Nieumarłe drapieżniki

Wraz z opanowaniem ognia, już kilkaset tysięcy lat temu, człowiek został szczytowym drapieżnikiem w ziemskim ekosystemie. Polował na wszystkie możliwe zwierzęta, nic natomiast nie polowało na niego. Oczywiście ludzie nadal bywali i do dzisiaj bywają zabijani i zjadani przez lwy, wilki, krokodyle i rekiny, ale były i są to już tylko incydenty, nieszczęśliwe wypadki, nie mające żadnego wpływu ani na dynamikę ludzkich populacji, ani na kierunek ich ewolucji.

Pamięć jednak o dawniejszych czasach i jakaś dziwna za nimi tęsknota, przetrwały aż do czasów współczesnych. Realnych, gustujących w ludzinie, drapieżników, już dawno nie było, ale w zamian społeczeństwo stworzyło sobie drapieżniki wyimaginowane. Wymyślone drapieżne, a nawet inteligentne potwory, w wymyślonych opowieściach siały spustoszenie w wymyślonych królestwach, polując na bezsilnych ludzi a nawet domagając się składania sobie regularnych ofiar z dziewic.

Nadejście rewolucji przemysłowej nie tylko nie zlikwidowało tych wirtualnych drapieżców, ale, wskutek powstania i rozwoju kultury masowej, wyprodukowało nowych, z których omówimy tutaj dwóch.

Pierwszym z nich jest wampir. Jako popularna figura literacka pojawił się na początku XIX wieku i brylował w literaturze, a potem i w filmie przez kolejne półtora wieku. Jak każdy drapieżnik żerujący na jakiejś populacji ofiar, również wampir może być opisany przez ekologiczny model drapieżnictwa, zwany też, od nazwisk swoich twórców, modelem Lotki – Volterry.

Oto i on. N – oznacza populację ludzi, V – populację wampirów. Obie te wielkości podajemy się jako odsetek wyjściowej populacji ludzkiej, przyjmując, że bez obecności wampirów, wynosi ona 100%

dN/dt = r*N*(1-N)-a*N*V

dV/dt = a*N*V – V/L

Model zawiera trzy parametry. Przez r opisany jest naturalny wskaźnik przyrostu naturalnego populacji ofiar – czyli ludzi. Można przyjąć, że wynosi on średnio 5% rocznie. Parametr a to wydajność polowania – tempo w jakim wampiry są w stanie przerabiać ludzi na kolejne wampiry. Wreszcie L – średnia długość życia wampira. Jest on zwykle przedstawiany jako istota, z ludzkiej perspektywy, nieśmiertelna, niepodlegająca chorobom i starości. Z drugiej zaś strony, mimo całej swojej złowrogiej potęgi, są wampiry stosunkowo kruche, zmuszone, pod groźbą unicestwienia, unikać osinowych kołków, srebra, krzyży, czy światła słonecznego. Choć zatem formalnie nieśmiertelne, to bynajmniej nie są wampiry wieczne. Wcześniej czy później, choć jest to okres dla ludzi niewyobrażalnie długi – giną. Dla naszych potrzeb można przyjąć że L = 1000 lat. Oryginalny, opisujący relacje lisów i królików, model L-V, zawiera jeszcze jeden parametr, określający, ile trzeba upolować królików, żeby urodzić i odchować jednego lisa. Ponieważ z jednego człowieka powstaje dokładnie jeden wampir, w naszym przypadku parametr ten równy jest jedności.

Model L-V posiada trzy stabilne rozwiązania stacjonarne, z których dwa (0% ludzi, 0% wampirów, oraz 100% ludzi, 0% wampirów)  są trywialne. Interesujący jest trzeci przypadek, przewidujący stabilne współistnienie tych dwóch populacji.

