Komu odbiła szajba

W poprzednim artykule „Czarny chleb i czarna kawa” przedstawiono analizę preferencji wyborczych osób osadzonych w zakładach penitencjarnych. Analiza ta oparta była, nie, jak to zwykle w podobnych wypadkach bywa, na zwodniczych i ułomnych badaniach ankietowych, ale na rzeczywistych wynikach wyborów w więzieniach. Preferencje wyborcze więźniów okazały się, co akurat nie było niespodzianką, daleko odbiegać od wyników ogólnopolskich. Jedynie Lewica miała u nich takie samo polityczne wzięcie, jak w reszcie Polski. Konfederacja i PSL miały poparcie nieco większe niż średnia, natomiast największa, gigantyczna różnica, wystąpiła pomiędzy dwiema największymi partiami.  Poparcie dla PIS było o ponad 20 punktów procentowych, co statystycznie przełożyło się na ponad 36 odchyleń standardowych, niższe niż oczekiwane od populacji reprezentatywnej, a poparcie dla KO w podobnej proporcji – wyższe. Osadzeni zatem, jak widać, grupą reprezentatywną w żadnym razie nie są. Bardziej subtelna analiza tego zagadnienia, wykazała, że, wbrew spotykanym czasami w reżimowych mediach prostackich interpretacjach tego fenomenu, różnica ta nie wynika ani z tego, że elektorat KO składa się w znacznej mierze z kryminalistów, ani z tego, że elektorat PIS to ludzie kryształowo uczciwi, którzy na samą myśl, że mogliby np. ukraść kostkę masła w niemieckim markecie, albo nie zapłacić za przejazd austriackimi autostradami, trzęsą się ze zgrozy i abominacji. Sami osadzeni potwierdzili zaś znacznie niższą od średniej frekwencją, że są typami aspołecznymi, zaś bardzo wysokim odsetkiem głosów nieważnych, że ich predyspozycje intelektualne pozostawiają wiele do życzenia.

Analizę tę można było przeprowadzić, ponieważ więźniowie głosują w wydzielonych, zamkniętych, przeznaczonych tylko dla nich, obwodach do głosowania i w związku z tym ich głosy można łatwo policzyć. Jednak nie tylko wyrzutki społeczne głosują w ten sposób. Zamknięte obwody głosowania znajdują się również w szpitalach. Oczywiście szpitale są różne i leczą przeróżne schorzenia. W niniejszym artykule skupimy się na pewnym specyficznym rodzaju szpitali i zbadamy jak głosowali tamtejsi pacjenci. Zbadamy preferencje wyborcze pacjentów szpitali psychiatrycznych. Oto i one. Czarnymi kreskami zaznaczono zakres błędu przy poziomie ufności 1%. Jeżeli rzeczywisty wynik wykracza poza ten zakres, istnieje tylko 1% szansy, że ta odchyłka jest przypadkowa. A skoro przypadkowa nie jest, wymaga jakiegoś wyjaśnienia.

Podobnie jak w ośrodkach penitencjarnych, również w szpitalach psychiatrycznych wyniki znacząco odbiegają od średniej ogólnopolskiej. Różnice są nieco mniejsze niż w więzieniach, ale za to znacznie trudniejsze do wytłumaczenia. Stosunkowo najłatwiej uporać się z frekwencją. Jest ona bardzo niska, jeszcze niższa niż w zakładach karnych. Nie ma się temu co dziwić, w końcu pacjenci w szpitalach, również psychiatrycznych, mają zwykle zupełnie inne zmartwienia, niż udział w wyborach. Nie jest też niespodzianką, że wyborcy cierpiący na przeróżne schorzenia psychiczne mają problemy w prawidłowym wypełnieniem kart do głosowania. Odsetek głosów nieważnych jest tu bowiem ponad trzykrotnie wyższy niż średnia. Ale to, że mimo wszystko, głosów nieważnych jest tu i tak mniej niż w więzieniach, już niespodzianką jest. Kryminaliści okazują się być głupsi nawet od wariatów.

Z partii politycznych, PSL i Konfederacja mają wśród chorych psychicznie poparcie takie samo jak przeciętnie w Polsce, natomiast Lewica minimalnie mniejsze. Największe różnice ponownie dotyczą jednak dwóch największych ugrupowań. Tym razem jednak proporcje między nimi są dokładnie odwrotne niż w więzieniach.  KO w psychiatrykach ma stosunkowo niewielu zwolenników, podczas gdy PIS przeciwnie, znacznie przekracza średnią ogólnopolską. Różnice te są nieco mniejsze niż w więzieniach, ale, jak już wspomniano, wyjaśnienie ich stanowi znacznie większe wyzwanie. Gdybyśmy mieli do czynienia z wynikami ze wszystkich szpitali w Polsce, sprawa byłaby w miarę jasna. Wśród ogółu hospitalizowanych przeważają osoby starsze, których dzieciństwo i młodość przypadły na okres PRL i które zwykle w związku z tym darzą PRL wielkim sentymentem. Nic w tym zatem dziwnego, że popierają oni ugrupowanie, które im restytucję PRL obiecuje. Jednak zależność ta nie powinna dotyczyć schorzeń psychicznych, które mogą się przydarzyć w dowolnym wieku.

Pierwszą hipotezą, jaka może się w oczywisty sposób narzucić, jest potraktowanie PIS, czy raczej faktu popierania tej partii, jako swoistej choroby psychicznej, która, przy odpowiednio wysokim nasileniu objawów, prowadzi nawet do hospitalizacji. Jednak hipoteza ta, mimo swojej niewątpliwej atrakcyjności intelektualnej, i potencjału medialnego, nie może być prawdziwa. Gdyby faktycznie PIS, z jakichś względów, w tak wyraźny, mierzalny, sposób, przyciągał do siebie osoby o niezbyt stabilnym umyśle, to owszem, miałby większe poparcie w szpitalach psychiatrycznych, ale poparcie dla wszystkich innych partii byłoby tam proporcjonalnie mniejsze. Tak samo zresztą by było, gdyby prawdziwa była hipoteza odwrotna, przypisująca z kolei elektoratowi KO nadzwyczajną odporność psychiczną. Wtedy również jej kosztem zyskałyby w ośrodkach dla umysłowo chorych, wszystkie pozostałe ugrupowania.

Tymczasem ten swoisty przepływ psychicznie chorego elektoratu zachodzi, w sposób jeszcze bardziej, niż w więzieniach, jednoznaczny, wyłącznie pomiędzy KO a PIS. Przyczyny musimy więc szukać w różnicach pomiędzy wyborcami tych dwóch konkretnych partii. Elektorat PIS, nawet jeżeli nie są to głównie, co przed chwilą wykluczyliśmy, osoby z zaburzeniami psychicznymi, to i tak grupa bardzo specyficzna. Dzieli się on obecnie, bo nie zawsze tak było, z grubsza na dwie części. Pierwsza z nich to zawistnicy, którzy mają o sobie i swoich kompetencjach bardzo wysokie mniemanie, ale jednocześnie są zbyt tępi, zbyt leniwi, lub zbyt rozrzutni, żeby osiągnąć sukces życiowy na miarę tych swoich wygórowanych oczekiwań. Żywiołowo zatem nienawidzą lepszych od siebie i cieszą się, kiedy tamtych, „wykształciuchów”, „lumpenelity”, czy „tłuste koty”, ktoś gnębi i deprecjonuje, choćby tylko werbalnie. Oczekuje też ta grupa „godnego życia”, odpowiadającego ich wygórowanemu mniemaniu o sobie, ale bez konieczności włożenia w owe „godne życie” adekwatnego do poziomu owej „godności” wysiłku. Znakomicie zostali pokazani w kultowej, znanej jako „modlitwa Polaka”, scenie filmu Koterskiego „Dzień świra”. Ale to nie wszyscy zwolennicy PIS. Jest jeszcze i druga ich część.

 Można powiedzieć że cechuje ją bardzo wysoki poziom zaangażowania ideologicznego. Od swoich politycznych wybrańców, nie oczekują oni wcale sprawnego zarządzania, kompetencji ekonomicznych, ani, w przeciwieństwie do „zawistników” , jakiegokolwiek „socjalu”. Nie oczekują oni od swoich faworytów nawet osobistej uczciwości. Mogą kraść, byle się tylko ukradzionym dzielili. Od PIS elektorat ten wymaga przede wszystkim zaangażowania ideologicznego. Wskazywania tego co słuszne i tego co niesłuszne, wyrażania oburzenia tym drugim i strzelistych wyrazów poparcia wobec tego pierwszego. Dobitnego podziału na dobro i zło. Natomiast realne podejmowanie jakiegokolwiek, opartego na tym podziale, działania, nie jest już wcale wymagane.

 Bardzo jaskrawym przykładem takiej polityki było ostatnio oficjalne „wystąpienie” PIS o tzw. „reparacje” wobec Niemiec za zniszczenia jakich Polska doznała w trakcie II wojny światowej w XX wieku. Wystąpienie oczywiście bez jakiejkolwiek intencji faktycznego wyegzekwowania od rządu niemieckiego jakichś konkretnych kwot z tego tytułu, a jedynie służące zademonstrowaniu swojej „racji moralnej” pt „Niemcy są nam winni i nie chcą zapłacić”.

Zwolennicy KO to zaś dokładne przeciwieństwo tej grupy społecznej. Jest to elektorat nie ideowy, ale skrajnie pragmatyczny. Od rządu oczekuje nie głoszenia, czy realizacji jakiejkolwiek idei, ale sprawnego dostarczania usług publicznych. Nie posiadania racji moralnej, tylko ciepłej wody w kranie. Nie uprawiania polityki tylko budowania mostów. To wyborcy, którzy postrzegają świat i swoją w nim rolę wyłącznie w kategoriach merkantylnych, a rząd traktują jako firmę usługową, od której wymaga się konkretnego towaru i rozlicza z jego niedostarczenia. Gotowi są natychmiast zmienić swoje preferencje, jeżeli tylko, w ich mniemaniu, jakaś inna siła polityczna mogłaby dostarczać owe usługi lepiej. Stąd wzięły się efemeryczne sukcesy Ryszarda Petru czy Szymona Hołowni. Efemeryczne, bo ruchy na których czele oni stali, nie zdołały zaspokoić owych oczekiwań. Wyborcy PIS i KO stoją zatem na dwóch całkowicie przeciwległych biegunach społecznych, a elektorat pozostałych, innych niż PIS i KO, partii, pod względem poziomu zaangażowania ideologicznego, niezależnie od tego jaką konkretnie ideologię popiera, mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwiema skrajnościami.

