Włókna imperium

Popularnym motywem spotykanym w twórczości z zakresu SF, szczególnie w podgatunku zwanym „Space Opera” jest rozciągający się w kosmosie, obejmujący wiele układów gwiezdnych i planet, międzygwiezdny byt polityczny, swoiste gwiezdne imperium.

Występuje ono w wielu postaciach, od organizmów demokratycznych, jak Federacja, ze „Star Treka”, asimovowska „Fundacja” czy Republika z „Gwiezdnych Wojen”, poprzez twory mniej lub bardziej autokratyczne, reprezentowane przez Imperia Asimova i Herberta, czy Sto Światów Carda, po złowrogie imperia zła, jak Imperium z „Gwiezdnych Wojen”.

Mimo, że pojawiały się one w kulturze w różnym okresie, mimo, że udział w ich tworzeniu miało bardzo szerokie i zróżnicowane grono autorów – pisarzy i filmowców, wszystkie te imperia, mimo wielu dzielących je różnic, posiadają pewne cechy wspólne. Niektóre z nich są oczywiste. Jeżeli takie galaktyczne imperium ma w ogóle nie rozpaść się na niezależne systemy gwiezdne i jako jednolita całość istnieć i funkcjonować, musi dysponować transportem, albo chociaż, jak Sto Światów, samą łącznością, szybszą od światła. I takim atrybutem wszyscy autorzy swoje imperia faktycznie obdarzają.

Twórcy kultury, albo w tym względzie inspirują się nawzajem, albo samodzielnie, mając tę samą wiedzę o istnieniu bariery prędkości światła we Wszechświecie i wyciągając naukę z historii imperiów ziemskich, z których wiele upadło z powodu trudności komunikacyjnych występujących pomiędzy ich częściami, dochodzą niezależnie do takich samych wniosków.

Takich powtarzających się cech jest jednak więcej, a niektóre z nich są ukryte tak głęboko, że samo ich istnienie jest dziwne, by nie rzec, niepokojące.

Aby omówić jedną z takich nieoczywistych zbieżności, przyjrzyjmy się bliżej jednemu z najszerzej znanych takich fikcyjnych galaktycznych imperiów, imperium z „Diuny” Franka Herberta.

Możliwe do oszacowania granice tego imperium pokazano na poniższym diagramie. Skala przedstawiona jest w latach świetlnych. Wszystkie możliwe do zidentyfikowania planety imperium (autor skorzystał tu ze strony „Svensson’s Guide to the Galaxy”) uwidoczniono w poniższej tabeli

Planeta z „Diuny” Nazwa współczesna centralnej gwiazdy Odległość od Ziemi [l św.]
Arrakis Alpha Carinae 310
AL-Lat Słońce 0
Bela Tegeuse Beta Leporis 160
Caladan Delta Pavonis 19,9
Chusuk Theta Arietis 450
Corrin Sigma Draconis 18,8
Ecaz Alpha Centauri B 4,4
Giedi Prime 36 Ophiuchi B 19,5
Niushe/Gamont/Grumman Psi1 Draconis B 74,5
Hagal Theta Leonis 165
Ix 40 Eridani A 16,5
Al.-Dhanab Gamma Gruis 211
Poritrin Epsilon Ophiuchi 106,4
Richese Epsilon Eridani 15,5
Salusa Secundus Gamma Piscium 138
Sikun 70 Ophiuchu A 16,6
Kaitan Alpha Piscium 139
Rossak Alpha Crateris 159
Tleilax Theta Eridani 161

A następnie zrzutowano na płaszczyznę równikową o deklinacji równej 0 według epoki J2000.0. Rzutowanie zachowuje odległości planet od Ziemi, ale może zaniżać ich odległości od siebie nawzajem. Np. Caladan (Delta Pavonis), skąd Atrydzi podróżują na Arrakis (Alpha Carinae) jest od niej odległy w przestrzeni trójwymiarowej o ponad 300 lat świetlnych, podczas gdy na naszej mapie dzieli te planety tylko 200 lat świetlnych.

