Nieucy o klimacie

Na przełomie XX i XXI wieku, pewien rozgłos uzyskała, wywodząca się z fundamentalistycznych odłamów protestantyzmu, sekta kreacjonistyczna. Jej przedstawiciele, a wśród nich także osoby z tytułami naukowymi, byli wtenczas bardzo aktywni medialnie, gorliwie podkreślając, że „naukowcy już dawno odrzucili teorię ewolucji” i zapewniając, z jak wielkim rozmachem setki, czy tysiące naukowców prowadzą badania naukowe „inteligentnego projektu”.  Elokwentnie przekonywali, że przecież jest niemożliwe, aby gatunki, ekosystemy, planety, gwiazdy i galaktyki zmieniały się „same z siebie”, „na skutek przypadku” i jakiś Ktoś, „jakaś inteligencja” po prostu musi tym wszystkim kierować. Sztandarową publikacją, za pomocą której do kreacjonizmu zachęcano, była wtedy książka „Na bezdrożach teorii ewolucji” Johnsona. Praca ta pozowała na dzieło „naukowe”, używała naukowo brzmiącej terminologii, a jej autor co rusz zapewniał czytelników, że darwinowska teoria ewolucji jest „nienaukowa” i już dawno została przez naukę odrzucona i tylko wyjątkowo uparci „denialiści” nie chcą przyjąć tego jeszcze do wiadomości.

Równocześnie jednak, to pretendująca do „naukowości” książka, roiła się od, często monstrualnych, na poziomie szkoły podstawowej błędów, oraz celowych przekłamań, oczywistych dla każdego, kto odebrał jakąkolwiek edukację na poziomie przynajmniej średnim.

Kreacjonizm jednak, po kilkunastu latach medialnego brylowania, stopniowo zanikł, a dokładnie został z przestrzeni społecznej wyparty przez ideologię, jeżeli chodzi o podstawy (a właściwie ich brak) merytoryczne i naukowe, bliźniaczo wręcz podobną, ale znacznie bardziej finansowo, politycznie i prestiżowo dla swoich głosicieli atrakcyjną. Ideologię klimatyzmu.

Klimatyzm głosi, że „sam z siebie” nie może zmieniać się nie, jak twierdzili kreacjoniści, ziemski ekosystem, ale klimat. I jest on sterowany, nawet nie przez jakąś bliżej nieokreśloną „inteligencję”, ale przez inteligencję bardzo konkretną – ludzką. Ludzie bowiem i ich cywilizacja emitują ogromne ilości tzw. gazów cieplarnianych, a szczególnie dwutlenku węgla i tym samym, według klimatyzmu, zwiększają, polegający, w dużym uproszczeniu, na uwięzieniu w atmosferze części promieniowania słonecznego, ziemski efekt cieplarniany. W konsekwencji globalne temperatury mają lawinowo rosnąć, aż do upieczenia całej ziemskiej biosfery i zamiany Ziemi w drugą Wenus, włącznie.

Podobnie, jak to było w przypadku kreacjonizmu, również nasz lokalny polski klimatyzm, jest zdecydowanie wtórny i stanowi tylko prowincjonalną mutację klimatyzmu amerykańskiego. Już sami owi pierwotni klimatyści anglosascy, nie są zbytnio z nauką obznajomieni, skoro ich medialnym „frontmenem” musiała, z braku lepszych, bardziej kompetentnych kandydatów, zostać niepełnosprawna szwedzka licealistka. Poziom merytoryczny klimatyzmu polskiego, musi być więc jeszcze niższy. Jego przedstawiciele pozują na bardzo naukowych, choć po bliższym przyjrzeniu się, widać, że z tą naukowością jest bardzo „nie bardzo”. Sztandarowym dziełem i swoistym manifestem polskiego klimatyzmu jest pozycja „Nauka o klimacie”. (Nok) Jej omówieniu poświęcony będzie właśnie niniejszy esej.