Ma to swoje konsekwencje, kiedy dany wyborca zostanie złożony chorobą, także psychiczną. Kluczem do rozwiązania naszej zagadki wydaje się bowiem bardzo niska frekwencja, na poziomie zaledwie 33%. Pacjenci w szpitalu są przytłoczeni swoją chorobą i nieszczęściem przez nią spowodowanym, ale reagują na ten fakt w sposób bardzo różny. Pragmatyczni sympatycy KO skupiają się w takiej kryzysowej sytuacji na sobie i nie w głowie im jeszcze uczestnictwo w wyborach. Inaczej jest z sympatykami PIS, zwłaszcza tymi ideowymi, z drugiej grupy.  Oni mogą nawet być w stanie agonalnym, ale jeszcze na ten ostatni wysiłek poparcia swoich faworytów się zdobędą. Stąd wyniki wyborcze PIS w szpitalach psychiatrycznych znacznie przekraczają średnią krajową, a wyniki KO na odwrót, lokują się znacznie poniżej przeciętnej. Wbrew temu, co mogłyby sugerować omawiane tutaj wyniki wyborów, elektorat PIS nie składa się więc, w zauważalnej ilości, z osób chorych umysłowo, ale bardzo silnie zideologizowanych, dla których znacznie ważniejszy od sukcesu realnego jest „sukces moralny”, a od konkretnych wyników ekonomicznych, dużo ważniejsze jest zadeklarowanie, bo już na pewno nie realne dochodzenie, swoich moralnych racji.

Czarny chleb i czarna kawa

Często w mediach spotykane są analizy poparcia dla poszczególnych partii politycznych, od najprostszych, pokazujących tylko samą wysokość tego poparcia, do bardziej wyrafinowanych, obejmujących wewnętrzną strukturę poszczególnych elektoratów, rozkład poparcia według wieku głosujących, ich wykształcenia, miejsca zamieszkania czy poziomu zarobków. Niestety, takie analizy, bazujące na badaniach ankietowych, są obciążone wieloma nieusuwalnymi błędami. Samo zapewnienie odpowiedniej reprezentatywności, nie mówiąc już o losowości, grupie ankietowanej jest już wyzwaniem prawie ponad siły, a to dopiero początek problemów. Ankietowani wcale bowiem nie muszą mieć ochoty podawania prawdziwych informacji o swoich poglądach politycznych, a tym bardziej o poziomie wykształcenia czy zarobków. Im bardziej zaś złożona i skomplikowana jest ankieta, tym mniejsza jest chęć do wypełniania jej w ogóle.

Jako alternatywę dla badań ankietowych, autor niniejszego eseju zaproponował metodę badawczą, opartą nie na losowaniu respondentów i wysyłaniu im ankiet, w nadziei że może odpowiedzą i z jeszcze mniejszą nadzieją, że odpowiedzą w zgodzie ze stanem faktycznym, ale na faktycznych wynikach wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Wyniki analizy elektoratów oparte na tej metodzie, częściowo pokrywają się z wynikami ankietowymi, częściowo zaś nie. Udało się, między innymi, ustalić, że najinteligentniejszych i najlepiej wykształconych wyborców ma Konfederacja, najzamożniejszych KO i lewica, a elektorat PIS jest bardzo podobny do elektoratu PSL, i faktycznie tworzą go ludzie biedni, starsi, niewykształceni, i ze wsi.

W niniejszym artykule podejmiemy zaś temat z niejako odwrotnej strony. Zamiast, jak dotychczas, badać jakie grupy głosują na poszczególne partie, zbadamy na kogo głosuje jedna konkretna, bardzo specyficzna i w żadnym wypadku niereprezentatywna grupa wyborców. Jak zwykle korzystamy z materiałów publikowanych przez PKW i zobaczymy jakie były w wyborach w 2019 roku wyniki głosowań w specyficznych, tzw. zamkniętych obwodach do głosowania. W zakładach karnych. Wyniki te, na tyle wyraźnie odbiegają od średniej, że bywają nawet przedmiotem propagandy obecnego obozu władzy, zawsze jednak w charakterze anegdoty, bez jakiejkolwiek pogłębionej analizy. Niniejszym nadrobimy to zaniedbanie.

Poniższy wykres pokazuje więc odsetek głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze w całym kraju – pomarańczowe słupki, oraz w zamkniętych obwodach do głosowania w zakładach karnych – słupki niebieskie. Czarne linie pokazują zakres błędu przy poziomie ufności równym 1%. Prawdopodobieństwo, że wyniki będą się mieścić w danym przedziale wynosi zatem 99%. Wyjście rzeczywistych wyników głosowania poza ten przedział, oznacza więc, że istnieje tylko 1% szansy, że taka odchyłka jest przypadkowa. Należy wtedy przyjąć, że przypadkowa ona nie jest i wynika ze specyficznych cech tego właśnie specyficznego elektoratu.

Jak widać na wykresie, nieprzypadkowo osadzeni w zakładach penitencjarnych, nazywani są często grupą antyspołeczną. Frekwencja wyborcza, wynikająca przecież z zainteresowania kwestiami publicznymi, jest bowiem w więzieniach znacznie niższa niż średnia w kraju. Nie jest też niespodzianką, że więźniowie są znacznie głupsi od przeciętnej i trudności intelektualne w prawidłowym wypełnieniu karty do głosowania, trafiają się im ponad czterokrotnie częściej, niż można by oczekiwać po populacji reprezentatywnej.  Choć na wykresie tego nie widać, więźniowie są też od krajowej średniej również młodsi. Obie te cechy, niski wiek i niska inteligencja, mają swoje przełożenie na wyniki głosowania w zakładach karnych. Wśród partii politycznych, jedynie lewica ma tam identyczny wynik, co przeciętna w całym kraju. Pozostałe partie mniej lub bardziej od średniej odbiegają. Ze względu na młodszy wiek głosujących, wyższe od średniej, o ponad 4 odchylenia standardowe, poparcie ma Konfederacja. Ze względu na ich głupotę i antyspołeczną postawę, wyraźnie lepszy od przeciętnej, jest PSL o 6 odchyleń standardowych.

Jednak najbardziej drastyczne, widoczne na wykresie na pierwszy rzut oka, różnice dotyczą najbardziej popularnych ugrupowań. Poparcie dla PIS jest niższe o 36 odchyleń standardowych, a dla KO wyższe o ponad 32 odchylenia od średniej w Polsce. Różnice te są tak gigantyczne, że, jak już autor wspominał, zwróciły nawet uwagę reżimowych propagandystów, którzy wykorzystali je do kreowania wizerunku PIS jako partii, której boją się kryminaliści.

Co więcej, ten więzienny przepływ elektoratu odbywa się, przynajmniej częściowo, wbrew tendencjom ogólnopolskim. PIS, co prawda, jako partia sentymentu za PRL, ma najstarszych wyborców ze wszystkich ugrupowań i z tego tytułu faktycznie można się spodziewać, że w ośrodkach penitencjarnych będzie niedoreprezentowana. Z drugiej zaś strony, elektorat PIS cechuje się drugim, po sympatykach PSL, najniższym poziomem inteligencji. To z kolei nakazywałoby oczekiwać większej ilości zwolenników tej partii wśród penitencjariuszy. Jednak te różnice powinny być znacznie mniejsze niż faktycznie obserwowane. Taka drastyczna dysproporcja poparcia wymaga osobnego wyjaśnienia.

Podobne zjawisko penitencjarne zachodzi również w USA, gdzie z kolei wśród więźniów, wyraźnie, nieproporcjonalnie do ich liczebności w całym społeczeństwie, nadreprezentowani są tamtejsi Murzyni. Lewica amerykańska wyjaśnia tą dysproporcję „systemowym rasizmem”. Murzyni w USA mają być systematycznie prześladowani i wtrącani do więziennych lochów przez nienawidzących ich „rasistów”, także wtedy, kiedy łapią ich murzyńscy policjanci, a skazują murzyńscy sędziowie. Prawica przekonuje zaś, że tą asymetrię dużo łatwiej wyjaśnić faktem, że po prostu Murzyni, częściej niż inne grupy w USA, popełniają przestępstwa. Ponieważ wyjaśnienie lewicowe jest jawnie absurdalne, skupmy się na prawicowym , zastanówmy się, czy analogiczne polskie zjawisko można próbować wytłumaczyć w podobny sposób?

Gdyby faktycznie kryminaliści, jak głosi to propaganda reżimu, rekrutowali się głównie z elektoratu KO, to owszem, obserwowalibyśmy ponadprzeciętne poparcie dla tej partii, ale równocześnie proporcjonalnie niższe dla wszystkich pozostałych, nie tylko dla PIS. Gdyby zaś, na odwrót, akurat to wyborcy PIS byli wzorcem kryształowej uczciwości, nastąpiłby efekt odwrotny i wszyscy inni, nie tylko KO, zyskaliby na poparciu wyborczym w więzieniach kosztem PIS, proporcjonalnie tyle samo.

Osobną hipotezą, również w propagandzie spotykaną, jest stosunek elementów przestępczych do programów poszczególnych partii. PIS postuluje ostrą politykę penitencjarną, zatem ma się to przekładać na niechętny do PIS stosunek osób, których ta polityka dotyczy bezpośrednio.  Hipoteza ta jednak nie wyjaśnia dlaczego prawie cały, utracony w ten sposób przez PIS więzienny elektorat, miałby przepływać akurat do KO. Wszak ugrupowaniem, które postuluje łagodne i wyrozumiałe traktowanie przestępców jest nie KO, a Lewica, a ona wcale w więzieniach większego niż średnia poparcia nie ma. Ma je za to Konfederacja, która jednak, podobnie jak PIS, również nie chce się patyczkować z kryminalistami, co jednak jakoś, wcale ich do Konfederacji nie zraża.

