W trybach rewolucji. Przemysłowej

Rewolucja przemysłowa, proces ekonomiczny i społeczny rozpoczęty raptem nieco ponad dwa stulecia temu i wcale w skali świata bynajmniej jeszcze niezakończony, a w niektórych krajach, ciągle nawet jeszcze nierozpoczęty, jest jednym z trzech najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości. Jest jednak również z tych trzech najmniej zrozumiana. Paradoks to tym większy, że w przeciwieństwie do dwóch pozostałych tego typu przełomów, czyli opanowania ognia i wynalezienia rolnictwa, rewolucja przemysłowa toczy się dosłownie na oczach historyków i naukowców. Mimo to, a może właśnie dlatego, ilość mylnych koncepcji na temat tego wydarzenia historycznego jest wręcz niezliczona.

Do najbardziej popularnych, a równocześnie całkowicie błędnych poglądów na ten temat, należy przekonanie, że rewolucja przemysłowa rozpoczęła się wskutek eksploatacji paliw kopalnych i uzyskaniu w związku z tym dostępu do taniej energii. Istotnie, w Anglii, kraju gdzie rewolucja przemysłowa się rozpoczęła, wydobywano w tym czasie i spalano spore ilości węgla. Tam też powstały pierwsze maszyny parowe zasilane tym paliwem. Korelacja ta jest jednak w dużej mierze zwodnicza. Węgiel wydobywano bowiem w Anglii już w czasach rzymskich, a jednak żadnej rewolucji przemysłowej, ani wtedy, ani przez kolejne osiemnaście stuleci, to nie wywołało. Innym krajem preindustrialnym, w którym wydobywano i zużywano węgiel na dużą skalę, były też XI wieczne Chiny dynastii Song. Rewolucja przemysłowa również się jednak tam wtedy nie zaczęła, choć wielu historyków uważa, że było blisko.

Z drugiej zaś strony, rzeczywista rewolucja przemysłowa, wbrew powszechnemu przekonaniu, wcale nie czerpała energii z węgla. Aż do połowy XIX wieku, w najbardziej ówcześnie uprzemysłowionych krajach, znacznie szybciej niż ilość maszyn parowych i moc z nich pozyskiwana, rosła łączna moc bardziej tradycyjnych źródeł energii, wiatraków i kół wodnych. Te ostatnie, technologia znana od głębokiego średniowiecza, właśnie wtedy przeżywały swój złoty okres. Do końca XVIII wieku, moc kół wodnych oscylowała wokół 5 kW, a w stuleciu XIX wieku wzrosła skokowo do 50 kW, a rekordowe instalacje w połowie tego stulecia złamały nawet barierę 400 kW. Jednocześnie były to dokładnie takie same koła, budowane według tej samej średniowiecznej zasady. Tyle, że były większe i staranniej wykonane, z mniejszymi „luzami” i mniejszym tarciem. Jak widać zatem, faktycznie rewolucji przemysłowej od początku towarzyszył wzrost produkcji i konsumpcji energii, tyle że była to w znacznej mierze energia z dawno już znanych i opanowanych źródeł.

Inny popularny przesąd na ten temat głosi, że, jak sama nazwa miałaby wskazywać, rewolucja przemysłowa polegała na …budowie przemysłu. Ot, ktoś wpadł nagle na pomysł, że dobrze by było wybudować fabryki i tak zaczęła się rewolucja przemysłowa. A gdyby na to nie wpadł, to by się nie zaczęła. Tymczasem, oczywiście, rewolucji przemysłowej towarzyszył rozwój przemysłu, ale był to skutek, a nie przyczyna tego zjawiska.

Żeby zrozumieć rewolucję przemysłową należy się zatem oderwać myślowo nie tylko od węgla i maszyn parowych, ale od przemysłu w ogóle. W tym celu przyjrzymy się, przytoczonym przez Vaclava Smila w jego książce „Energia i cywilizacja” danym dotyczącym uprawy pszenicy w USA w XIX wieku. W tym czasie nie dotarły do tego sektora jeszcze żadne silniki spalinowe (pierwsze ciągniki pojawiły się po 1900 roku), ani nawozy sztuczne. Średnie plony pszenicy z hektara pozostawały przez całe stulecie na stałym poziomie 1,35 tony/ha. Ale nakład pracy na ich pozyskanie bynajmniej stały nie pozostał.