Książka ta poraża czytelnika już na pierwszy rzut oka. Samą edycją. Autorzy deklarujący głęboką troskę o stan środowiska i zużycie ziemskich zasobów przyrodniczych, na wydanie swojego opus magnum oszczędzać tychże zasobów wyraźnie nie mieli zamiaru. Twarda okładka, wysokiej jakości, albumowy, papier, liczne kolorowe grafiki i zdjęcia, zużyły przecież masę nieodnawialnych zasobów naszej planety. Informacji, ile gazów cieplarnianych zostało wyemitowane w związku z drukiem tej książki, próżno jednak szukać. Poświęcona z grubsza tej samej tematyce, książka Marcina Adamczyka „Mity globalnego ocieplenia”, przy dwukrotnie niższej cenie, waży od „Nauki o klimacie” sześciokrotnie mniej. Proste przeliczenie prowadzi do konkluzji, że treść tej ostatniej książki jest od „NoK” trzykrotnie bardziej wartościowa.

A jak jest w takim razie z treścią „Nok”?

Tutaj od razu należy przyznać, że merytorycznie, pod względem naukowym, biją klimatyści kreacjonistów na głowę. Ilość i ciężar gatunkowy błędów, czy celowych zafałszowań, jest w „Nok” zauważalnie niższa, niż u wspomnianego Johnsona. Niestety jednak, jest to różnica wyłącznie ilościowa. W trakcie lektury widać bowiem, że autorzy „NoK” piszą rzeczach znanych im wyłącznie ze słyszenia, nawet, jeżeli się do tego słuchania starali pilnie przykładać. Świadczy o tym nawet używane słownictwo, np. „równowaga energetyczna”, w miejsce utartego w polskiej nomenklaturze naukowej zwrotu „równowaga termodynamiczna”, a także traktowanie ropy jako głównego „paliwa kopalnego”, co jest prawdą w USA, skąd klimatyzm pochodzi, ale do polskich węglowych realiów niezupełnie pasuje.

 Na stronie 23 „Nok”, oznajmia się z kolei czytelnikowi, że średnia temperatura powierzchni Ziemi wynosi 14 stopni Celsjusza, podczas gdy już w tabelce na stronie 56 możemy zobaczyć, że jest to 288 Kelwinów, czyli …15 stopni. Różnica jednego stopnia może nie wydawać się wielka, ale przecież o tyle właśnie, wg dogmatów klimatystów, miały wzrosnąć temperatury na Ziemi od „okresu przedprzemysłowego”. Czyżby zatem ten rzekomy wzrost był jedynie artefaktem pomiarowym, wynikającym z nieumiejętności klimatystów, przeliczenia temperatury w różnych skalach? Autorzy najwyraźniej nie wiedzą też nic o istnieniu drugiej zasady termodynamiki i cyklu Carnota. Jest to fundamentalne, wynikające z samej natury, ograniczenie wydajności, z jaką można przekształcić ciepło na pracę. Tymczasem, na stronie 231 „Nok”, czytamy, że „W wypadku paliw ciekłych, spalanych w pojazdach, […] przyjmuje się, że energia końcowa […] równa jest dostarczonej energii pierwotnej” [sic!!!]. Jak wynika z tego dosłownego cytatu, klimatyści święcie wierzą, że silnik spalinowy mógłby w zasadzie, wbrew termodynamice, przerobić całą energię cieplną zawartą w paliwie na ruch pojazdu, a jedynym ograniczeniem są w tej materii kwestie inżynierskie.

Podobnie też jak kreacjoniści, autorzy „Nok”, zamiast pojęć ścisłych, precyzyjnych i ilościowych, lubią używać metafor, przenośni, alegorii, porównań i innych poetyckich środków wyrazu. Najczęściej zupełnie nieadekwatnych. Tak jest przykładowo z rozdziałem 2.1, gdzie przedstawiono planetę Ziemię jako …domek. Domek ogrzewany piecykiem – czyli w tej analogii promieniowaniem słonecznym i pokryty izolacją – czyli powodującą efekt cieplarniany atmosferą. Nie fatyguje się jednak czytelników informacją, że taki domek na prerii traci ciepło przede wszystkim w wyniku przewodzenia przez ściany i dach. Planety zaś, wyłącznie w wyniku promieniowania. Tempo tego pierwszego procesu zależy od różnicy temperatur w środku i na zewnątrz. Tego drugiego zaś, od różnicy czwartych potęg temperatur. To bardzo znacząca różnica. Gdyby opisywany w „Nok” domek był planetą, to po podwojeniu wpływającego do niego strumienia energii, jego temperatura nie wzrosła by o 10 stopni, jak w „domkowej” alegorii, ale o ponad 60.