Teoretycznie jeszcze istnieje minimalna szansa, że prawdziwe jest amerykańskie wyjaśnienie lewicowe. Że cała ta hucznie ogłaszana pisowska „reforma sądownictwa” jednak się udała i teraz już „odzyskana” policja prokuratura i sądownictwo same doskonale wiedzą, kogo ścigać, oskarżać i skazywać, a kogo w żadnym razie nie. Nie wydaje się to jednak możliwe. Choćby tylko z braku możliwości, jeżeli nawet nie z braku chęci.

Jasne więc jest, że analogia z USA wiedzie nas jednak na manowce. Dzieje się tak z powodu dwóch zasadniczych różnic miedzy tymi pozornie podobnymi zjawiskami. Bycie Murzynem jest bowiem cechą genetyczną, wrodzoną. Natomiast w polskim przypadku występuje dodatkowy stopień swobody. Zwolennik jednej partii może bez trudu i wielokrotnie zmieniać zapatrywania polityczne nawet w sposób bardzo drastyczny. Co prawda, w skali całego kraju nie obserwuje się żadnego przepływu elektoratu pomiędzy PIS a KO, ale przecież, nie mamy tu do czynienia z populacją dla kraju reprezentatywną. Osadzeni w zakładach karnych, co jest różnicą subtelną, ale nie do przecenienia, nie są też dokładnie, nawet jeżeli pominiemy niewielki odsetek skazanych niewinnie, kryminalistami, ale tylko tymi kryminalistami, którzy zostali złapani i skazani. A takie doświadczenie, jak się okazuje, może jednak zmienić człowieka, także przestępcę, w tym jego poglądy polityczne.

Założymy więc w tym miejscu , że rozkład sympatii politycznych wśród elementu przestępczego pozostającego na wolności jest znacznie bardziej zbliżony do średniej krajowej niż ten sam rozkład wśród osadzonych. Ze względu na niższy od średniej wiek, oraz deficyty intelektualne w tym środowisku, odbiega oczywiście od średniej, ale w znacznie mniejszym stopniu, niż to dotyczy kryminalistów skazanych i odbywających karę. Sam fakt skazania, powoduje zatem u sporego, (ok 20%) odsetka skazanych drastyczną zmianę preferencji politycznych. Czym ona jest spowodowana?

PIS to partia, jak już wspomniano, resentymentu za PRL. Jej wyborcy wspominają ten okres z rozrzewnieniem i oczekują od swoich wybrańców przywrócenia ówczesnych stosunków ekonomicznych i społecznych, co też PIS stara się czynić, nawet w takich drobiazgach jak zakaz robienia zakupów w niedzielę. Jedną z wielu osobliwości czasów PRL, było też powszechne społeczne przyzwolenie na …kradzieże. Zresztą nawet nie używano tego słowa, mówiąc raczej o „wynoszeniu” (np. butów z fabryki), albo o „zorganizowaniu” (np. cegieł z budowy). Mieszkańcy PRL okradali zresztą, nie tylko pracodawców, czy państwowe (innych nie było) firmy. Okradali również siebie nawzajem. Kradziono używane buty w pociągu, czy ręczniki na plaży, rzeczy, których dzisiaj każdy zwyczajnie by się brzydził. Ten sentyment pozostał w tym elektoracie do dzisiaj, o czym świadczą kultowe już słowa podziwu dla swojej partii, która, co prawda kradnie, ale przecież też się tym dzieli. Dzielenie się skradzionym łupem z rodziną, czy znajomymi, było bowiem też częścią etosu obywatela PRL

Nie należy się więc dziwić, że, kiedy podzielający podobne poglądy złodziej, wpadnie w ręce sprawiedliwości i kiedy się, ku swojemu zdumieniu, zorientuje, że kradzież nie jest już podstawową narodową zdobyczą socjalną, ale przestępstwem, za które otrzymuje się solidny wyrok, doznaje ów złodziej potężnego szoku poznawczego, który może całkowicie zmienić jego nastawienie do rzeczywistości, również politycznej.  Pytanie, dlaczego nie mógł zrobić takiego rachunku przed wstąpieniem na drogę przestępstwa, byłoby bezpodstawne. To przecież nie są ludzie powalający swoją inteligencją. Tak, czy inaczej, w ten właśnie sposób PIS, w trakcie procesu sądowego, traci, być może bezpowrotnie, wielu swoich zwolenników wywodzących się ze środowisk przestępczych.

Dlaczego jednak tacy rozczarowani PIS skazani przerzucają swoje sympatie właśnie na KO? I tu kluczowy jest stosunek do PRL. Pod tym względem KO jest dokładną odwrotnością PIS. Jej wyborcy to ludzie, którzy najbardziej na przemianach po upadku komunizmu skorzystali i uznają je za optymalne, wymagające jedynie niewielkich, poważnie przemyślanych, poprawek i uzupełnień. To, w oczach skruszonych przestępców, odróżnia KO zarówno od Lewicy, która twierdzi, że zmiany po 1989 zaszły za daleko, jak i od Konfederacji, dla której były one, co najwyżej, połowiczne i daleko niewystarczające. No i oczywiście staje się KO dokładną antytezą PIS, twierdzącego, że w czasach PRL Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio, a potem przyszedł Balcerowicz i wszystko uległo, jak to określił kiedyś przywódca PIS, daleko idącej demoralizacji. Dlatego też więźniowie rozczarowani do PIS, wybierają właśnie KO, a nie jakąś inną partię z dostępnej palety.

Wśród specjalistów od kryminologii toczy się zażarty spór, czy więzienie spełnia zaplanowane dla niego funkcje resocjalizacyjne, a jeżeli w ogóle, to w jakim stopniu. Jak wynika z naszego badania, resocjalizacja jednak, w jakimś mierzalnym zakresie, w więzieniu zachodzi. Pozostaje tylko pytanie, na ile jest ona trwała i czy utrzymuje się po opuszczeniu przez danego delikwenta miejsca odosobnienia.

Wojny prymitywów

W czwartek, 24 lutego 2022 roku wojska Federacji Rosyjskiej, na rozkaz prezydenta Władimira Putina, rozpoczęły zmasowaną inwazję na Republikę Ukrainy, państwo biedne, zacofane i skorumpowane, które zresztą już osiem lat wcześniej straciło na rzecz Rosji niektóre fragmenty swojego terytorium. Rozpoczynając wojnę, Rosja, wg Putina, chciała powstrzymać ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej, której na Ukrainie dopuszczał się samozwańczy, złożony z, połączonych wspólnym pochodzeniem etnicznym (wiadomo jakim) narkomanów, nazistowski reżim z Kijowa. Ludność rosyjska była systematycznie mordowana, poddawana zbrodniczym „eksperymentom” pseudomedycznym, przed którymi cofnąłby się doktor Mengele, wreszcie rozpoczęto na Ukrainie produkcję „etnicznej” broni biologicznej, przeznaczonej wyłącznie do eksterminacji Słowian. Drugą, po humanitarnej, przyczyną interwencji, było oddalenie niebezpieczeństwa, jakim były dla Rosji umieszczone na terenie Ukrainy bazy NATO. W wielu mediach przeróżni „geopolitycy” i inni samozwańczy „eksperci”, podkreślali, że od najbliższego punktu terytorium Ukrainy do Moskwy, jest tylko 450 km i takiego zagrożenia swojej stolicy i największej metropolii, żadne liczące się państwo na świecie nie mogłoby tolerować. Co by zrobiła Francja, gdyby jej granica przebiegała 450 km od Paryża? A co by zrobiły Niemcy, gdyby 450 km od Berlina był już inny kraj? No właśnie. W dokładnie taki sam sposób musiała zareagować Rosja, tym bardziej, że wojska ukraińskie koncentrowały się już, by nagłym uderzeniem odebrać Rosji Krym i Donbas i wymordować tamtejszych Rosjan. Zostały wyprzedzone dosłownie o dni.

Powody do wojny są więc całkowicie jasne i zrozumiałe. Zarówno z humanitarnego, jak i politycznego i militarnego punktu widzenia, prezydent Putin nie mógł postąpić inaczej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że postawił sobie on cel bardzo ambitny, który najwyraźniej jest stosunkowo trudno zrealizować. W momencie kiedy pisany jest ten artykuł minęło już cztery miesiące „specjalnej operacji” na Ukrainie, a tamtejsza „etniczna oligarchia” nadal trzyma się mocno, a postępy wojsk rosyjskich są raczej symboliczne. W końcu Ukraina to duży, drugi pod względem wielkości po Rosji w Europie, i ludny kraj z proporcjonalnie do tego dość liczną armią. Tymczasem nie jest Ukraina bynajmniej jedynym opanowanym przez etniczny nazistowski reżim krajem, za pomocą którego NATO, osacza i okrąża Rosję, grozi jej zagładą i planuje eksterminację Słowian. Takim krajem jest też np. Estonia. Tak samo jak na Ukrainie, panuje w niej obłąkańczo rusofobiczny reżim i mieszka tam liczna rosyjskojęzyczna mniejszość, która jest poddawana systematycznym szykanom i prześladowaniom. Granice estońskie przebiegają, co prawda, w porównaniu z ukraińskimi nieco dalej od Moskwy, ale za to znacznie bliżej Petersburga, drugiej najważniejszej aglomeracji rosyjskiej, zwanego też w Rosji „północną stolicą”. Jednocześnie Estonia jest krajem znacznie mniejszym i słabszym od Ukrainy.

KrajEstoniaUkraina
Powierzchnia [tys. km2]45,3604
Mieszkańcy [mln]1,342
Odsetek rosyjskojęzycznych25%30%
Najmniejsza odległość do Moskwy [km]640450
Najmniejsza odległość do Petersburga [km]140850
Liczebność wojska na stopie pokojowej [tys. żołnierzy]3,5240

Jak widać w załączonej tabeli, Estonia jako narzędzie „etnicznej oligarchii” służące do podboju i zniszczenia Rosji, oraz wymordowania Słowian, jest nawet większym zagrożeniem niż Ukraina, a przy tym, ze względu na swoją wielkość i zaludnienie, powinna być od Ukrainy znacznie łatwiejsza do denazyfikacji i demilitaryzacji. Dlaczego zatem prezydent Putin zamiast uderzyć w najsłabsze ogniwa duszącego Rosję łańcucha baz NATO, jak właśnie Estonia, czy bardzo podobna do niej Łotwa, uderzył w ogniwo dużo mocniejsze?

