Wiekuista cisza nieskończonych przestrzeni

Najbardziej od wszystkich innych oddalonym, a zarazem zamieszkanym, terenem na Ziemi jest polinezyjska Wyspa Wielkanocna, mająca ok 15 km średnicy i położona 2,5 tys. km od najbliższego innego lądu. Stosunek tych dwóch wielkości, odległości do średnicy wynosi zatem w jej przypadku ok 170

Polinezja jednak, chociaż to region składający się w pierwszym przybliżeniu z oceanu i jako taki pusty i bardzo rzadko zaludniony, nie może się równać w tej dziedzinie z kosmosem. Kosmos jest bowiem pusty także w drugim, trzecim i jeszcze wielu kolejnych przybliżeniach.

Średnica planet nadających się do zamieszkania wynosi w zaokrągleniu 10 000 km. Natomiast średnia odległość pomiędzy nimi jest z grubsza równa średniej odległości pomiędzy gwiazdami w Galaktyce i wynosi ok 5 lat świetlnych. Stosunek tych dwóch wielkości to jakieś 4,5 miliarda, czyli 30 milionów razy więcej niż w przypadku wysp na Pacyfiku. Sama rozpiętość tych wielkości sprawia, że o jakichkolwiek analogiach pomiędzy oceanem ziemskim, a „oceanem” kosmicznym, nie może być, wbrew popularnemu mniemaniu, mowy. Dotyczy to także analogii politycznej. Często spotykany w twórczości SF motyw, jakim jest międzygwiezdna państwowość, w postaci swoistego galaktycznego imperium, przedstawiany jest zwykle na wzór znanych z historii imperiów ziemskich, najczęściej rzymskiego, czy brytyjskiego. Tymczasem, z powodu samych tylko ograniczeń fizycznych, gwiezdne imperium nie tylko nie może wyglądać i funkcjonować na podobieństwo imperiów historycznych, ale nawet sama możliwość powstania i istnienia takiego bytu stoi pod potężnym znakiem zapytania.

Żadne ze znanych w historii imperiów ziemskich, nie składało się z tak malutkich wysepek cywilizacji oddzielonych tak potężnymi obszarami nicości. Nieprzypadkowo też żaden jednolity byt polityczny w Polinezji nigdy nie powstał. Gwiezdne imperia, siłą rzeczy, muszą więc być „rozrzedzone” w stopniu, który uniemożliwia jakiekolwiek porównania z ich ziemskimi poprzednikami. Międzygwiezdna przestrzeń, wskutek istnienia w przyrodzie nieprzekraczalnej bariery prędkości światła, rządzi bowiem także czasem.

W stuleciach XVI, XVII i XVIII, europejskie potęgi kolonialne posiadały rozległe zaoceaniczne posiadłości. Zarządzały nimi poprzez wysyłanie listów, poleceń i instrukcji statkami. Obieg informacji trwał miesiące, tyleż też zajmowało wysłanie wojsk, czy floty, jeżeli zaszła taka konieczność. Pociągało to za sobą wiele znamiennych konsekwencji, wśród których najważniejszą było utrzymywanie kolonii w stanie permanentnego zapóźnienia gospodarczego i cywilizacyjnego względem metropolii. Jak tylko bowiem jakaś kolonia osiągnęła porównywalny z krajem macierzystym poziom rozwoju, natychmiast też próbowała, w ten czy inny sposób, zależność od niego zerwać, czego najbardziej znanym, ale bynajmniej nie jedynym, przykładem, są północnoamerykańskie kolonie brytyjskie w drugiej połowie XVIII wieku.

W przypadku imperiów gwiezdnych, te zjawiska nastąpią w sposób znacznie bardziej nasilony. Opóźnienia w przepływie informacji będą wynosiły nie miesiące, ale lata. Wysłane przez imperium armie i floty podróżować będą już tych lat dziesiątki. Przy takich czasach reakcji, istnienie imperium zwyczajnie nie jest możliwe, przynajmniej, jeżeli tworzyć je mają istoty o tempie metabolizmu i długości cyklu życiowego porównywalnych z Homo sapiens. Utrzymanie jedności politycznej, czy choćby tylko kulturowej, a nawet biologicznej, będzie zwyczajnie niemożliwe. Każda założona w kolejnym układzie gwiezdnym ludzka placówka, będzie żyła wyłącznie własnymi sprawami, a dochodzące do niej z wieloletnim opóźnieniem wieści o życiu w innych koloniach, będą obchodzić ją bardzo niewiele. Zasiedlona galaktyczna ekumena nieuchronnie rozpadnie się na praktycznie niezależne systemy gwiezdne.

