Granice Atlantydy

Żyjący na przełomie V i IV w p.n.e. ateński filozof Platon, jest obecnie, niezależnie od całej swojej bogatej spuścizny intelektualnej, najbardziej znany jako autor mitu o Atlantydzie. Atlantyda, według Platona, miała być, położonym na wielkiej, znacznie większej niż np. Wielka Brytania, wyspie, zaawansowanym cywilizacyjnie imperium, które panowało również nad innymi wyspami i częściami lądu stałego i próbowało podbić zbrojnie także wschodnią część basenu Morza Śródziemnego, skąd zostało jednak odparte przez ówczesnych praateńczyków, przodków Platona. W jakiś czas później, wyspa i całe imperium Atlantydy miały zostać zniszczone w wielkiej katastrofie, potopie połączonym z wybuchami wulkanów i trzęsieniami ziemi. Wszystko to miało się wydarzyć, licząc według współczesnego kalendarza, w okolicach 10 tysiąclecia p.n.e. Jak zadeklarował sam Platon, jego wiedza na ten temat miałaby pochodzić z rodzinnej tradycji ustnej, sięgającej wstecz czasów Solona, ateńskiego polityka żyjącego około dwustu lat przed Platonem. Sam Solon z kolei, miał otrzymać te sensacyjne informacje od egipskich kapłanów w mieście Sais, podczas swojej podróży do kraju nad Nilem.

Od czasów Platona, temat Atlantydy zaczął żyć własnym życiem, ściągając na siebie uwagę i inspirując nakierowane na odnalezienie śladów tej mitycznej cywilizacji, daremne, jak do tej pory, wysiłki przeróżnych bardziej, lub, znacznie częściej, mniej poważnych badaczy.

Mniej poważnych, ponieważ jest dzisiaj oczywiste, że, gdyby trzymać się literalnie opisu Platona, to jego Atlantyda nie mogłaby istnieć. Imperium atlantydzkie byłoby porównywalne wielkością swojego terytorium z imperium rzymskim, a pod względem gęstości zaludnienia znacznie by je przewyższało. I wszystko to w 10 tysiącleciu przed naszą erą, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia. Gdyby takie gigantyczne i zaawansowane technologicznie na poziomie przynajmniej epoki brązu, imperium wtedy istniało, pozostałoby po nim wystarczająco wiele śladów archeologicznych, aby można było je dzisiaj znaleźć i prawidłowo zinterpretować. Nawet gdyby Atlantydę zniszczyła jakaś gigantyczna katastrofa naturalna, to zachowałyby się pozostałości takiego wydarzenia, np. krater meteorytowy. W miejscu, skąd, jak sam deklarował, Platon zaczerpnął swoją wiedzę na ten temat, czyli w Egipcie, również, mimo stuleci prowadzonych w tym kraju prac wykopaliskowych, nie natrafiono na najmniejszą nawet wzmiankę o tak rozległej i rozwiniętej, cywilizacji, zniszczonej przez jakąś katastrofę dziewięć tysięcy lat przed naszą erą.

Nie oznacza to jednak, że nie znaleziono nic w ogóle. Zachowały się w Egipcie do dzisiaj, a zatem tym bardziej mogły być dostępne w czasach Solona i Platona, wzmianki o niesłychanie rozwiniętej cywilizacji, panującej w zamierzchłej przeszłości nad dużą wyspą i innymi wyspami i częściami lądu stałego. Cywilizacji, która prawdopodobnie toczyła jakieś spory, w tym i zbrojne, z przodkami Hellenów i która ostatecznie została zniszczona przez wielki kataklizm, konkretnie wybuch wulkanu. Kłopot w tym, że bynajmniej nie była to platońska Atlantyda. Już dawno, zajmujący się tym zagadnieniem badacze, zauważyli bowiem, że gdyby wszystkie opisujące Atlantydę dane liczbowe zawarte w dziełach Platona podzielić przez czynnik dziesięć, to nagle wszystkie elementy tej układanki trafiają we właściwe miejsca. Dokładnie opisuje wtedy Platon tzw. cywilizację minojską, która rozwijała się na Krecie, innych okolicznych wyspach i częściach lądu stałego, w epoce brązu, została zdewastowana przez gigantyczny wybuch wulkanu na wyspie Thera, dzisiaj zwanej Santorynem, w XVII/XVI wieku p.n.e., a następnie uległa najazdowi Achajów – przodków Greków, którzy stworzyli tzw. kulturę mykeńską. Pasuje tu, zarówno, zmniejszona dziesięciokrotnie, platońska geografia, jak i chronologia, skoro działo się to nie dziewięć tysięcy, ale dziewięćset lat „temu”, czyli przed czasami Solona.

Zgodność ta jest na tyle duża, że wykreowany przez Platona atlantydzki mit, wydaje się właśnie tu mieć swoje źródło. Wystarczyłoby, żeby Solon, czy też sam Platon, który również przecież podróżował po Egipcie, błędnie zrozumiał podawane przez gospodarzy dane ilościowe, albo, że sami kapłani, chcąc zrobić na greckim turyście odpowiednie wrażenie, je dziesięciokrotnie wyolbrzymili. Tak czy inaczej, mogłoby się wydawać, że historia Atlantydy tu właśnie, w cywilizacji minojskiej w epoce brązu się kończy.

Tymczasem całe fascynujące zagadnienie w tym miejscu się dopiero zaczyna. Odkładając całkowicie na bok Atlantydę wyfantazjowaną przez Platona, można przecież tą hipotezę bardziej uogólnić. Czy istniała kiedyś na Ziemi rozwinięta, znacznie „ponad stan” określony przez nauki historyczne dla swojej epoki, cywilizacja, która później upadła i pozostawiła po sobie tak mało śladów, że do dzisiaj archeolodzy jej nie odkryli?

No cóż, rozwinięta cywilizacja typu „atlantydzkiego”, czyli cywilizacja na poziomie epoki brązu, lub „wyższym” pod koniec ostatniego zlodowacenia nigdy nie istniała. Można mieć taką pewność, nie tylko ze względu na brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Nie mogłaby bowiem ona istnieć nawet teoretycznie. Cywilizacja jako taka, pojawia się bowiem w momencie przejścia od pozyskiwania żywności za pomocą łowiectwa i zbieractwa, co jest formacją zwaną paleolitem, do wytwarzania pożywienia bezpośrednio w ramach gospodarki rolniczej, czyli neolitu. Z tej samej powierzchni rolnictwo jest bowiem w stanie wygenerować o dwa rzędy wielkości więcej kalorii niż łowiectwo i zbieractwo. Społeczności rolników posiadają dzięki temu znacznie większą, niż łowcy zbieracze, gęstość zaludnienia, a co za tym idzie znacznie intensywniejsze kontakty międzygrupowe i międzyosobnicze. Struktury społeczne są zatem znacznie bardziej skomplikowane i pojawiają się ludzie zajmujący się czymś innym niż tylko pozyskiwaniem i przetwórstwem żywności, oraz rozwijają się dalekosiężne sieci wymiany idei, genów i towarów. Społeczności rolnicze, będące, z ekologicznego punktu widzenia, w stanie symbiozy ze swoimi uprawami i hodowlami, różnią się od łowców zbieraczy, ekologicznych drapieżników szczytowych, jeszcze jedną ważną cechą. O ile społeczeństwa paleolitu są stabilne i po największych nawet, innych niż całkowite wymarcie, losowych wstrząsach i zaburzeniach, zawsze wracają do pierwotnego stanu równowagi, o tyle układy symbiotyczne stabilne nie są. W związku z tym cywilizacja rolnicza nie tylko doznaje co jakiś czas, katastrof i upadków, ale przede wszystkim jest zdolna do rozwoju i stopniowego wzrostu złożoności i poziomu cywilizacyjnego. Rozwój ten jednak, chociaż, w porównaniu z paleolitem, błyskawiczny, jest wciąż na tyle powolny, że właściwie niedostrzegalny w skali ludzkiego życia. Od powstania rolnictwa, do pojawienia się miast, pisma, metalurgii, czy dalekosiężnej żeglugi morskiej, tego wszystkiego, czego od „poważnej” Atlantydy byśmy oczekiwali, musi upłynąć przynajmniej kilka tysięcy lat. Jednocześnie powstanie rolnictwa jest możliwe tylko w sprzyjających warunkach klimatycznych, które na Ziemi nastały dopiero z końcem ostatniego glacjału, epoki lodowcowej i początkiem cieplejszego okresu, interglacjału, zwanego holocenem. Rozwinięta cywilizacja atlantydzka musiałaby więc powstać zaraz, najdalej w ciągu kilkuset lat, po ustąpieniu lodowców, a najpewniej nawet przedtem, na co zwyczajnie nie miałaby czasu.

Żadna zatem rozwinięta, miejska cywilizacja u zarania holocenu nie mogłaby istnieć. Aby osiągnąć przynajmniej poziom epoki brązu, społeczności rolnicze musiały przejść długą, trwającą wiele tysiącleci, drogę, dobrze opisaną zarówno przez badania archeologiczne, jak i modele teoretyczne. Tyle właśnie, ile potrzebowała oryginalna epoka brązu. Atlantyda, niezależnie od tego, co konkretnie było inspiracją Platona, nie istniała. Holocen był na to wtedy zbyt młody, a w poprzedzającej go glacjale, powstanie niezbędnego cywilizacji rolnictwa było w ogóle niemożliwe.

Ale czy aby na pewno? Będące warunkiem koniecznym istnienia Atlantydy rolnictwo, nie mogło, co prawda, zostać wynalezione w poprzedzającym holocen glacjale, w Polsce zwanym vistulianem, lub zlodowaceniem północnopolskim. Ale przecież vistulian też nie trwał wiecznie. Poprzedzony był bardzo podobnym do obecnego holocenu, cieplejszym interglacjałem, zwanym eemianem, który przypadł na okres 130-115 tysięcy lat temu. Eemian trwał zatem nawet nieco dłużej niż współczesny nam holocen, był też od niego o 2-3 stopnie cieplejszy. Mimo to, według naszej obecnej wiedzy, żadnej próby, a przynajmniej udanej próby, przejścia do neolitu, wynalezienia rolnictwa i zbudowania cywilizacji wtedy nie podjęto. Ba, eemian, nie tylko nie spowodował rewolucji neolitycznej przed 120 tysiącami lat, że o powstaniu wtedy bardziej złożonej cywilizacji nie wspominać, ale nawet nie znalazł żadnego odbicia w istniejącym wtedy paleolicie. Mimo sporych, większych niż holoceńskie, zmian klimatycznych, a co za tym idzie także zmian zasięgu występowania roślin i zwierząt, które zbierali i na które polowali ówcześni ludzie, ich narzędzia …wcale się nie zmieniły i eemian w paleolitycznych kulturach w ogóle w żaden wyraźny sposób się nie zaznaczył. Skoro holocen spowodował przejście od łowiectwa do rakiet kosmicznych i komputerów, to dlaczego eemian miałby nie spowodować …nic?

Oczywiście, oprócz podobieństw, pomiędzy eemianem i holocenem były również i różnice. Inaczej niż na początku holocenu, w eemianie nasi przodkowie z gatunku Homo sapiens bytowali wyłącznie w Afryce. Jednak najważniejszy holoceński ośrodek powstania rolnictwa, bliskowschodni, położony na terenach dzisiejszych Iranu, Iraku, Turcji, Syrii i Izraela, „Żyzny Półksiężyc”, nie był w eemianie bynajmniej bezludny. Zamieszkiwali go przedstawiciele innych gatunków z rodzaju Homo, z których najlepiej poznanym i zbadanym jest Homo neanderthalensis, zwany neandertalczykiem.