Diuna 02

Jak wynika z tego diagramu, imperium „Diuny” jest raczej niewielkie i trudno nawet byłoby je nazwać „galaktycznym”. Jeżeli przyjąć, że najbardziej, ze znanych czytelnikom, od Ziemi oddalona planeta Chusuk (Theta Arietis) wyznacza faktycznie imperialne rubieże, zamieszkana ekumena nie przekracza 1000 lat świetlnych średnicy. W otaczającej Ziemię przestrzeni o tych rozmiarach znajduje się jednak i tak ponad 4 miliony gwiazd, podczas gdy zamieszkałych, połączonych szlakami przemierzanymi przez Gildię Kosmiczną, planet jest w Imperium nie więcej niż kilkanaście tysięcy. Mniej, niż jedna na trzysta gwiazd posiada zatem jakąś zaludnioną planetę.

Średnio. Same bezpośrednie okolice Ziemi są jednak zasiedlone znacznie gęściej. W promieniu 20 lat świetlnych od Ziemi znajduje się około 280 gwiazd, z czego siedem jest wprost wymienionych przez Herberta. Jest to aż jedna trzecia wszystkich planet, których położenie w ogóle możemy wyznaczyć. Ekstrapolując dane z tej próbki dojdziemy do wniosku, że praktycznie wszystkie z 280 systemów położonych najbliżej Ziemi powinny mieć zamieszkałe przez ludzi planety, co niesłychanie kontrastuje z średnią jeden na trzysta dla całego imperium.

Imperium, poza położonym wokół Słońca niewielkim, gęsto, jak na kosmiczne standardy, zaludnionym „rdzeniem”, składa się więc właściwie z pustej przestrzeni i milionów bezludnych układów planetarnych z rozrzuconymi tylko gdzieniegdzie malutkimi wysepkami zasiedlonych planet połączonych ze sobą jedynie wątłymi niteczkami przemierzanych przez galeony Gildii szlaków w hiperprzestrzeni.

Imperium Diuny jest, jak już autor wspomniał, niewielkie, to samo dotyczy też Stu Światów Carda. Przejdźmy więc teraz do imperiów naprawdę galaktycznych, jak Imperium i Fundacja z „Fundacji” Asimova, czy Republika i Imperium z „Gwiezdnych wojen”. Wszystkie planety składające się na owe imperia mają otóż swoje …nazwy. Krótkie, dźwięczne i łatwo wpadające w ucho. Jest Trantor, Terminus, Couroscant, Alderaan, Tatooine, czy Korelia.

Tymczasem Galaktyka zawiera około 200 miliardów gwiazd. Średnio na każdą taką gwiazdę przypada jedna potencjalnie nadająca się na siedlisko życia planeta. Oznacza to 200 miliardów światów w Galaktyce, z których do tej pory ziemscy astronomowie odkryli około pięćdziesięciu. Prawdziwe nazwy prawdziwych planet w Galaktyce krótkie i dźwięczne bynajmniej nie są. To złożone kody alfanumeryczne w rodzaju GJ 667 C c, czy LHS 1140 b (N).

W żadnym ludzkim języku, ani we wszystkich razem, nie ma bowiem po prostu tylu słów, które by jeszcze brzmiały jako tako sensownie i których na nazywanie setek miliardów planet w Galaktyce można by użyć. Liczba wszystkich miejscowości na Ziemi jest znacznie mniejsza niż liczba planet w Galaktyce, a i tak wiele ich nazw się powtarza, co w przypadku żadnego z fikcyjnych imperiów nie zdarza się nigdy. Skoro zatem wszystkie należące do imperium planety mają proste, dźwięczne, nie powtarzające się nazwy, jasne jest, że liczba zasiedlonych, składających się na te imperia, planet musi być, tak samo jak to było w przypadku Diuny, dużo, o wiele rzędów wielkości, mniejsza niż liczba wszystkich planet w Galaktyce do zasiedlenia nadających się.