Na poniższym wykresie pokazano nakłady pracy na hektar upraw w roboczogodzinach i „zwierzogodzinach”

Jak widać, przez cały XIX wiek, również w rolnictwie, panowała presja na ograniczanie pracy ludzkiej. Początkowo, redukcję tę zapewniały nowe narzędzia, jak stalowy pług zamiast drewnianego, czy kosa zamiast sierpa. Jednak później widać też trend do zastępowania pracy ludzkiej pracą zwierząt. Liczba roboczogodzin malała, ale liczba „zwierzogodzin” – rosła! Tak właśnie przebiegała rewolucja przemysłowa w rolnictwie. Bez przemysłu i paliw kopalnych. Wysiłek ludzki był w gospodarce zastępowany przez maszyny, bynajmniej początkowo wcale nie parowe, ale znane od stuleci koła wodne, wiatraki i konie – maszyny biologiczne.

Rewolucja przemysłowa polega zatem na stałym, permanentnym wzroście wydajności, czyli produkcji w przeliczeniu na roboczogodzinę. Maszyny parowe, a potem silniki spalinowe i elektryczne, były tylko jednym, początkowo wcale nie najważniejszym, ze sposobów, na jakie ten wzrost wydajności się realizował. Skoro jednak do rewolucji przemysłowej nie były potrzebne absolutnie żadne przełomy technologiczne, czy nowe źródła energii, to dlaczego nie zaszła ona wcześniej? Dlaczego już w XVII, czy nawet w XIII wieku nie budowano coraz wydajniejszych kół wodnych i nie próbowano szerzej zastępować ludzi końmi czy wołami?

Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy zbudować odpowiedni model przedsięwzięcia biznesowego. Model taki nazywany jest modelem NPV (ang Net Present Value) i opiera się na spostrzeżeniu, że wartość kapitału zmienia się w czasie. Każdy z nas, a chęć jest ta szczególnie widoczna u dzieci, wolałby dostać sto złotych raczej dzisiaj niż za miesiąc, a zapłacić – przeciwnie. Szybkość utraty wartości kapitału w czasie, którego to zjawiska nie należy mylić z inflacją, czyli ze zmianami w podaży pieniądza, określa wielkość zwana stopą dyskonta, którą dla naszych potrzeb można utożsamić ze średnią stopą procentową w gospodarce, albo, w przypadku gospodarki bezpieniężnej, preferencją czasową. Analiza NPV polega właśnie na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu wszystkich przewidywalnych w przyszłości przepływów finansowych, zarówno wpływów, jak i wydatków, do obecnej wartości kapitału, a następnie zsumowaniu ich. Uzyskana wielkość, czyli NPV, określa bieżącą wartość przedsięwzięcia.

Załóżmy, że żyjemy w czasach preindustrialnych i prowadzimy jakiś biznes, np. warsztat szewski, kuźnię lub garbarnię. Roczny zysk, po odliczeniu wszystkich kosztów, wynosi a jednostek. Zatem NPV naszego biznesu wynosi:

NPV = (a/r)*(1-exp(-r*t))

Gdzie r to właśnie opisana wyżej stopa dyskonta, a t to przewidywany czas prowadzenia biznesu. Czas t zależy od jakości instytucji, czyli rządów i prawa w danym kraju. Jeżeli kraj jest praworządny i wolnorynkowy, a także, co jest bardzo ważne w czasach preindustrialnych, stabilny, wówczas można nawet przyjąć że t dąży do nieskończoności. Jeżeli kraj jest niestabilny, monarchia słaba i nieudolna, a ministrowie skorumpowani, wówczas przewidywany czas t jest odpowiednio krótki, bo nikt nie wie, czy za chwilę kupcy nie zostaną wypędzeni, a ich własność skonfiskowana.

Mamy teraz możliwość wprowadzenia do naszego biznesu innowacji, która dzięki oszczędnościom na kosztach pracy da nam zysk b rocznie. Oczywiste jest, że żeby w ogóle to rozważać, to b musi być większe od a, albo współczynnik q=b/a>1. Jest to warunek konieczny, ale wcale nie wystarczający. Za innowację trzeba przecież zapłacić jakąś kwotę, w wysokości m naszych dotychczasowych rocznych zysków. Zakładając, że mamy idealne instytucje, czyli t dąży do nieskończoności i porównując oba wyniki NPV otrzymamy ostrzejszy warunek