Kultura neandertalska, zwana mustierską, nie zmieniała się przez setki tysięcy lat, nie reagując na nadejście i odejście kolejnych glacjałów i interglacjałów, nie wykazując też żadnych lokalnych wariacji i regionalizmów. Niemniej, kultura współczesnych neandertalczykom Homo sapiens długo nie zmieniała się również. Stałość i niezmienność społeczeństw paleolitycznych, neandertalskich tak samo jak ludzkich, jest, jak już autor wspomniał, wymuszona przez samą przyrodę i potrzeba bardzo silnych bodźców, żeby ten stan równowagi opuścić. Wreszcie, chociaż neandertalczycy długo nie wprowadzali w swoim trybie życia żadnych zmian, w końcu jednak, tuż przed swoim ostatecznym wymarciem, zaczęli to robić, tworząc znacznie bardziej zaawansowaną kulturę szatelperońską. Twierdzenie, że neandertalczycy nie byli zdolni do wynalezienia rolnictwa tylko z powodu własnych ograniczeń intelektualnych, byłoby więc, co najmniej przedwczesne.

Zamieszkujący w eemianie Europę i Azję neandertalczycy, czy ówcześni afrykańscy Homo sapiens, czy też jeszcze inne, słabo do dzisiaj rozpoznane, gatunki rodzaju Homo, mogły zatem w zasadzie przeprowadzić rewolucję neolityczną. Paradoksem jest zatem fakt, że w odróżnieniu od Atlantydy w holocenie, o rząd wielkości starsza Atlantyda w eemianie, teoretycznie byłaby możliwa. Atlantyda eemiańska potyka się jednak o ten sam problem co Atlantyda holoceńska. Brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Oczywiście chodzi tu o znaleziska sprzed ponad stu tysięcy lat, które, z tego właśnie tytułu, będą zawsze dużo mniej liczne i gorzej zachowane niż pozostałości ludzkiej aktywności z czasów holocenu. Niemniej archeologia dysponuje jednak pewną ilością stanowisk z okresu eemianu. Niestety, są to, bez wyjątku, pozostałości kultur łowiecko-zbierackich. Oczywiście nie przesądza to jeszcze o definitywnym nieistnieniu eemiańskiej Atlantydy, ale na pewno znacznie ogranicza jej ewentualne rozmiary, zarówno w sensie geograficznym, jak i cywilizacyjnym właśnie. Gdyby cywilizacja eemiańska osiągnęła stadium rewolucji przemysłowej, w ogóle by nie upadła i istniałaby do dzisiaj. Zapewne przetrwałaby także zlodowacenie, gdyby zdążyła stać się cywilizacją globalną, na poziomie naszego XVI-XVIII wieku. Imperia takie, jak rzymskie, z epoki żelaza, czy brązu, vistulianu by nie przeżyły, ale pozostawiłyby ślady wystarczająco liczne i wyraźne, żeby zostać do tej pory znalezione.

Górną granicą eemiańskiej Atlantydy, maksymalnym poziomem rozwoju, jaki mogła osiągnąć, zanim powracające lodowce starły ją z powierzchni planety, jest zatem późny neolit, odpowiednik Sumeru, egipskiego Starego Państwa, amerykańskich Majów, czy Inków. To i tak bardzo dużo. Istniałyby już miasta, pismo, a nawet tak imponujące zabytki jak egipskie piramidy IV dynastii. Mogłyby też one nadal pozostawać nieodkryte, bo przez ponad sto tysięcy lat zerodowałyby do tego stopnia, że nie odróżniałyby się już od pagórków powstałych w sposób naturalny. Teoretycznie jednak, pomieszczenia wewnątrz takich piramid, mogłyby przechować swoją zawartość w miarę nienaruszoną, aż do dzisiaj. W wersji maksymalnej, to mogłoby być nawet całe kompletne archiwum, które, pewna już, w obliczu stale pogarszającego się klimatu, swojego końca, ta zapomniana cywilizacja mogłaby chcieć po sobie zostawić.

Prawdopodobieństwo jednak tak fenomenalnego odkrycia, jest zbyt znikome, aby opierać na nim jakiś poważny program badawczy. Nagroda jest, co prawda, oszałamiająco wielka, ale szansa na jej otrzymanie, tak mikroskopijna, że ich iloczynu, czyli wartości oczekiwanej, nie warto nawet brać pod uwagę. Na szczęście jest inny, bardziej obiecujący, sposób znalezienia jakichś śladów Atlantydy.

Samo powstanie cywilizacji jest przecież, jak już autor wyżej wspominał, konsekwencją wynalezienia rolnictwa i w eemianie nie mogło być inaczej, czy ówczesna Atlantyda byłaby ludzka, stworzona przez Homo sapiens, czy nieludzka, neandertalska, czy denisowiańska. Poszukiwanie śladów eemiańskiego rolnictwa, miałoby, co prawda i tak niewielkie szanse na sukces, ale zawsze byłyby to szanse o rzędy wielkości większe niż szanse na odkrycie zabytków eemiańskiej architektury czy nawet piśmiennictwa.

Zagłada eemiańskiej Atlantydy byłaby bezpośrednio spowodowana oczywiście upadkiem atlantydzkiego rolnictwa, zatem nie można oczekiwać, że jakiś atlantydzki udomowiony gatunek zboża, czy grochu istniałby w niezmienionej formie do dzisiaj. Odmiany uprawne, nawet jeżeli w ogóle przeżyły vistulian, to na pewno wtórnie zdziczały. Zawsze jednak powinny pozostać po takim ewolucyjnym incydencie jakieś ślady, choćby w genomie tych roślin. Pewne światło na tą tajemnicę może rzucić fakt, że (powtórne?) powstanie rolnictwa w holocenie było na terenie Żyznego Półksiężyca wręcz błyskawiczne i nastąpiło zaraz po ustąpieniu lodowców i ociepleniu klimatu. Gdyby pierwsze uprawiane tam gatunki, zwłaszcza pszenica i jęczmień były potomkami roślin żmudnie wyhodowanych w eemianie przez Atlantów, nie stanowiłoby to niespodzianki. Tłumaczyłoby to też, przynajmniej do pewnego stopnia, dlaczego cywilizacja eemiańska, jeżeli w ogóle powstała, to nie zdążyła się rozwinąć przed końcem interglacjału w stopniu, który uchroniłby ją przed upadkiem. Udomowienie koniecznych upraw trwało po prostu zbyt długo. Podobne zjawisko zaszło przecież w holoceńskiej Ameryce, gdzie również cywilizacja, z powodu bardzo czasochłonnego udomawiania kolejnych gatunków, nie zdołała nigdy samodzielnie osiągnąć więcej, niż późny neolit i gdyby tylko ona istniała na planecie, upadłaby zapewne wraz z nadejściem kolejnego glacjału.

Reklama

53 myśli na temat “Granice Atlantydy

  1. Dla porządku: istnieje kilka konkurencyjnych hipotez tłumaczących platońską Atlantydę. Zdecydowanie najprostsza z nich jest taka, że Platon wszystko zmyślił, bo było mu to potrzebne z przyczyn całkowicie literackich i żadnego ustnego przekazu pochodzącego od Solona, czy skądkolwiek indziej, zgoła nie było.

    Poza tym, oprócz hipotezy „minojskiej” oraz, najbardziej tradycyjnej, hipotezy „atlantyckiej”, ciekawa jest hipoteza „czarnomorska”. Podczas ostatniego zlodowacenia Morze Czarne było słodkowodnym jeziorem, znacznie mniejszym niż obecne morze. Wokół jeziora rozciągały się żyzne równiny, gdzie z powodzeniem mogło dojść do opanowania rolnictwa (nieodległe Gobekli Tepe mogło być jednym z wielu podobnych ośrodków przejściowych pomiędzy paleolitem a neolitem). Wiele wskazuje na to, że współczesne Morze Czarne powstało dość nagle, w wyniku trzęsienia ziemi, które otworzyło cieśninę Bosfor, doprowadzając do zalania dawnego jeziora wodami Morza Śródziemnego. Uciekający przed słoną wodą proto-rolnicy roznieśli swoje umiejętności po okolicy, powodując względnie nagły boom na terenie „Żyznego Półksiężyca”.

    Rzecz jest zapewne do weryfikacji, tylko klimat polityczny musiałby być bardziej sprzyjający.

    Również dla porządku – hodowlę zbóż poprzedza bardzo długi, trwający przez dziesiątki tysięcy lat okres zbierania nasion dziko rosnących traw. Które to nasiona w pewnych miejscach (dzisiejsza Sahara, być może właśnie owe hipotetyczne „równiny pontyjskie”, dziś przykryte Morzem Czarnym) mogły już w paleolicie stanowić istotny element diety. Choćby dlatego, że na stepie było ich bardzo dużo. Samo zbieranie takich nasion wytwarza, nieświadomie i niechcący, układ już niemal symbiotyczny – ludzie będą zbierać nasiona możliwie jak największe i występujące najobficiej, a ponieważ zawsze coś się wysypie czy zepsuje – siłą rzeczy, będą też takie właśnie nasiona w okolicach swoich siedzib wysiewać.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Gdyby Platon wszystko sobie zmyślił, to nie uzyskałby tak dokładnej zbieżności z cywilizacją minojską. Jakieś źródła na jej temat musiał mieć. Jeżeli nie „od Solona” to po prostu bezpośrednio z Egiptu, po którym równie podróżował. Skoro wzmianki o Krecie zachowały się tam do dzisiaj, to tym bardziej były dostępne w czasach Platona.

      Basen Morza Czarnego oczywiście może kryć wiele wspaniałych odkryć i jest pod tym względem słabo spenetrowany, ale raczej nie będzie to Atlantyda na miarę Platona (miasta, pismo, metalurgia, etc..). Takie coś zostałoby już odkryte. Chyba że, znowu nie będzie to Atlantyda holoceńska, ale właśnie …eemiańska. 🙂

      Oczywiście zboża takie jak pszenica, czy jęczmień bardzo łatwo się „samoudomowiają”. (A taka np kukurydza – w żadnym razie.) Tylko że właśnie ta cecha mogłaby być atawizmem u tych roślin z czasów ewentualnego poprzedniego epizodu udomawiania w eemianie.

      I żeby nie było. Sam pilaster jest na 90% przekonany że żadnej, nawet najskromniejszej (wczesny neolit), Atlantydy w eemianie również, tak samo jak w holocenie, nie było. Ale właściwie teoretycznie mogłaby być, zatem do końca wykluczyć tego nie można…

      Polubienie

      1. Problem w tym, że Kreta w czasach Platona była wyspą doskonale znaną, należącą do greckiej „oikumene” i doprawdy trudno sobie wyobrazić, żeby wykształcony Grek miał ją pomylić z jakąś zupełnie inną wyspą, położoną tysiące „stadiów” dalej.

        Atlantyda „na miarę Platona” jest najoczywiściej niemożliwa, z powodów, które Pilaster szczegółowo tłumaczy. Natomiast „Atlantyda” pomniejszona (czy 10 razy, czy 100, to już kwestia wtórna) może pasować do bardzo wielu różnych miejsc – i takie dopasowanie samo w sobie niczego zgoła nie dowodzi.

        Prawdopodobieństwo, że jest to czysty przypadek zawsze przeważa.

