Zielony ląd i czarna śmierć

Na początku był ogień. Gatunek inteligentny i świadomy, ze swoim niezwykle rozbudowanym i złożonym mózgiem, nie mógłby na Ziemi powstać, gdyby chemia ziemskiej atmosfery nie umożliwiała zachodzenia reakcji spalania. Opanowanie ognia, nie tylko było pierwszą zmianą technologiczną w ludzkiej historii, ale wręcz sam rodzaj Homo stworzyło. Obróbka termiczna pożywienia, umożliwia bowiem pozyskanie z tej samej masy pokarmu znacznie większej ilości energii, niż w przypadku surowizny i tym samym na utrzymanie tak energochłonnego organu jak ludzki mózg. Bez ognia niemożliwa jest inteligencja. Nie jest przypadkiem, że pierwszy inteligentny gatunek na Ziemi powstał dopiero po 4,5 miliarda lat jej istnienia, co jest znaczącym ułamkiem wieku całego Wszechświata. Nie jest też przypadkiem, że żadnego takiego gatunku nie można znaleźć nigdzie indziej we Wszechświecie. Bez zapewnienia odpowiedniego źródła zasilania, inteligencja w toku ewolucji nie powstanie, niezależnie od tego, jak silna będzie presja doboru naturalnego na takie rozwiązanie.

Ogień, czy, jak to się bardziej precyzyjnie wyraził Richard Wrangham w swojej znakomitej książce na ten temat, gotowanie stworzyło człowieka. I gotowanie nas przy życiu utrzymuje. Ludzki układ pokarmowy jest już dziś zdecydowanie za mały i za mało wydajny, aby jego właściciel mógł przeżyć na surowym pożywieniu. Dieta surowa, choćby nie wiadomo jak starannie komponowana i przygotowywana, w dłuższej perspektywie czasowej nieuchronnie prowadzi do śmierci głodowej. Opanowanie ognia jest więc nie tylko pierwszym w historii ludzkości energetycznym przejściem fazowym, ale i przejściem jednokierunkowym, swoistą zapadką termodynamiczną. Powrót do poprzedniej formy ewolucyjnej nie jest już możliwy.

Rodzaj ludzki wraz z opanowaniem ognia, stał się, z ekologicznego punktu widzenia, drapieżnikiem szczytowym. Polował na wszystkie inne gatunki, żaden natomiast, poza ewentualnie innymi ludźmi, nie polował na niego. Gotowanie posiłków umożliwiło mu też, również jako jedynemu gatunkowi na planecie, tworzenie zaawansowanych narzędzi, w tym, znów po raz pierwszy „narzędzi drugiego rzędu” – czyli narzędzi używanych do produkcji innych narzędzi, oraz zaskakująco wysublimowanych dzieł sztuki, w tym, do dzisiaj zatykającego dech w piersiach, malarstwa jaskiniowego. Ale i też na tym się to zatrzymało. Mimo swojej inteligencji, łowcy-zbieracze nie mogą pozyskać z ekosystemu, więcej niż kilka procent uwięzionej w nim energii słonecznej, czyli, tzw. produkcji pierwotnej netto. W konsekwencji ich liczebność, tak samo, jak liczebność wszystkich innych drapieżników, jest regulowana przez równania znane w ekologii pod nazwą modelu Lotki – Volterry. W sposób strukturalny zabraniają one, pod groźbą wyginięcia, przekroczenia przez populację drapieżników pewnego progu liczebności, a tym samym blokują powstanie w takiej populacji, niezależnie od tego, jak bardzo inteligentne są pojedyncze osobniki, społeczności bardziej złożonych, społecznego podziału pracy i wielkoskalowych sieci wymiany genów towarów i idei, czyli krótko pisząc – cywilizacji.