q>1+m*r

Powyższe rozumowanie zakłada, że dana innowacja jest znana i sprawdzona, wiadomo zatem, że będzie działać. Nie zawsze jednak dysponuje się takim luksusem. Każdy wynalazek ktoś musi przecież wymyślić jako pierwszy. Wtedy trzeba przyjąć jakieś prawdopodobieństwo k, że innowacja w ogóle odniesie jakiś pozytywny skutek. Dodatkowo potrzebny jest czas T, zanim dane rozwiązanie uda się pomyślnie wdrożyć. Na poniższym wykresie pokazano graniczne minimalne wartości q zarówno dla innowacji znanych, jak i dla tych, które dopiero trzeba stworzyć. Przyjęto T = 5 lat k = 50% (bardzo wysoki optymizm inwestorów) i stopę procentową r = 20% typową dla czasów preindustrialnych. Pokazano też wpływ złych instytucji (przerywane linie).

Powyżej żółtej górnej linii następuje postęp technologiczny i inwestuje się w innowacje. Pomiędzy liniami mamy obszar stagnacji technologicznej. Znane technologie są stosowane, ale nowych się nie wymyśla. Wreszcie poniżej linii niebieskiej, nie opłaca się nawet inwestować w znane usprawnienia i następuje regres technologiczny. Z historii wiadomo, ze cywilizacje preindustrialne, zwane też, od nazwiska ekonomisty, który pierwszy je prawidłowo opisał, maltuzjańskimi, znajdowały się zwykle w środkowej strefie stagnacji technologicznej, a czasami wręcz spadały poniżej dolnej niebieskiej linii i doznawały regresu. Okresy wzmożonej wynalazczości i wzrostu wydajności, wyjście powyżej górnej żółtej linii, zdarzały się stosunkowo rzadko i nie trwały długo. Aby zaś rewolucja przemysłowa mogła wystartować, społeczeństwo musi się znaleźć tam na trwale. Co było przeszkodą? Wbrew wielu popularnym poglądom, nie były to złe instytucje, czyli nieprzewidywalność prowadzenia biznesu. Wiele krajów maltuzjańskich było stabilne przez setki lat. Podatki były niskie, inflacja bliska zeru, bezpieczeństwo osobiste, na skalę epoki, dobrze zabezpieczone a prawa własności bardzo dobrze chronione. Jak widać jednak na naszym wykresie, bezpośredni wpływ instytucji na dynamikę gospodarki preindustrialnej jest w istocie mały. Dobre instytucje pomagają obniżyć wymagany próg opłacalności rozwoju technologicznego, ale tylko w niewielkim stopniu. W przypadku regresu zaś, instytucje w ogóle nie mają żadnego znaczenia. Decydujące są dwa inne czynniki.

Po pierwsze stopa dyskonta r, czyli cena kapitału, była bardzo wysoka. Wszelkie inwestycje kapitałowe były w związku z tym bardzo drogie. Po drugie zaś, w takich cywilizacjach, co zauważył właśnie Thomas Malthus, wzrost gospodarczy zawsze pociąga za sobą, z pewnym opóźnieniem, proporcjonalny wzrost demograficzny. Opóźnienie to powoduje że cena pracy chwilowo rośnie, zatem rosną też korzyści z jej oszczędzania – współczynnik q. Opłaca się wtedy, jak to ekonomiści mówią, substytuować pracę kapitałem i rozpoczyna się okres postępu technicznego. Wkrótce jednak podaż pracowników przyśpiesza, cena pracy spada, współczynnik q maleje i gospodarka pogrąża się w stagnacji, a w skrajnych przypadkach nawet w regresie. Rewolucji przemysłowej jak nie było, tak nie ma.

Widzimy już zatem co do tej rewolucji jest potrzebne. Po pierwsze tani kapitał. Kapitał fizyczny, ale także ludzki, bo do obsługi maszyn potrzebne są większe kompetencje niż do samego przerzucania worków. Im niższe r, tym nasze linie z wykresu nr 2 bardziej przesuwają się w dół i prawdopodobieństwo rozpoczęcia rewolucji rośnie. Jednak nawet darmowy kapitał sam z siebie nie wywoła rewolucji przemysłowej, jeżeli populacja nadal, po maltuzjańsku, będzie rosnąć proporcjonalnie do wzrostu gospodarczego. Na szczęście z pomocą przychodzi nam tu sama natura. Założenie Malthusa, że ludzie przerabiają całe dostępne sobie zasoby na potomstwo, nie do końca jest bowiem spełnione. Zawsze część zasobów będą pochłaniać interakcje międzyosobnicze, co w ekologii nazywane jest konkurencją wewnątrzgatunkową. Wielkość tej części równa jest iloczynowi kwadratu gęstości zaludnienia i pewnej stałej konkurencji c, zależnej od ustroju społeczno-gospodarczego, czyli ponownie od instytucji. Dopóki gęstość zaludnienia jest niska, a stała c niewielka, mechanizm ten jest niewidoczny i populacja zachowuje się w sposób maltuzjański, natomiast kiedy już się uruchomi, powoduje on, że wielkość populacji, a zatem i podaż pracy, nie dogania już wzrostu gospodarczego i rośnie proporcjonalnie jedynie do pierwiastka kwadratowego ze wzrostu gospodarczego (PKB), a nie liniowo, tak jak wcześniej.