Mimo tej ogólnej niekompetencji naukowej, pojawiają się w książce także istne perełki. W rozdziale 2.5, ni z tego ni z owego, przedstawiony jest, jak najbardziej prawidłowo wyprowadzony, wielowarstwowy model efektu cieplarnianego. Niestety, tylko tyle. Mając już taki gotowy model, autorzy nigdzie później się do niego nie odwołują i z niego nie korzystają. Nie jest to bynajmniej przypadkowe zapomnienie.

W tabeli 2.9.1 podano bowiem niezwykle ważną informację, że gdyby w ziemskiej atmosferze, znajdował się, z gazów cieplarnianych, jedynie CO2, to pochłaniałby on wtedy 24,6% ziemskiego promieniowania podczerwonego. Czyli, dla dwutlenku węgla, liczba warstw cieplarnianych, w modelu wielowarstwowym efektu cieplarnianego, tak zwana grubość optyczna atmosfery, wynosiłaby na Ziemi n = 0,246. Wracając następnie do tabeli 2.4.1, znajdziemy tam dane, co prawda też w niewielkim stopniu odbiegające od źródeł naukowych, o temperaturach efektywnych, czyli takich, które występowałyby tam bez efektu cieplarnianego, planet układu słonecznego – Marsa i Wenus. Planety te znajdują się właśnie w takiej sytuacji jak opisana wyżej – jedynym gazem cieplarnianym w ich atmosferach jest CO2. Tyle że na Marsie jest go, licząc na masę, 26 razy a, na Wenus aż 163 tysiące razy więcej niż na Ziemi. Składając te wszystkie, zaczerpnięte przecież z samej „Nok”, informacje do kupy, możemy teraz obliczyć temperatury, jakie, według wierzeń klimatystów, powinny na tych planetach panować. Są to odpowiednio 350,6 Kelwinów (75 stopni Celsjusza) na Marsie i 3113 Kelwinów na Wenus. Już rozgrzany do temperatury, niewiele niższej niż temperatura wrzenia wody, Mars, imponuje. Ale temperatury na Wenus sięgnęłyby już wartości nie planetarnych, ale gwiezdnych. Tak naprawdę, grubo ponad połowa gwiazd w naszej Galaktyce, jest chłodniejsza. Przypomina ponownie autor, że całego tego oszacowania dokonano wyłącznie w oparciu o dane i model zaprezentowane przez samych klimatystów. Ocenę, czy oni sami nie potrafiliby dokonać takiego obliczenia, pozostawia zaś domyślności czytelników.

Klimatyści jednak, jak już wspomniano, sami, z, przez samych siebie prezentowanego modelu efektu cieplarnianego, nigdzie nie korzystają. A czego używają w zamian? Kreacjoniści lubowali się w posługiwaniu się terminami, które na pierwszy rzut oka wyglądały naukowo, jak np. „cecha projektu”, czy „nieredukowalna złożoność”, ale których, na wszelki wypadek, nigdy dokładnie, precyzyjnie, ilościowo, nie definiowali. Klimatystycznym odpowiednikiem „nieredukowalnej złożoności” jest „wymuszenie radiacyjne”. Sami autorzy „Nok” szczerze też, na str. 69 deklarują, że nie zamierzają go szczegółowo omawiać. Z kontekstu wynika, że chodzi tu o dodatkowy strumień promieniowania docierający do powierzchni Ziemi, powstały wskutek zwiększenia efektu cieplarnianego. Na stronach 83-86 usiłują autorzy nawet wywieść, jak zmieniałoby się owo wymuszenie radiacyjne, w zależności od zmian stężenia dwutlenku węgla w ziemskiej atmosferze. Nie czynią tego jednak w sposób naukowy, czyli odwołując się od jakiejś głębszej zasady fizycznej, tylko wyprowadzają tzw. wzór empiryczny, poprzez obserwację zachowania …nie, nie, wcale nie rzeczywistej atmosfery, ani nawet wyników pomiarów w laboratorium. Robią to obserwując zachowanie …symulacji komputerowej! [sic!!!] Gdyby zechcieli odwołać się własnego modelu wielowarstwowego, to odkryliby, że tak zdefiniowane wymuszenie radiacyjne, zmienia się proporcjonalnie do ilorazu (2*n+1)/(n+1), czyli właśnie, jak zdumieni odkryli, dla małych n jest z grubsza liniowe, a dla dużych n – logarytmiczne.

