i okrętów. Zresztą obiektywnie jest to niesłychanie trudne do oceny. Czy w przypadku samolotu najważniejszy jest zasięg? Czy masa podczepianego uzbrojenia? A może prędkość maksymalna? Lub zdolność do tankowania w powietrzu?

Dlatego też, zamiast brnąć w kolejne detale taktyczno-techniczne, w pierwszym przybliżeniu przyjmiemy, że zbrojna potęga danego kraju jest wprost proporcjonalna do ilości środków finansowych na nią przeznaczanych. Wydatki militarne poszczególnych krajów podaje co roku instytut SIPRI ze Sztokholmu. Oto jego dane za rok 2019:

Na wykresie tym niepodzielnie dominują USA, które na swoje siły zbrojne wydają tyle, co dziesięć kolejnych krajów razem wziętych. Zaskakujące jest natomiast to, że w gronie militarnych mocarstw pojawia się i Polska, choć dopiero na końcu drugiej dziesiątki.

Chociaż w pierwszym przybliżeniu przyjęliśmy, że siła militarna kraju jest wprost proporcjonalna do ilości pieniędzy na nią wydawanych, to jednak przyznać należy, jest to przybliżenie bardzo zgrubne. W przypadku wydatków rządowych, zawsze część środków budżetowych zostanie po drodze rozkradziona i zmarnotrawiona, nie podnosząc efektywnie potencjału militarnego. O tym, jaka to część, decyduje ogólny poziom korupcji panujący w danym kraju. Na następnym wykresie pokazano efektywne wydatki zbrojeniowe, czyli poziom budżetu militarnego wg SIPRI, skorygowany o poziom korupcji w danym kraju, podawany przez Transparency International w postaci wskaźnika CPI.

Widać, że globalna dominacja USA jest teraz jeszcze bardziej przytłaczająca, niż gdyby brać pod uwagę tylko sam poziom budżetu militarnego. Siła militarna amerykańskiego hipermocarstwa jest równa łącznej sile 24 kolejnych krajów. Wniosek z tego faktu jest oczywisty. Wbrew proroctwom przeróżnej maści domorosłych geopolityków, żadna wielka wojna, a tym bardziej wojna światowa, nie jest obecnie możliwa. Nie tylko ze względu na ekonomiczną nieopłacalność i poziom kosztów znacznie przekraczający możliwe do osiągnięcia zyski. Wojna światowa jest niemożliwa również z tego powodu, że zwyczajnie nie miałby kto jej prowadzić. Światowy żandarm nie ma żadnego, choćby tylko z grubsza, porównywalnego ze sobą rywala.

Oczywiście ocena siły militarnej wyłącznie poprzez pryzmat efektywnych, czyli skorygowanych o korupcję, wydatków finansowych na nią, jest nadal bardzo uproszczona i jednowymiarowa. Dlatego rozbudujemy teraz nasz model o kolejny parametr

Każdą istniejącą w historii armię można przydzielić do jednej z dwóch kategorii. Mogła to być armia masowa, rozbudowana liczebnie, przeznaczona przede wszystkim do kontroli i obrony swojego terytorium. W I RP było to pospolite ruszenie, dzisiaj tak wygląda np. wojsko izraelskie. Można też zrezygnować z liczebności i w zamian szlifować jakość, tworzyć niewielkie, ale bardzo profesjonalne, świetnie wyszkolone i wyposażone zawodowe siły zbrojne. Pierwsza Rzeczpospolita miała takie wojska kwarciane, tak zawsze wyglądała armia brytyjska. Oba te rozwiązania mają swoje wady i zalety, a które obiektywnie jest lepsze, o tym już decyduje geopolityczna sytuacja danego kraju. Jeżeli realnie grozi nam zmasowana inwazja jakiegoś potężnego wroga, lepsza jest opcja pospolitego ruszenia. Jeżeli zaś wielka inwazja jest mało prawdopodobna, lepsze jest wojsko mniejsze, ale bardziej profesjonalne. O tym, do której kategorii dane siły zbrojne należą, decyduje ich, jak to nazwijmy „operacyjność”, czyli wydatki militarne, skorygowane oczywiście o poziom korupcji, w przeliczeniu na jednego żołnierza. Im wyższa jest operacyjność, tym wyższa jest zdolność do projekcji swojego potencjału militarnego poza granicę. O ile bowiem broniący się, może się bronić wykorzystując cały swój potencjał militarny, o tyle atakujący może zaatakować tylko częścią potencjału własnego. Wielkość tej, możliwej do użycia za granicą, części określa właśnie poziom operacyjności. Klasyfikacja poszczególnych państw pod tym względem przedstawia kolejny wykres.