Oczywiście Estonia różni się od Ukrainy czymś więcej, niż tylko wielkością. Podczas gdy Ukraina dopiero próbuje wstąpić do NATO, Estonia już w NATO jest. Z punktu widzenia Moskwy jednak, to żadna różnica. Głównym wrogiem Słowian, jak nieraz zapewniali nie tylko prorosyjscy publicyści, ale i oficjalni przedstawiciele państwa rosyjskiego, jest przecież „etniczna oligarchia”, której NATO i opanowane przez nią poszczególne państwa są tylko narzędziami. NATO i tak dostarcza ukraińskim żydobanderowcom szeroką pomoc, a nawet, jak twierdzą w Moskwie, wysyła tam całe dywizje. Zatem nie formalna przynależność do NATO zaważyła na tym, że pierwsza w kolejce do denazyfikacji stanęła Ukraina. Inną istotną różnicą pomiędzy Ukrainą a Estonią jest jednak poziom zamożności i wydajności gospodarczej.  Jeżeli zmierzyć je poprzez PKB per capita i PKB podzielone na ilość przepracowanych roboczogodzin, są one w Estonii wyższe od ukraińskich około trzykrotnie. Na tym jednak nie koniec. Różnica tkwi nie tylko w samym poziomie tych wskaźników, ale także w ich dynamice, w tym, jak się one zmieniały w czasie. Na poniższym wykresie pokazano zmiany PKB per capita od 1989 roku. Oprócz Estonii i Ukrainy dane obejmują też Polskę, Mołdawię i Rosję.

Trudno dziś w to uwierzyć, ale mniej niż 30 lat temu Ukraina i Estonia miały praktycznie ten sam poziom zamożności, wyższy od ówczesnego …polskiego. Jednak różnica między nimi szybko urosła, kiedy jednolita początkowo populacja krajów postkomunistycznych rozpadła się na dwie grupy.  Pierwsza, z których, oprócz Estonii, pokazano Polskę, szybko przezwyciężyła kryzys i zaczęła się rozwijać. Druga, w tym Ukraina i widoczna na wykresie Mołdawia, ugrzęzła w marazmie i stagnacji. Ciekawe jest tu położenie Rosji. Chociaż ze względu na samą wysokość PKB per capita, można ją próbować zaliczyć do pierwszej, zamożniejszej grupy, to jednak kształt wykresu, z bardzo długim i głębokim postkomunistycznym załamaniem i dzisiejszą stagnacją upodabnia Rosję raczej do grupy biedaków. Różnicę robi renta surowcowa, której pozostałe kraje postkomunistyczne są pozbawione. Jej możliwą wysokość obliczono przy założeniu, że jest ona proporcjonalna do aktualnych cen ropy naftowej. Po usunięciu wpływu tej renty, rosyjska dynamika PKB per capita niewiele się już różni od ukraińskiej. Fakt, że żołnierze Putina, plądrując kraj teoretycznie dwukrotnie biedniejszy niż ich własny, jednocześnie nie mogą się nadziwić napotykanemu wszędzie „bogactwu”, przestaje w takim razie zaskakiwać.

Oczywiście przynależność do grupy biedaków, czy zamożnych nie wynika z jakiś przedwiecznych niezbadanych wyroków przeznaczenia, tylko jest wynikiem polityki prowadzonej przez poszczególne kraje. Do budowy zamożności potrzebne jest przecież odpowiednie otoczenie instytucjonalne, prawne i ustrojowe. Te postkomunistyczne kraje, które stały się, przynajmniej jako tako, praworządne i wolnorynkowe, trafiły do grupy zamożnej, te, które kultywowały odziedziczone po komunizmie, korupcję i etatyzm, pozostały biedne. Jakość rządu i ustroju w poszczególnych państwach, autor niniejszego artykułu zwykł oceniać za pomocą, przyjmującego wartości od 0 do 100 wskaźnika Index of Economic Freedom (IEF) publikowanym przez fundację Heritage.  Nie jest bynajmniej przypadkiem, że IEF za 2022 rok Ukrainy i Rosji wynosi odpowiednio 54 i 56 pkt, podczas gdy Polski 68 pkt, a Estonii aż 80 pkt, co jest zresztą ósmym najwyższym wynikiem na świecie.

Jednak i sama wysokość IEF nie mówi bynajmniej wszystkiego. Wskaźnik IEF składa się bowiem z dwunastu składowych i kraje o tej samej wysokości IEF całkowitego, mogą mieć bardzo odmienną jego strukturę wewnętrzną. Jeżeli teraz potraktujemy poszczególne składowe tego indeksu jako wymiary w dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej, to poszczególne kraje, staną się punktami w tej przestrzeni o współrzędnych równych składowym całkowitego indeksu IEF. Kraje o podobnym ustroju, niezależnie od całkowitej wielkości IEF, znajdą się w tej przestrzeni blisko siebie, natomiast kraje nawet o zbliżonym IEF, ale odmiennej jego strukturze, daleko. Dokonując stosownych obliczeń zauważymy że najbliżsi sąsiedzi Ukrainy w tej przestrzeni to kolejno: Rosja, Ekwador, Białoruś i Kosowo, natomiast najbliżsi sąsiedzi Rosji to Białoruś, Ukraina, Tadżykistan i Uzbekistan. Rosja i Ukraina więc, do spółki z Białorusią, pod względem gospodarczym i ustrojowym są krajami wręcz bliźniaczymi, natomiast Estonia leży, w porównaniu do Ukrainy, od Rosji czterokrotnie dalej, a najbliższymi Estonii sąsiadami są Luksemburg, Islandia, Niemcy i Łotwa.

Ukraina jest zatem, tak samo zacofana, prymitywna i skorumpowana, a w konsekwencji również biedna, jak Rosja, podczas gdy Estonia przeciwnie, jest krajem cywilizowanym, praworządnym, wolnorynkowym i zamożnym. Widzimy więc teraz, dlaczego ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej odbyło się w Donbasie, nie zaś w Narwie, dlaczego też bazy NATO i laboratoria broni biologicznej pracujące nad eksterminacją Słowian, „etniczna oligarchia” zbudowała nad Dnieprem, a nie nad Zatoką Fińską.

Putin zaatakował kraj właściwie nie różniący się poziomem rozwoju od Rosji, natomiast Estonia była dla niego absolutnie niedosiężna cywilizacyjnie. Wojny od dawna bowiem mogą toczyć już tylko kraje prymitywne i zacofane, natomiast kraje cywilizowane, choćby teoretycznie militarnie były dużo słabsze, są i tak poza zasięgiem tych prymitywów. Bezpośrednim i rzeczywistym powodem rosyjskiego ataku było zaś właśnie to, że Ukraina próbuje się zmienić i przestać być jak Rosja i Białoruś, a stać się podobna do Polski i Estonii. Gdyby Ukrainie się to udało, stałaby się dla Rosji absolutnie nietykalna, a na to nie mogą na Kremlu pozwolić.

Pokazanie opisanej wyżej, dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej na dwóch wymiarach kartki papieru jest zamiarem niesłychanie zuchwałym i bardzo złożonym obliczeniowo. Nie da się też wtedy uniknąć zniekształceń odległości pomiędzy poszczególnymi krajami na takiej mapie. Rezultat takiego doświadczenia i tak może być jednak bardzo pouczający. Poniżej pokazano takie dwuwymiarowe rzutowanie mapy ustrojowej dla krajów z szeroko rozumianej Europy.

Jak już wspomniano, mapa jest nieco zniekształcona, Ukraina znajduje się na niej bliżej Turcji niż Rosji, podczas gdy naprawdę jest na odwrót, ale ogólny obraz jest znamienny. Chociaż optycznie trudno to zauważyć, za pomocą odpowiedniej analizy matematycznej kraje europejskie można podzielić na dwie rozłączne grupy – klastry, na mapie opisane jako „Cywilizowane” i „Zacofane”. Wojny prowadzą wyłącznie te drugie. Rosja napadła na Ukrainę a wcześniej na Gruzję, Kosowo oderwało się zbrojnie od Serbii, a Armenia stoczyła niedawno wojnę z Azerbejdżanem. Wojny np. Turcji z Bułgarią, albo Serbii z Bośnią też są teoretycznie możliwe. Natomiast wojna miedzy Turcją a Grecją, jak na razie, jest wykluczona. Na razie, ponieważ położenie poszczególnych krajów na naszej mapie nie jest dane raz na zawsze i może się zmieniać. Analizując analogiczne mapy z lat ubiegłych można zauważyć, że niektóre kraje, jak Gruzja, Rumunia, Bułgaria, Czarnogóra czy Albania, stopniowo zbliżają się jednak do cywilizacji. Są jednak i takie, które zmierzają w przeciwną stronę. Najbardziej spektakularny przeskok wykonała Turcja, która jeszcze pięć lat temu była całkiem cywilizowana, a obecnie coraz mniej różni się od Rosji, co tureccy obywatele wkrótce przypłacą znaczącym obniżeniem standardu życia. Drugim takim krajem, który, choć ciągle jeszcze znajduje się po stronie cywilizacji, to jednak stopniowo od kilku lat ją opuszcza, jest Polska. Widać to nie tylko na matematycznych wykresach, ale i wprost w deklaracjach władzy, która taki właśnie cel swojej polityki, upodobnienia Polski do Turcji, oficjalnie ustanowiła. Nawet w zakresie czysto wojskowym, reakcją na napaść Rosji na Ukrainę, było nie wzmocnienie sprzętowe i profesjonalne Wojska Polskiego, ale jego …likwidacja i budowa „armii” na wzór ukraiński, licznej i zarazem słabo wyszkolonej i uzbrojonej, pod pretekstem, że jej pierwowzór dzielnie walczy przeciwko moskiewskim agresorom. Krajowi cywilizowanemu tymczasem, nie jest potrzebna armia, która będzie mężnie odpierać wrażą agresję, ale przy okazji musi pozwalać na obracanie kraju w perzynę, tylko armia, która sprawi, że taka agresja w ogóle nie będzie możliwa, tak jak niemożliwa była rosyjska agresja na Estonię, choć wojsko tej ostatniej liczy zaledwie kilka tysięcy żołnierzy.