Aby do tego doszło, potrzebne jest kolejne termodynamiczne przejście fazowe, które na Ziemi przyjęło postać tzw. rewolucji neolitycznej, będącej skutkiem powstania rolnictwa. Zamiast pozyskiwać gotowane przez siebie pożywienie wprost z natury, ludzie zaczęli je wytwarzać. Konsekwencje tego faktu były niewiele tylko mniej znaczące niż konsekwencje poskromienia ognia. Rolnicy nie tylko są w stanie pozyskać z biosfery znacznie większy odsetek jej produkcji, ale mogą również, poprzez nawadnianie, nawożenie, pielenie i inne zabiegi agrotechniczne, znacząco podnieść samą produkcję pierwotną danego obszaru. Per saldo z tej samej powierzchni średnio może się wyżywić stukrotnie więcej rolników, niż łowców zbieraczy. Z ekologicznego punktu widzenia, rolnicy przestają być superdrapieżnikami, a stają się supersymbiontami. W przeciwieństwie do uwięzionych w kleszczach atraktorów równań L-V łowców, liczebność rolników staje się zmienna i niestabilna. Powstaje więc społeczność, w przeciwieństwie do łowców zbieraczy, zdolna do rozwoju i adaptacji, tworzenia i wdrażania zmian. Powstaje cywilizacja.

Przewaga rolników nad łowcami, a już na pewno wczesnych neolitycznych rolników, nie jest jednak bynajmniej ewidentna. Rolnictwo, kiedy już powstało, rozprzestrzeniało się po świecie zaskakująco powoli. Wyparcie łowców z niektórych lokalizacji zajmowało rolnikom niekiedy nawet tysiące lat. Jednak i tu mieliśmy do czynienia z efektem zapadki. Rolnictwo, niezależnie od tego jak ślamazarnie by się nie rozprzestrzeniało, nigdy się już nie cofnęło i łowcom miejsca z powrotem nie ustąpiło.

Z jednym wyjątkiem.

W przeciwieństwie do statycznych, niezmiennych w czasie i przestrzeni, kultur łowców, cywilizacja rolnicza ewoluuje wręcz błyskawicznie. Tym większe może być zaskoczenie, że ów wyjątek, nie dotyczy prymitywnej cywilizacji z dolnego neolitu, ale cywilizacji niezwykle już zaawansowanej, z późnego okresu żelaza.

Od VIII wieku na północnym Atlantyku zachodziła bowiem ekspansja pochodzących ze Skandynawii Normanów, zwanych też dzisiaj wikingami. Kolonizacja ta, przez samych zainteresowanych zwana landamem, czyli „objęciem (w posiadanie) ziemi”, doprowadziła do powstania wielu, wywodzących się z tej grupy etnicznej społeczności, od wyspy Man po Islandię, które w większości istnieją tam do dzisiaj. W większości ale nie w całości. Najbardziej oddalone od macierzystej Skandynawii normańskie kolonie w Ameryce Północnej, a zwłaszcza na największej wyspie tego kontynentu – Grenlandii przetrwały tam pół tysiąclecia, ale w końcu zostały wyparte przez populację eskimoskich łowców – zbieraczy, co jest wydarzeniem bez precedensu w historii ludzkiej cywilizacji.

Pierwsi Normanowie osiedlili się, na bezludnej wtedy, Grenlandii pod koniec X wieku, a na początku kolejnego stulecia dotarli i do kontynentu amerykańskiego. Ich potomkowie żyli tam jeszcze ponad cztery stulecia później, w wieku XV, kiedy w Polsce panował Władysław Jagiełło. A potem, nie wiadomo kiedy dokładnie, zniknęli. Kiedy w XVIII wieku do miejsca dawnych grenlandzkich osad dotarli ponownie Duńczycy, zastali tam tylko ruiny i grupy utrzymujących się z łowiectwa, żyjących w erze przedcywilizacyjnej, Eskimosów.

Historia amerykańskich wikingów, ze względu na ich, wyprzedzające o pół millenium dokonania Kolumba, eksplorację Ameryki, oraz na ich tajemnicze zniknięcie, jest owiana legendami i tajemnicami i mimo intensywnych badan historycznych i archeologicznych, daleka jest od wyjaśnienia. Hipotez na ten temat powstało multum i właściwie każda z nich jest w stanie wytłumaczyć jakąś część znanych archeologicznych i historycznych faktów, ale żadna wszystkich. Ze względu zresztą na szczupłość tych źródeł, owych hipotez autorzy tych hipotez, zamiast dopasowywać je do skąpo wydzielanych przez historię danych, dopasowują je raczej do własnych ideologicznych fiksacji.

Tak jest również z najbardziej obecnie popularnym i poniekąd kanonicznym poglądem na ten temat. Jego najbardziej znany i wpływowy popularyzator, Jared Diamond, szczegółowo opisał tą hipotezę w swojej książce „Upadek”. Rdzenni Grenlandczycy, głosi Diamond, wymarli z głodu, wskutek wyczerpania zasobów naturalnych, zniszczenia środowiska i zmian klimatu.