Chociaż jakość rządów i prawa, jak wyżej wspomniano, ma niewielki bezpośredni wpływ na pojawienie się rewolucji przemysłowej, to niebagatelny jest jednak ich wpływ pośredni. Dobre instytucje ułatwiają akumulację kapitału i tym samym spadek jego ceny. Przyczyniają się też one zawsze do wzrostu produkcji, co w maltuzjanizmie przekłada się na proporcjonalny wzrost gęstości zaludnienia. Po trzecie dobre instytucje to też wysoka wartość stałej c. Chociaż rewolucja przemysłowa może się zdarzyć nawet przy złych instytucjach, to na pewno dobre prawo znacznie ten proces przyśpiesza.

Nie jest więc przypadkiem, że rewolucja przemysłowa rozpoczęła się w Anglii. Kraju, który, w całej dotychczasowej historii ludzkości miał najniższe stopy procentowe, najwyższy poziom powszechnej alfabetyzacji, najbardziej wydajne rolnictwo, oraz oczywiście najlepsze dostępne wtedy instytucje.

Raz rozpoczęta rewolucja przemysłowa, niczym kosmologiczna inflacja, napędza się dalej sama. Akumulacja kapitału przyśpiesza, zatem stopy procentowe dalej spadają. Podaż pracy rośnie wolniej niż podaż kapitału, zatem cena pracy systematycznie rośnie. Linie na wykresie opadają coraz niżej, jednocześnie rosną potencjalne oszczędności na pracy q. Wydajność rośnie więc wykładniczo. W pewnym momencie w społeczeństwie dochodzi też do tzw. „przejścia demograficznego”, po którym populacja, a zatem i podaż pracy przestaje rosnąć w ogóle. Aż w końcu akumulacja dochodzi do momentu, w którym stopy procentowe spadają blisko zera. Rewolucja przemysłowa się wtedy kończy i powstaje gospodarka i społeczeństwo postindustrialne. Pokazano je na ostatnim wykresie.

Rola instytucji, jakość rządów i prawa, niewielka u zarania rewolucji przemysłowej, w trakcie jej trwania staje się coraz bardziej istotna, aż w końcu, w gospodarce postindustrialnej, rozwijającej się już nie dzięki inwestycjom kapitałowym, ale innowacjom, jest kluczowa. Złe rządy łatwo, znacznie łatwiej niż w czasach preindustrialnych, mogą zatrzymać postęp technologiczny i wprowadzić kraj w tzw. pułapkę średniego dochodu. Rządy bardzo złe, mogą nawet technologię cofnąć, w skrajnych przypadkach wręcz z powrotem do stanu maltuzjańskiego, co możemy dzisiaj zaobserwować, na Kubie czy w Korei płn.

Rewolucja przemysłowa, okres bardzo wysokiej, wykładniczej, dynamiki ekonomicznej, demograficznej i społecznej, wydaje się nam czymś zwyczajnym i codziennym. Jest to jednak złudzenie. W skali historycznej jest to proces przebiegający wręcz błyskawicznie, znacznie szybciej niż oba wcześniejsze zjawiska tego rodzaju. To swoiste przejście fazowe pomiędzy gospodarką maltuzjańską, epoką biedy i stałego, choć nie stabilnego, poziomu przeciętnego dochodu, a gospodarką postindustrialną, wysokiego przeciętnego dochodu, której jednak wszystkich reguł, do końca jeszcze nie poznaliśmy, ale która zapewne będzie istnieć przez kolejne dziesiątki i setki tysięcy lat.