Sejm na ruletce wylosowany V 2022

Analiza sondaży za maj 2022 pokazuje, że preferencje wyborcze dotyczące największych partii są zadziwiająco trwałe. Wojna na Ukrainie trwa już czwarty miesiąc, a PIS nadal korzysta z tego szczodrego prezentu Putina i utrzymuje poparcie na poziomie powyżej 35%, co widać na poniższym wykresie. Przypomina pilaster, że pokazuje on średnią kroczącą z 15 ostatnich sondaży. Zacieniowane obszary to zakres błędu przy poziomie ufności 20%

PIS to środowisko, które zawsze podziwiało Putina i starało się go naśladować. Które prowadziło nieustanną kampanię nienawiści przeciwko Ukrainie i wspierającym ją krajom Zachodu z wielkim rozmachem wymachując „banderyzmem” i Wołyniem. Które usiłowało skonfiskować amerykańskie inwestycje w Polsce, uczestniczyło w, a nawet organizowało spędy europejskich lizodupów Putina, na których otwartym tekstem wygłaszano deklarację, że Ukraina znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów. Tylko gigantycznym wysiłkiem woli powstrzymywał się PIS przed ostentacyjnym płaszczeniem się i merdaniem przed samym Putinem, oddając się jednakże tym czynnościom przed Putinem zastępczym – Orbanem. Już po putinowskim ataku pisowski polskojęzyczny biuletyn partyjny zamieścił wielgachny przeprowadzony na kolanach wywiad z ambasadorem Putina. Jak na taki dorobek, PIS przeskoczył, choćby tylko werbalnie, do obozu antyputinowskiego nader zręcznie, nie przestając zresztą przy tym sączyć poprzez swoje polskojęzyczne media  antyukraińskiej i proputinowskiej propagandy, a tylko nieco ją wyciszając. Zważywszy na fakt, że Polacy, także ci, którzy głosowali na PIS, stanęli murem za Ukrainą, utrzymywanie przez PIS nadal tak wysokiego poparcia należy uznać za mistrzostwo świata, szczególnie w połączeniu z galopująca inflacją i rozpoczynającym się już kryzysem gospodarczym.

Druga w sondażach KO, największa (w sensie liczebności elektoratu) polska partia polityczna, po pewnym zawahaniu sondaży, odzyskuje stopniowo poparcie, ale nadal dzieli ją od PIS 10 pkt procentowych.

Na wykresie widać jednak pewne zmiany wśród mniejszych ugrupowań. Systematycznie traci poparcie ruch Szymona Hołowni. Analiza przepływów pokazuje, że głównie na rzecz Lewicy i PSL.

PSL ciągle mozolnie zbliża się asymptotycznie do granicy 5%, ale przebić jej nadal nie może. Największe realne zmiany dotyczą natomiast wznoszenia się w sondażach Lewicy i zmierzchu Konfederacji. Nie są to bynajmniej zmiany na lepsze. Hipotetyczny sejm wybrany w maju, pod warunkiem, że PIS pozwoliłby na przeprowadzenie uczciwych wyborów, co jest jednak mało prawdopodobne, wyglądałby tak:

Widać na tym wykresie pewną istotną zmianę. Pozycję „obrotowego” sceny politycznej, od którego zależałoby sformowanie większości rządzącej, straciła Konfederacja, a zyskała Lewica. To tragiczna wiadomość. Rządy koalicji PIS – lewica byłyby, choć faktycznie trudno w to uwierzyć, jeszcze znacznie gorsze od rządów samego PIS. Wenezuela i Korea płn mogłyby się wtedy wydać całkiem normalnymi krajami. Być może jednak ten efekt wzrostu znaczeni lewicy jest chwilowy.

Na kolejnym wykresie widzimy liczebności potencjalnych koalicji

A na ostatnim, jak zwykle, prawdopodobieństwo, że dana koalicja uzyska bezwzględną większość w sejmie obliczona metodą Monte Carlo

O pożytkach z psychohistorii

W czwartek, 24 lutego 2022 roku wojska Federacji Rosyjskiej, na rozkaz prezydenta Władimira Putina, rozpoczęły zmasowaną inwazję na Republikę Ukrainy, państwo biedne, zacofane i skorumpowane, które zresztą już osiem lat wcześniej straciło na rzecz Rosji niektóre fragmenty swojego terytorium. W opinii, zarówno samego prezydenta Putina, jak i wielu jego zwolenników i pomagierów, nie tylko w Rosji, ale i w krajach Zachodu, miała to być krótka zwycięska wojenka, która, najdalej po kilku dniach, skończyłaby się upadkiem ukraińskiego rządu i ustanowieniem w ukraińskiej stolicy marionetkowego reżimu, który by natychmiast podpisał z Putinem odpowiedni traktat „o przyjaźni”.  Do następnego poniedziałku, wszystko miało być pozamiatane, Ukraina podbita, a niezwyciężona armia rosyjska gotowa do kolejnej „operacji specjalnej” w Mołdawii, czy na Litwie, w zależności od tego, jaki cel wskazałby swoim nieubłaganym palcem rosyjski prezydent. Tymczasem, niespodziewanie dla Putina i jego zafascynowanych otaczającym kremlowskiego dyktatora nimbem „sprawczości”, siły i „woli mocy”, fanów na całym globie, sprawy przyjęły zgoła odmienny obrót. Okazało się, że są na świecie rzeczy potężniejsze od woli kremlowskiego satrapy.

Ukraiński rząd nie był tak tchórzliwy jak Putin uważał i ze stolicy nie uciekł. Armia ukraińska okazała się być o wiele bardziej kompetentna, zmotywowana i silniejsza niż ktokolwiek na Kremlu przypuszczał. Wreszcie reakcja najpotężniejszych krajów Zachodu, nie ograniczyła się bynajmniej do zgłaszania wyrazów protestu, ubolewania, tudzież rysowania kredkami po chodnikach, jak to szyderczo środowiska zafascynowane rzekomą siłą Putina prorokowały. W ciągu kilku tygodni armie Putina doznały na Ukrainie druzgoczącej klęski, a gospodarka rosyjska potężnego załamania, co wszystko razem prowadzi wprost, w perspektywie czasowej raczej rzędu miesięcy, niż lat, do upadku nie tylko samego reżimu Putina, ale i zapewne całego państwa rosyjskiego w dotychczasowym kształcie terytorialnym i ustrojowym.

Dlaczego tak się stało? Przecież do tej pory, „wola mocy” Putina odnosiła same sukcesy. Podbicie Czeczenii, najazd na Gruzję w 2008 roku, odebranie Ukrainie Krymu i Donbasu w roku 2014, oraz zmasakrowanie Syrii uszły mu w sumie bezkarnie. Putin i jego pokraczne imperium, w którym kilkadziesiąt procent mieszkańców nie miało nawet dostępu do kanalizacji, czy bieżącej wody, przegrało jednak w końcu, bo przegrać musiało, z przeciwnikiem znacznie potężniejszym niż zjednoczony w junackim patriotyzmie wieloetniczny naród ukraiński, potężniejszym niż organy Unii Europejskiej i potężniejszym niż amerykańska administracja.

W połowie XX wieku amerykański autor literatury z gatunku sci-fi, Isaac Asimov, na potrzeby swojego cyklu powieściowego „Fundacja”, wymyślił naukę zwaną psychohistorią. Zajmować się miała ta fikcyjna dziedzina wiedzy analizą i przewidywaniem kierunku zmian społecznych, gospodarczych i politycznych, zachodzących w ludzkich populacjach. Chociaż zachowanie pojedynczych ludzi pozostawało nieprzewidywalne, to matematyczna analiza odpowiednio licznej ich zbiorowości, mogła przewidzieć zachowanie społeczeństwa, jako całości. Rozwiązanie równań psychohistorycznych pozwalało nie tylko odtworzyć w modelu aktualny stan danego społeczeństwa, ale też, poprzez zbadanie jego dynamiki, przewidzieć, a tym samym i kształtować, jego przyszłość. Ustanawianie i obalanie kolejnych rządów, budowę, rozwój i upadek imperiów, a także przyszłe losy całej cywilizacji. Aby modele psychohistoryczne Asimova mogły działać i dawać sensowne wyniki, musiały być jednak spełnione pewne warunki, przede wszystkim społeczeństwo poddawane analizie musiało być odpowiednio liczne. U Asimova na skalę całej Galaktyki. Poza tym matematyka kryjąca się za równaniami psychohistorycznymi była niesłychanie skomplikowana, wymagająca niezwykle wytężonej pracy najlepszych matematyków w Galaktyce i użycia bardzo zaawansowanych futurystycznych narzędzi, w rodzaju Pierwszego Radiantu. Taka psychohistoria wydawała się zatem przynależeć wyłącznie do dziedziny fantastyki. Tak właśnie było w połowie wieku XX.

W historii twórczości SF wielokrotnie jednak okazywało się, że rozwój naukowo-techniczny potrafi dogonić wyobraźnię twórców, czasami wręcz zaskakująco szybko. Wymyślony przez Juliusza Verne, okręt podwodny „Nautilus”, został faktycznie zbudowany w mniej niż sto lat po ukazaniu się „20 000 mil podmorskiej żeglugi”. Podróż „Wokół Księżyca” tegoż autora również doczekała się swojej realizacji w zbliżonym czasie. Telefony komórkowe z pierwszego serialu „Star Trek”, pojawiły się na rynku jeszcze szybciej. A na prawdziwą psychohistorię czekaliśmy zaledwie 70 lat, zanim została zaprezentowana w książce autorstwa niżej podpisanego pt. „O niewielości cywilizacji

W przeciwieństwie do wyimaginowanej psychohistorii Asimova, ta prawdziwa, realnie istniejąca, nie wymaga aż tak złożonego aparatu matematycznego – spokojnie wystarczy poziom licealny. Jej założenia – aksjomaty też są znacznie mniej skrajne, niż przyjął to Asimov. Minimalna konieczna wielkość ludzkiej populacji to tysiące, co najwyżej miliony osobników, na pewno nie galaktyczne tryliony, nie ma też powodu wykluczać, co zrobili bohaterowie Asimova, istnienia innych niż ludzie istot inteligentnych.