Oprócz błędów wynikających z ignorancji naukowej autorów, są niestety także w „Nok” manipulacje zupełnie celowe. Każde z nich z osobna można uznać za drobne, ale razem wzięte mają swoją wagę. Do takich przemyconych niby mimochodem wrzutek, można przykładowo zaliczyć stwierdzenie ze strony 151, jakoby albedo wody wynosiło 10%. Tak jest owszem, ale w tropikach. Albedo wody bowiem zależy bardzo silnie od kąta padania promieni słonecznych, o czym mógł się przekonać każdy obserwator zachodu Słońca nad morzem i w okolicach polarnych, o których właśnie w kontekście tego albedo autorzy piszą, jest ono znacznie wyższe. Nie jest też prawdą, jakoby dopiero w roku 2010 jachty żaglowe mogły pokonać, wolne już wtedy od lodów, arktyczne Przejście Północno-Zachodnie. Już bowiem w roku 1977 takiego przejścia dokonał i to samotnie, belgijski żeglarz Villy de Roos. Do emisji CO2 wliczona jest też produkcja cementu, a przecież cement produkuje się wyłącznie w tym celu, żeby przerobić go na zaprawę i beton, w którym to procesie, wchłania on z powrotem wyemitowany w trakcie jego produkcji CO2. Podobnie jest z emisjami z rolnictwa. Metan emitowany przez zwierzęta hodowlane, powstaje z węgla zawartego w paszy, a rośliny tą paszą będące, pobierają ten pierwiastek z atmosferycznego CO2.Ta część „emisji’, podobnie jak w przypadku cementu, krąży zatem w obiegu zamkniętym. No, ale jakoś przecież przeforsowanie zakazu produkcji i spożywania mięsa, trzeba „naukawo” uzasadnić.

Jak już wspomniano, „Nauka o klimacie” udając dzieło popularno-naukowe, faktycznie jest manifestem ideologicznym i ma tej ideologii dostarczać uzasadnień „naukowych”. W rozdziale 4.1 mamy to wyłożone wprost, bez ogródek. Na stronie 238 przedstawili autorzy podstawowy dogmat klimatyzmu „bogactwo=zużycie energii=emisja CO2”. A ponieważ to ostatnie prowadzi, czemu poświęcona jest cała książka, do zagłady, to ostatecznie chodzi o to, aby wbić czytelnikom do głowy skojarzenie „bogactwo = zagłada” Stronę wcześniej mamy też wyłożony cel polityczny klimatystów, który pozwolimy sobie zacytować w całości;

Według różnych szacunków, bez paliw kopalnych, nawet przy dobrej organizacji społecznej, pojemność środowiska spadłaby do poziomu 2-3 mld osób. Dla 2/3 ludzkości nie byłoby miejsca na Ziemi..