Ns = 1/(a*L)

Vs=(r/a)*(1-1/(a*L))

Jeżeli wampiry w ogóle mają istnieć, to muszą powstawać przynajmniej w takim samym tempie, jak giną, czyli a>1/L. Jednak, ze względu na długowieczność wampirów, ich liczba w naszym modelu, wraz ze wzrostem skuteczności polowania, rośnie błyskawicznie. Przy a ledwo dwukrotnie wyższym od wartości minimalnej, populacja ludzi spada do 50% wielkości wyjściowej, a wampirów rośnie do … 1250%. Na jednego człowieka przypada więc wtedy …25 wampirów. Przy jeszcze wyższych a, liczba wampirów zaczyna, z braku ofiar – ludzi, spadać, ale przelicznik wampirów na człowieka nadal rośnie, aż do osiągnięcia wartości 50:1. W żadnej jednak opowieści o wampirach podobnych proporcji nie znajdziemy. Przeciwnie. Wampiry są tam zawsze, w porównaniu z ludźmi, nieliczne. W pierwszych wampirycznych utworach, wystarczyło zostać raz ukąszonym przez wampira, aby samemu się nim stać. Szybko jednak ich twórcy, nawet bez szczegółowej znajomości opisywanego modelu, zorientowali się, że przy tak wysokim współczynniku a, ludzie całkowicie by z powierzchni Ziemi zniknęli. Procedura powoływania nowego wampira uległa zatem daleko idącej komplikacji, stając się złożonym i czasochłonnym rytuałem.

Tak daleko idąca nadreprezentacja liczebna, nie byłaby też tym, co cieszyłoby same wampiry. Wampir na ludzi nie tylko poluje, ale też ich …osusza. Jest nie tylko drapieżnikiem, ale przede wszystkim pasożytem. W tej drugiej roli wolałby, aby to ludzie dominowali liczebnie nad wampirami, zapewniając mu tym samym stałą i niezakłóconą podaż napitku. Wszyscy inni, niż on sam, krwiopijcy, tym samym są dla niego tylko uciążliwą konkurencją. Wampir wampirowi wampirem.

W konsekwencji społeczność wampirów, w końcu istot świadomych i inteligentnych, musi wykształcić ścisłe i bezwzględnie przestrzegane reguły, określające kto, kogo, kiedy i w jakich okolicznościach może w nowego wampira przemienić. Wszelkie samowolne działania w tym zakresie muszą zaś być surowo tępione. Dopuszczenie do społeczności wampirów staje się, wobec niewielkiej jej liczebności i niesłychanej (L=1000 lat) długowieczności, niezwykle rzadko przyznawanym zaszczytem, którego ludzie nie tylko nie muszą się obawiać, ale wręcz o niego zabiegają, czego przykłady można licznie znaleźć w literaturze. Nieprzypadkowo wampir jest tam zwykle arystokratą, hrabią, księciem, czy baronem, osobowością złożoną i niebanalną, kimś niezwykłym i wyjątkowym.

Żaden realnie żyjący w przyrodzie drapieżnik nie mógłby takiej samoograniczającej się strategii rozrodczej stosować, ale wampiry przecież żywe nie są. „Rozmnażają się”, co prawda, ale bez dziedziczenia cech. Nowo powstały wampir nie jest bardziej podobny do wampira – stworzyciela, niż do jakiegokolwiek innego przedstawiciela tej grupy. W rezultacie wampiry nie podlegają ewolucji darwinowskiej i nie odczuwają presji na maksymalizowanie swojego indywidualnego sukcesu rozrodczego. Bez problemu mogą go więc poświecić dla dobra wspólnego.

Wampiry, jak już autor wspomniał, królowały na kartach powieści i ekranach filmowych przez ponad sto lat. Zachodzące jednak w drugiej połowie XX wieku przemiany społeczne, znacząco zredukowały zapotrzebowanie na drapieżnika arystokratycznego, wyrafinowanego i niepowtarzalnego. Płacąca za straszenie jej publiczność, zapragnęła bać się kogoś bardziej demokratycznego, masowego, chamskiego i pospolitego. Wampiry więc musiały ustąpić miejsca w popkulturze potworom innego rodzaju. Nastały czasy zombie. Demokratyczne zombiaki są co najmniej równie długowieczne, jak arystokratyczne wampiry, ale, w przeciwieństwie do nich, nie narzucają sobie żadnych ograniczeń w kąsaniu i przerabianiu na zombiaki kolejnych ofiar. Nie myślą, nie tylko o przyszłości, ale w ogóle.