Z jednej strony mamy zatem ograniczoną lingwistycznie „od góry” do nie więcej niż stu tysięcy liczbę planet takiej Republiki czy Imperium, z drugiej zaś, nie raz prezentowane są widzowi mapy pokazujące, że Republika i Imperium rozpościerają się jednak, jeżeli nie w całej Galaktyce, to na pewno w przeważającej jej części. Brakuje już nie milionów, jak w „Diunie”, a miliardów planet. Gdzie one wszystkie się podziały?

Należy w tym miejscu przypomnieć, że owe imperia dysponują technologią podróży z prędkościami ponadświetlnymi, inaczej przecież w ogóle nie mogłyby istnieć. Statki kosmiczne poruszają się tam nie tylko w zwykłej przestrzeni, ale także w hiperprzestrzeni. A o ile zwykła przestrzeń euklidesowa jest ortogonalna i izotropowa, to znaczy w każdym kierunku i w każdym miejscu taka sama, o tyle hiperprzestrzeń najwyraźniej nie. W „Gwiezdnych wojnach” pojawiają się wzmianki o różnych trasach, którymi zwyczajowo poruszają się statki kosmiczne, zaś flota pod dowództwem Dartha Vadera tropi uciekających rebeliantów rozsyłając w Galaktyce „tysiące sond”. Tysiące, ale nie miliardy, czego wymagałyby poszukiwania w normalnej, euklidesowej przestrzeni. Najwidoczniej, w odróżnieniu od trójwymiarowej izotropowej przestrzeni, hiperprzestrzeń składa się z wielu wąskich, jednowymiarowych włókien, na podobieństwo pajęczej sieci przenikających Galaktykę. Poruszanie się wzdłuż tych nici musi być dużo łatwiejsze i szybsze, niż w kierunku do nich poprzecznym, jeżeli nawet ten ostatni ruch jest w ogóle w hiperprzestrzeni możliwy. Wolno zatem przypuszczać, że w poszukiwaniu bazy Rebelii Vader porusza się właśnie wzdłuż takich utartych szlaków a sondy rozsyła niezbyt daleko na „boki”. Przewiduje on bowiem, że Rebelia uciekając przed flotą Imperium zjechała gdzieś ze zwykłych tras, ale zjechała niezbyt od nich daleko, bo dalsza droga po takich hiperprzestrzennych „wertepach” i późniejszy powrót do imperialnej sieci, zajęłyby rebeliantom zbyt wiele czasu. Sama Hoth, gdzie rebelianci faktycznie się skryli, posiada jednak nazwę, a nie tylko jakiś numer katalogowy, co wskazuje, że nie leży jeszcze od najbliższego „włókna” zbyt daleko. Najwyraźniej jednak znajduje się już poza jego obrębem, skoro, zarówno imperialna flota, jak i uciekające przed nią pojazdy Rebelii, mają w jej pobliżu, uwidocznione starannie na filmie, wyraźne problemy z manewrowaniem.

Istnienie hiperprzestrzeni w postaci przenikającej Galaktykę pajęczej sieci z wyróżnionymi miejscami i kierunkami, wyjaśnia też niejednorodność zaludnienia światów „Diuny” Pierwsza fala ludzkiej ekspansji w kosmos obejmująca najbliższe okolice Słońca, odbywać się tam mogła w zwykłej przestrzeni, dlatego okolice te są zamieszkałe bardzo gęsto. Jednak po osiągnieciu rubieży ok 20 lat świetlnych od Ziemi najwyraźniej odkryto hiperprzestrzeń i dalsza kolonizacja odbywała się już wzdłuż owych hiperprzestrzennych włókien.