Jak widać wojsko amerykańskie jest nie tylko najpotężniejsze na świecie, ale też ma najwyższy poziom operacyjności, pozwalający mu działać efektywnie na całym ziemskim globie, a może nawet i poza nim. Widać też pewną ogólną tendencję, zgodnie z którą, najwyższy poziom operacyjności mają kraje najbogatsze i najbardziej rozwinięte cywilizacyjnie. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest bezpośrednio zagrożony wrogą inwazją Izrael, którego armia ma operacyjność stosunkowo, jak na swój poziom cywilizacyjny, niską (ale i tak wyższą od polskiej). W przeciwieństwie do poprzednich wykresów, na wykres operacyjności z krajów postkomunistycznych załapała się jedynie Estonia – najbogatszy i najbardziej rozwinięty z tych krajów. Każdy estoński żołnierz jest wart tyle, co czterech rosyjskich, chociaż oczywiście Rosja ma tych żołnierzy ponad sto razy tyle, co Estonia.

Nasze dotychczasowe rozważania prowadziliśmy na płaszczyźnie ściśle militarnej. Jednak wojna to przecież tylko przedłużenie polityki i powinna być rozpatrywana jako zjawisko polityczne. Z tego punktu widzenia poziom wydatków zbrojeniowych zależy od dwóch właściwie niezależnych czynników. Po pierwsze, od możliwości. Duży, bogaty kraj, jak USA właśnie, może sobie pozwolić na potężną armię, bez jakiegoś szczególnego wysiłku ekonomicznego. Drugim czynnikiem jest jednak polityka, czyli założona przez rząd danego kraju skala wysiłku zbrojeniowego w stosunku do realnych możliwości ekonomicznych. Jeżeli władze oczekują, że mogą w najbliższej przyszłości uczestniczyć w jakimś poważnym konflikcie zbrojnym, będą wydawać na armię proporcjonalnie więcej, niż wtedy, kiedy udziału w żadnej wojnie nie planują. Skalą takiego motywowanego politycznie wysiłku militarnego nie jest więc bezwzględna kwota wyrażona w dolarach, ale odsetek jaki stanowi ona w krajowym PKB.

Historię amerykańskich wydatków zbrojeniowych w latach 1949-2019, wyrażoną zarówno w cenach stałych, jak i jako odsetek PKB, pokazuje kolejny wykres.

Liczone w dolarach amerykańskie wydatki wojskowe w tym okresie generalnie rosły, chociaż wzrost ten był bardzo nieregularny. Na wykresie możemy wyróżnić cztery szczyty budżetowe, związane kolejno, z wojną koreańską, wojną wietnamską, wyścigiem zbrojeń w latach 80, oraz wojnami w Iraku i Afganistanie. Każdy kolejny taki szczyt był przy tym wyższy od poprzedniego. Jednak, pomimo tego wzrostu, skala wysiłku zbrojeniowego USA nieustannie malała. Wzrost gospodarczy był szybszy niż wzrost wydatków militarnych i ostatecznie te ostatnie spadły z 14% amerykańskiego PKB w szczytowym momencie wojny koreańskiej, do około 3% obecnie. Nadal jest to wielkość większa od średniej światowej, ale, jak na światowego żandarma, wcale nie powala. Obecna absolutna dominacja militarna USA nie wynika więc z jakiejś szczególnie agresywnej polityki prowadzonej przez to państwo, ale jest tylko pochodną światowej dominacji USA na niwie ekonomicznej i cywilizacyjnej. Skoro jednak USA żadnej większej wojny nie przewidują i się do niej nie szykują, to może szykuje się kto inny? W modzie obecnie jest straszenie wojną z Chinami, który to kraj z jakichś dziwacznych powodów jest nawet kreowany na następne światowe hipermocarstwo, które ma zdetronizować na tym polu USA. Na kolejnym wykresie pokazano dynamikę wydatków wojskowych Chin i kilku innych krajów, z którymi Chiny mają rzekomo ową przyszłą wojnę stoczyć.