Wampiry świadomie pilnowały tego, aby ich współczynnik skuteczności a był tylko minimalnie większy od 1/L.  U zombiaków, a jest tak wysokie, że 1/L można w ogóle zaniedbać. Model wygląda więc tak:

dN/dt = r*N*(1-N)-a*N*Z

dZ/dt = a*N*Z

I nie ma w nim tym razem stanu stacjonarnego innego, niż N=0, lub Z=0. Współistnienie ludzi i zombie nie jest więc możliwe. Inwazja zombie, jeżeli już raz się zacznie, będzie lawinowo narastać, aż do całkowitej zagłady ludzkości. Zombie są więc znacznie bardziej od wampirów przerażające, ale niestety, znacznie też mniej od nich nośne fabularnie. Liczba możliwych scenariuszy z udziałem zombie jest wprost żałośnie uboga i w zasadzie dawno zostały one wszystkie wyeksploatowane. Tak sądził niżej podpisany. Mylił się jednak. Światowa wojna zombie nie jest wcale tak nudnym i prostackim motywem literackim, jakby się to mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

Skoro zombie właściwie nie giną same z siebie, to aby ludzkość miała z nimi w ogóle jakieś szanse, ludzie muszą zombie likwidować własnoręcznie. Drugi człon równania L-V przyjmie więc postać:

dZ/dt = (a-b)*N*Z

a jest skutecznością polowania zombie na ludzi, natomiast b na odwrót – skutecznością polowania ludzi na zombie. W przeciwieństwie do zombie, ludzie się uczą, zatem współczynnik b będzie rósł w miarę upływu czasu. Kiedy stanie się większy od a, populacja zombie zacznie się zmniejszać. Nie daje to jednak jeszcze żadnej gwarancji zwycięstwa, bo pomimo nawet stosunkowo wysokiej wartości b, sytuacja nie jest bynajmniej symetryczna. Każdy upolowany człowiek nadal staje się zombiakiem, natomiast upolowany zombiak nie staje się człowiekiem.

Numeryczna analiza modelu wskazuje, że ludzie mogą zwyciężyć tylko wtedy, jeżeli w szczytowym momencie inwazji, populacja zombie nie przekroczy ok 8% przedwojennej liczby ludzi. Jeżeli odsetek ten będzie wyższy, to, niezależnie od tego jak szybko i sprawnie ludzie nauczą się zombie unieszkodliwiać, wojnę z nimi przegrają.

Trudno jednak porwać czytelników wizją konfliktu z tak nielicznym wrogiem. Wróg liczniejszy natomiast, bardziej fabularnie atrakcyjny, pozbawi naszą historię obowiązkowego happy endu. Jak zatem, z jednej strony pokazać milionowe hordy krwiożerczych potworów, z drugiej zaś ostateczne zwycięstwo ludzkich bohaterów?

Odpowiedź znów znajdziemy w odpowiedniej modyfikacji modelu Lotki-Volterry. Co najmniej jeden autor, z tych, którzy światową inwazję zombie opisali,  tak właśnie postąpił. Nie wiadomo, czy sam, lub z czyjąś pomocą przeprowadził odpowiednie obliczenia, czy też wpadł na to potęgą czystej intuicji, ale rezultat imponuje. Mowa o powieści „World War Z” Maxa Brooksa.

Kluczem do zwycięstwa i ocalenia ludzkiego gatunku staje się w niej stworzenie kryjówek, bronionych przed zombie przez wojsko i przeszkody naturalne, „stref bezpieczeństwa”. Od obszarów stosunkowo dużych, jak Izrael, czy Krym, do zupełnie małych, jak pośpieszenie zaadaptowane w tym celu średniowieczne zamki. W takich kryjówkach, szczęśliwcy mogą przetrwać, zyskując czas na skuteczne zwiększenie współczynnika b, a potem przeprowadzać mozolną rekonkwistę. Na poniższym wykresie fazowym pokazano przebieg światowej wojny Z, obliczony na podstawie modelu. Iteracje przebiegu wojny przeprowadzono co tydzień. Współczynnik a = 7 (jeden zombie może w tygodniu upolować siedmiu ludzi), b stopniowo rośnie od zera do 35. Symulacja startuje, kiedy zombie na świecie jest kilka tysięcy. W strefach bezpieczeństwa chroni się 10% przedwojennej ludzkiej populacji.