Włóknistość hiperprzestrzeni jest zatem cechą wspólną praktycznie wszystkich istniejących w kulturze imperiów galaktycznych, chociaż na pewno nie wynika ona z celowych przemyśleń ich twórców, ani z ich wzajemnej inspiracji. Czyżby włóknista hiperprzestrzeń naprawdę istniała i w ten właśnie sposób, jakoś tajemniczo wpływając na mózgi literatów, dawała nam znać o swoim istnieniu?

 Jest to idea bardzo nośna fabularnie i aż dziw, że żaden twórca nie wykorzystał dotąd jej pełnego potencjału. Przecież, skoro taka sieć łączy zaledwie jedną na milion gwiazd w Galaktyce, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby takich odseparowanych od siebie nawzajem sieci hiperprzestrzennych było w Galaktyce tysiące, czy nawet dziesiątki tysięcy. Konsekwentnie w Galaktyce mogłyby istnieć równocześnie tysiące nie mających ze sobą żadnego kontaktu galaktycznych imperiów. Nagłe odkrycie przez dwa takie imperia siebie nawzajem, byłoby wspaniałym tematem na Space Operę, tematem, który wciąż czeka na swojego Asimova, Lucasa, czy Herberta.

Reklamy

6 myśli na temat “Włókna imperium

  1. Szanowny P. Pilastrze, od dłuższego czasu z zaciekawieniem czytam Pana kolejne artykuły i gratuluje zarówno rozległej wiedzy, jak i „lekkiego pióra”. Mam takie małe pytanie odnośnie historii tych „rozległych imperiów literackich”, zarówno tych ze świata fantasy, jak i tych z przestrzeni kosmicznej. Dla mnie cykl „Diuna” Franka Herberta jest czymś absolutnie znakomitym, jeśli chodzi o literaturę w ogóle, zawsze jednak, gdy do niego wracałem dręczyło mnie jedno pytanie. To samo pytanie pojawiało się u mnie przy niemal każdej powieści, czy też filmie, gdzie twórcy starali się przedstawić jakieś ogromne, niemal ponadczasowe imperium, czy w ogóle jakiś rozległy twór państwowy. Otóż zawsze szokowała mnie właśnie ta ponadczasowości. W książkach, filmach, serialach, te imperia liczą sobie setki, nieraz tysiące lat, są skamieniałe cały czas w tych samych mechanizmach władzy, trybach życia społecznego, nieraz setki lat rządzą te same dynastie. Tymczasem, chociażby z historii naszego kontynentu, wiemy, że coś takiego jest chyba niemożliwe. Weźmy przykład z popularnego tasiemca pt. „Gra o tron”. Oglądałem serial i próbowałem przeczytać cykl książkowy (spotkało mnie sporę rozczarowanie, bo nie licząc pierwszego tomu, reszta sprawia wrażenie rozwleczonego do granic możliwości czytadła), i najbardziej zaskoczyła mnie znów ta sama kwestia. Mamy do czynienia ze światem, który tkwi w czymś, co można nazwać quasi-średniowieczem, czas niezwykle długi i tak jakby z tego quasi-średniowiecza nie mógł wyjść. Jeden z bohaterów cyklu, Jon Snow, zostaje nawet… dziewięćset dziewięćdziesiątym którymś tam lordem dowódcą Nocnej Straży. Mnie trochę ta liczba poraża ;-). Stąd to mityczne Westeros bardziej przypomina mi Chiny, albo nawet Indie, niż jakiekolwiek kraj europejski.
    Drugie moje pytanie nie ma oczywistego związku z powyższym tematem. Dotyczy ono nauki zwanej popularnie geopolityką… No właśnie czy można to traktować jako naukę? Jakie jest Pana zdanie na jej temat i czy ma ona jakieś praktyczne zastosowanie.

    Polubienie

    1. „Otóż zawsze szokowała mnie właśnie ta ponadczasowości. W książkach, filmach, serialach, te imperia liczą sobie setki, nieraz tysiące lat, są skamieniałe cały czas w tych samych mechanizmach władzy, trybach życia społecznego, nieraz setki lat rządzą te same dynastie.”