        Polubienie

      2. Najpierw rzecz najprostsza – to, że po podzieleniu przez dziesięć JAKIEŚ dane z opisu Atlantydy zawartego w platońskim dialogu „Kritias” pasują mniej – więcej do cywilizacji minojskiej nie dowodzi absolutnie niczego. W historii ludzkości przewinęły się dziesiątki tysięcy różnych cywilizacji i byłoby niemiernie dziwne, gdyby po wykonaniu arbitralnie dobranych operacji matematycznych dowolny niemal opis cywilizacji fikcyjnej – nie pasował do którejś z tych, która naprawdę istniała – i zginęła.

        Teraz – akcja obu dialogów, w których wspomniana jest Atlantyda („Timajos” i „Kritiasz”) dzieje się dzień po owym sympozjonie w Eleusis, podczas którego platoński Sokrates przedstawił swoją teorię „państwa idealnego”. Dla porządku wspomnijmy, że jest to teoria skrajnie antyliberalna. Sokrates w „Timajosie” domaga się od (z lekka skacowanego, a na pewno niewyspanego…:-) towarzystwa konkretnych przykładów działania takiego „idealnego państwa”.

        Nikt jakoś takiego przykładu podać nie potrafi i wtedy Krycjasz wyskakuje z rzekomo ustnie przekazywaną w rodzie Solona (nie żyjącego w chwili, gdy Platon pisał te dialogi od mniej – więcej 200 lat) historią Atlantydy, która miała właśnie być takim „idealnym państwem” (co szczegółowo opisuje dopiero następny dialog, „Kritiasz”). Tradycja wywodząca się od bezpośrednich uczniów Platona każe traktować całe zdarzenie ze śmiertelną powagą.

        Historia Atlantów wraz z jej „metryczką” w postaci owego egipskiego kapłana z Sais, Solona i jego potomków spełniałaby zatem mniej – więcej taką funkcję jak wstęp do każdego z „hadisów”, czyli opowieści o życiu i czynach proroka Mahometa, tworzących zrąb muzułmańskiego prawa, który to wstęp zawsze przedstawia nieprzerwany łańcuch kolejnych przekazicieli danej opowieści, zaczynający się od osoby bezpośredniego świadka: stanowi uwiarygodnienie i uzasadnienie teorii wyłożonej w chronologicznie poprzedzającym „Timajosa” dialogu „Państwo”.

        Tradycja zapomina jednak, że owi bezpośredni uczniowie Platona, to znaczy przede wszystkim Arystoteles – z Platonem się dość dogłębnie nie zgadzali. Absolutnie nie można wykluczyć i takiej opcji, że Platon sam wcale taki śmiertelnie poważny w tej sprawie nie był. Zauważmy, że już sama postać Krycjasza, najprawdopodobniej tożsamego z przywódcą „Trzydziestu Tyranów”, wcale niekoniecznie musi budzić sympatię Platona: Platonowi osobiście próba wejścia w świat polityki właśnie w tym czasie się nie udała i Krycjasz m.in. za to odpowiadał. Odpowiadał także pośrednio za śmierć Sokratesa.

        Rzekomo idealne państwo Atlantów – upadło. I to m.in. na skutek klęski zadanej mu przez Ateńczyków – których Platon z całą pewnością nie kochał. O upadku rzekomo idealnego państwa Atlantów opowiada kapłan egipski. Zatem – członek upadłej kasty kolejnego upadłego (w czasach Platona) państwa, na co dzień liżący stopy Persom. Którym to Persom Grecy pokolenie przed Platonem spuścili taki łomot, że od tej pory przez niemal dwa stulecia mogli, przez nikogo nie niepokojeni, oddawać się swoim małostkowym, zaściankowym, wewnętrznym sporom.

        Nie za dużych tych „upadłości” po drodze, żeby NAPRAWDĘ traktować historię Atlantów jako „uwiarygodnienie idealnego państwa”? Czyż nie jest to raczej ironiczny nawias, pokazujący, że sam Platon nie traktuje tej koncepcji zbyt serio..? Czyż Platon nie napisał później drugiego dialogu, „Praw”, z zupełnie inną teorią państwa..?

        Sam pomysł na uzasadnianie teorii idealnego państwa na kacu i bez snu, już jest zabawny. Tym bardziej, że w „Timajosie” tego uzasadnienia, koniec końców nie ma. Postać tytułowa zamiast tego oddaje się rozważaniom o fizyce…

        Polubienie

        1. To, co wiadomo od dawna, to że presapientne mózgi trochę inaczej się rozwijały. Krótko rosły w górę, a potem długo w tył. U nas jest inaczej, długo rosną w górę, a potem krótko w tył. Jako rezultat współczesne mózgi są dość wysokie, a neandertalskie niskie i płaskie. Oczywiście czort wie, czy ma to jakieś znaczenie. Zwraca uwagę jednak, że jest to cecha pedomorficzna, nie jedyna zresztą u H. sapiens.

          Polubienie

          1. Takie rzeczy jak kształt mózgu mogą mieć znaczenie w kontekście chłodzenia. Chociaż tutaj najważniejsza jest powierzchnia. Poza tym, może to mieć też znaczenie w kwestii możliwości utrzymywania równowagi. A prawdopodobnie największą zaletą wyprostowanej dwunożnej postawy jest obniżenie kosztów energetycznych poruszania się. I sama zdolność do przebycia największego dystansu ze wszystkich zwierząt lądowych świata musi być wiele warta. Ale jeszcze więcej warte może być to w kontekście rywalizacji z innymi gatunkami ludzi. Chociaż według niedawnych badań, zarówno H. sapiens, jak i H. neanderthalensis mieli wyprostowaną postawę, to kształt czaszki, który jest spójny z ogólnie bardziej smukłą sylwetką może (albo musi, skoro ewolucja poszła w tę stronę) dawać różnicę na korzyść tych pierwszych. Wszystkie różnice w układzie kostnym, który jest wiele, choć żadna pojedyncza nie jest kolosalna, to jednak razem muszą być już zmianą jakościową. Wystarczy spojrzeć na maratończyków lub chodziarzy, aby zauważyć, jak wygląda optymalna dla człowieka budowa ciała pod kątem przemierzania jak najdłuższego dystansu. Oczywiste zatem jest, który z gatunków miał na tym polu przewagę.

            Dzięki temu H. sapiens mogli nie tylko bardziej efektywnie tropić zwierzynę, ale też grupa H. sapiens statystycznie częściej była w stanie dogonić lub uciec grupie H. neanderthalensis niż na odwrót. A gdy mowa o dwóch grupach osobników w pełni sił, jak wojownicy, to już właściwie zawsze. Nie tylko statystycznie. Oczywiście kwestia utrzymania równowagi jest też nieoceniona w walce. I sytuacja taka, gdy jedni lepiej podróżują, lepiej polują i lepiej walczą, radykalnie zmienia dynamikę rywalizacji.

            Można też znaleźć takie informacje: Neanderthals had a larger brain (…), but with a smaller cerebellum—the lower part near the spine that controls balance and movement. It is also involved in speech and learning.
            https://phys.org/news/2018-04-scientists-eyes-neanderthal-brain.html

            A zatem faktycznie wygląda na to, że ludzie współcześni mieli przewagę w tej kwestii, która w dodatku mogła pociągnąć za sobą kolejne zmiany na ich korzyść.

            Ponadto, co oczywiste, kształt mózgu może mieć istotne znaczenie przy porodzie. Bardziej pionowy kształt mógł pozwalać na rodzenie się z trochę lepiej rozwiniętym mózgiem, dzięki czemu czemu wcześniej można osiągnąć samodzielność. Ciekawe byłoby zbadanie czaszki noworodka H. neanderthalensis, gdyby kiedykolwiek udało się taką znaleźć. O ile to jest w ogóle fizycznie możliwe.

            Kolejna ciekawa rzecz, to różnica w budowie klatki piersiowej i kręgosłupa:
            https://www.forbes.com/sites/fionamcmillan/2018/11/02/neanderthals-had-straighter-spines-and-took-deeper-breaths/

            Okazuje się, że Neandertalczycy mieli prostszy kręgosłup i szerszą klatkę piersiową. To pierwsze powoduje większe obciążenia, a więc mniejszą wytrzymałość (generalnie przeprost kręgosłupa to dość istotny problem). Słabszy jest też wtedy balans ciała ze względu na mniejsze równoważenie sił. Z bardziej prostym kręgosłupem trudniej było im wykonać np. skok z góry niż H. sapiens. Może nawet zwykle musieli skakać na cztery kończyny, więc po wykonaniu skoku wolniej wracali do pozycji pionowej i trudniej było im trzymać broń. Mogło być też trudniej poruszać się w pozycji kucającej. Z kolei szersza klatka piersiowa również może mieć swoje minusy, jednak ważniejszym odkryciem jest fakt, że u ludzi współczesnych ma ona większą ruchomość. W związku z tym Neandertalczycy oddychali głównie przeponą, podczas gdy my oddychamy dzięki pracy przepony i ruchom elastycznej klatki piersiowej. Może to choćby dowodzić, że istniała presja selekcyjna na zmniejszenie klatki piersiowej, która mogła być częścią presji na powstanie ogólnie bardziej smukłej sylwetki, jaką u H. sapiens obserwujemy. Taka budowa ciała musiała zatem być bardziej korzystna. Podobnie jak korzystne musiało być zmniejszanie objętości mózgu przy zachowaniu jego wydajności.

            Wszystko wskazuje więc na to, że budowa ciała H. sapiens dawała im jakościową przewagę w kluczowych kwestiach.

            Polubienie

          2. Jakąś przewagę konkurencyjną H sapiens musiał mieć, skoro to on wyparł neandertalczyka (i wszystkie inne gatunki z rodzaju Homo) nie na odwrót. Jednak sama przewaga konkurencyjna nie wystarczy. Musi być także przekroczona liczebność krytyczna (dla obu gatunków) Zresztą znów nie oznacza to, że neandertalczycy (albo denisowianie) mieli być strukturalnie, intelektualnie niezdolni to zbudowania neolitu – eemiańskiej Atlantydy

            Polubienie

        2. Och, różnice oczywiście były, w końcu jednak to dwa różne gatunki. Pytanie jednak jak te różnice mogły się przekładać na zdolność do budowania bardziej złożonych społeczeństw – neolitycznych, albo, jeżeli kmat ma rację, przynajmniej górnopaleolitycznych

          Polubienie

          1. Trzeba by zapewne ocenić ich zdolności intelektualne, i to w sposób szczegółowy. Wiemy, że potrafili tworzyć rysunki naskalne, czy też wypalać lasy, ale z drugiej strony ich narzędzia podobno nie zmieniały się znacząco na przestrzeni dziesiątek tysięcy lat. Potrafili jednak robić sznurki, a także jakiś klej, co wymaga dobrych zdolności umysłowych i manualnych. Tego typu wiedza to już dużo, ale nadal za mało. Przykładowo, jak kiedyś czytałem, mózg człowieka współczesnego potrafi opanować wzajemne interakcje grupy ok. 100 osób. To może być bardzo ważna zdolność w kontekście powstania cywilizacji. I jednocześnie możemy w najbliższej przyszłości nie dowiedzieć się, jak wyglądało to u Neandertalczyków (w późniejszym czasie AI pewnie będzie mogła zrobić odpowiednią analizę na podstawie genotypu).