No cóż. Trzeba rozczarować domorosłych strategów. Żadnej poważniejszej wojny ze swoim udziałem nie planują ani Chiny, ani Indie, ani żaden inny kraj tamtego regionu. Wydatki wojskowe ich wszystkich od wielu lat lokują się poniżej 3% PKB, a w przypadku Chin i teoretycznie szczególnie zagrożonego Tajwanu, nawet poniżej 2%. Japonii wręcz poniżej 1%. Na wojsko Chiny wydają proporcjonalnie tyle co …Polska i tylko swoim gigantycznym rozmiarom zawdzięczają to, że wysunęły się na zaszczytne drugie miejsce w światowym rankingu militarnym. Pomimo tego, chińskie siły zbrojne, jeżeli uwzględnić też ich niską, niższą nawet od polskiej, operacyjność, nie stanowią realnego zagrożenia, ani dla USA, ani dla żadnego ze swoich pobliskich sąsiadów. Ani pierwsze, ani drugie, (ani trzecie, ani czwarte, ani piąte ani szóste) militarne mocarstwo świata żadnej większej wojny nie zamierza toczyć w żadnej przewidywalnej przyszłości. Nie dotyczy to jednak wszystkich krajów. Ewidentnie na jakąś wojnę szykuje się Arabia Saudyjska wydając na armię 8% swojego PKB. Dla nas bardziej interesujący będzie jednak inny przypadek, pokazany na przedostatnim wykresie:

Chodzi oczywiście o Rosję. O ile większość cywilizowanych państw stara się ograniczać wydatki zbrojeniowe do rozsądnego minimum, o tyle Rosja się do tego grona nie zalicza. Od czasu rozpadu ZSRR tylko w jednym, 1998 roku wydatki te w Rosji były niższe niż 3% PKB. Od tej daty rosły zaś one niemal nieprzerwanie, zarówno licząc bezpośrednio w dolarach, jak i w odsetku PKB. Tylko raz spadły one w związku z załamaniem cen ropy w 2016, ale ostatnio znów rosną i od 2014 roku są już proporcjonalnie wyższe od amerykańskich. Nic dziwnego, że taki wysiłek osłabia Rosję coraz bardziej. Jeszcze w 1991 roku całkowity rosyjski PKB był wyższy od polskiego ośmiokrotnie. Obecnie ta różnica wynosi już tylko 3,4 raza i nadal maleje. Kraj tak biedny i zacofany jak Rosja, nie stara się rozwiązywać żadnych swoich realnych problemów i inwestować np. w infrastrukturę. Rosja nie buduje dróg ani kanalizacji. Rosja się zbroi. Żeby się jeszcze chociaż zbroiła skutecznie. Tymczasem, jak wynika z naszego drugiego wykresu, uwzględniając poziom korupcji, rosyjski potencjał militarny nie przewyższa znacząco poziomu …Kanady. Kanada jednak nie głosi wszem i wobec że jest światowym mocarstwem równorzędnym z USA, nie prowadzi konfrontacyjnej polityki międzynarodowej i nie najeżdża zbrojnie i nie okupuje terytoriów swoich sąsiadów. Rosja zaś głosi, prowadzi i najeżdża. Co prawda, w związku ze swoją postępującą słabością, napadać może jedynie na sąsiadów jeszcze od siebie słabszych i porównywalnych cywilizacyjnie. Mogła Rosja najechać Gruzję, czy Ukrainę, ale już nawet pozornie małe i słabe kraje bałtyckie, znajdują się całkowicie poza jej zasięgiem.

Przypomnieć w tym miejscu jednak ponownie należy, że światowa gospodarka już dawno osiągnęła taki poziom rozwoju i komplikacji, że jakakolwiek wojna stała się kompletnie nieopłacalna. Rozumieją to doskonale w USA, Chinach, czy w Indiach. Nie rozumieją tego jednak w Rosji. Rosja nadal prowadzi wojny, bo niczego innego nie potrafi. I rezultaty są oczywiste, jak widać na ostatnim wykresie.

Już od początku stulecia Gruzja rozwijała się gospodarczo szybciej od Rosji, a wojna z 2008 roku tylko ten proces przyśpieszyła. Wynik rosyjskiego najazdu na Ukrainę jest jeszcze bardziej wymowny. Przed 2014 rokiem, Ukraina systematycznie traciła dystans do Rosji i być może właśnie dlatego na Kremlu uznano ją za łatwy łup. Wojna w Donbasie …odwróciła jednak ten trend. Od 2015 roku wzrost gospodarczy na Ukrainie przegonił rosyjski. Zwycięskie, w propagandowym przekazie Moskwy, wojny doprowadziły Rosję na skraj przepaści. Niech no Kreml zaatakuje jeszcze kogoś, np. Białoruś, a ten skraj zostanie definitywnie przekroczony.