Faktycznie gospodarka rolnicza, którą ustanowili na Grenlandii Normanowie, przyczyniła się znacząco do dewastacji ekologicznej tego rejonu. Wycięto m in wszystkie drzewa i odtąd Grenlandczycy borykali się z notorycznym brakiem drewna. Brak drewna oznaczał też poważne problemy w produkcji, niezbędnego normańskiej gospodarce, żelaza. Wylesienie i nadmierne wypasy hodowanych zwierząt, owiec i krów, pociągnęło też za sobą erozję miejscowych gleb, a tym samym spadek plonów. Kiedy tylko klimat nieco się oziębił, komunikacja z Europą, skąd tylko mógł przejść ratunek, zerwała się, a rdzenni Grenlandczycy mieli zwyczajnie umrzeć z głodu.

Trudności te nie mogą być jednak przeceniane. Warunki klimatyczne i ekologiczne dla normańskiego osadnictwa na Grenlandii, chociaż trudne, obiektywnie nie były gorsze niż na innych zasiedlonych przez nich terenach. Największe skupisko osadnicze na Grenlandii, zwane Osiedlem Wschodnim leży na szerokości geograficznej Szetlandów, Nieco mniejsze i wbrew swojej nazwie, położone bardziej na północy, Osiedle Zachodnie – Wysp Owczych, a na obu tych archipelagach, jak zresztą i na wysuniętej jeszcze bardziej na północ Islandii, społeczności normańskie istnieją stabilnie aż do dzisiaj. Okres wegetacji jest na Grenlandii dłuższy niż na Islandii, a gleby lepsze i mniej podatne na erozję. Brakujące im drewno i żelazo sprowadzali Grenlandczycy z Europy, oraz pozyskiwali z kontynentalnej Ameryki, zwanej przez nich Winlandią, którą penetrowali znacznie dłużej i bardziej intensywnie, niż się to historykom jeszcze do niedawna wydawało.

Ostatnie znane szczątki Grenlandczyków, odkopane z XV wiecznego cmentarza, są pochowane z pełnym chrześcijańskim ceremoniałem, ubrane według najnowszej wtedy europejskiej mody, co świadczy o tym, że kontakt z Europą nie urwał się bynajmniej definitywnie, nie noszą też żadnych śladów degeneracji, czy niedożywienia. Temperatury wtedy też nie były jakoś specjalnie niskie. W XV wieku było na Grenlandii cieplej niż w wieku XIV, czy XVI. W najwcześniej, bo już w połowie wieku XIV, porzuconym Osiedlu Zachodnim, pozostało po jego mieszkańcach mnóstwo zdziczałych zwierząt hodowlanych, co przecież nie miałoby miejsca, gdyby owi mieszkańcy pomarli z głodu.

Dlatego wszystkie teorie odwołujące się do zniszczenia środowiska, zmian klimatycznych, głodu, etc są bardzo mało wiarygodne.

Ale oczywiście nie są jedyne. Inny popularny pogląd traktuje osiedla grenlandzkie, nie tak, jak wszystkie inne ówczesne normańskie Landnamy, jako miejsce do stałego osiedlenia się, tylko jako coś w rodzaju faktorii handlowej, której głównym celem było pozyskiwanie egzotycznych, drogich i poszukiwanych przez ówczesne europejskie elity towarów – kłów i skór morsów i futer niedźwiedzi polarnych, oraz zyskowny handel nimi. Kiedy tylko ceny kłów morsów – najważniejszego grenlandzkiego towaru eksportowego, spadły, a równocześnie trudności w pozyskiwaniu tego surowca, wskutek pojawienia się na tradycyjnych terenach łowieckich, zwanych przez Grenlandczyków Nordsetą, eskimoskiej konkurencji, wzrosły, grenlandzcy Normanowie po prostu zwinęli interes i przenieśli się z powrotem na Islandię czy wręcz do Norwegii. Teoria ta jednak również nie jest satysfakcjonująca. Kryzys popytowy na rynku kości zapewne odegrał, jak o tym jeszcze będzie mowa, jakąś rolę, ale na pewno nie decydującą. Wikingowie przedstawiani są we współczesnej kulturze nieodmiennie jako straszliwi wojownicy i grabieżcy, zdecydowanie rzadziej jako rzutcy i przedsiębiorczy kupcy. Tak też widziały ich i opisywały inne współczesne im kultury. Natomiast sami siebie Normanowie tak bynajmniej nie postrzegali.