            Polubienie

          2. Dzięki, pilaster. Faktycznie, to jest liczba Dunbara. Czytałem o tym tak dawno temu, że już zapomniałem. Chociaż wygląda na to, że dla Neandertalczyków wynosiła ona jednak 120:
            https://www.researchgate.net/figure/Group-sizes-estimated-from-standardized-endocranial-volumes-for-Neanderthals-and-AMHs-in_fig2_236042723

            Ciekawe zatem, czy w skali plemion istnieją np. różnice w opłacalności tworzenia danych rodzajów i rozwiązań w gospodarce rolnej w zależności od liczby osób. Jak wiemy, hodowla opłaca się nawet mniejszym grupom, ale choćby przykład Masajów wskazuje, że wyraźnie większym od łowców-zbieraczy. Analogicznie, można zastanowić się, dla ilu osób opłaca się budować system irygacji. Czy może opłacać się to dla grupy powyżej 120 osób, a poniżej tej liczby się nie opłaca.

            O wiele ciekawsza jest możliwość zastosowania w organizacji pracy dużych przedsiębiorstw. Co jakiś czas słychać o aferach takich, jak poważne problemy z przemocą seksualną wobec kobiet. Sama przemoc seksualna dotyczy przede wszystkim kobiet spoza własnej społeczności. Wewnątrz małych społeczności w czasach plemion gwałt łatwo mógł się skończyć śmiercią z rąk bliskich danej kobiety. Zupełnie inaczej wygląda to poza własną społecznością. Szczególnie w takich przypadkach jak napaść grupy mężczyzn na inną grupę. Do tego dochodzi czynnik taki jak anonimowość, w którym od dawna wiadomo, że zwiększa skłonność do przemocy.

            i w przypadku tego typu problemów w różnych korporacjach kluczowa może właśnie być liczba Dunbara, która pozwala to wszystko wyjaśnić, a dzięki temu w konsekwencji uniknąć. Przede wszystkim, problem wynika właśnie z przekroczenia tej liczby. Ludzie nie mogą żyć w tak dużych grupach, więc wewnątrz nich zaczynają tworzyć się kliki. W takim wypadku istnieją tendencje, aby były to grupy osób podobnych do siebie, lub których coś łączy. Łatwo więc może powstać grupa samych mężczyzn, które mają poczucie znajdowania się poza własną społecznością, na terenie, gdzie żyją inne grupy. W tym miejscu może też do jakiegoś stopnia wchodzić kwestia anonimowości, ponieważ człowiek wśród obcych ludzi może mieć wrażenie, że nie istnieje jako podmiot. Do tego po alkoholu zaciera się pamięć o wymiarze sprawiedliwości. Natomiast warunki korporacyjne, które są oparte na rywalizacji – szczególnie, gdy powstaje rywalizacja między grupami w sytuacji ograniczonych zasobów – sprzyjają narastaniu agresji. Jednym z mechanizmów, które do tego prowadzą jest dehumanizacja. Objawia się np. używaniem w odniesieniu do ludzi słów normalnie dotyczących przedmiotów bądź zwierząt. Przykładem jest publicystyka na temat Żydów w latach 30. XX w. („fale żydostwa” itp.). W dalszej perspektywie może prowadzić to do przemocy, w tym traktowania ludzi jak nie-ludzi. Współcześnie natomiast, w odniesieniu do kobiet, zauważyć można popularne w niektórych środowiskach używanie słowa „dupa” na określenie kobiety. Nietrudno domyślić się, że grupy mężczyzn, którzy radośnie zmierzają w kierunku utraty pracy, reputacji i spotkania z prokuratorem na pewno lubią tego typu słownictwo.

            W takiej sytuacji rozwiązaniem, oprócz jakiejś edukacji, najlepiej przy udziale pracowników prokuratury, może być właśnie wykorzystanie pracy Dunbara. Problemy takie bowiem zdarzają się rzadziej i na mniejszą skalę w małych firmach. Natomiast po przekroczeniu tych 150 osób integracja grupy staje się niemożliwa, skoro mózg ludzki fizycznie nie jest w stanie tego zrobić. Na tym procesorze ta gra nie pójdzie. Dlatego można podzielić pracowników korporacji na grupy nie większe niż 150 osób, które nie pracują i nie spędzają czasu w tym samym miejscu, co inne grupy. A spotkania integracyjne robi się tylko wewnątrz grupy. Poza tym organizacja taka mogłaby przełożyć pozytywnie na wydajność pracy i ograniczenie różnych problemów, jakie trapią korporacje. Najlepiej gdyby grupa sama mogła wybrać albo chociaż zwolnić swojego menedżera/kierownika w regularnym głosowaniu. Generalnie można inspirować się wybranymi sposobami funkcjonowania plemion, które z sukcesem trwały.

            Bardzo ważne może być też unikanie, na ile to możliwe, powstawania sytuacji rywalizacji między tymi grupami o ograniczone zasoby. Zapewne nie byłoby to łatwe, ale można starać się tworzyć warunki odpowiedzialności indywidualnej, w której maksymalnie obiektywnie ocenia się dotychczasową efektywność pracy danego pracownika. Generalnie nowoczesne metody głównie poziomej organizacji i promowania kreatywności pojedynczych pracowników zamiast efektywności wyrażanej w ilości spożytego alkoholu na imprezach z przełożonymi na dziesięciu poziomach hierarchii, w tym ośmiu zbędnych.

            Polubienie

          3. Nie mam pojęcia, skąd wziął mi się ten awatar w powiadomieniach, gdy zalogowałem się przez Facebook. Z pewnością nigdy na Facebooku go nie miałem. Podobnie, jak nie rozumiem, dlaczego w komentarzach jest inny, a w powiadomieniach inny. Najwyżej mógł być kiedyś na WordPressie. Pozostaje zatem pozdrowić twórców WordPressa 🙂
            /Soul33

            Polubienie

          4. Dokładnie tzw. liczba Dunbara dla H sapiens wynosi ok 150. Dla neandertalczyków była znacząco niższa, około 100

            A czy to nie premiuje właśnie neandertalczyków?
            Wyższa liczba Dunbara jest korzystana dla łowców-zbieraczy bo pozwala na większe stada ale po przejściu w górny paleolit/neolit niższa L.D. (aczkolwiek nadal dość wysoka) wymusza szybsze powstanie bardziej złożonych struktur społecznych aby tym już nie stadem ale klanem czy tam plemieniem zarządzać

            Polubienie

          5. Intrygujący wniosek. 🙂 Jednak mniejsza liczba Dunbara utrudnia zwiększanie gęstości zaludnienia łowców – zbieraczy i tym samym zmniejsza szanse na przejście do neolitu

            Polubienie

          6. @m
            Nie wymusza. Najprostsze plemiona nie są jakoś wybitnie zorganizowane. Ot wioski żyją ze sobą w miarę pokojowo.

            Polubienie

  2. Kilka uwag.
    1) Jakichś Atlantów znał też Herodot. Opisywał ich jako mieszkające gdzieś w Maroku współczesne plemię, żyjące w stanie naturalnej szczęśliwości. Platon zapewne zutylizował jakiś ówczesny mit żeglarski.
    2) Homo sapiens w Eemianie wylazł z Afryki i to dość szeroko. Pozostałości znamy z Grecji, być może nawet z Chin. Do tego ślady sapientnej przymieszki widać u neandertalczyków z.. Ałtaju. Oczywiście potem przyszło ochłodzenie i neandertalczycy tę ekspansję do spodu zaorali.
    3) Z Eemianu brak jest śladów nie tylko neolitu ale nawet górnego paleolitu. Nie widać śladów zróżnicowania kulturowego, widocznego w każdym aspekcie wytwórczości. W GP możemy rozróżniać kultury nawet po kształcie wytworów kamiennych – to jest oryniackie, to graweckie, to iberomauretańskie. Tymczasem z Eemianu mamy tylko monotonny ponadgatunkowy mustiern. To jest istotne, ponieważ najwyraźniej ludzie nie byli w stanie wtedy budować choć trochę złożonych społeczeństw, nawet pomimo gęstego zaludnienia.

    Polubienie

    1. Och, Platon mógł się inspirować choćby zagładą Helike. Ale z Kretą zbyt wiele tu pasuje. Można sobie bez trudu wyobrazić, że kapłani z Sais, których przodkowie budowali piramidy, kiedy przodkowie Hellenów chodzili jeszcze po drzewach, wkurzeni pyszałkowatym zachowaniem się greckiego turysty, postanowili dać mu nauczkę pokazując mu, że nie zna nawet historii własnego ludu… I dla lepszego efektu wszystko dziesięciokrotnie wyolbrzymili… Względnie, ze względu na barierę językową, samemu Solonowi/Platonowi się coś w liczebnikach pokićkało. I nic dziwnego, że nie „rozpoznał” Krety, skoro podano mu wyobrażenie wyspy dziesięciokrotnie od Krety większej.

      „z Eemianu mamy tylko monotonny ponadgatunkowy mustiern. To jest istotne, ponieważ najwyraźniej ludzie nie byli w stanie wtedy budować choć trochę złożonych społeczeństw, nawet pomimo gęstego zaludnienia.”

      W rzeczy samej. Ale dlaczego?

      Polubienie

      1. Wyobrazić sobie można wiele, tylko po co..? Platon nie jest Herodotem, nie opowiada zabawnych i pouczających historyjek ku rozrywce słuchaczy. Jeśli coś pisze, to ma w tym cel. Jaki jest cel historii Atlantów? Jest to wprowadzenie do platońskiej teorii politycznej. Równie dobrze zatem, jak o lokalizację Atlantydy można pytać o umiejscowienie na mapie Utopii albo Miasta Słońca. Oczywiście, Platon jako twórca gatunku literackiego „utopii” nie zna jeszcze kodów literackich, które potem się w tym gatunku zadomowiły i nie używa zwrotu „za siedmioma górami, za siedmioma morzami”, względnie „w Polsce, czyli nigdzie”, albo innego, podobnego, który bez pudła poinformowałby nas, że mowa o miejscu fikcyjnym. Tradycyjnie interpretuje się cały wstęp o Solonie i Atlantydzie, jako hiperbolę, która ma wykładowi teorii politycznej Platona dodać powagi. Nie jest to interpretacja jedynie możliwa, ale o tym może jutro…

        Polubienie

      2. @pilaster
        Atlantyda Platona była pewnie zlepkiem kilku różnych rzeczy. W każdym razie jakieś bajki o Atlantach na zachodzie wtedy w Grecji krążyły. A Platon sobie to odpowiednio ubarwił według własnych potrzeb.

        „W rzeczy samej. Ale dlaczego?”
        Dobre pytanie. Niemniej rewolucja górnopaleolityczna wydaje się być trudniejsza od neolitycznej skoro zaszła tylko raz w jednym miejscu. Może pomogłyby jakieś badania nad gatunkiem, który jakby przeszedł jej prosty odpowiednik – szympansami bonobo. U nich zetknięcie dwóch stad nie musi prowadzić do wybuchu agresji. Choć oczywiście te analogie mogą prowadzić donikąd.

        Polubienie

  3. Polecam zwrócić uwagę na kwestię mutacji genu FOXP2, które umożliwiły artykułowaną mowę. Chociaż czytałem o tym już dawno, a teraz widzę, że w międzyczasie znaleziono je też u neandertalczyków. Możliwe jednak, że stało się wskutek krzyżowania między gatunkami (chyba nie ma takiego słowa jak interbred w języku polskim…). Odkryto natomiast, że gen FOXP2, który odpowiada również za koordynację ruchów, może nie być wystarczający do rozwoju ludzkiej mowy. Albo, jak sądzę, może umożliwiać artykułowaną mowę pośrednio, właśnie poprzez lepsze koordynację ruchów. W końcu człowiek, który nigdy nie mówił, w dorosłości nie może się już tego nauczyć w stopniu porównywalnym ze zwykłymi dorosłymi ludźmi. A zatem może wymagać to niemałej ekwilibrystyki, której po prostu na co dzień nie dostrzegamy. W każdym razie pomyślałem, że może warto zainteresować się właśnie tematem artykułowanej mowy.