      No właśnie. 🙂 Przy czym tego rodzaju cywilizacje są dwojakiego rodzaju. Albo maltuzjańskie, rolnicze, przedprzemysłowe, albo właśnie kosmiczne – międzygwiezdne. Nigdy natomiast industrialne, jak np XIX wieczna Wlk Brytania. W tym przypadku absurdalność „ponadczasowości” byłaby zbyt oczywista.

      Rzeczywiście stabilne i „ponadczasowe” są, jak wynika z prezentowanej na tym blogu psychohistorii, społeczeństwa łowców – zbieraczy. Znajdują się one w równowadze stabilnej. Niewielkie, losowe, odchyłki od stanu stacjonarnego są kompensowane i układ powraca do stanu równowagi. Stabilna jest ich liczebność i poziom produkcji (czyli tego co mogą uzbierać i upolować w środowisku). Zmiany jakie zachodzą wśród łowców – zbieraczy to wyłącznie zmiany przychodzące z zewnątrz, np zmiany klimatyczne, ewolucyjne, migracje innych gatunków, etc, do których łowcy muszą się dostosować.

      Kiedy w XIX wieku powstawały nowoczesne nauki historyczne, wydawało się, ze podobna stabilność cechuje też społeczeństwa rolnicze. Złudzenie to wynikło z tego, że zmiany w społeczeństwie maltuzjańskim zachodzą znacznie wolniej niż w społeczeństwie przemysłowym, znanym XIX wiecznym historykom z autopsji. Na tyle wolno, że zwykle są niewidoczne w ciągu życia pojedynczego człowieka. Jednak zachodzą. Społeczeństwa maltuzjańskie znajdują się bowiem również w równowadze (pułapce maltuzjańskiej), ale jest to równowaga NIESTABILNA. Dowolne odchylenie od stanu równowagi (np losowy spadek populacji, wprowadzenie nowej rośliny uprawnej, etc), powoduje że układ opuszcza dotychczasowy atraktor i przemieszcza się do nowego. Procesy demograficzne reagują na zmiany w poziomie produkcji na tyle wolno, że oscylacje wokół pułapki maltuzjańskiej są dość duże, a sama wysokość pułapki maltuzjańskiej może się zmieniać w dość szerokich granicach w zależności od uwarunkowań kulturowych (średniej rozrodczości i długości życia). I chociaż średni dochód na głowę pozostaje z grubsza stały, to, inaczej niż w paleolicie, sam dochód i liczba „głów” w dłuższej perspektywie rosną. W końcu włącza się konkurencja (stała c z równań) i dochodzi do rewolucji przemysłowej.

      Zatem dowolne społeczeństwo rolnicze, maltuzjańskie, ZAWSZE będzie ewoluować w stronę rewolucji przemysłowej. Z punktu widzenia pojedynczego osobnika może ten proces wyglądać na przeraźliwie powolny, przerywany licznymi okresami stagnacji, a nawet recesji, ale rezultat jest nieuchronny. 12 tysięcy lat, jakie zajęło na Ziemi przejście od neolitu do industrializacji, to dla historyka dużo, ale dla biologa – ewolucjonisty, czy kosmologa to właściwie mgnienie oka. I owszem, do industrializacji doszło najpierw w Europie, ale inne cywilizacje, jak Chiny, Japonia, czy Indie też były na tej krzywej i nawet gdyby Europie nie wyszło, to w końcu 100, 200, 300, a niechby i 1000 lat później, wyszłoby gdzie indziej.