Tym co pchało Normanów do zasiedlenia Grenlandii i prób osadnictwa w Ameryce,  nie było poszukiwanie towarów na handel, tylko ziemi do uprawy i osiedlania się. Życiowym celem każdego Normana nie było bowiem bynajmniej łupienie, ani zyskowne operacje handlowe. To były, co najwyżej, środki do celu, jakim było bycie bogatym gospodarzem na dużym gospodarstwie. Zasiedlając Grenlandię nie mogli Normanowie przewidzieć, że spotka ich w przyszłości deficyt drewna i żelaza i że będą rozpaczliwie potrzebować towarów na wymianę. Lukratywny handel kłami morsów rozwinął się wiele lat po grenlandzkim Landnamie. Tym bardziej nie powinno to dziwić, zważywszy na fakt, że Grenlandia jest naprawdę dużym lądem – największą wyspą świata i Nordseta – tereny gdzie Normanowie na morsy polowali, od normańskich osiedli były oddalone o ponad tysiąc kilometrów. Z drugiej strony, spadek cen i kryzys na tym rynku nastąpił już w połowie XIII wieku. Mniej więcej w tym samym czasie doszło też do pierwszych, niezbyt zresztą przyjaznych, kontaktów z przybyłymi z północy ludźmi kultury Thule, których dzisiejszych potomków znamy jako Eskimosów. Mimo tego, Grenlandczycy bynajmniej interesu nie zwijali i utrzymali się w swoim domu jeszcze dwa stulecia.

Kolejna grupa hipotez jest związana właśnie z tymi północnymi najeźdźcami. Eskimosi mieli rdzennych Grenlandczyków po prostu wymordować, w całości, lub w męskiej części, kobiety zaś zgwałcić i uprowadzić.

Istotnie, znane w źródłach kontakty miedzy tymi populacjami nie były najlepsze i od początku nacechowane były sporą dawką przemocy. Z drugiej jednak strony badania genetyczne nie znalazły w dzisiejszej eskimoskiej populacji wyraźnych genetycznych wpływów normańskich. W znaleziskach archeologicznych brak też jakichkolwiek śladów walk, spalonych i splądrowanych domostw, zwłok ludzi padłych w boju, etc…

Nie ma w tym nic dziwnego. Chociaż bowiem łowcy zbieracze żyjąc w stanie pierwotnej anarchii, nie znając ani prawa, ani własności prywatnej, nie mają nic przeciwko napadom na rolników i rabowaniu ich, dla łowców „niczyjego”, dobytku, na co w historii są liczne przykłady, to jednak dzicy nie są w stanie na serio zagrozić cywilizacji, która zawsze ma nad nimi druzgoczącą przewagę nie tylko technologiczną i organizacyjną, ale i liczebną. Nawet tak osamotnione placówki jak Osiedle Wschodnie, bez trudu mogły do swojej obrony wystawić ponad tysiąc uzbrojonych ludzi. Eskimoscy łowcy zbieracze, żyli zaś w rozproszonych kilkudziesięcioosobowych grupach klanowych. Nawet jeżeli 2-3 takie grupy, bo na pewno już nie większa ich liczba, mogły się w celu wspólnego złupienia rolników dogadać, to i tak dawało to stosunek sił 10:1 na korzyść obrońców.

Napadać na samotne, oddalone od sąsiadów farmy – owszem. Ale nie na osady zamieszkałe przez wielotysięczną populację. Hipotezę eskimoskiego najazdu osłabia też fakt, że zasoby eksploatowane przez Normanów (głównie pastwiska) i Eskimosów (głównie pełnomorskie łowiska) jedynie w niewielkim stopniu pokrywały się ze sobą. Można się zatem raczej spodziewać, że te dwie populacje generalnie ignorowały się nawzajem.

Z jakiegoś powodu natomiast, handel miedzy nimi nigdy się nie rozwinął na jakąś znaczącą skalę. Pewnie dlatego, że Grenlandczycy nie mieli zbyt wielu produktów na wymianę. Najbardziej pożądanych przez łowców-zbieraczy metali, sami nie mieli na zbyciu.