Zombie 01

Zgodność książkowej fabuły z modelem matematycznym jest imponująca, a zmiany, które Brooks wprowadził, aby uatrakcyjnić odbiór dzieła – minimalne. Pierwsza faza wojny, zwłaszcza okres od pacjenta zero do Wielkiej Paniki, została nieco wydłużona, ale potem już żadnych odchyłek nie ma. W ciągu 2-3 miesięcy, giną wszyscy, którzy nie znaleźli jakiegoś schronienia. Kolejne 2-3 kwartały to rozpaczliwa obrona stref bezpieczeństwa i innych schronień przed napierającymi hordami umarlaków. Wreszcie po roku od początku inwazji, ocalali ludzie zyskują nad przeciwnikiem na tyle dużą przewagę taktyczną, że mogą rozpocząć jego systematyczną eksterminację. Jednak cudów nie ma. Na każdego żywego jeszcze człowieka przypada w tym momencie ponad czterech zombiaków i ich tępienie trwa dziesięciolecia. A dopóki nie wyginą wszystkie, powrót ludzkiej populacji do życia bez antyzombiakowych fortyfikacji i broniących ich posterunków nie jest możliwe. Historia opowiedziana przez Brooksa jest wprost dokładnym rozwiązaniem modelu L-V.

Co ciekawe, nie jest jednak ów model nigdzie w książce wzmiankowany, nawet przez bohatera, który ową zwycięską strategię wymyślił. Również nakręcony na podstawie powieści film, nie tylko o nim nie wspomina, ale wręcz go całkowicie z fabuły usuwa, bo filmowe zombie nie tylko różnią się od książkowego pierwowzoru znacznie wyższym a, ale i dynamika samej wojny jest z matematyką całkowicie na bakier, co czyni film widowiskiem nudnym i bez polotu.

„World War Z”

Max Brooks

Zysk i Ska 2013

Reklamy

Włókna imperium

Popularnym motywem spotykanym w twórczości z zakresu SF, szczególnie w podgatunku zwanym „Space Opera” jest rozciągający się w kosmosie, obejmujący wiele układów gwiezdnych i planet, międzygwiezdny byt polityczny, swoiste gwiezdne imperium.

Występuje ono w wielu postaciach, od organizmów demokratycznych, jak Federacja, ze „Star Treka”, asimovowska „Fundacja” czy Republika z „Gwiezdnych Wojen”, poprzez twory mniej lub bardziej autokratyczne, reprezentowane przez Imperia Asimova i Herberta, czy Sto Światów Carda, po złowrogie imperia zła, jak Imperium z „Gwiezdnych Wojen”.

Mimo, że pojawiały się one w kulturze w różnym okresie, mimo, że udział w ich tworzeniu miało bardzo szerokie i zróżnicowane grono autorów – pisarzy i filmowców, wszystkie te imperia, mimo wielu dzielących je różnic, posiadają pewne cechy wspólne. Niektóre z nich są oczywiste. Jeżeli takie galaktyczne imperium ma w ogóle nie rozpaść się na niezależne systemy gwiezdne i jako jednolita całość istnieć i funkcjonować, musi dysponować transportem, albo chociaż, jak Sto Światów, samą łącznością, szybszą od światła. I takim atrybutem wszyscy autorzy swoje imperia faktycznie obdarzają.

Twórcy kultury, albo w tym względzie inspirują się nawzajem, albo samodzielnie, mając tę samą wiedzę o istnieniu bariery prędkości światła we Wszechświecie i wyciągając naukę z historii imperiów ziemskich, z których wiele upadło z powodu trudności komunikacyjnych występujących pomiędzy ich częściami, dochodzą niezależnie do takich samych wniosków.

Takich powtarzających się cech jest jednak więcej, a niektóre z nich są ukryte tak głęboko, że samo ich istnienie jest dziwne, by nie rzec, niepokojące.

Aby omówić jedną z takich nieoczywistych zbieżności, przyjrzyjmy się bliżej jednemu z najszerzej znanych takich fikcyjnych galaktycznych imperiów, imperium z „Diuny” Franka Herberta.

Możliwe do oszacowania granice tego imperium pokazano na poniższym diagramie. Skala przedstawiona jest w latach świetlnych. Wszystkie możliwe do zidentyfikowania planety imperium (autor skorzystał tu ze strony „Svensson’s Guide to the Galaxy”) uwidoczniono w poniższej tabeli

Planeta z „Diuny” Nazwa współczesna centralnej gwiazdy Odległość od Ziemi [l św.]
Arrakis Alpha Carinae 310
AL-Lat Słońce 0
Bela Tegeuse Beta Leporis 160
Caladan Delta Pavonis 19,9
Chusuk Theta Arietis 450
Corrin Sigma Draconis 18,8
Ecaz Alpha Centauri B 4,4
Giedi Prime 36 Ophiuchi B 19,5
Niushe/Gamont/Grumman Psi1 Draconis B 74,5
Hagal Theta Leonis 165
Ix 40 Eridani A 16,5
Al.-Dhanab Gamma Gruis 211
Poritrin Epsilon Ophiuchi 106,4
Richese Epsilon Eridani 15,5
Salusa Secundus Gamma Piscium 138
Sikun 70 Ophiuchu A 16,6
Kaitan Alpha Piscium 139
Rossak Alpha Crateris 159
Tleilax Theta Eridani 161