      Dlatego owszem. Pokazywane w literaturze „wieczne” cywilizacje i imperia z epoki maltuzjańskiej to absolutna fikcja. Cywilizacja epoki rolniczej nie jest statyczna, jak to się ich twórcom i XIX wiecznym historykom wydawało. Jest dynamiczna i niestabilna, choć ta dynamika jest, patrząc kryteriami industrialnymi, bardzo powolna. W Westeros też należy się tego spodziewać, choć na razie, co jest bardzo dziwne na tle obecnego tam poziomu cywilizacyjnego, nie wynaleziono tam jeszcze, ani druku, ani prochu, choć pod innymi względami, poziom cywilizacyjny jest tam XV/XVI wieczny

      A jak jest z drugim końcem skali – imperiami międzygwiezdnymi? Przedstawione przez autora tego bloga modele psychohistoryczne przewidują, że era postindustrialna będzie przypominać bardziej paleolit niż feudalizm. Stabilny będzie zarówno poziom produkcji jak i poziom zaludnienia – będą się zmieniać wyłącznie ekstensywnie. W tych warunkach imperia, jeżeli już powstaną – co samo w sobie jest wątpliwe, faktycznie mogą trwać i dziesiątki tysięcy lat – jak u Asimova. Z drugiej jednak strony takie ekstrapolowanie modeli psychohistorycznych w tak odległą przyszłość jest bardzo ryzykowne. Całkiem możliwe jest, że układ zawiera jakieś ukryte dodatkowe stopnie swobody, które do tej pory nie wpływały znacząco na wyniki modelu, ale w momencie dojścia do pułapki logistycznej mogą się okazać znaczące dla dalszego przebiegu rozwoju cywilizacyjnego.

      „Dotyczy ono nauki zwanej popularnie geopolityką… No właśnie czy można to traktować jako naukę?”

      A posiada ona jakieś modele ilościowe? Stawia jakieś możliwe do weryfikacji przewidywania? Wyjaśnia przebieg dawnych zjawisk (np wojen) przynajmniej nie gorzej niż teorie konkurencyjne?

      Oczywiście polityka i gospodarka zależą jakoś od geografii. Ale znaczenie geografii zmienia się wraz ze zmianami cywilizacyjnymi i technologicznymi.

      Polubienie

  2. Uważam, że pilaster tutaj przekombinował 🙂 Jeśli porównywać gwiezdne imperia do tych ziemskich, warto spojrzeć na współczesne państwa. W miarę rozwoju gospodarczego ludzi jest coraz więcej, ale… zajmują coraz mniej miejsca! Widać to obecnie w Europie, która cierpi na ustawiczną klęskę urodzaju, w efekcie czego kolejne tereny wiejskie ustępują dzikiej naturze.

    Najpewniej gwiezdne imperia robią to samo: na początku kolonizują wszystkie światy w swojej bezpośredniej okolicy z prędkościami podświetlnymi, zapewne wiele terraformując. Najwidoczniej ówczesna technologia nie pozwala hibernować organizmów na tyle długo by kolonizować odleglejsze obszary, albo imperium boi się utracić władzy nad kolonią „poza” bezpośrednim wpływem fal radiowych. Ale odkrycie hipernapędu zmienia wszystko. Na kolejne kolonizowane światy wybiera się wyjątkowo zasobne unikaty (nie czytałem Herberta, ale Arrakis z tą swoją przyprawą wydaje się właśnie takim światem), pozostawiając ze względów organizacyjno-logistycznych pozostałe samym sobie.

    Trzeba zauważyć, że gwiezdne imperia swoją gospodarką przypominają ziemskie państwa, ze względu na łatwość komunikacji między nimi. Zatem i w nich powinny obowiązywać bardzo podobne równania psychohistoryczne które pilaster przedstawił dla Ziemi. Ponieważ z tych równań (albo z ekstrapolacji samych trendów demograficznych) wynika, że ludzie powstrzymują swój rozród i ekspansję na długo przed maksimum eksploatacji ziemskiego biotopu, kosmiczne imperia muszą się również w ten sposób samoograniczać na gruncie praw ekonomicznych. W efekcie zarzucają pomysł terraformacji i angażują się tylko w już gotowe do kolonizacji światy.