Skoro zatem nie wyczerpanie zasobów, nie zmiany klimatyczne, nie trendy ekonomiczne i nie eksterminacja Normanów z rąk Eskimosów doprowadziły do ich zniknięcia z Grenlandii, to co?

Jak już wspomniano, warunki przyrodnicze na Grenlandii, nie były dla normańskiej gospodarki gorsze niż w innych miejscach, gdzie do landnamu doszło, a od islandzkich były nawet lepsze. Grenlandia ma jednak, w porównaniu z Faroerami, czy Szetlandami, trzy istotne minusy, z których dwa zostały zauważone i opisane jeszcze przez Diamonda, ale jeden jakoś umyka wszystkim dotychczas zajmującym się tym zagadnieniem autorom, pewnie dlatego, że są to głównie humaniści, nie mający solidnej wiedzy z dziedziny statystyki. Pierwsza wada to obecność wrogo nastawionej populacji Eskimosów, co w innych miejscach zasiedlonych przez normańską diasporę nie miało miejsca. Oczywiście, jak już była o tym mowa, łowcy zbieracze nigdy nie są w stanie militarnie zagrozić znacznie liczniejszym populacjom rolniczym. Sama obecność dzikusów stanowi jednak dodatkowe obciążenie ekonomiczne. Trzeba zachowywać nieustanną czujność, utrudnione stają się wszystkie dalsze wyprawy, zwłaszcza na Nordsetę.  Koszty pozyskiwania kłów i skór morsów gwałtownie musiały wzrosnąć, a tym samym pogorszyć bilans handlowy.

Drugim minusem Grenlandii jest jej oddalenie od Europy. Nie tylko utrudniało to wymianę handlową, zwłaszcza kiedy warunki nautyczne na północnym Atlantyku się w XIV wieku pogorszyły. Wystąpił także jeszcze inny efekt. W gospodarce rolniczej, zwanej też maltuzjańską, występują bowiem swoiste cykle demograficzno-ekonomiczne. Po wprowadzeniu jakiejś innowacji technologicznej, czy organizacyjnej, bądź tylko skolonizowaniu, jak właśnie w omawianym przypadku, nowych terenów, następuje wzrost gospodarczy i produkcja (rolna) rośnie. Wcześniej czy później jednak, wzrost demograficzny dogania wzrost produkcji, warunki życia się pogarszają, gospodarka wpada w kryzys i stagnację, co w końcu kończy się ogólnym załamaniem i zapaścią cywilizacyjną. Długość takiego cyklu zależy zaś od ogólnej wielkości cywilizacji, w której on zachodzi. Dla populacji liczącej dziesiątki i setki milionów osobników, pełny taki cykl, od kryzysu do kryzysu może trwać nawet ponad tysiąc lat. Dla populacji liczonej w tysiącach, jest jednak około dwukrotnie krótszy. Izolacja Grenlandczyków od reszty Christianitas, nawet niepełna, sprawiła, że stracili oni swoistą synchronizację z cywilizacją macierzystą i weszli we własny cykl, znacząco, wskutek ich niewielkiej liczebności, krótszy od cyklu właściwego, chrześcijańskiego.

I tu dochodzimy do trzeciego, mniej oczywistego i zwykle ignorowanego minusa. Grenlandia, jak już o tym autor wspominał, jest wielka, ale ta jej część, która się nadawała dla normańskiego osadnictwa, jest z kolei …mała. Grenlandczyków nigdy nie było więcej niż kilka tysięcy, o rząd wielkości mniej niż Islandczyków. A mniejsza populacja, jeżeli jest dodatkowo odizolowana, nie tylko przyśpiesza nadejście maltuzjańskiego przeznaczenia, ale jest też narażona na większe proporcjonalnie losowe wahania swojej liczebności. Odchylenie standardowe, wartość określająca zakres takich wahań, jest bowiem proporcjonalne do pierwiastka kwadratowego z wielkości populacji. Jakoś tak umyka powszechnej uwagi, że pierwszy grenlandzki kryzys demograficzny, połączony z porzuceniem Osiedla Zachodniego, nastąpił w połowie XIV wieku. Dokładnie wtedy, kiedy w Norwegii, której króla władzę Grenlandczycy nad sobą uznawali, połowa populacji zmarła w trakcie epidemii Czarnej Śmierci. Zadziwiające, że wszyscy, przynajmniej milcząco, zakładają, że epidemia ta nigdy nie dotarła do Grenlandii. Owszem Grenlandia, z całej atlantyckiej normańskiej diaspory, była najbardziej izolowana, ale przecież nie całkowicie. Wskutek małej liczebności populacji, dżuma, kiedy już się tam pojawiła, mogła wybić nawet i 90% mieszkańców, a w porzuconym Osiedlu Zachodnim – wszystkich. W Europie były przecież miasta, które wymarły całkowicie. Islandia, czy Faroery mogły wyrównać taki ubytek wskutek imigracji nowych mieszkańców, ale Grenlandia miałaby z tym dużo większe problemy.