Próba opisania całych dziejów cywilizacji za pomocą kilku prostych modeli matematycznych, może jednak wydawać się niesłychanie zuchwała. W końcu społeczeństwa istot inteligentnych, wydają się być znacznie bardziej skomplikowane i posiadać znacznie więcej stopni swobody niż, opisywane przez nieporównywalnie bardziej złożone i skomplikowane modele, cząstki elementarne, czy czarne dziury.

Tym bardziej zaskakujące jest, jak bardzo okazała się ta próba udana. I jak dokładnie w jej trakcie zdołano opisać całe dotychczasowe dzieje ludzkości, z rewolucją neolityczną, rewolucją przemysłową, a nawet wojnami światowymi z XX wieku włącznie. Autor postawił też szereg przewidywań, co do dalszych losów cywilizacji, które będzie można sfalsyfikować w przyszłości. Jeżeli kiedykolwiek nawiążemy kontakt z jakąś cywilizacją pozaziemską, to powinno się też okazać, że rozwijała się ona według tego samego modelu, co cywilizacja znana nam z autopsji.

Ludzie zatem, wbrew temu, co sami o sobie sądzą, są więc w gruncie rzeczy tak samo przewidywalni i tak samo ograniczeni jak molekuły amoniaku. Poszczególne jednostki mogą przejawiać nawet bardzo daleko posuniętą samodzielność i inicjatywę, w dłuższej jednak perspektywie czasowej, społeczeństwo zawsze doprowadzi do regresji do średniej i historia popłynie w stronę aktualnego atraktora. Najwybitniejsze nawet jednostki mogą ten proces przyśpieszać lub opóźniać, ale nie są w stanie go powstrzymać, ani tym bardziej odwrócić. W wykreowanym przez Asimova świecie „Fundacji”, gdzie twórcy psychohistorii przewidzieli, zaplanowali i za pomocą swoich równań, zaprogramowali polityczne, ekonomiczne i społeczne dzieje Galaktyki na wiele tysięcy lat do przodu, dwukrotnie podjęto próbę świadomego zburzenia tego porządku i popchnięcia społecznego atraktora Galaktyki w innym kierunku. Uratowania, wbrew równaniom, upadającego starego Imperium Galaktycznego i zniszczenia tytułowej „Fundacji”, czyli zalążka zaplanowanego imperium nowego, bardziej stabilnego i lepiej urządzonego, spróbował Bel Riose, ostatni utalentowany generał starego imperium. Odniósł od wiele zwycięstw nad siłami Fundacji, ale każde z nich okazało się w końcu przyczyniać do jego końcowej klęski i śmierci. Równania psychohistorii ostatecznie go, mimo całego jego geniuszu militarnego, pokonały.

Kilkaset lat później pojawił się w Galaktyce prawdziwy, w przeciwieństwie do Bel Riose, nieprzewidziany przez psychohistorię, „czarny łabędź”, w postaci człowieka zwanego Mułem. W wyniku kaprysu genetycznej loterii obdarzony był nadnaturalnymi wręcz zdolnościami empatycznymi i psychicznymi, powalającymi mu nawet czynić z największych swoich wrogów, najbardziej oddanych wyznawców. Mimo jednak, że, wykorzystując w pełni te swoje możliwości, Muł doszczętnie zdemolował aktualny układ polityczno – ekonomiczny Galaktyki, po jego śmierci, układ ten i tak stopniowo wrócił do poprzedniego, wyznaczonego przez psychohistorię, atraktora.

Wracając do Władimira Putina, to oczywiście nie miał on, ani talentu Bel Riose, ani tym bardziej nadnaturalnej charyzmy Muła. Dlatego też, jego próba rzucenia wyzwania psychohistorii, była dużo bardziej nieudolna. W dzisiejszych czasach, w krajach, które już dawno przeszły rewolucję przemysłową – a nie są to jeszcze bynajmniej wszystkie kraje na świecie -, dominującymi, stabilnymi ewolucyjnie, strategiami rozwiązywania konfliktów, są strategie legalistyczne. W największym skrócie polegają one na przyjmowaniu postawy agresywnej wyłącznie w obronie własnych, obiektywnych praw do danego zasobu (np. terytorium), a ustępowaniu tam, gdzie prawa innych graczy są obiektywnie słuszniejsze. Taką postawę w obecnym konflikcie prezentuje Ukraina i wspierający ją sojusznicy z Zachodu. Tymczasem Putin okazał się istną skamieliną, przedstawicielem dnia wręcz przedwczorajszego. Grał on bowiem za pomocą strategii pragmatycznych, czyli takich, w których silniejszy gracz wymusza na słabszym posłuszeństwo siłą, a jeżeli słabsi się sprzeciwiają, to ich niszczy. Strategie pragmatyczne miały swoje pięć minut w pierwszej połowie XX wieku, czasie, który autor nazywa w swojej książce Grzbietem Pragmatyzmu. Jednak nawet wtedy ich stosowanie było, jak wiemy z historii, obarczone dużym ryzykiem. W wieku XXI są one zaś już kompletnie nieefektywne. Mogą odnieść przejściowy sukces raz, czy dwa (Gruzja 2008, Ukraina 2014), ale w końcu muszą, niczym Bel Riose, przegrać i polec, o czym właśnie Putin się przekonał.

W momencie, kiedy autor pisze te słowa, wojna ukraińska ciągle jeszcze trwa, a Putin żyje i rządzi Rosją, zatem wróżenie jego upadku może wydawać się przedwczesne. Przed psychohistorią nie ma jednak ucieczki. Nawet gdyby rosyjska „operacja specjalna” okazała się, zgodnie z planami Moskwy, całkowitym sukcesem, przedłużyłoby to agonię putinowskiego imperium może nawet o kilka lat, ale koniec nadszedłby równie nieuchronnie. Psychohistoria nie dopuszcza już bowiem istnienia w dzisiejszym świecie podobnych bytów politycznych. Rosja, albo pójdzie w końcu ustrojowo w ślady Ukrainy, albo po prostu zniknie jako państwo.

Psychohistoria wreszcie wydana

Po raz pierwszy pilaster umieszcza na tym blogu treść reklamową, a właściwie autoreklamową. Ale w końcu jeżeli się sam nie pochwalę, to kto mnie pochwali? Długo pilaster czekał na możliwość wydania swojej psychohistorii drukiem, ale się w końcu doczekał. 🙂

Oto i ona:

Niestety, nakład jest ograniczony i zależny od ilości zamówień, dlatego też pilaster jest zmuszony do usilnego zachęcania do tychże zamówień składania i nabywania książki. Niech psychohistoria trafi również pod strzechy. 🙂

Link do księgarni

Sejm na ruletce wylosowany. III 2022

Od wielu tygodni wszyscy najwięksi światowi analitycy militarni, ekonomiczni i polityczni nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego 24 lutego 2022 roku rosyjski dyktator Putin zdecydował się na samobójczy krok i zaatakował zbrojnie Ukrainę. Samobójczy, bo biorąc pod uwagę realny stan ekonomiczny Rosji i jej sił zbrojnych, taka inwazja nigdy nie miała prawa się udać i mogła się skończyć tylko upadkiem Putina, a zapewne wkrótce i całej Rosji. Był to ruch tak absurdalny, tak bezsensowny i tak hazardowny, że przyjęło się nawet uważać, że Putin zwyczajnie oszalał.

A tymczasem rozwiązanie tej zagadki jest widoczne jak na dłoni. Za inwazją Putina na Ukrainę stoi …pilaster. 😉

5 lutego, na 19 dni przed putlerowskim atakiem, opublikował on bowiem na swoim blogu notatkę, którą zakończył słowami:

. „W zasadzie wyraźny wzrost poparcia dla PIS mógłby obecnie spowodować wyłącznie Putin atakując zbrojnie i na pełną skalę Ukrainę.”

No i słowo się w gówno obróciło 😦 Ktoś na Kremlu to przeczytał i zameldował o tym gdzie trzeba. Machina rosyjskiej (auto)destrukcji ruszyła. Dla ratowania władzy swoich przydupasów Putin okazał się gotów na ostateczne poświęcenie.

W przypadku Węgier to nawet podziałało. Swoim rzuceniem się na stos zapewnił Putin Orbanowi kolejną kadencję niszczenia państwa i społeczeństwa węgierskiego. Jednak, ani Orban, ani jego węgierscy wyznawcy, najwyraźniej nie zdają sobie sprawy że czas, kiedy robili sobie swoje biznesiki z Putinem w zamiana za włażenie kremlowskiemu satrapie w dupę, przeszły już do historii. Że włazić, owszem, nadal będą musieli, ale już żadnych zauważalnych profitów z tego nie osiągną.

W Polsce jednak to nie zadziałało. Wzrost poparcia dla postkomunistów był niewielki i do tego chwilowy. Co widać na poniższym wykresie. tradycyjnie przypomina pilaster, że zacieniowany obszar to zakres błędu przy poziomie ufności 20%

PIS wyraźnie nie dorósł do swojego moskiewskiego pierwowzoru i okazał się jeszcze bardziej od niego nieudolny i krótkowzroczny. Nawet w obliczu największego zewnętrznego zagrożenia dla Polski od 1981 roku, genetyczni patrioci nadal myślą tylko o tym, jakby się nakraść i zapewnić sobie bezkarność, oraz jak wyeliminować wszystkich Polaków, którym narodowy pisowski socjalizm się nie podoba. Machina propagandowa postkomunistycznego antypolskiego przemysłu pogardy nie zwolniła też ani na moment. Nadal głównym wrogiem i celem histerycznych ataków jest UE i ogólnie Zachód. Wprost Putina PIS co prawda nie odważa się popierać, ale już nie kryjący się bynajmniej z miłością do Kremla Orban, nadal jest dla postkomunistów celem strzelistych afektów. I wyborcy chyba to jednak widzą.

Tak czy owak, w poparciu dla poszczególnych partii, agresja Putina na Ukrainę nie spowodowała trwałych zmian. Najbardziej prawdopodobny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w marcu, przedstawia kolejny wykres.

A dwa kolejne tradycyjnie pokazują liczebność możliwych koalicji i prawdopodobieństwo uzyskania przez nie większości.