    PIlaster wysuwa wniosek o pajęczynowatości hiperprzestrzeni w Gwiezdnych Wojnach na podstawie zaledwie „tysięcy” kosmicznych sond. Ja jednak nie oczekiwałbym po postaciach z tego uniwersum jakiegokolwiek pomyślunku.
    1. Nigdy, przenigdy żaden pilot nawet nie próbował się obrócić i pruć do wroga bronią frontową. Wszyscy próbują swoje ogony wymanewrować (choć może to wynikać z tego, że w filmach przestrzeń kosmiczna jest ośrodkiem materialnym gdzie działają prawa aerodynamiki, ale tego chyba lepiej nie zakładać).
    2. Metody zarządzania kadrą oficerską przez Vadera sprawiają, że wszystkie jednostki decyzyjne w imperialnej flocie i administracji muszą być głąbami z przerostem ambicji. Nikt ogarnięty nie chce tam służyć, dlatego muszą terroryzować naukowców do pracy naukowej. Jednak nawet wtedy nie są w stanie zrozumieć ich działań (Gwiezdne Wojny Historie: Łotr 1), przez co ich statki da się czasem rozwalić na strzała, i nie są w stanie się bronić przed myśliwcami, choć ich główny wróg miał prawie tylko myśliwce. Dodatkowo, w trakcie kolejnych porażek nikt nie poprawia chybionych pomysłów poprzedników. I nic dziwnego, bo każdy zdolny do wyciągnięcia wniosku z porażki, ginie natychmiast po takiej porażce. Vader robiący co rusz czystkę jest wyjątkowo złym dowódcą. Zresztą, nie był wcale mądrzejszym padawanem.
    3. Bezmyślny Anakin Skywalker. W imperium galaktycznym z klonami, broniami laserowymi i droidami medycznymi zalicza wpadkę z Padme! W żadnym działaniu nie splamił się myśleniem czy szacowaniem swoich szans (serial Wojny Klonów stara się to odkrięcić). Wydaje się, że za bardzo posłuchał swojego pierwszego mistrza Qui-Gona „Remember, concentrate on the moment. Feel, don’t think”, a olał Obi-Wana „Patience. Use the Force. Think.”
    3. Zasięg i technologia broni ze Star Treka nie wyszedł poza pierwszą wojnę światową: myśliwce dosłownie prują do siebie z broni automatycznej, nie ma broni dalekiego zasięgu ani rakiet sterowanych. A jak już są, to po dopadnięciu wroga deponują na nim pająki roboty, zamiast efektywnie eksplodować.

    Ale, jeżeli już uznać że wysyłanie zaledwie tysięcy sond musi mieć uzasadnienie, lepsze będzie to: Rebelianci nie mają środków na terraformację, albo sam proces jest za wolny/zbyt łatwy do zauważenia. To oznacza, że przeszukać należy tylko i wyłącznie światy, które od razu nadają się do kolonizacji i pozostają poza zasięgiem siatki wywiadowczej. Najwyraźniej nie ma ich aż tyle w tej „Odległej Galaktyce”, która nie musi być podobna do naszej ani typowa.

    Wydaje mi się, że najciekawiej ujął sprawy kolonizacyjne serial Firefly (mój ulubiony serial). Gwiezdne imperium zwane Sojuszem, po akcie terraformacji miało w zwyczaju zrzucać na powierzchnię kolonistów z podstawowymi technologiami. Ci, dosłownie budując cywilizację od zera, często lądowali w różnych wariacjach systemów feudalnych czy, głównie, dzikiego zachodu. Serial bardzo pasuje do psychohistorii pilastra, gdzie cywilizacja dopiero musi się rozwinąć, a w trakcie jest pełna brutalności i okazji do przygód. Jest w nim miejsce dla Jezusa, nawet dość ważne 🙂

    Polubienie

    1. „Na kolejne kolonizowane światy wybiera się wyjątkowo zasobne unikaty (nie czytałem Herberta, ale Arrakis z tą swoją przyprawą wydaje się właśnie takim światem), pozostawiając ze względów organizacyjno-logistycznych pozostałe samym sobie.”