Zważywszy na fakt, że cały wysiłek autorów „Nok” jest skoncentrowany właśnie na zwalczaniu paliw kopalnych i na postulowaniu ich całkowitego wyeliminowania, wniosek jest jednoznaczny. Klimatyści nie tylko nie przewidują dla nas miejsca na Ziemi, ale deklarują to szczerze wprost, bez żadnych zahamowań. Na szczęście dla masowej eksterminacji jest jednak pewna alternatywa, wąska furtka. Zamiast wysyłać zbędne miliardy ludzi na rozkurz, można, w zamian, wyzbyć się ”bogactwa”, co ma być tym łatwiejsze, że jest ono rzekomo skoncentrowane wśród „najbogatszego 1%” (str. 241).Jak wszyscy rewolucjoniści w dziejach, również klimatyści zapewniają, że „redukcja bogactwa” ma dotknąć jedynie tych obrzydliwie bogatych z górnego 1 %, a w żadnym razie tych, którzy, za przewodem klimatystów „grabić zagrabione” pójdą. Aby utwierdzić wyznawców w bezalternatywności takiego rozwiązania, omawiają autorzy „Nok”, trzeba im to przyznać, w rozdziale 5.7, różne, nie wymagające tak drastycznych „przekształceń społeczno-własnościowych”, metody przeciwdziałające wzrostowi temperatur i/lub stężeń CO2 w ziemskiej atmosferze. Przy czym ilość miejsca poświęconego danej metodzie, jest odwrotnie proporcjonalna do jej faktycznej użyteczności. Najbardziej sensowne projekty, jak np. nawożenie oceanów żelazem, doczekują się króciutkich wzmianek, a nawadnianie pustyń lądowych jest przemilczane całkowicie, natomiast pomysły bezsensowne, omawia się szeroko i szczegółowo. Efekt końcowy jest taki, jak być powinien – czytelnik ma być przekonany, że jedyną alternatywą „redukcji bogactwa”, jest jedynie …”redukcja populacji”.

Osoby z zewnątrz sekty, bywają często przekonane, że jednym z jej celów jest promocja, alternatywnych wobec energetyki opartej na paliwach kopalnych, tzw. odnawialnych źródeł energii, (OZE). Tak, owszem, było, dopóki klimatyści uważali, że OZE nigdy nie będą w stanie odgrywać znaczącej roli ekonomicznej. Mylili się jednak. Jeszcze w „Nok” znajdziemy ślady lekceważącego traktowania OZE, ze stwierdzeniem, że w roku 2017 pokryły one „zaledwie” 2,2% globalnego zapotrzebowania na energię, na czele. Już ta liczba jest znacznie zaniżona, albowiem wg raportów firmy BP było to 3,5%. A w kolejnym, 2018 roku już 4%. Łącznie bezemisyjne źródła energii, również atom i elektrownie wodne, stanowiły w 2018 roku 15,6% ogółu i tylko w ciągu jednego roku ten odsetek wzrósł o prawie 1 pkt procentowy. Niezwykle dynamiczny rozwój OZE, staje się zatem, coraz większym zagrożeniem dla ideologii klimatystycznej i chociaż w „Nok” bezpośredniej ich krytyki jeszcze nie znajdziemy, to w bieżącej publicystyce, klimatyści tacy powściągliwi już nie są.

„Nauka o klimacie” pozuje na dzieło naukowe w sumie znacznie bardziej umiejętnie niż niegdysiejsza propaganda kreacjonistyczna. Jednak nadal jest to tylko poza. Klimatyści, traktują naukę jedynie jako narzędzie, do głoszenia swojej wizji świata, a w dodatku, nie potrafiąc nawet prawidłowo przeliczyć temperatury ze skali Kelwina na Celsjusza, posługują się tym narzędziem dość nieudolnie. „Nauka o klimacie” może robić wrażenie swoją „cegłowatością”, jakością edycji, masą kolorowych zdjęć i schematów. Ale powoływanie się na to dzieło w poważnej dyskusji, świadczyłoby o pewnej ułomności intelektualnej.

Dlaczego jednak ideologia klimatyzmu odniosła tak duży sukces medialny i finansowy, natomiast bliźniacza ideologia kreacjonizmu, zginęła w otchłani historii? Ian Morris, autor niezwykle ciekawej pracy o historii cywilizacji „Dlaczego Zachód rządzi – na razie”, dokonał pewnego ważnego spostrzeżenia.

 „Każda epoka dostaje taką myśl, jakiej potrzebuje”.