    Polubienie

    1. Przekazywanie genów między gatunkami nazywa się introgresją. Kwestia istnienia mowy artykułowanej u neandertalczyków jest dyskusyjna, ale obecne badania sugerują,że jednak mieli oni już jakiś własny język. Tym bardziej musieli go mieć i pierwsi H sapiens

      Polubione przez 1 osoba

      1. Ostatnio dowiedziałem się, że Neandertalczycy nawet wypalali lasy. To świadczy o już całkiem dobrej zdolności myślenia perspektywicznego. Poza tym chyba należy cieszyć się, że nie przetrwali do naszych czasów. Nie wiadomo, kiedy nasza cywilizacja skończyłaby w takich okolicznościach z niewolnictwem.

        Polubienie

        1. Cywilizacja skończyłaby z niewolnictwem dokładnie w tym samym czasie, co cywilizacja rzeczywista – na początku rewolucji przemysłowej, kiedy zapotrzebowanie na siłę roboczą zaczęło stale wyprzedzać przyrost naturalny. Inna sprawa, że gdyby neandertalczycy przetrwali, nie byłoby żadnej cywilizacji, tylko nadal plemiona łowicko zbierackie na całej planecie. No chyba,że nie przetrwaliby z kolei H sapiens.

          Polubienie

          1. Dlaczego pilaster uważa, że gdyby było więcej gatunków ludzi w tym samym czasie, wtedy nie przeszlibyśmy do gospodarki rolnej? Mnie do tej pory wydawało się to nieuniknione ze względu wyższą wydajność takiej gospodarki oraz nieustanne eksperymentowanie z narzędziami i możliwość przekazywania wiedzy.

            Polubienie

          2. Dlatego, że obecność więcej niż jednego gatunku ludzkiego oznacza silną konkurencję między nimi. Współczynniki konkurencji są wyższe od jedności. A wtedy łączna liczebność wszystkich tych gatunków jest niższa, niżby miał jeden pojedynczy gatunek pozbawiony konkurencji. W tych warunkach osiągnięcie granicznej, niezbędnej dla powstania rolnictwa, gęstości zaludnienia jest praktycznie niemożliwe, nawet w sprzyjających warunkach klimatycznych.

            Dlatego właśnie eemiańska Atlantyda nigdy nie powstała, chociaż teoretycznie mogłaby.

            btw społeczeństwa łowiecko zbierackie nie akumulują wiedzy, która byłaby przydatna rzadziej niż raz na kilkadziesiąt lat. Gdy wymrą ostatni posiadający tą wiedzę w pamięci starcy, wiedza znika. Dlatego też łowcy zbieracze nie znają historii, przeszłości i przyszłości, żyjąc w wiecznym „teraz”

            Polubienie

          3. Tak w sumie, to w Okcydencie zapotrzebowanie na siłę roboczą zaczęło przekraczać możliwości przyrostu naturalnego dłuższą chwilę przed rewolucją przemysłową. Poddaństwo w miejsce niewolnictwa odróżniało Zachód od innych cywilizacji już kilka wieków wcześniej. Wszędzie jakieś targi niewolników, a tu jakaś pańszczyzna, a lokalnie nawet czynsz.

            Polubienie

          4. Nie tylko w Okcydencie. No i rzecz wydaje się jednak z lekka bardziej skomplikowana. Wiele znamy gospodarek NAPRAWDĘ opartych na masowym niewolnictwie..? Amerykańskie Południe, Brazylia, plantacyjne wyspy na Karaibach i na Oceanie Indyjskim – to z ery nowożytnej.

            Wcześniej? Może coś w Afryce, ale nie znam się na tym. Chłopi chińscy są wolni osobiście od zawsze. To oni są „szlachetnym ludem” – już w pismach Mencjusza. Wręcz dopiero w XVIII – XIX wieku można mówić o pewnym wtórnym uzależnieniu od rozrastającej się klasy mandarynów. W Indiach oczywiście mamy kasty, a inwazje, najpierw arabska, a potem mongolska tworzą charakterystyczne dla Bliskiego Wschodu „gospodarstwa niewolnicze” wokół władcy. No ale właśnie – mamelucy, janczarzy, personel rozmaity dworu sułtańskiego, a także sułtańskie żony, to istotnie niewolnicy i niewolnice. Ale czy taka organizacja dworu władcy przesądza o charakterze całej gospodarki? Ile to będzie % PKB? W dodatku – w znakomitej części to przecież konsumpcja (chociażby wojenna…), a nie produkcja.

            W pewnym sensie w „modelu bliskowschodnim” władca, który najczęściej jest albo byłym niewolnikiem, albo synem niewolnicy i żyje otoczony niewolnikami – panuje nad społeczeństwem ludzi osobiście wolnych.

            W starożytności? No mamy Spartę, ale to wręcz trudno nazwać „ekonomią”. Mamy też latyfundia oparte na pracy niewolniczej – ale także i na maszynach, które potem, w trakcie przejścia do kolonatu, popadają w zapomnienie. Ale wiele tych latyfundiów jest i długo trwają? Plantacje oliwek w Attyce, potem kartagińska, a później rzymska Afryka, Sycylia, trochę Galia. Może jakieś kopalnie czy kamieniołomy. Ale rzemiosło praktycznie przez całą starożytność to zajęcie ludzi wolnych – i to samo dotyczy większości rolnictwa. Św. Paweł, oprócz tego, że studiował Torę i prawo rabiniczne, był też z zawodu wytwórcą namiotów, a był przecież człowiekiem osobiście wolnym i obywatelem rzymskim. Wśród bohaterów ewangelicznych przypowieści mamy dzierżawców, robotników najemnych, służących – ale naprawdę niewielu z nich jest niewolnikami (nie przypominam sobie w tym momencie żadnego niewolnika z „Ewangelii”). W listach św. Pawła jeden raz jest mowa o niewolniku – zbiegu, którego zwraca nawróconemu także właścicielowi. Być może niewolnikami lub wyzwoleńcami byli świeżo nawróceni członkowie „domu Cezara”, których każe pozdrowić w Liście do Rzymian. Jak na plejadę dobrze ponad stu różnych postaci występujących w bogatej twórczości św. Pawła, to niezbyt dużo – a nie można o nim przecież powiedzieć, że miał „przesądy klasowe”…

            Wygląda na to, że niewolnictwo, aczkolwiek jako instytucja było zjawiskiem bardzo trwałym w dziejach, to tylko wyjątkowo i tylko w pewnych sektorach gospodarki – odgrywało istotniejszą rolę produkcyjną. Więcej niewolnictwa jest po stronie „konsumpcyjnej” (służba domowa to raczej „konsumpcja”, niż „produkcja”, a niewolnicy – żołnierze, czy niewolnice – nałożnice, to już „konsumpcja” w postaci czystej…).

            Polubienie

          5. Raczej należy wątpić, czy przekrój społeczeństwa przedstawiony w Nowym Testamencie jest wystarczająco reprezentatywny dla swoich czasów. Chrześcijaństwo początkowo rozwijało się w pewnym tylko warstwach społecznych i etnicznych i pisma wczesnochrześcijańskie to odzwierciedlają.

            Co do samego niewolnictwa, to faktycznie epizody kiedy masowo stawało się ono podstawą gospodarki nie są zbyt częste i zazwyczaj poprzedzają nadejście kryzysu w swoich cywilizacjach. Działo się tak wtedy, kiedy przyrost demograficzny doganiał już wcześniejszy wzrost gospodarczy i nie tylko malał dobrobyt, ale i rynkowa cena pracy – ta ostatnia do zera, albo i poniżej zera. Oczywiście niewolników, bardzo niewydajną siłę roboczą, opłacało się zatrudniać przy zajęciach monotonnych, prostych, powtarzalnych, a równocześnie uciążliwych i wyczerpujących. Na polu albo w kopalni. W Antyku, zimą, przy braku prac polowych, niewolnice, przynajmniej te, które nie były ani młode, ani ładne, zapędzano do przędzenia – nie wie pilaster czy istnieje jakakolwiek bardziej nudna robota. Jest to też powód, dlaczego taki prosty a równocześnie wydajny wynalazek jak kołowrotek, powstał dopiero w Średniowieczu po przejściu Czarnej Śmierci, kiedy akurat cena pracy wystrzeliła skokowo do góry.

            Polubienie

          6. Akurat Nowy Testament to dokładnie jedyne pisane źródło historyczne, które realistycznie i w niejakiej obfitości przedstawia życie tzw. „klas niższych”. Poza tym bowiem, zabawą w literaturę zajmowały się wyłącznie „klasy próżniacze”, które jeśli w ogóle cokolwiek pisały o prostaczkach, to albo satyrycznie, albo idyllicznie i bukolicznie, a w każdym razie – na 100% fałszywie.

            Przy tym Judea i okolice to biedny, pod każdym względem przeciętny „ogon” Śródziemnomorza. Zatem, obfitość przypowieści bardzo kapitalistycznych (o talentach, o perle, o pannach roztropnych i nieroztropnych…) coś nam jednak mówi o tym, jak mogło wyglądać codzienne życie w Antyku. Nie różni się ten obraz jakoś bardzo radykalnie od naszej współczesności.

            Stąd właśnie – mam takie pojęcia jak „gospodarka niewolnicza”, czy „gospodarka feudalna” za w najlepszym razie skróty myślowe. Częściej jednak, jest to ściema i marnej jakości metafizyka.

            Polubienie

          7. „Akurat Nowy Testament to dokładnie jedyne pisane źródło historyczne, które realistycznie i w niejakiej obfitości przedstawia życie tzw. „klas niższych””

            Powiedzmy – średnich. Może jest bardziej reprezentatywne niż Tacyt, czy Piliniusz, ale nadal nie jest wystarczająco reprezentatywne.

            „Przy tym Judea i okolice to biedny, pod każdym względem przeciętny „ogon” Śródziemnomorza.”

            Bynajmniej. Ówczesna Palestyna to sam środek ówczesnego centrum ekonomicznego cywilizacji Zachodu. Najbogatsze prowincje rzymskie, to dawne królestwa hellenistyczne. Ciągnęły się łukiem od Azji Mniejszej, do Egiptu z Palestyną w samym centrum. To była najbogatsza, najlepiej rozwinięta część Imperium, czyli całego ówczesnego świata.

            Polubienie

          8. Można tutaj jednak zwrócić uwagę na ograniczony zasięg występowania H. neanderthalensis. Nie dotarli nigdy do Ameryki, czy choćby wschodniej Azji i innych miejsc, w których H. sapiens z powodzeniem bytował.

            Najważniejsze jest, że społeczności łowców-zbieraczy w ogóle mogą przekazywać wiedzę. Wystarczy, aby doskonalić narzędzia oraz techniki łowieckie, a więc ogólnie – zdolności pozyskiwania pożywienia.

            Swoją drogą, w kontekście powstania cywilizacji naukowo-technicznej (która będzie w stanie osiągnąć osobliwość technologiczną, czy też po prostu etap robotyzacji gospodarki, konieczny do przechodzenia na kolejne poziomy w skali Kardasheva), bardzo ważne może być również odpowiednie opóźnienie wejścia w epokę paleolitu, aby był czas na akumulację wystarczającej ilości odpowiednich mutacji, które taki postęp naukowy umożliwią.

            Polubienie

          9. Owszem. Chociaż eemian był nawet „lepszy” od holocenu pod względem klimatycznym, to jednak bardzo różnił się pod względem „społecznym”. Niemniej obszar „żyznego półksiężyca” jak najbardziej był zasiedlony i rolnictwo i w konsekwencji cywilizacja, mogły się tam teoretycznie pojawić.