      Z Arrakis było na odwrót. Najpierw ją skolonizowano, a potem odkryto przyprawę.

      Ale ogólnie zapewne coś w tym jest. Cywilizacja galaktyczna zasiedla tylko najbardziej przyjazne światy. Tyle że tych światów też jest od groma i ciut ciut. Nadal miliardy w Galaktyce. Poza tym światów nieprzyjaznych też nie porzuca się i nie pozostawia samym sobie. Nadal są tam placówki naukowe, (czy nawet …religijne – jacyś asceci i pustelnicy szukający odosobnienia), strażnicy rezerwatów, turyści. Na stałe nikt tam nie mieszka, ale ruch i tak powinien być pokaźny (jak np na Antarktydzie)

      „PIlaster wysuwa wniosek o pajęczynowatości hiperprzestrzeni w Gwiezdnych Wojnach na podstawie zaledwie „tysięcy” kosmicznych sond. Ja jednak nie oczekiwałbym po postaciach z tego uniwersum jakiegokolwiek pomyślunku.”

      Gdyby opierało się to tylko na tym jednym argumencie, to owszem, można by dyskutować. Ale jest tego więcej.. Poza tym, wydawałoby się idiotyczna taktyka Vadera (tysiące sond czyli prawdopodobieństwo trafienia na bazę Rebelii rzędu trafienia szóstki w totka) odnosi jednak sukces. Vader bazę Rebelii znajduje, zatem nie jest aż takim idiotą, jakim go Glassius próbuje przedstawić.

      „Vader robiący co rusz czystkę jest wyjątkowo złym dowódcą. Zresztą, nie był wcale mądrzejszym padawanem.”

      A to kwestii nie ulega. Dlatego tak łatwo dał się zwieść Palpatine’owi i dlatego też doprowadził później jego samego i jego dzieło do zguby. To jednak jest nierozwiązywalny problem Sithów, który też sprawia, że ich władza zawsze jest niestabilna. Zbyt głupi padawan, jak Anakin – Vader, daje się oszukać i pokonać wrogom. Zbyt bystry, jak Dooku, albo i nawet Darth Maul stanowi zagrożenie dla mistrza, który albo musi się go szybko pozbyć, jaki Sidious Dooku, albo sam padnie jego ofiarą.

      Polubienie

  3. Ja widzę pewien problem z polityczną poprawnością ws. ekranizacją Diuny. Baron Vladimir był homoseksualistą, dewiantem – niestety Herbert nie przedstawił barona w pozytywnym świetle co może sugerować, że homo to już dewiant i wynaturzenie. W obecnych czasach takie rzeczy nie przejdą, a kilkadziesiąt lat temu nikt z tym problemu nie robił. Może sam Herbert tworząc tę postać przy okazji pokazał swój światopogląd na te sprawy ?

    Polubienie

    1. Presja politycznej poprawności jest zdecydowanie przeszacowana. W takim „Pulp fiction” pokazano gejów jako osobników wyjątkowo odrażających i żadnej afery nie było. Upodobania seksualne barona Vladimira faktycznie, jak można przypuszczać, mogły podkreślać złowrogość tej postaci (w latach 60 XX wieku w USA homoseksualiści byli traktowani jak dzisiaj pedofile), ale w sumie dla przebiegu akcji są one mało istotne. Niemniej nie powinny przeszkadzać.

      Co najwyżej przerobią go na pedofila (co nie będzie w sprzeczności z Herbertem – jego Harkonnen lubił bardzo młodych chłopców), albo „dla równowagi” zrobią gejem, bo ja wiem, Thurfira Hawatta, albo Duncana Idaho? Bo raczej nie Gurneya Halleca – jego późniejszy romans z lady Jessicą jest zbyt ważny dla akcji

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s