Kiedy w jakimś społeczeństwie, niezależnie od kręgu kulturowego, dowodzi Morris, pojawiają się jakieś bariery natury ekonomicznej, społecznej, czy ekologicznej, które hamują dalszy rozwój tego społeczeństwa, z reguły pojawia się też w takiej populacji jakaś myśl, idea, która uzasadnia, czasami bardzo nieortodoksyjne działania, które jednak w rezultacie umożliwiają pokonanie owych barier i dalszy rozwój. O tym zatem, które z licznie w każdym czasie powstających ideologii, okażą się atrakcyjne i zyskają popularność, decydować ma ich użyteczność w uzasadnianiu zmian koniecznych do pokonania przeszkód w rozwoju cywilizacyjnym i ekonomicznym. Użyteczność mierzona też oczywiście sukcesem ekonomicznym, jaki w rezultacie odniosą owej idei twórcy i propagatorzy.

Ideologia klimatyzmu, odniosła od kreacjonizmu dużo większy, mierzony liczbą wyznawców i skalą politycznych wpływów, sukces. Nieomylnie oznacza to, że, inaczej niż jej poprzedniczka, odpowiada ona na jakieś istotne wyzwania w rozwoju obecnej cywilizacji globalnej. Tym wyzwaniem okazuje się być, trwająca od początku lat 70 XX wieku, ewolucja energetyczna ziemskiej cywilizacji i jej, powolne i nieregularne, ale niemniej od 1970 roku wyraźne, odchodzenie od paliw kopalnych Początkowo dzięki energetyce jądrowej, później, od 2007 roku, na rzecz OZE. Klimatyzm jest po prostu jakąś próbą ideowego uzasadnienia tego przejścia.

Jest to jednak próba zdecydowanie nieudolna. Przyczyny, trwającej już prawie pół wieku transformacji energetycznej, są bowiem czysto ekonomiczne i nie mają związku z żadnymi, zachodzącymi podobno równolegle, zmianami klimatycznymi. Niekopalne źródła energii są już zwyczajnie tańsze i bardziej wydajne niż węgiel czy ropa, a narastająca histeria i widoczna radykalizacja klimatystów, nieomylnie oznacza, że problemy związane z tymi paliwami są coraz bliższe rozwiązania. A ekstremiści stają się coraz bardziej ekstremalni, bo te rozwiązania nie są po ich myśli. Nie wymagają ani „redukcji strumienia populacji”, ani nawet „likwidacji bogactwa” i odgórnego „ograniczenia konsumpcji”.

Popkiewicz M. i in, „Nauka o klimacie” wyd. Sonia Draga 2019

4 myśli na temat “Nieucy o klimacie

  1. Emisje z budownictwa i produkcji rolnej nie polegają na krążącym w zamkniętym obiegu CO2. W przypadku produkcji cementu, nawozów sztucznych itp. kluczowym składnikiem jest ciepło przemysłowe; odpowiednio wysokie temperatury uzyskuje się spalając głównie gaz ziemny. Dochodzi do tego transport substratów i produktów do odbiorców. W przypadku rolnictwa dochodzi jeszcze likwidacja absorbujących CO2 ekosystemów: lasów namorzynowych, mokradeł; na pastwiska oraz fermy przemysłowe.

    Polubienie

    1. „odpowiednio wysokie temperatury uzyskuje się spalając głównie gaz ziemny.”

      Ale to są emisje ze spalania paliw kopalnych. Emisje z samego cementu są liczone osobno – błędnie.

      ” W przypadku rolnictwa dochodzi jeszcze likwidacja absorbujących CO2 ekosystemów”

      Czyli nie są to emisje z rolnictwa. Tylko efekt deforestracji.

      Polubienie

  2. Koleś, jeśli serio uważasz że nie ma globalnego ocieplenia, to wyjdź na dwór i ulep bałwanka.

    Ostatnia śnieżna zima w Polsce, taka podczas której śnieg zalegał dłużej niż 2 tygodnie, była na przełomie 2012/2013 r. W ostatnich latach nie ma nawet tego. Wiesz jaką gigantyczną suszę to spowoduje i jak bardzo Polska będzie miała przerąbane przez to?!!!

    http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25624254,zima-zla-ale-brak-zimy-jeszcze-gorszy.html

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s