PIS został tym samym pozbawiony jakichkolwiek atutów. Pieniędzy na dalsze korumpowanie elektoratu nie ma i nie będzie, inflacja przyśpiesza, a kryzys narasta. Teoretycznie mogliby jeszcze genetyczni patrioci spróbować wywołać konflikt etniczny i poszczuć swoich wyznawców na przebywających Polsce ukraińskich uchodźców, ale taka gwałtowna wolta propagandowa jest jednak mało prawdopodobna, już abstrahując od tego, czy mogłaby być skuteczna.

Narodziny narodu

Onegdaj pilaster założył się na forum internetowym, że państwo rosyjskie zacznie rozpadać się na części do końca 2020 roku. Zakład ten w oczywisty sposób pilaster przegrał. Jednak, jak się okazuje, wykazał się on (pilaster, a nie zakład) tylko niewielkim przerostem optymizmu i pomylił się raptem o nieco ponad dwa lata.

Data 24 lutego 2022 roku z pewnością przejdzie do historii. Tego właśnie dnia Putin zrobił coś, czego nikt rozsądnie myślący się nie spodziewał. Bez żadnego widocznego powodu zaatakował on zbrojnie Ukrainę. Był to krok po prostu szalony i samobójczy. Odradzali to Putinowi literalnie wszyscy, także właśni generałowie. To, że Putin się na to zdecydował, dało nawet powód do twierdzenia, że zwyczajnie na świecie kremlowski satrapa oszalał. Byłoby to jednak przedwczesna opinia. To że my nie widzimy do tej samobójczej agresji żadnego racjonalnego powodu, nie oznacza że takiego powodu nie było. Putin mógł po prostu wiedzieć coś, czego my nie wiedzieliśmy, a rozwój sytuacji w kolejnych dniach mniej więcej pokazuje co to mogło być.

24 lutego okazał się swoistym politycznym przejściem fazowym. O ile przed tą datą Putin i Rosja byli generalnie traktowani jako w miarę normalni uczestnicy polityki międzynarodowej, a ich roszczenia wobec Ukrainy i nie tylko, spotykały się rzecz jasna z odporem, ale i nie kwestionowano prawa Putina do tych roszczeń wysuwania. Reakcja świata na agresję nie była chyba jednak taka, jakiej Putin się spodziewał. Rosja (licząc razem z Białorusią) została literalnie sama jak palec. Kazachstan wręcz oficjalnie odmówił nie tylko wysłania jakichkolwiek wojsk do Ukrainy, ale nawet oficjalnego uznania tzw. „republik ludowych”. Na pewno nie byliby Kazachowie tacy odważni, gdyby nie otrzymali jakichś gwarancji od Pekinu. Chiny zatem, w Rosji ciągle oficjalnie uznawani za bliskiego sojusznika, już zaczęły się od ukraińskiej awantury powolutku dystansować.

Przed 24 lutym, wiele krajów, zwłaszcza Niemcy prowadziło wobec Putina politykę „appasementu”, podobnie jak Chamberlain wobec Hitlera w latach 30. Można mieć to im teraz za złe, ale zawsze, tak samo jak w przypadku Chamberlaina, byłaby to ocena post factum. Zarówno Chamberlain, jak i niemiecki rząd wychodzili ze słusznego jak najbardziej założenia, że w epoce industrialnej (Chamberlain) jak i tym bardziej postindustrialnej (Bundesrepublika) handel jest zawsze bardziej opłacalny niż wojna i ktokolwiek potrząsa szabelką, można prawie w ciemno zakładać, że blefuje. Pilaster też zresztą przecież był przekonany, że Putin blefuje.

Niżej podpisany ma w tym miejscu satysfakcję, że „od zawsze” powtarzał i w wielu esejach opisywał, że zarówno sama Rosja pod rządami Putina, jak i konsekwentnie jej armia to organizacje zacofane, skorumpowane, niekompetentne i przegniłe od góry do dołu. W odpowiedzi często słyszał zapewnienia, że jest wręcz przeciwnie. Ze sama Rosja jest i może skorumpowana, ale jej armia, to ho, ho, najpotężniejsza siła w naszej części Galaktyki, która jeżeli jeszcze nie podbiła San Francisco, to tylko dlatego, że nie chciała, a nie dlatego, że nie mogła. Oczywiste jest jednak, że stan wojska jest prostym odbiciem stanu całego państwa. W tym miejscu można jednak zaznaczyć, że przecież Ukraina jest tak samo biedna, zacofana i skorumpowana jak Rosja. Jednak Ukraina ma w porównaniu do Rosji dwa istotne plusy. Po pierwsze nie jest dyktaturą, zatem kontrola społeczna nad aparatem państwowym jest jednak bardziej efektywna. Można śmiało założyć, że pokazywany w indeksach ukraiński poziom korupcji mniej więcej odpowiada stanowi rzeczywistemu, podczas gdy w Rosji może być znacznie zaniżony. Po drugie Ukraina, w przeciwieństwie do Rosji, ma sojuszników. Wielu. Bardzo wielu. Praktycznie w tej chwili cały pozostały świat. Krytykowano i wyszydzano Niemców, kiedy przed najazdem zaoferowali Ukrainie kilka tysięcy hełmów. Jednak Rosji jakoś nikt nie chciał zaoferować nawet pół złamanego hełmu. Dzięki tym sojuszom Ukraina mogła więc zbudować i utrzymać armię jakościowo znacznie „ponad stan” własnego biednego państwa. I to się właśnie okazało 24 lutego. Armia rosyjska okazała się znacznie gorsza, a ukraińska znacznie lepsza, niż to się większość komentatorów spodziewała.

Jeżeli Putin faktycznie się spodziewał, że wojska ukraińskie od razu masowo się podadzą, albo wręcz przejdą na jego stronę, a on sam obali państwo ukraińskie w ciągu kilku godzin, to chyba się rozczarował.

Jeszcze raptem tydzień temu, a jednak w zupełnie innej epoce historycznej liczni wtedy fani Putina, zapewniali jednym tchem, że oczywiście Putin nie ma żadnego zamiaru najechać Ukrainy, ale gdyby to zrobił, to zmiótłby banderowców/Chachłów/nazistów/ukrów/Chazarów, jak Kreml nazywa Ukraińców, w jeden dzień. No, maksymalnie w dwa. Teraz jakoś dziwnie zamilkli. Nic dziwnego. Sam widok tej potęgi, którą uważali za niezwyciężoną, rozsypującej się w gruzy w starciu nie z potężnym NATO, nie z Chinami, tylko z pogardzanymi „Chachłami”, musi być dla nich potężnym szokiem poznawczym.

Ukraińcy tymczasem bronią się nie tylko dzielnie, ale i bardzo mądrze. Rozsądnie założywszy, że Putin nie może wydać rozkazu zniszczenia rosyjskojęzycznego Charkowa, czy „matki ruskich miast” – Kijowa, zamknęli się właśnie w miastach. Pozwalali wjeżdżać rosyjskim kolumnom uderzeniowym do centrów miast, po czym niszczyli je z bliska ręcznymi zestawami p-panc. W końcu Rosjanie, nie mogąc zająć żadnego znaczniejszego ośrodka miejskiego, zaczęli omijać miasta i nacierać dalej w głąb kraju, rozciągając coraz bardziej swoje linie zaopatrzeniowe i zostawiając sobie na tyłach znaczne siły przeciwnika. To się może skończyć tylko w jeden sposób. W ogóle wojna jest prowadzona ze strony rosyjskiej tak chaotycznie i niekompetentnie, że aż się nasuwa podejrzenie o świadomym sabotażu generalicji. Rosja przegrywa wojnę na wszystkich możliwych frontach, również propagandowym, gdzie zazwyczaj była mocna. Propaganda ukraińska to jednak dzisiaj w porównaniu ze skrajnie toporną (ostatni kwiatek – „no rzeczywiście nasze wojska poniosły pewne straty. Jakie? Znacznie mniejsze”) propagandą putinowską istna wirtuozeria. Ukraińcy oparli się prostackiej pokusie demonizowania i odczłowieczania wroga, ale wręcz przeciwnie, zaczęli go ośmieszać, i się nad nim litować. Jest to dla Putina po prostu zabójcze, despota bowiem przecież może być bezwzględny i okrutny, ale na pewno nie może być śmieszny. W rezultacie najeźdźcom nie udało się do tej pory odnieść żadnego wymiernego sukcesu, bo na pewno nie jest w nim wdarcie się na kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset kilometrów w głąb terytorium Ukrainy bez zadania przeciwnikowi jakiś zauważalnych strat. Gdyby bowiem Ukraińcy takie straty ponieśli, to przecież Putin nie omieszkałby się tym chwalić, pokazywać jeńców, zniszczony sprzęt, etc..

Innym ciekawy zjawiskiem jest asymetria informacyjna. Bardzo łatwo w internecie znaleźć na bieżąco szczegółowe położenie i ruchy wojsk Putina, natomiast prawie nic nie wiadomo o położeniu i ruchach wojsk ukraińskich. Wcale by się pilaster nie zdziwił, gdyby się okazało, że główne siły ukraińskie wcale jeszcze do boju nie weszły. W końcu liczebność agresora, co też jest ewenementem mogącym być wytłumaczonym wyłącznie całkowitym lekceważeniem przeciwnika, są liczebnie słabsze od wojsk obrońców. Oczywiście Putin też ma jakiś wywiad, także satelitarny, zatem coś tam o siłach ukraińskich pewnie wie. Ale i tak o wiele mniej niż Ukraińcy wiedzą o nim.

Putin już zatem poniósł klęskę. Nawet gdyby udało mu się w końcu, kosztem olbrzymich strat, zdobyć Kijów i obsadzić tak jakąś swoją marionetkę, to i tak wojna będzie trwać nadal, a całej Ukrainy, a nawet większej jej części, słabe siły rosyjskie nie zdołają podbić i kontrolować, zwłaszcza w przypadku tak silnego oporu. Równolegle w życie wchodzą kolejne dotkliwe antyputinowskie sankcje, a na Ukrainę napływa wartki potok nowoczesnego, deklasującego o kilka generacji rosyjskie, uzbrojenia. Według pewnych doniesień, zaopatrzenia mają putinowcy, pod warunkiem jeszcze, że zdołają je dostarczyć na miejsce, na raptem dziesięć dni kampanii, (a i to oficjalnie, bo nie wiadomo ile z tego zdołali opylić na lewo), a nowych zapasów nie są w stanie odtworzyć. Tyle też czasu musi wytrzymać obrona, aby Ukraińcy mogli przejść do kontrofensywy. A wtedy mają w zasięgu nie tylko to co do tej pory utracili, ale i Donieck, Krym, a nawet …Białoruś.