Reklama

15 myśli na temat “W trybach rewolucji. Przemysłowej

  1. Tak coś kmata zastanawia. Kuba i Korea wpadły w komunę gdy rewolucja przemysłowa tam dopiero startowała. W ogóle oddolne wprowadzenie komunizmu to kraje biedne i zacofane. Ale faszyzm to zupełnie inna sprawa, przydarzył się krajom z ówczesnej czołówki. Przypadek?

    Polubienie

    1. Bez przesady. Włochy na pewno nie zaliczały się do ówczesnej czołówki cywilizacyjnej. W czasie Wojny Asurów kraje najbardziej rozwinięte i cywilizowane na świecie to USA, Wlk Brytania, Francja, Niemcy, Szwajcaria, kraje skandynawskie i kraje Beneluxu. Tylko Niemcom się przydarzył faszyzm a i to w momencie największego kryzysu.

      Polubienie

      1. Okej, może Włochy to nie awangarda, ale też nie tyły. Były dużo bardziej zaawansowane niż jakikolwiek kraj, w którym wybuchła skuteczna rewolucja komunistyczna. Zwraca uwagę różnica – komuniści sięgali po władzę wyłącznie w krajach bardzo dziadowskich. Natomiast faszyzm czy dyktatury nacjonalistyczne to zawsze było co najmniej oczko wyżej.

        Polubienie

        1. Faszyzm to nie jest to samo co dyktatura nacjonalistyczna. Faszyzm to dyktatura nacjonalistyczno-socjalistyczna. W tym sensie krajów stricte faszystowskich na świecie było niewiele. W Europie – dwa. Za mała próbka.

          Co do samych dyktatur nacjonalistycznych – zgoda. Ale powstawały one jako odpowiedź na zagrożenie dyktaturą komunistyczną. Klasa średnia je popierała bo obawiała się komunistów. Najbardziej jaskrawy przypadek – Hiszpania

          Polubienie

          1. No, Hiszpania za wczesnego Franco nie różniła się aż tak od Włoch. Tyle, że nie trwało to zbyt długo i Franco z całym tym narodowym syndykalizmem dał sobie spokój.

            Polubienie

  2. Z innej beczki. Kiedyś pilaster wyliczył, że zależność przyrostu naturalnego od wzrostu gospodarczego przybrała postać „kapitalistyczną” już w średniowieczu. I tu kmata coś zastanawia. Czy aby cywilizacja „łacińska” nie zgubiła jednej epoki. O co chodzi. Dla szeroko pojętego Zachodu, czyli tego, co wykluło się z cywilizacji egipskiej, sumeryjskiej i harappańskiej da się wydzielić pewne epoki. Wynika to wprost z cyklów cywilizacyjnych pilastra. Mamy, jakby to nazwać, Pierwszą Epokę Brązu, Drugą Epokę Brązu, Epokę Żelaza.. i tu zaczyna robić się ciekawie. O ile łacinnicy wchodzą w Średniowiecze, to reszta Zachodu to jakby Druga Epoka Żelaza. Tam jakby ciągle panowała Starożytność. Widać to choćby po braku startu rewolucji przemysłowej nawet na obszarach kontrolowanych przez europejskie mocarstwa. Natomiast w XX wieku ta rewolucja startuje tu właściwie wszędzie. Jakby jakaś bariera została przekroczona.
    Jak to interpretować? Kmatowi chodzi po głowie coś takiego. Oczekiwany model dla Zachodu wygląda następująco: w kolejności idą dwie epoki brązu, po tym dwie epoki żelaza, potem średniowiecze, które kończy się rewolucją przemysłową i skokiem w nowożytność. Nie jest to ścisła reguła, jakąś epokę można przeskoczyć, być może w jakiejś utknąć cykl dłużej (Etiopia?). Co byłoby gdyby łacinnicy nie wskoczyli dwa poziomy wyżej po ostatnim kryzysie? Jakieś subglobalne średniowiecze od Atlantyku po Indie (Indochiny?). A za kilka wieków rewolucja przemysłowa swobodnie szerząca się na całym tym obszarze.
    Osobna sprawa to Wschód. Coś podobnego do zgubienia epoki chyba przydarzyło się Japonii. Sam pilaster zresztą wskazywał na podobieństwa do średniowiecznej Europy. Ale cykle są tam krótsze. Być może do skoku w nowożytność potrzeba by było nie jednego średniowiecza a kilku. W Europie przecież rewolucja przemysłowa zaczęła się dopiero pod koniec cyklu, gdy było widać objawy nadchodzącego kolejnego kryzysu.