I trzeba przyznać, że pisarze i autorzy scenariuszy filmowych z tego akurat faktu zdają sobie sprawę i zwykle omijają opisane problemy, pozwalając imperium na komunikację, albo przynajmniej na samą łączność z prędkościami znacznie większymi od światła. W cyklu powieści z tzw. „świata Endera”, autorstwa Orsona Scotta Carda, podstawą władzy rządzącego „Stu światami” Gwiezdnego Kongresu, jest właśnie kontrola nas taką międzygwiezdną siecią natychmiastowej łączności, tworzoną przez urządzenia zwane ansiblami. Ten galaktyczny internet spaja wszystkie światy w jedną całość i sama możliwość odłączenia przysłowiowej wtyczki jest wystarczająco straszna, aby nikt nawet nie myślał o rebelii. A do upadku Gwiezdnego Kongresu dochodzi właśnie w chwili, kiedy nad siecią ansibli traci on kontrolę, a rebelianci wprowadzają do użytku pojazdy przemieszczające się natychmiastowo – jak łączność przez ansible.

Inne znane z dzieł kultury międzygwiezdne organizmy polityczne pobłogosławione są przez swoich autorów, nie tylko łącznością, ale i transportem szybszym od światła. Gwiezdne floty prujące hiperprzestrzeń i staczające bitwy w obu, zwykłej i tej właśnie hiper, przestrzeniach, to zwykły atrybut tego typu historii.

Jednak i tak, nawet wyposażone w dostęp do hiperprzestrzeni, imperium będzie miało duże trudności w utrzymaniu swojego istnienia. Z powodów ograniczeń nie tylko czysto fizycznych, ale także społecznych. Uczynią one imperium tworem niestabilnym i sprawią, że będzie się ono kruszyć na swoich „brzegach”.

Najbardziej produktywne i rzutkie jednostki, niezadowolone z ucisku prawnego i zwłaszcza podatkowego, który imperium musi uprawiać, aby utrzymać dwór imperialny, biurokrację, senat, armie i floty, mogą bowiem po prostu odlecieć w odludne, położone poza granicami imperium rejony Galaktyki i tam zbudować sobie alternatywną wobec imperium cywilizację. Ślady takiego procesu widzimy np. w „Gwiezdnych wojnach”, w których pada fraza o istnieniu „wielu niezarejestrowanych osiedli”. W przypadku historycznych imperiów ziemskich, takich jak rzymskie, takie zjawisko wystąpić nie mogło. Główną przeszkodą nie była, jak można by się spodziewać, geografia – niewielka podaż miejsc wobec imperium alternatywnych, ale ekonomia. W czasach rzymskich, a także długo po nich, najważniejszą gałęzią gospodarki było rolnictwo, a podstawowym środkiem produkcji – ziemia. Ta zwyczajna, rolnicza, lub skrywająca w swoim łonie surowce mineralne. Oczywiście nie byle jaka ziemia, tylko ziemia uprawna i zagospodarowana. Nie same surowce, ale ich kopalnie. Taki ziemski kapitał władzy łatwo było opodatkować, a właścicielowi bardzo trudno przenieść poza granice wpływów imperium. Działało tu też swoiste sprzężenie zwrotne, ponieważ istnienie wydajnego, intensywnego rolnictwa, bez prawnej i militarnej opieki ze strony państwa, było niemożliwe. W Europie, po upadku imperium rzymskiego w V-VI wieku, nastąpił też drastyczny spadek wydajności gospodarczej, co pociągnęło też olbrzymi regres cywilizacyjny, znany w historii, jako „wieki ciemne”. Zbliżony do rzymskiego poziom produkcji, osiągnięto zaś na naszym kontynencie ponownie dopiero w Renesansie.

Około roku 1800 jednak zaczęło się w ludzkiej cywilizacji swoiste przejście fazowe, zwane niezbyt precyzyjnie i myląco, „rewolucją przemysłową”. Feudalizm, system społeczno-gospodarczy oparty na własności ziemskiej, został zastąpiony przez, oparty na kapitale, kapitalizm właśnie.