A następnie zrzutowano na płaszczyznę równikową o deklinacji równej 0 według epoki J2000.0. Rzutowanie zachowuje odległości planet od Ziemi, ale może zaniżać ich odległości od siebie nawzajem. Np. Caladan (Delta Pavonis), skąd Atrydzi podróżują na Arrakis (Alpha Carinae) jest od niej odległy w przestrzeni trójwymiarowej o ponad 300 lat świetlnych, podczas gdy na naszej mapie dzieli te planety tylko 200 lat świetlnych.

Diuna 02

Jak wynika z tego diagramu, imperium „Diuny” jest raczej niewielkie i trudno nawet byłoby je nazwać „galaktycznym”. Jeżeli przyjąć, że najbardziej, ze znanych czytelnikom, od Ziemi oddalona planeta Chusuk (Theta Arietis) wyznacza faktycznie imperialne rubieże, zamieszkana ekumena nie przekracza 1000 lat świetlnych średnicy. W otaczającej Ziemię przestrzeni o tych rozmiarach znajduje się jednak i tak ponad 4 miliony gwiazd, podczas gdy zamieszkałych, połączonych szlakami przemierzanymi przez Gildię Kosmiczną, planet jest w Imperium nie więcej niż kilkanaście tysięcy. Mniej, niż jedna na trzysta gwiazd posiada zatem jakąś zaludnioną planetę.

Średnio. Same bezpośrednie okolice Ziemi są jednak zasiedlone znacznie gęściej. W promieniu 20 lat świetlnych od Ziemi znajduje się około 280 gwiazd, z czego siedem jest wprost wymienionych przez Herberta. Jest to aż jedna trzecia wszystkich planet, których położenie w ogóle możemy wyznaczyć. Ekstrapolując dane z tej próbki dojdziemy do wniosku, że praktycznie wszystkie z 280 systemów położonych najbliżej Ziemi powinny mieć zamieszkałe przez ludzi planety, co niesłychanie kontrastuje z średnią jeden na trzysta dla całego imperium.

Imperium, poza położonym wokół Słońca niewielkim, gęsto, jak na kosmiczne standardy, zaludnionym „rdzeniem”, składa się więc właściwie z pustej przestrzeni i milionów bezludnych układów planetarnych z rozrzuconymi tylko gdzieniegdzie malutkimi wysepkami zasiedlonych planet połączonych ze sobą jedynie wątłymi niteczkami przemierzanych przez galeony Gildii szlaków w hiperprzestrzeni.

Imperium Diuny jest, jak już autor wspomniał, niewielkie, to samo dotyczy też Stu Światów Carda. Przejdźmy więc teraz do imperiów naprawdę galaktycznych, jak Imperium i Fundacja z „Fundacji” Asimova, czy Republika i Imperium z „Gwiezdnych wojen”. Wszystkie planety składające się na owe imperia mają otóż swoje …nazwy. Krótkie, dźwięczne i łatwo wpadające w ucho. Jest Trantor, Terminus, Couroscant, Alderaan, Tatooine, czy Korelia.

Tymczasem Galaktyka zawiera około 200 miliardów gwiazd. Średnio na każdą taką gwiazdę przypada jedna potencjalnie nadająca się na siedlisko życia planeta. Oznacza to 200 miliardów światów w Galaktyce, z których do tej pory ziemscy astronomowie odkryli około pięćdziesięciu. Prawdziwe nazwy prawdziwych planet w Galaktyce krótkie i dźwięczne bynajmniej nie są. To złożone kody alfanumeryczne w rodzaju GJ 667 C c, czy LHS 1140 b (N).