    Polubienie

    1. Hmm. A czym różni się druga epoka żelaza od Średniowiecza? Efekt o którym wspominał pilaster, czyli „industrialna” zależność demografii od produkcji w europejskim średniowieczu wynika w dużej (nie wiadomo jak dużej) mierze ze zgrubnego próbkowania i epidemii Czarnej Śmierci, która przez to zgrubne próbkowanie została „rozsmarowana” na całe 500 lat 1000-1500. Być może, gdybyśmy mieli gęściejsze dane, efekt ten by nie nastąpił (jedynie w XIV wieku)

      Nie było żadnego determinizmu, który by wskazywał, że średniowiecze musi się zakończyć rewolucją przemysłową. Owszem, była na to większa szansa niż w epoce żelaza, ale nie stuprocentowa. Mogło się zakończyć kolejnym kryzysem i upadkiem (takim jak w połowie XIX wieku w Irlandii, ale rozciągniętym na cały świat), a potem kolejnym cyklem i dopiero na jego zakończenie rewolucją przemysłową.

      Cywilizacja już od XVI wieku miała charakter globalny,w związku z tym i cykle maltuzjańskie stały się globalne. Kryzys u schyłku XVIII wieku nastąpił tak samo w Europie jak i w Chinach. Rewolucja przemysłowa rozpoczęta w Europie, musiała się , wskutek wzajemnego oddziaływania (np kolonializmu), rozprzestrzenić na cały świat. Kraje ciągle jeszcze maltuzjańskie, pod wpływem wzajemnego handlu i innego oddziaływania z krajami industrialnymi, znacząco przyspieszyły swój rozwój, zwiększyły skokowo gęstość zaludnienia i same też weszły w tą fazę znacznie szybciej, niż by to im się mogło udać w sposób samodzielny.

      Co do Japonii to faktycznie jest fenomen, w którym wszystkie zjawiska o których pisze pilaster zachodzą znacznie szybciej i w sposób znacznie „czystszy”, bez postronnych zaburzeń, w porównaniu z innymi krajami. Szybciej zachodziły cykle maltuzjańskie, szybciej przebiegła rewolucja przemysłowa (zaczęła się później, a skończyła wcześniej niż na Zachodzie), znacznie szybciej zaszła też rewolucja neolityczna.

      Polubienie

      1. Jakieś różnice jednak były. Zwraca uwagę, że gdy łacinnicy eksperymentowali z poddaństwem i pańszczyzną, reszta Zachodu ciągle jechała na niewolnictwie. Czyli łacińska praca musiała być dużo droższa niż arabska, bizantyjska, czy hinduska. Szansa, że jakieś fluktuacje zamienią cenę pracy i kapitału miejscami znacząco rosła. Ciekawie wygląda też sprawa Japonii. Ten bardzo restrykcyjny system kontroli przepływu ludności wygląda właśnie na jakąś rozpaczliwą próbę obniżenia bardzo wysokiej ceny pracy przez właścicieli ziemskich. Determinizmu oczywiście tu nie ma. Łacinnicy załapali się na rewolucję chyba w ostatnim momencie, a i tak udało im się mocno wydłużyć cykl. I to chyba nawet nie tyle przez kolonizację, co sprowadzenie ziemniaka i innych prekolumbijskich specjałów. Japonia ze swoimi krótkimi cyklami w ogóle mogła regularnie nie zdążać z odpaleniem rewolucji przed kryzysem (może coś takiego przydarzyło się Songom). No i zwraca uwagę, że mimo bardzo głębokiego uprzedmiotowienia pospólstwa, niewolnictwo stało tam dosyć słabo. Swoją drogą pytanie, czy ten kraj za szogunatu nie stał na krawędzi bardzo gwałtownej rewolucji.
        Co do globalizacji i wpływu cudzej industrializacji – oczywiście. Fenomen krajów typu Botswana czy Ghana można chyba wytłumaczyć zgubieniem kilku cykli. Choć pytanie, czy ten cykl nie musi się jednak skończyć, a rewolucja odpali dopiero po kryzysie.

        Polubienie

  3. Demokratyczne instytucje są więc jedną z przyczyn rewolucji przemysłowych bo stworzyły dogodne środowisko do jej powstania czy raczej jej skutkiem bo dobrobyt ludności z dołów zaczął zależeć od kształtu instytucji a zatem powstał popyt polityczny na ruchy demokratyczne mające wpłynąć na tych instytucji kształt wedle chciejstwa tych z dołów.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s