Nawrót epidemii gdzieś w połowie XV wieku, mógł zaś zredukować populację na tyle, ze ocalali zdecydowali się po prostu porzucić Grenlandię i przenieść się na Islandię, czy nawet do Norwegii. Takim losowym wydarzeniem, które ostatecznie dobiło kolonię, mógł być też napad piratów. W XV wieku pirackie okręty były już uzbrojone nawet w działa, a nowo zakładane np. na Wyspach Kanaryjskich miasta, właśnie w obawie przed morskimi rabusiami, budowano w pewnej odległości od morza. Takiej opcji, cofnięcia się w głąb lądu, Grenlandczycy nie mieli i wobec uzbrojonej w artylerię pirackiej flotylli, gdyby taka się u ich wybrzeży pojawiła, byli właściwie całkowicie bezbronni.

Bezpośrednią przyczyną, bezprecedensowego w skali światowej, zaniku cywilizacji na Grenlandii, byłaby więc epidemia, czy piraci, ale przyczyną zasadniczą, izolacja grenlandzkiej enklawy od jej cywilizacji macierzystej i jej niewielkie rozmiary, co skutecznie skróciło maltuzjański cykl cywilizacyjny i czyniło grenlandzkie osiedla podatnymi na takie właśnie wydarzenia losowe. Do ich całkowitej zagłady wystarczyły takie dwa. A miejsce opuszczone przez cywilizację zajęli dzicy.

Jest jednak jeszcze jedna hipoteza wyjaśniająca zniknięcie grenlandzkich chrześcijan. Hipoteza szalona i nie ma co ukrywać, bardzo mało prawdopodobna. Rdzenni Grenlandczycy mieliby, wg niej, zostać, ni mniej, ni więcej, ale …porwani przez obcą cywilizację i wywiezieni na pokładach jej statków. No, statków morskich, nie kosmicznych.

Twórca tej hipotezy, Gavin Menzies nie jest w środowisku historycznym traktowany poważnie, a jego książka „1421” w której tą hipotezę stawia, cierpi na przypadłość, którą niżej podpisany zwykł nazywać „danikenozą”. Polega ona, w największym uproszczeniu, na braku jakiegokolwiek krytycyzmu wobec zebranych źródeł i interpretowaniu ich wyłącznie na jedno kopyto. A mimo to nie jest ta hipoteza zupełnie bezsensowna. Zniknięcie grenlandzkiego Landnamu faktycznie zbiega się w czasie z wielką oceaniczną ekspansją Chin. Chińskie floty przemierzały światowe oceany na sto lat przed Magellanem. Liczyły po kilkadziesiąt gigantycznych statków tzw. baochuanów i po kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Taka armada, gdyby przybyła do Osiedla Wschodniego mogła bez problemu wziąć je całe do niewoli.

Wizja ta jest niesłychanie atrakcyjna i imponuje rozmachem. Niestety, wbrew temu co twierdzi Menzies, nie ma żadnych przesłanek, że chińskie floty skarbowe w ogóle opłynęły Przylądek Dobrej Nadziei i pojawiły się na Atlantyku, nie mówiąc już o leżącej, z chińskiego punktu widzenia, dosłownie po drugiej stronie świata, Grenlandii. Gdyby w latach 20 XV wieku Chińczycy mogli dopłynąć do Grenlandii, to znaczy że mogli dopłynąć wszędzie, również do Europy. A śladów na to żadnych nie ma. Trochę szkoda, bo historia byłaby przez to o wiele bardziej interesująca.