            „Najważniejsze jest, że społeczności łowców-zbieraczy w ogóle mogą przekazywać wiedzę”

            Tylko taką, której bezpośrednio, na bieżąco używają. Wiedza użyteczna rzadziej niż raz na 1-2 pokolenia – przepada.

            „Wystarczy, aby doskonalić narzędzia oraz techniki łowieckie”

            Łowcy – zbieracze, po osiągnięciu pewnego optimum wydajności polowania, nie doskonalą swoich technik, bo byłoby to dla nich zgubne. Zbyt sprawni łowcy wyginą tak samo jak zbyt nieudolni.

            „był czas na akumulację wystarczającej ilości odpowiednich mutacji,”

            Ależ skąd. Nic nie wskazuje na to, żeby łowcy zbieracze sprzed 100 tys lat różnili się w jakikolwiek sposób genetycznie od ludzi obecnych. A różnice kulturowe są gigantyczne. Zresztą ewolucja tak nie działa. Mutacja nie dająca od razu bezpośrednich korzyści nie jest w populacji utrwalana.

            Polubienie

          10. Palestyna „bogata”..? Może dawne filistyńskie miasta nadmorskie (choć i to bida z nędzą w porównaniu nawet do Tyru czy Sydonu, o Aleksandrii nie wspominając), ale na pewno nie kupa rozprażonych do białości z gorąca kamieni, zwana Judeą. Gdyby nie pielgrzymi i studenci prawa rabinicznego, przywożący do Jerozolimy dutki, jak nie przymierzając cepry do Zakopanego – w Judei utrzymałoby się co najwyżej kilka stad kóz i paru przymierających głodem pasterzy.

            Pilaster, jak zwykle, jak zwykle, tak generalizuje, że w tym lesie to już żadnego zgoła drzewa nie widać! Tymczasem, o ile mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że „las” jest czymś więcej niż tylko „zbiorem drzew” – o tyle uparte ignorowanie faktu, że poszczególne dęby, buki, sosny i brzozy wyglądają inaczej, w inny sposób wpływają na otoczenie i do czego innego się nadają, to już nie jest „dopuszczalna generalizacja”. To ściema.

            Nieprawdą jest, co Pilaster napisał, iż niewolnicy nadawali się tylko do prac prostych. I jest to nieprawda wręcz piramidalna. Prokurator Judei Feliks, ten który uwięził i przetrzymywał św. Pawła, był wyzwoleńcem Nerona – ale czynności administracyjne wykonywał zanim jeszcze został wyzwolony. Robił to w ramach „gospodarstwa domowego Cezara”, którego tzw. „Judea Prokuratorska” była prywatnym majątkiem (skądinąd, prywatnym majątkiem Cezara był też Egipt).

            Jeszcze przed wojnami perskimi funkcje policyjne w Atenach wykonywali zakupieni przez państwo niewolnicy – Scytowie.

            Niewolnikami byli często nauczyciele – wychowawcy dzieci bogatych Greków czy Rzymian. Czy to jest „praca prosta”?

            Filozof Diogenes z Synopy, wzięty do niewoli przez piratów, został sprzedany bogatemu mieszkańcowi Koryntu i został tam zarządcą jego majątku oraz wychowawcą dzieci.

            Patriarcha Józef wg Księgi Rodzaju sprzedany faraonowi jako niewolnik, zakończył karierę jako wezyr i wielkorządca Egiptu. Przykład co prawda raczej literacki, ale wcale nie nierealistyczny, bo takich karier było bardzo wiele. W Średniowieczu arabskim stały się wręcz normą, o czym pisałem poprzednio, a co Pilaster oczywiście zignorował. W historii Sułtanatu Delhijskiego istniała nawet „dynastia niewolnicza” (1206 – 1290).

            Niewolnicy pospolicie zajmowali i najwyższe i najniższe pozycje społeczne.

            Najwięcej ich było wśród służby domowej, co o tyle jest zrozumiałe, że do czasu wynalezienia stosownego sprzętu AGD pranie odzieży (cały rok w zimnej wodzie, najczęściej na wolnym powietrzu nad jakąś rzeką czy sadzawką przy użyciu kija, rzecznego piasku i Saponaria officinalis lub jej lokalnych odpowiedników), przygotowywanie posiłków (obsługa ręcznych żaren do mielenia ziarna…), utrzymywanie ciepła (najpierw trzeba nazbierać chrustu, ze wskazaniem na kolczaste suchorośla, ewentualnie wielbłądzich bobków…), itp. – to wszystko były czynności niezmiernie mozolne, męczące, a przy tym przykre przez sam fakt, iż codziennie trzeba je było powtarzać od początku. Coś jak przędzenie dla Pilastra – ale w wyniku przędzenia powstaje nić, a potem tkanina, więc widać jakiś postęp. I królowe zajmowały się przędzeniem, co wiemy chociażby z przykładu (literackiego oczywiście) Penelopy. Natomiast pranie zgrzebnych koszul czy wymiatanie klepiska jakoś żadnych literackich oddźwięków (chyba aż do czasu braci Grimm i Hansa Christiana Andersena?) nie znalazły – i trudno się temu dziwić.

            Zwracałem uwagę na fakt, iż relatywnie rzadko, wręcz wyjątkowo – niewolnicy zajmowali się jakąś produkcją. Nawet produkcją rolną.

            Jeśli gospodarz miał niewolnika, to używał go do posług domowych (jak powyżej) oraz do pomocy przy pracy, którą wykonywał, co do zasady, osobiście. Natomiast sytuacje, w których całość fizycznej pracy produkcyjnej (ale zazwyczaj także, a nawet przede wszystkim – nadzór na taką pracą!) były powierzane niewolnikom zdarzały się tylko w wielkich i bogatych majątkach i to takich tylko, które prowadziły produkcję wyspecjalizowaną, towarową, na sprzedaż. Jak plantacje oliwek w Attyce czy w Afryce Północnej, czy latyfundia zbożowe na Sycylii czy w rzymskiej Galii.

            Wraz z ograniczeniem obrotu pieniężnego i upadkiem takich wyspecjalizowanych, kapitalistycznych przedsiębiorstw, miejsce niewolnictwa zajął kolonat.

            Wniosek Pilastra, iż niewolnictwo najpełniej rozwija się w schyłkowym momencie wzrostu demograficznego, tuż przed kryzysem „społeczeństwa maltuzjańskiego”, kiedy cena pracy jest najniższa, może i jest słuszny co do zasady, ale wcale niekoniecznie – zawsze i nie w każdym wypadku.

            W przypadku zachodniej części Imperium Rzymskiego, może to być prawdą – choć maksymalny rozwój niewolniczych latyfundiów przypada już na okres, kiedy populacja tej części świata była co najwyżej stagnacyjna (ale można to wytłumaczyć faktem, iż wcześniej, w okresie intensywnych wojen, po prostu nie było możliwości takiego zagospodarowania nadwyżek siły roboczej, bo przemaszerowujące wojska i tak wszystko rozgrabiały…).

            Na Wschodzie mamy jednocześnie wzrost obciążeń fiskalnych, usztywnienie struktury społecznej (z przywiązaniem chłopa do ziemi włącznie), upadek obrotu pieniężnego i wyspecjalizowanych latyfundiów – i demograficzny wzrost, którego świadectwem jest rozrost siatki osadniczej, widoczny w badaniach archeologicznych. Fenomen.

            Na Antylach czy na amerykańskim Południu rozwój niewolnictwa wcale nie wynikał z jakichś nadwyżek siły roboczej. Zgoła przeciwnie! Na miejscu brakowało ludzi (bo „rdzenni Amerykanie” wyginęli, wycięci przez mikroby, a kolonistów z Europy było zbyt mało) zatem, aby jakąkolwiek towarową produkcję w ogóle prowadzić, lokalni przedsiębiorcy musieli pogodzić się z wysokim kosztem importu tejże siły roboczej z Afryki.

            W XVI-wiecznej Polsce, chcąc rozwijać folwarki, produkujące zboże na sprzedaż, polska szlachta także usiłowała przy użyciu przymusu zmniejszyć mobilność siły roboczej (mamy statuty zakazujące robotnikom rolnym wędrowania np. na Śląsk – po to, aby nie zabrakło ich na miejscu).

            Praca przymusowa może być zatem także próbą odpowiedzi na wyzwanie, jakim jest brak rąk do pracy. Trzeba tylko mieć narzędzia przymusu, żeby taką próbę podjąć…

            Polubienie

          11. „kupa rozprażonych do białości z gorąca kamieni, zwana Judeą.”

            Hmm. Chyba Jezus nie bez powodu był nazywany „Galilejczykiem”, a nie „Judejczykiem”? A Galilea to już zupełnie odrębna kategoria. Ktokolwiek miał okazję zobaczyć ruiny takiego biblijnego Kafarnaum to bez trudu skojarzy gigantyczne, wykonane z czarnego bazaltu maszyny do przetwórstwa oliwek i produkcji oliwy, którą tambylcy eksportowali do całego Imperium Romanum na czym znakomicie zarabiali. To była tak bogata okolica, że stać ją było na fanaberię budowy „białej synagogi”, do której kamień musieli sprowadzać z bardzo daleka. Okolica to gigantyczna depresja – dno rowu tektonicznego oddzielającego dwie płyty kontynentalne, zatem tamtejsze skały to tylko bazalt i bazalt. Wszystko na czarno i tylko biała synagoga – niesamowite wrażenie.

            Dom św Piotra (zachowały się fundamenty) nawet dzisiaj zostałby uznany za rezydencję człowieka przynajmniej zamożnego. Sam Jezus też z biedoty nie pochodził, skoro żołdacy grali w kości, aby zdobyć jego szaty…

            „Praca przymusowa może być zatem także próbą odpowiedzi na wyzwanie, jakim jest brak rąk do pracy.”

            Nie może, bo praca przymusowa jest niesamowicie niewydajna. Przy braku rak do pracy bardziej opłaca się mechanizować produkcję i zwiększać intensywność, a nie brnąć w ekstensywność.

            Polubienie

          12. No i..? Jakoś plantatorzy z Jamajki czy innego Barbadosu, a także z Georgii czy Virginii nie „poszli w mechanizację”, tylko płacili krocie za import Murzynów. Plantatorzy angielscy, którzy w XVII i nawet jeszcze w XVIII wieku byli tylko ubogimi krewnymi plantatorów holenderskich, ponieważ nie mieli dość środków na zakup wciąż nowych niewolników – nawet wpadli na pomysł, żeby ich sobie hodować. Używali do tego celu irlandzkich dziewcząt, by były dużo tańsze, oraz mężczyzn z Afryki, lepiej nadających się do pracy w subtropikalnym klimacie.

            Właściciele nowo zakładanych folwarków w XVI-wiecznej Polsce też nie wpadli na pomysł, żeby wymyślić jakieś mechaniczne żniwiarki, czy ulepszyć pługi. Zamiast tego usiłowali przemocą powstrzymać parobków przed poszukiwaniem lepiej płatnej pracy zagranicą.

            W obu przypadkach o żadnej „nadwyżce siły roboczej” po prostu nie ma mowy. Nie da się takiej tezy obronić żadnym sposobem.

            Co do Galilei – no i co z tego..? Św. Piotr ma spółkę rybacką z bratem i kilku sąsiadami. Mają bodaj jednego niewolnika..? Nic nam o tym nie wiadomo, ale gdyby mieli, to chyba teściowa św. Piotra nie musiałaby usługiwać przy stole zaraz po tym, jak wstała z łóżka po chorobie, co nie..?