Ukraina przeżywa właśnie dni największej chwały w całej swojej dotychczasowej historii. Kreuje bohaterów, których pomniki będą stały jeszcze i za tysiąc lat. Z wyrytymi na cokołach kultowymi frazami „idi na chuj”, czy „potrzebuję amunicji, a nie przejażdżki” ma się rozumieć. Bohaterów, którzy zepchną w cień dotychczasowych, w tym niektórych bardzo wątpliwych. Szczególną rolę odgrywa tu (dosłownie odgrywa) ukraiński prezydent Żełeński, człowiek, którego wszyscy mieli za niepoważnego komika, a który okazał się, pewnie nawet ku swojemu własnemu zdumieniu, bardzo poważnym mężem stanu. Jego przemówienia do Rosjan nie pokazano oczywiście w putinowskiej telewizji, ale można je obejrzeć w rosyjskim internecie i zrobiło ono w Rosji wielkie wrażenie. Wielkie czasy tworzą zatem wielkich ludzi, nawet z niczego. Wykuwa się właśnie na naszych oczach nowy naród ze wspaniałą tradycją zwycięskiej walki, w sojuszu z całym wolnym zachodnim światem, przeciwko ponurej wschodniej despotii.

Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie jaki był ten racjonalny powód, który kazał Putinowi popełnić tak spektakularne samobójstwo. Co wiedział Putin, a czego my nie wiedzieliśmy? Ekstrapolując widoczny na Ukrainie stan rosyjskiej armii, w tym rzekomo „elitarnych” jednostek, na całe państwo można założyć, że to państwo, a wraz z nim i władza Putina sypie się w gruzy, nawet bez najazdu na Ukrainę.

Często spotyka się porównanie Putina do Hitlera. Z jednej strony ma to pewne uzasadnienie, z drugiej nie. Podobnie jak w przypadku Hitlera, interesy Putina, jako dyktatora rozjechały się już dawno z interesami rządzonego przez niego kraju i podobnie jak w przypadku Hitlera, Putin musiał rozpętać wojnę, której prawie na pewno nie można wygrać, aby uniknąć pokoju, którego wygrać nie można na pewno. Jeszcze tydzień temu, ale już w zupełnie innej epoce historycznej, Putin mógł po prostu wsiąść w samolot i odlecieć do jakiegoś ciepłego kraju, gdzie uzyskawszy azyl, mógłby żyć spokojnie na emeryturze za swoje ukradzione miliardy dolarów. Potem tej opcji już nie miał. Ale oprócz tych podobieństw są i znaczące różnice. Hitler, którego działalność przypadła na cywilizacyjny Grzbietu Pragmatyzmu i Wojnę Asurów, zdążył jeszcze trafić w swój czas. Miał miliony fanatycznych wyznawców, gotowych zabijać i oddawać życie za jego i jego idee. Putin był istną skamieliną. Reliktem nawet nie dnia wczorajszego (zimnej wojny), ale wręcz przedwczorajszego, czyli Wojny Asurów właśnie. Miał koniunkturalnych i interesownych zwolenników, ale nikogo, który by serio traktował jego fobie. Trudno naprawdę wyobrażać sobie żołnierzy Wehrmachtu, nawet w 1945 roku, którzy by kapitulowali przed …taksówkarzem i prosili, żeby ich odwiózł swoją taryfą do jakiejś jednostki wojskowej, gdzie mogliby oddać się do niewoli.

Konsekwentnie używa tutaj pilaster wobec Putina czasu przeszłego, bo chociaż w momencie, kiedy pisane są te słowa, Putin jeszcze chodzi, oddycha i mówi, nie ulega jednak wątpliwości, że to już tylko żywy trup, który tylko jakimś kaprysem natury krąży jeszcze przez chwilę między żywymi.

Co ciekawe, Putin, który przeżył tylu amerykańskich prezydentów, od Clintona, do Trumpa, został w końcu koncertowo rozegrany i wyrolowany na cacy przez Bidena, ledwo dychającego wiekowego dziadka ze sklerozą. I tak wystarczyło. W końcu Hitler też załatwili nałogowy alkoholik do spółki z kaleką na wózku.

Sejm na ruletce wylosowany I 2022

W styczniu 2022 w sondażach wyborczych w większości kontynuowane były trendy z poprzedniego miesiąca, co widać na załączonym wykresie. Przypomina pilaster, ze zakreskowany obszar wyznacza zakres błędu.  Rzeczywiste poparcie mieści się w tym zakresie z prawdopodobieństwem 80%

Notowania postkomunistów powolutku, ale jednak w styczniu malały i nawet ich najzawziętszy promotor – sondażownia Social Changes – musiała w końcu spuścić z tonu. Niestety, PIS nadal ma grubo powyżej 30% wyznawców, a dopóki poparcie dla genetycznych patriotów nie spadnie wyraźnie i trwale poniżej tej bariery, o wewnętrzną dekompozycję obozu narodowosocjalistycznego będzie bardzo trudno. Nawet fizyczna eksterminacja własnego elektoratu, której się PIS przez ostanie dwa lata oddawał, niewiele na ten stan rzeczy wpłynęła. Powolnemu spadkowi poparcia dla postkomunistów towarzyszy równie powolny wzrost KO. Niestety, chociaż nie widać tego w bezpośrednim badaniu przepływów, wzrost ten odbył się zapewne kosztem PL 2050. PSL, po podrygach w ostatnich kilku miesiącach, niestety nadal rozczarowuje i nie jest się w stanie przebić przez barierę 5%. Hipotetyczny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w styczniu i gdyby PIS, co jest bardzo optymistycznym założeniem, ich nie sfałszował, wyglądałby następująco:

Nie różni się zatem znacząco od poprzednich miesięcy, tyle że tym razem PIS nie ma większości zarówno w koalicji z Lewicą, jak i z KWIN. Potencjale koalicje pokazano na trzecim wykresie:

A obliczone metodą Monte Carlo szanse na uzyskanie przez nie większości n wykresie nr 4:

Mimo że sytuacja się nieco polepsza, można też na wykresach zauważyć, że postkomuniści bywali już w gorszej sytuacji i zdołali się odbić. Rezerwy jednak, w miarę narastania inflacji i zaostrzania kryzysu, coraz bardziej im się kończą. W zasadzie wyraźny wzrost poparcia dla PIS mógłby obecnie spowodować wyłącznie Putin atakując zbrojnie i na pełną skalę Ukrainę. Koszty jednak takiego posunięcia byłyby dla kremlowskiego satrapy nie do udźwignięcia, zatem bardzo wątpliwe jest, żeby się na to zdecydował.

Sejm na ruletce wylosowany XII 2021

W grudniu 2021 w sondażach poparcia politycznego nie zaszły jakieś wyraźne zmiany. Z braku lepszych pomysłów genetyczni patrioci kontynuowali wraz z Łukaszenką teatr pt „najazd uchodźców”, pomimo, że dawno już, wbrew ich oczekiwaniom, nie dawał on postkomunistom żadnych korzyści. Poparcie dla PIS w grudniu nie wzrosło, a zmalało, mimo że bardzo niewiele. Wbrew nadziejom żywionym przez wielu Polaków, nie należy się też spodziewać gwałtownego obniżenia tego poparcia w związku z wprowadzeniem w życie „polskiego wału”. Wyznawcy postkomunistów wcale się przecież nie zmartwią, że jakieś znienawidzone przez nich wykształciuchy dostaną niższą wypłatę a oszczędności „bogatych i wpływowych” będzie nadal zżerać inflacja. Przeciwnie. Są to osobnicy, którzy są gotowi nawet trawę żreć, pod warunkiem, że „tamci bogaci złodzieje”, czyli ludzie bardziej pracowici, bardziej oszczędni i bardziej zdolni, od elektoratu narodowopatriotycznego, będą także mieć gorzej. Ciekawostką dotyczącą sondaży w grudniu jest rozszczepienie ich populacji na sondaże przeprowadzane przez agendy pisowskie, które dają PiS poparcie dobijające nawet do 40% (Social Changes), i pozostałe, w których postkomuniści mają tylko nieco ponad 30% zwolenników. Niespodzianką jest, że również pisowski CBOS, należy jednak do tej drugiej, minimalistycznej grupy. Wizualnie można tą dychotomię dostrzec jak zwiększony zakres niepewności wyników na poniższym wykresie pokazującym średnią kroczącą z ostatnich 15 sondaży.

Wbrew optymistycznym oczekiwaniom, które żywił i niżej podpisany, PSLowi, mimo widocznych przepływów elektoratu między nim, a PISem i KWINem, nie udało się jak do tej pory przebić progu 5%, chyba żeby usunąć z zestawienia sondaże genetyczno – patriotyczne, czego jednak z ostrożności nie uczynimy.

Rozkład mandatów w sejmie, gdyby wybory odbyły się w grudniu i gdyby PIS pozwolił na to, że byłyby uczciwe, wyglądałby następująco:

Nadal niestety nie widać wyraźnej polskiej, niepisowskiej większości. Aby skutecznie móc rządzić, ignorując weta pisoprezydenta, wszystkie polskie partie od KWIN do Lewicy musiałyby utworzyć jeden zwarty blok, co realnie jest nie do osiągnięcia. Prawdopodobieństwo, że koalicji centrolewicowej (KO+PL50+PSL+Lewica), lub centroprawicowej (KO+PL50+PSL+KWIN) udałoby się odrzucać te weta samodzielnie jest mniejsza niż 3%.  Liczebność potencjalnych koalicji sejmowych przedstawia kolejny wykres:

A na ostatnim, jak zwykle, przedstawiono, obliczone metodą Monte Carlo, prawdopodobieństwa uzyskania przez daną koalicję większości parlamentarnej.