17 myśli na temat “Zielony ląd i czarna śmierć

  1. Na bezludzie to tam jednak Wikingowie nie trafili. Kultura Dorset sięgnęła Grenlandii. Więc pytanie, kim właściwie byli ci Skraelingowie.
    Średnio dobre jest też porównywanie szerokości geograficznych po obu stronach Atlantyku. Golfstrom grzeje Europę, ale Amerykę to już nie bardzo.
    Chyba był też inny przypadek zastąpienia rolników przez łowców, co ciekawe też w Ameryce. Chodzi o Anasazi. Zresztą oba przypadki są dość podobne – w miejscach doś ekstremalnych, które niezbyt nadawały się pod uprawę.

    Polubienie

    1. „Kultura Dorset sięgnęła Grenlandii.”

      Nie wiadomo czy się Normanowie w ogóle z Dorsetami zetknęli. Skraelingów spotkali dopiero w Winlandii.

      „Golfstrom grzeje Europę, ale Amerykę to już nie bardzo.”

      Jego odnoga dopływa do południowego cypla Grenlandii – tam gdzie było Osiedle Wschodnie.

      „Chyba był też inny przypadek zastąpienia rolników przez łowców, co ciekawe też w Ameryce. Chodzi o Anasazi. Zresztą oba przypadki są dość podobne – w miejscach doś ekstremalnych, które niezbyt nadawały się pod uprawę.”

      W sumie słusznie. Jednak istnieje też pewna róznica. Gospodarka normańska to już późna epoka żelaza, a nie środkowy neolit jak u Anasazi. Przepaść cywilizacyjna była znacznie większa.

      Polubienie

  2. Inne przypadki, gdzie cywilizacja rolnicza upadła, a tereny wcześniej przez nią zajmowane, stały się siedliskiem łowców – zbieraczy to Amazonia i (w pewnym zakresie – bo daleko nie całkowicie) dorzecze Mississipi. Po przedkolumbijskich rolnikach zamieszkujących Amazonie została tylko „terra preta” – i świadectwa pierwoodkrywców o „wioskach ciągnących się milami wzdłuż brzegu”. Po większości najlepiej zorganizowanych rolników z dorzecza Mississipi – dość skąpe w materiał archeologiczny odkrywki. W obu przypadkach zadziałało połączenie pandemii i popytu na niewolników…

    Polubienie

    1. Ale przecież ani w Amazonii, ani w dorzeczu Missipi rolnictwo nie upadło do końca. Cywilizacja się cofnęła, ale nie do łowców – zbieraczy. A jeżeli nawet, to wskutek gigantycznych pandemii, czyli podobnie jak pilaster sugerował w przypadku Grenlandii

      Polubienie

      1. To prawda. Nie upadła do końca. Tym niemniej – tak się nie stało głównie dlatego, że regiony te są łatwo dostępne, czego nie można powiedzieć o Grenlandii – w związku z czym dość szybko na opróżnione tereny zaczęli napierać inni rolnicy – z zewnątrz. Jednak skala regresu – szczególnie w przypadku Amazonii, która dzisiaj jest niemal synonimem „nieskażonej działalnością człowieka, dziewiczej przyrody” – była i w sumie wciąż jest – gigantyczna.

        Polubienie

        1. „Nie upadła do końca.”

          No właśnie. Rolnictwo jest termodynamicznie tak bardzo wydajne w porównaniu do łowiectwa i zbieractwa, że odrodzi się nawet kiedy zostanie dosłownie garstka osób, które wiedzą jak się sieje, piele i zbiera. No chyba,że klimat zmieni się na tyle drastycznie, że dotychczasowe uprawy zwyczajnie nie będą mogły wyrosnąć. Ale ani na Grenlandii, ani w pozostałych wymienionych lokalizacjach, do tego nie doszło

          Polubienie

          1. Amazońską „terra pretę” ponownie wykorzystuje się rolniczo dopiero od kilku dziesięcioleci – co zresztą budzi żywiołowe protesty tzw. „obrońców środowiska”. Dla znacznej części tego obszaru przerwa cywilizacyjna trwała 600 lat – i jeszcze się wcale nie skończyła. Przy tym zarówno w dorzeczu Mississipi, jak i w dorzeczu Amazonki – rolnictwo obecnie uprawiają przybysze z zewnątrz, a nie potomkowie twórców prekolumbijskich cywilizacji rolniczych, które ongiś tam istniały.