            To tylko potwierdza MOJĄ tezę – że niewolnictwo nie odgrywało większej roli nawet w starożytności. W każdym razie – nie była to rola produkcyjna.

            Polubienie

          13. Ogólnie niewolnictwo pojawia się na masową skalę, jeżeli cena pracy spada szybciej niż wydajność. Niewolnictwo „domowe” przed epoką industrialną istnieje, jak słusznie zauważył J. Kobus zawsze. A niewolnictwo produkcyjne? No nie ma bata, podaż pracy musiała rosnąć szybciej niż popyt. Nawet niewolnictwo plantacyjne w XVII/XVIII wieku zaczęło się od pracy przymusowej białych Europejczyków, a Murzyni wyparli ich na tym rynku bo byli bardziej odporni na choroby tropikalne.

            Jeżeli podaż nie była tak duża, to popyt musiał być mniejszy.

            Polubienie

          14. A jak oceniacie wpływ słów Jezusa na redukcję wykorzystanie niewolnictwa w gospodarce. Pomijalny, czy jednak miał jakieś znaczenie?

            Polubienie

          15. Pilaster miałby rację, gdyby niewolnicy podejmowali się swojej pracy dobrowolnie. Owszem – bywało i tak (np. bywało, że rodzina specjalnie oddawała chłopca, żeby go wyszkolili na janczara czy mameluka, licząc na korzyści w przyszłości). Generalnie jednak, to niewolnicy nie tylko sami się do „punktu werbunkowych” nie garnęli, ale wręcz – raczej starali się, na miarę swoich możliwości, owe punkty omijać.

            Dokładnie to samo dotyczy pracy przymusowej Europejczyków. Która zresztą w Anglii zaczęła się od reformacji, likwidacji kościelnej dobroczynności i wprowadzenia „warsztatów pracy przymusowej” dla włóczęgów i żebraków. Którzy wcale nie byli szczęśliwi z tego, że ktoś im dawał skąpe utrzymanie w zamian za przykrą pracę np. przy rozplataniu zużytych lin okrętowych.

            Popyt na niewolników (a także na „intendentured servants”) w Ameryce nie wynikał z faktu, że z każdej błotnistej kałuży (rogów ulic jeszcze nie było…) wystawało trzech chętnych do podjęcia pracy na plantacji.

            Ten popyt wynikał z faktu, że chętnych do podjęcia pracy na plantacji na ogół NIE BYŁO WCALE.

            I opłacało się ponieść koszt stosownego aparatu przymusu w celu schwytania delikwenta (to przecież dużo drożej wychodzi niż dać ogłoszenie na OLX o poszukiwaniu pracownika, co nie..?), przetransportowania go do miejsca docelowego, a następnie przypilnowania, żeby robił coś, na robienie czego nie ma żadnej ochoty w miejscu, do którego nigdy dobrowolnie się nie wybierał (to też kosztuje i to w stosunku do efektów wcale niemało…).

            Polubienie

          16. Jacek Kobus

            „Właściciele nowo zakładanych folwarków w XVI-wiecznej Polsce też nie wpadli na pomysł, żeby wymyślić jakieś mechaniczne żniwiarki, czy ulepszyć pługi. Zamiast tego usiłowali przemocą powstrzymać parobków przed poszukiwaniem lepiej płatnej pracy zagranicą.

            W obu przypadkach o żadnej „nadwyżce siły roboczej” po prostu nie ma mowy. Nie da się takiej tezy obronić żadnym sposobem.”

            areal folwarkow panszczyznianych rozrastal sie tylko do pewnego momentu i musial byc przypisany do konkretnych wsi, nie mozna bylo chlopom ze wsi oddalonej o 10-20 km kazac obrabiac panskie pole bo by tam pol dnia szli a drugie pol dnia by wracali, ogolnie drastyczny wzrost liczby dni panszcyzny w 17 wieku do nawet 7 dni w tygodniu (wiadomo, ze chodzilo o okres zniw niz calego roku) byl zwiazany z tym, ze 40% populacji zostalo wybite albo uprawodzone w wojnach domowych i zeby obrabiac ten sam areal trzeba bylo korzystac z dwa razy mniejszej sily roboczej, bo wsie byly wyludnione, szlachta zwiekszajac panszczyzne nie zwiekszala dochodow tylko probowala utrzymac te same dochody (ksiazka topolskiego to dobrze wyjasnia), ogolnie 17 wiek to byl regres gospodarczy spowodowany ogolnie dzialalnoscia niewydajnych folwarkow panszczyznianych (na zachod od laby od 13/14 wieku nastepowalo czynszowanie chlopow), nawet bez wojen domowych bylby regres gospdoarczy bo popyt na polskie zboze na zachodzie malal (szczyt eksportu przez gdansk byl w latach 1580-1620)

            Polubienie

          17. @robrobbob

            No i..? Z czym polemizujesz, bo nie pojąłem..? Piszę przecież Pilastrowi, że nie dlatego rozwinęła się u nas pańszczyzna, bo chłopom rodziło się za wiele dzieci i nie mieli co zrobić z nadmiarem parobków, tylko dokładnie przeciwnie – parobków było za mało w stosunku do popytu, zatem panowie wpadli na pomysł, żeby siłą zatrzymać ich w granicach swoich dóbr, nie pozwalając na podejmowanie (korzystniejszego) zatrudnienia gdzie indziej.

            Odnośnie Twojej wypowiedzi, to chyba nie pojąłeś Topolskiego. Tylko niewiele folwarków tworzyło jakiś wyodrębniony areał pól, do których chłopi musieli skądś dochodzić. W większości przypadków tak, jak to było tradycyjnie od jakiegoś XII czy XIII wieku, całość gruntów wsi dzieliła się na trzy części, a każda z tych części na zagony – niekoniecznie nawet oddzielone miedzami, czasem to były tylko jakieś tyczki czy kupy kamieni. Każda rodzina miała przynajmniej jeden zagon w każdym z trzech wioskowych pól. Jedno pole w danym roku obsiewano zbożem jarym, drugie ozimym, trzecie – ugorowało, wykorzystywane jako wspólne pastwisko. Wszystkie rodziny we wsi robiły to samo, w tym samym czasie, na swoich zagonach wchodzących w skład poszczególnych pól.

            Renta odrobkowa polegała najczęściej na tym, że rodzina oprócz swojego zagonu, uprawiała drugi, taki sam, leżący tuż obok, ale stanowiący „część folwarku”. Rodzina chłopska uprawiała ten zagon własnymi narzędziami, sprzężajem, ziarnem siewnym, a plony przechowywała we własnym spichlerzu czy stodole aż do czasu, gdy na rozkaz pana, musiała je na własnym wozie odstawić albo do dworu (jeśli zostały przeznaczone na własną konsumpcję), albo do miejsca, do którego zażyczył sobie dostawy kupiec (jeśli zostały sprzedane). Folwarku w XVI i XVII wieku często w ogóle nie było widać w krajobrazie. Mogło nie być żadnych zabudowań gospodarczych przy dworze, a mimo to istniał we wsi „folwark”, mogło nie być żadnych w widoczny dla kogoś z zewnątrz sposób wydzielonych pól, żadnych należących do pana zwierząt gospodarskich (chyba, że za takie uznać psy myśliwskie…) – a mimo to pan „gospodarował”.

            Widok obszernych dworskich obór, stajni i wielkich stodół (a często jeszcze cukrowni czy gorzelni) w otoczeniu rozległych pól, który czasem jeszcze znajdujemy na wsi, to już – typowo – spuścizna XIX wieku, gdy z wielkim trudem i mozołem dotarł do nas płodozmian.

            Oczywiście w praktyce było różnie, zależnie od potrzeb i możliwości. Stosunkowo wielu właścicieli ziemskich utrzymywało np. własne gospodarstwo pszczelarskie, czy własną hodowlę koni. Zygmunt August miał w ulubionym Knyszynie nawet (ho, ho!) stodołę na siano (co prawda był to fenomen który budził podziw i zdziwienie nawet u magnatów…). Jan Sobieski trzymał w Wilanowie kilka krów, bo Marysieńka lubiła świeżą śmietanę.

            Typem przejściowym jest folwark Sędziego Soplicy opisany w „Panu Tadeuszu”. Wciąż uprawia się tam ziemię w systemie trójpolówki, ale głównym dochodem właściciela nie jest już sprzedaż ziarna, tylko raczej wełny, mięsa i przetworów mlecznych. Stąd są już wydzielone pola, które nie wchodzą w skład wsi, jest stodoła (i dodatkowo także stogi siana na świeżym powietrzu, bo w stodole się wszystko nie zmieściło), jest obora, jest też kurnik i gospodarstwo drobiarskie, którym zajmuje się Zosia pod kierunkiem Panny Hreczeszanki (znanej na Litwie, wedle Mickiewicza, innowatorki w hodowli drobiu…), jest produkcja serów (zapewne z mleka pozyskanego od dworskich krów i owiec). Hodowla owiec Pana Sędziego nie mała być musi, skoro Robakowi obiecuje jako jałmużnę 200 owiec „z braku” (czyli tych, które tej jesieni odrzuci ze stada jako niezdatne do hodowli i niecelowe do utrzymania przez zimę).

            Być może rozwiązaniem paradoksu, z którym Pilaster tak dogłębnie się nie zgadza jest kwestia dostępności kapitału i gęstości zaludnienia.

            Żeby wprowadzać innowacje techniczne, potrzebny jest kapitał. Potrzebny jest też czas i wysiłek, bo pomysły na innowacje nie rodzą się same z siebie, tylko ktoś musi na nie wpaść (zatem nie ma pomysłów, gdy nie ma ludzi zdolnych do ich sformułowania), a „czas” i „wysiłek” to synonimy odpowiednio dużego skupiska ludzi.

            Angielscy koloniści zagospodarowujący puszcze Virginii czy innej Georgii mają ograniczony dostęp do kapitału, a prawie żaden – do pomysłowości odpowiednio dużego skupiska ludzi (to się bardzo szybko zmieni, to prawda – ale zanim się zmieni, gospodarka niewolnicza Południa zdąży już się utrwalić).

            Jest nieprawdopodobne, żeby w środowisku pionierów, żyjących gdzieś na głuszy, w stałym zagrożeniu atakiem Indian lub Francuzów (a najczęściej jednych i drugich w sojuszu) – rodziły się obficie innowacje techniczne. Nie ma na to czasu.

            Za to – jest to środowisko przywykłe do przemocy. Dlaczego zatem problemu z brakiem siły roboczej, potrzebnej do zakładania plantacji, nie miałoby rozwiązać w sposób dla siebie naturalny i oczywisty, czyli – przymuszając do pracy najpierw Irlandczyków (którzy tak na razie, to wcale nie chcieli za Ocean, zostali porwani, siłą doprowadzeni do portów i ciupasem przewiezieni do kolonii…), a potem Murzynów?

            Polska szlachta z epoki, gdy rodziła się gospodarka folwarczna (a więc z wieku XVI, a NIE z wieku XVII…) w kapitał jest jeszcze uboższa niż angielscy koloniści, poziom intelektualny też przedstawia, przeciętnie, słabszy, więc o jakiejś zdolności do recepcji technologicznych nowinek (nie mówiąc już o ich wymyślaniu) trudno wprost pisać. Ale po chłopskich pyskach prać przecież umie. Władzę polityczną sprawuje – czemu miałaby tego nie wykorzystać i nie spróbować wymusić świadczenie pracy, na zakup której – nie ma środków..???