Przed tą datą wszystkie społeczeństwa funkcjonowały zgodnie z regułami, zwanymi tak od nazwiska ekonomisty, który pierwszy je odkrył i sformułował, maltuzjańskimi. Wszelki, spowodowany usprawnieniami technologicznymi, czy organizacyjnymi, wzrost wydajności gospodarki, czyli w pewnym uproszczeniu wzrost PKB, przekładał się długoterminowo tylko i wyłącznie na wzrost liczby ludności, natomiast praktycznie wcale na jej dobrobyt, czyli, znów upraszczając, PKB per capita. Przeciętny poziom dochodu per capita, od czasów wynalezienia rolnictwa, do końca XVIII wieku, mimo całego dokonanego w tym czasie postępu organizacyjnego i technologicznego, nie wzrósł, jak udowadnia to Gregory Clark w swojej pracy „Pożegnanie z jałmużną”, praktycznie wcale. Rewolucja przemysłowa i powstanie kapitalizmu, zmieniło jednak wszystko. Przyrost naturalny po raz pierwszy w dziejach okazał się wolniejszy od wzrostu gospodarczego. Nie tylko PKB, ale i PKB per capita zaczął rosnąć wykładniczo. W tych okolicznościach ziemia, jako środek produkcji, straciła na znaczeniu, a decydujący stał się kapitał. Zmianę tę bardzo boleśnie odczuli, stanowiący społeczną elitę ery maltuzjańskiej, posiadacze ziemscy, co znalazło też wyraźne odbicie w ówczesnej literaturze. Dominujące w tym okresie na naszej planecie imperium brytyjskie, było już właśnie imperium nie, jak wszystkie poprzednie, feudalnym, zorganizowanym i rządzonym przez posiadaczy ziemskich, ale kapitalistycznym, własnością kupców, przemysłowców i bankierów.

Kapitał, mimo że nadal częściowo przynajmniej składał się z nieruchomości, np. fabryk, był jednak bardziej od ziemi ruchomy, i łatwiej było go wywieźć, kiedy ucisk fiskalny stał się zbyt duży, a usługi dostarczane w zamian przez państwo zbyt niskiej jakości, co wielokrotnie w historii się zdarzało i zdarza nadal. Wciąż jednak ilość miejsc, do których kapitał mógł się udać, była ograniczona. Nadal też inwestycje kapitałowe wymagały ochrony ze strony państwa. Jednak i era kapitału nie trwała wiecznie i obecnie, jak się wydaje, obserwujemy objawy jej schyłku. Kapitał, jak przed nim ziemia, jako główny środek produkcji, ustępuje miejsca wiedzy i umiejętności. A te ostatnie jeszcze trudniej opodatkować niż kapitał i jeszcze łatwiej niż kapitał przemieścić. Konsekwentnie, w miarę nasilania się tego trendu, musi się też w nadchodzących czasach zmienić, na skalę porównywalną z XIX-XX wieczną, rola państwa i stosunki społeczne, a dysponenci kapitału będą tracić na znaczeniu, tak samo jak przed nimi właściciele ziemscy.

Ekstrapolując te zjawiska w przyszłość, dojdziemy do nieuchronnego wniosku, że społeczeństwo, które osiągnęło możliwość podróży międzygwiezdnych, już dawno punkt, w którym władza państwowa jest jeszcze w stanie wyegzekwować od obywateli należne sobie powinności, a w zamian daje im pewne wymierne korzyści, osiągnęło i przekroczyło. Kiedy najważniejszych środków produkcji nie da się efektywnie najechać, zrabować, czy opodatkować, istnienie państwa w ogólności, a scentralizowanego i zmilitaryzowanego imperium w szczególności, traci najważniejszą część swojego społecznego uzasadnienia i należy się spodziewać, że instytucje te, jeżeli nawet w ogóle nie znikną, to na pewno znacznie osłabną. Na galaktyczne scentralizowane imperia zwyczajnie nie ma miejsca ani w przestrzeni kosmicznej, ani w przestrzeni społecznej, czego najlepiej dowodzi też fakt, że żadne takie imperium nigdy w naszej Galaktyce nie powstało, ani, jak dowodzi tego fiasko programu G-HAT, który przejawów istnienia takich imperiów we Wszechświecie poszukiwał, w żadnej innej.

No chyba, że…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s