            Polubienie

          2. Niestety wiedza pilastra o cywilizacji amazońskiej nie jest zbyt duża. Niemniej, chyba rolnictwo, chociaż w bardzo prymitywnych formach, utrzymało się tam.
            A jezeli nie, to faktycznie mamy do czynienia z tym samym czynnikiem co na Grenlandii – wielką pandemią, która zredukowała populację poniżej progu, przy którym łowiectwo i zbieractwo staje się atrakcyjną alternatywą – bo nie ma konkurencji.

            Polubienie

  3. Normanów grenlandzkich prawdopodobnie dobił chów wsobny. Niewielka liczebność populacji sprawiała, że małżeństwa zawierano cały czas w tych samych kręgach. Badania archeologiczne cmentarzy ujawniły, że w ostatnich pokoleniach prawie każdy szkielet miał jakiś defekt. Ostatni potomkowie walecznych wikingów byli ludem karłów i kalek. Poza tym, w I poł. XIV w. nastąpiło wyraźne ochłodzenie klimatu na północnym Atlantyku, co pogorszyło warunki hodowli i komunikację z Europą. Pisał kiedy o tym wszystkim prof. Jacek Jania w książce „Zrozumieć lodowce” .

    Polubienie

    1. „Normanów grenlandzkich prawdopodobnie dobił chów wsobny. ”

      Ależ skąd. Cały czas mieli kontakt z Europą, chociaż sporadyczny. W ogóle ostatnia historyczna wzmianka o Grenlandii, z roku bodajże 1408, dotyczy właśnie ślubu miejscowej dziewczyny z kapitanem statku z Norwegii.

      ” ostatnich pokoleniach prawie każdy szkielet miał jakiś defekt’

      Żadne źródło opisujące rdzennych Grenlandczyków o tym nie wspomina.

      Polubienie

  4. Pozwolę sobie zmienić temat:

    https://naukaoklimacie.pl/aktualnosci/efekt-cieplarniany-na-ziemi-wenus-i-marsie-401
    Przyznam, że nie zgłębiałem zagadnienia poszerzenia widmowego, o którym jest któryś już raz wałkowane.
    Natomiast po raz kolejny nok nie wykorzystała szansy na ilościowy opis zjawiska.
    Będzie jakaś riposta dla tego artykułu?

    Zostałeś nominowany do „klimatycznej bzdury roku”. 🙂
    https://oko.press/klimatyczna-bzdura-roku-2019-glosowanie-rozpoczete-na-czele-stawki-gowin/

    Polubienie

    1. Riposta już jest gotowa. Czeka jeszcze pilaster na decyzje redakcji NCz czy będzie najpierw drukowana tam. Na razie w dużym skrócie – NoK jak zwykle w swoim niezachwianym, a kompletnie nieuzasadnionym przekonaniu o własnej „naukawości” znów się nie popisał… 🙂

      Nominację pilaster zauważył i nawet zdążył na siebie zagłosować – proszę go w tym wesprzeć. 🙂

      Polubienie

      1. >proszę go w tym wesprzeć.

        Wedle życzenia. 😉
        Choć na wygraną i tak nie ma szans.
        Grono też niezbyt zacne. Rok temu laureatem został PAD.

        Polubienie

        1. „Choć na wygraną i tak nie ma szans.”

          no niestety… 😦

          Choć samo to, że w ogóle wystawili pilastra w tym konkursie świadczy o klimatystach nie najlepiej. To bardzo duży błąd z ich strony i potencjalnie mógłby mieć dla nich bardzo przykre konsekwencje. Podobnie zresztą jak ten artykuł w Nok.

          Z ich punktu widzenia nadal najlepiej by było konsekwentnie pilastra zamilczać – proszę zauwazyć, że nawet Vanat, wobec swojej ewidentnej przeciwskutecznosci (gdyby nie On, to „Mity globalnego ocieplenia” nigdy by nie powstały), został z przeciwpilastrowego frontu odwołany. 🙂

          Polubienie

    1. „budowa atomówek ma sens.”

      Tym bardziej przykre jest, że się ich nie buduje. A przynajmniej nie w takim tempie, jakiego pilaster się spodziewał. Ale nic to. Logika ekonomiczna wymusi to wcześniej, czy później.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s