            Polubienie

          18. Wszystko pięknie, ale pomija J. Kobus jeden kluczowy czynnik. Wydajność pracy, w przypadku pracy przymusowej – dramatycznie niską. Jeżeli organizuje się przymus, to wymaga on sporych nakładów. Jeżeli niewolnicy, w warunkach niskiej podaży pracy, nie mają ochoty być niewolnikami (bo jako najemni pracownicy mieliby przy niskiej podaży pracy i wysokim popycie znacznie wyższy poziom życia) to tych niewolników trzeba pilnować, dozorować, ścigać, kiedy uciekają, karać, to wszystko są niemałe koszty. Równocześnie niewolnicy pracują skrajnie niewydajnie – tylko tyle żeby uniknąć kary i nic więcej ponad to minimum.

            Z jednej strony mamy więc wysokie koszty pracy niewolników, tyle że spowodowane nie wypłatami dla nich a kosztami ich pilnowania i zmuszania do pracy, z drugiej bardzo marną ich wydajność. To się po prostu kupy nie trzyma. Niewolnictwo, zwłaszcza masowe może mieć sens ekonomiczny, tylko wtedy, kiedy niewolnicy nie mają alternatywy, bo życie na wolności wcale nie byłoby dla nich lepsze. Czyli właśnie w momencie niskiej ceny pracy. Niewolnicy nadal pracują niewydajnie, ale koszt ich utrzymania jest jeszcze niższy (bo nie trzeba ich pilnować – i tak nie uciekną) w związku z tym zysk z ich pracy jest. W momencie spadku podaży pracy, zwłaszcza gwałtownego, w wyniku jakichś epidemii, czy wojen, właściciele mogą oczywiście próbować powstrzymać dotychczasową przymusową siłę roboczą od wejścia na wolny rynek z pomocą gorączkowej działalności ustawodawczej (tak jak w Anglii po przejściu Czarnej Śmierci, czy w Polsce po wojnach północnych), czy represji, ale są to wysiłki Syzyfa, które w końcu nic nie przynoszą. W RON, pomimo przysłowiowej „ciężkiej doli chłopa”, w drugiej połowie XVIII wieku obserwuje się masowe zbiegostwo chłopów do RON właśnie z krajów ościennych. Oczywiście z Rosji i Prus, ale także z Austrii, kraju teoretycznie znacznie od RON bogatszego.

            Polubienie

          19. A jeżeli chodzi o Sędziego, to właśnie, mimo że w myśl prawa jest właścicielem swoich chłopów, to jednak stosuje szereg bodźców, niekoniecznie finansowych, ale też psychologicznych, aby podnieść wydajność pracy, bo widocznie ma to duże znaczenie. A to nie pozwala pracować po zmierzchu, a to płaci za chłopów podatki, a to ostentacyjnie się z chłopami brata i z nimi ucztuje a raz w roku nawet organizuje specjalną imprezę, na którym „państwo” chłopom usługują. Do obławy na niedźwiedzia bierze wyłącznie ochotników i „płaci” im – dniami pańszczyzny.

            W dodatku takie działanie to nie żadna Sędziego fanaberia, ale rzecz najzupełniej zrozumiała, skoro okoliczna szlachta wychwala Sędziego za to, a nawet przymawia zarządcy Klecka, niejakiemu Buchmanowi, że ten tak nie postępuje.

            Sami chłopi te muszą być z tego układu zadowoleni, skoro szlachta wcale nie obawia się ich uzbrajać do powstania przeciwko Moskalowi.

            Polubienie

          20. Można niewolników zatrudnić na wyspie. Wtedy, choćby i bardzo chcieli uciec – jest im trudno. I stąd wyspy plantacyjne na Karaibach i na Oceanie Indyjskim (taki Mauritius na przykład).

            Można niewolników rekrutować z populacji na pierwszy rzut oka odróżniającej się cechami fizycznymi. Wtedy ich szanse ucieczki, przynajmniej przez jakiś czas, też są niższe (choć już w drugiej ćwierci XIX wieku w USA te szanse znacznie rosną, co rzeczywiście przekłada się na poprawę jakości bytu ogółu ludności niewolnej…).

            Zresztą samo przeniesienie w skrajnie różne środowisko działa zdecydowanie „antyucieczkowo”.

            To, że chłopom w RON nie było tak źle, jak z samej tylko lektury statutów wynika, to prawda. Z drugiej strony – Murzynom w Virginii chyba jednak było trochę gorzej niż to „Przeminęło z wiatrem” maluje.

            Grunt, że teza Pilastra, jakoby niewolnictwo mogło istnieć tylko przy skrajnie niskich kosztach pracy, po prostu nie ma sensu. Owszem – praca niewolnicza jest niewydajna. Owszem – trzeba ponieść koszt nadzoru. Ale istnieją strategie minimalizowania tego kosztu (por. wyżej). Przy tym – taka, kosztowna z natury, praca niewolnicza stosowana jest – niech to Pilaster dostrzeże – tylko przy uprawie i przetwarzaniu „cash crops” i to takich, na które jest wysoki popyt i które dają dobrą marżę.

            Niewolnicy produkują cukier, tytoń, bawełnę (w ostatnim przypadku – tylko surowiec, bo już nie zajmują się przetwórstwem). Nie ziemniaki… Być może po prostu plantatorów na luksus użycia takiej drogiej siły roboczej (z braku innej) – było stać..?

            Polubienie

          21. Zwraca uwagę sytuacja na ówczesnej Ukrainie. Tam podaż pracy była niska, a uciec łatwo. A ucisk był najlżejszy, raptem jakieś czynsze.

            Polubienie

          22. kmat

            „Zwraca uwagę sytuacja na ówczesnej Ukrainie. Tam podaż pracy była niska, a uciec łatwo. A ucisk był najlżejszy, raptem jakieś czynsze.”

            i bardzo duzo chlopow szczegolnie prawoslawnych uciekalo pod ochrone kozakow w 16/17 wieku, wiec owczesna kozacczyzna byla najbardziej wolnosciowa?

            Jacek Kobus

            „No i..? Z czym polemizujesz, bo nie pojąłem..? Piszę przecież Pilastrowi, że nie dlatego rozwinęła się u nas pańszczyzna, bo chłopom rodziło się za wiele dzieci i nie mieli co zrobić z nadmiarem parobków, tylko dokładnie przeciwnie – parobków było za mało w stosunku do popytu, zatem panowie wpadli na pomysł, żeby siłą zatrzymać ich w granicach swoich dóbr, nie pozwalając na podejmowanie (korzystniejszego) zatrudnienia gdzie indziej.”

            no ze system folwarczno-panszczyzniany sie utrwalil na wschodzie europy, na zachodzie europy dawno od tego odeszli, bo wiedzieli ze to jest niewydajne i ze RON upadl na podobnej zasadzie jak cesarstwo rzymskie (obciazenia podatkowe przerzucane na chlopow i wpedzanie/przykuwanie ich do latyfundiow ziemskich), tylko w przypadku RON trwalo to okolo 150 lat, a w cesarstwie rzymskim kokolo 400 lat, powolny regres gospodarczy

            Polubienie

          23. @robrobbob

            To jest skrajny off top i z Atlantydą nic już nie ma wspólnego. Ale skoro już pochwaliłeś się, jaki masz śmietnik w głowie, to wyjaśnij mi proszę, czym Austria, Prusy i Rosja różniły się gospodarczo od RON, którą rozebrały, w czasie, gdy to czyniły..??? Bardziej „postępowe” może były, bardziej „wolnościowe” – czy może zgoła na odwrót..? Bo moim zdaniem różniły się tylko jednym: w każdym z tych państw, w przeciwieństwie do RON, funkcjonowała w miarę sprawna policja, dzięki czemu ucisk feudalny mógł być odrobinę bardziej skuteczny…

            Tak czy siak – upadek RON nie miał nic, ale to kompletnie nic wspólnego z ekonomią! Kryzys ekonomiczny na ziemiach RON był skutkiem, a nie przyczyną rozbiorów (w 1793 się przetoczył).

            Polubienie

        2. Dlaczego lepsza zdolność polowania musiałaby spowodować, że łowcy-zbieracze wyginęliby? Czy też pewnie raczej w praktyce ich liczebność oraz liczebność zwierzyny łownej byłaby w stanie ciągłych oscylacji. W każdym razie, mózg homo sapiens pozwala na przekroczenie genetycznie zdeterminowanych ograniczeń fenotypu i mogą zacząć choćby migrować albo nauczyć się polować na inne gatunki – np. łowić ryby, co chyba bardzo niewiele gatunków lądowych potrafi.

          Poza tym, w ewolucji ciągłe zwiększanie efektywności polowania gatunku jest naturalne. Po prostu wtedy ofiary z czasem zyskują coraz lepsze zdolności obrony wskutek presji selekcyjnej. Na przykład słonie i podobno też lwy boją się Maasjów, których rozpoznają po zapachu i głosie. Być może nie jest wykluczone, że to wynalezienie lepszych grotów włóczni doprowadziło do tego przez zwiększenie presji selekcyjnej (bo dzidę to można wbić sobie w oko, a nie w słonia).

          Ludzki mózg w pewnym momencie stał się zaburzeniem równowagi. Ale bynajmniej nie wyginęliśmy. Tylko się przystosowaliśmy. W sposób wykraczający poza genetycznie uwarunkowane metody pozyskiwania pożywienia. W tym sensie, że nasz genotyp nie miał czasu, aby zmienić się wskutek wykonywanych przez nas czynności. Jak pisanie na klawiaturze (vide zespół cieśni nadgarstka).

          „Nic nie wskazuje na to, żeby łowcy zbieracze sprzed 100 tys lat różnili się w jakikolwiek sposób genetycznie od ludzi obecnych.”

          Czy to jest w ogóle możliwe, aby przez tak długi okres czasu nie pojawiały się żadne mutacje? Wszak zmiany środowiska są niemal nieuniknione. W tym przypadku, w międzyczasie był interglacjał i minął kolejny glacjał. To przecież silna presja selekcyjna na wielu poziomach. I sam ludzki mózg otwiera bardzo szerokie pole na dalszy rozwój. Zresztą, już fakt istnienia różnych ludzkich „ras” dowodzi, że mutacje zachodziły. I cały czas trwają badania i dokonuje się jakichś odkryć. Przykładowo:
          https://www.sciencedaily.com/releases/2012/09/120919190100.htm

          „Mutacja nie dająca od razu bezpośrednich korzyści nie jest w populacji utrwalana.”

          Oczywiście. Ale kilka mutacji może doprowadzić do efektu, który będzie sumą ich części. Tak mogło być ze świadomością homo sapiens, której skutkiem była migracji prawie na cały świat już przed holocenem. A wkrótce będzie jeszcze dalej.

          Polubienie

          1. Owszem, w przyrodzie istnieje „wyścig zbrojeń” między drapieżnikami a ofiarami. Wyścig ten wygrywają zresztą zwykle ofiary. Ale wyścig ten odbywa się w ewolucyjnej skali czasowej. Nie historycznej. W tej skali zwiększanie zdolności polowania powoduje tylko przetrzebienie ofiar, które zwyczajnie nie zdążą ewoluować i w konsekwencji śmierć zbyt sprawnych łowców z głodu.

            Mutacje oczywiście pojawiają się. Ale jeżeli nie dają żadnych bezpośrednich korzyści, nie ulegają utrwaleniu. Ludzkie zdolności intelektualne 200 tys lat temu nie były mniejsze niż obecne, a przynajmniej nie ma na to żadnego dowodu.

            Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s