W żadnym ludzkim języku, ani we wszystkich razem, nie ma bowiem po prostu tylu słów, które by jeszcze brzmiały jako tako sensownie i których na nazywanie setek miliardów planet w Galaktyce można by użyć. Liczba wszystkich miejscowości na Ziemi jest znacznie mniejsza niż liczba planet w Galaktyce, a i tak wiele ich nazw się powtarza, co w przypadku żadnego z fikcyjnych imperiów nie zdarza się nigdy. Skoro zatem wszystkie należące do imperium planety mają proste, dźwięczne, nie powtarzające się nazwy, jasne jest, że liczba zasiedlonych, składających się na te imperia, planet musi być, tak samo jak to było w przypadku Diuny, dużo, o wiele rzędów wielkości, mniejsza niż liczba wszystkich planet w Galaktyce do zasiedlenia nadających się.

Z jednej strony mamy zatem ograniczoną lingwistycznie „od góry” do nie więcej niż stu tysięcy liczbę planet takiej Republiki czy Imperium, z drugiej zaś, nie raz prezentowane są widzowi mapy pokazujące, że Republika i Imperium rozpościerają się jednak, jeżeli nie w całej Galaktyce, to na pewno w przeważającej jej części. Brakuje już nie milionów, jak w „Diunie”, a miliardów planet. Gdzie one wszystkie się podziały?

Należy w tym miejscu przypomnieć, że owe imperia dysponują technologią podróży z prędkościami ponadświetlnymi, inaczej przecież w ogóle nie mogłyby istnieć. Statki kosmiczne poruszają się tam nie tylko w zwykłej przestrzeni, ale także w hiperprzestrzeni. A o ile zwykła przestrzeń euklidesowa jest ortogonalna i izotropowa, to znaczy w każdym kierunku i w każdym miejscu taka sama, o tyle hiperprzestrzeń najwyraźniej nie. W „Gwiezdnych wojnach” pojawiają się wzmianki o różnych trasach, którymi zwyczajowo poruszają się statki kosmiczne, zaś flota pod dowództwem Dartha Vadera tropi uciekających rebeliantów rozsyłając w Galaktyce „tysiące sond”. Tysiące, ale nie miliardy, czego wymagałyby poszukiwania w normalnej, euklidesowej przestrzeni. Najwidoczniej, w odróżnieniu od trójwymiarowej izotropowej przestrzeni, hiperprzestrzeń składa się z wielu wąskich, jednowymiarowych włókien, na podobieństwo pajęczej sieci przenikających Galaktykę. Poruszanie się wzdłuż tych nici musi być dużo łatwiejsze i szybsze, niż w kierunku do nich poprzecznym, jeżeli nawet ten ostatni ruch jest w ogóle w hiperprzestrzeni możliwy. Wolno zatem przypuszczać, że w poszukiwaniu bazy Rebelii Vader porusza się właśnie wzdłuż takich utartych szlaków a sondy rozsyła niezbyt daleko na „boki”. Przewiduje on bowiem, że Rebelia uciekając przed flotą Imperium zjechała gdzieś ze zwykłych tras, ale zjechała niezbyt od nich daleko, bo dalsza droga po takich hiperprzestrzennych „wertepach” i późniejszy powrót do imperialnej sieci, zajęłyby rebeliantom zbyt wiele czasu. Sama Hoth, gdzie rebelianci faktycznie się skryli, posiada jednak nazwę, a nie tylko jakiś numer katalogowy, co wskazuje, że nie leży jeszcze od najbliższego „włókna” zbyt daleko. Najwyraźniej jednak znajduje się już poza jego obrębem, skoro, zarówno imperialna flota, jak i uciekające przed nią pojazdy Rebelii, mają w jej pobliżu, uwidocznione starannie na filmie, wyraźne problemy z manewrowaniem.

Istnienie hiperprzestrzeni w postaci przenikającej Galaktykę pajęczej sieci z wyróżnionymi miejscami i kierunkami, wyjaśnia też niejednorodność zaludnienia światów „Diuny” Pierwsza fala ludzkiej ekspansji w kosmos obejmująca najbliższe okolice Słońca, odbywać się tam mogła w zwykłej przestrzeni, dlatego okolice te są zamieszkałe bardzo gęsto. Jednak po osiągnieciu rubieży ok 20 lat świetlnych od Ziemi najwyraźniej odkryto hiperprzestrzeń i dalsza kolonizacja odbywała się już wzdłuż owych hiperprzestrzennych włókien.

Włóknistość hiperprzestrzeni jest zatem cechą wspólną praktycznie wszystkich istniejących w kulturze imperiów galaktycznych, chociaż na pewno nie wynika ona z celowych przemyśleń ich twórców, ani z ich wzajemnej inspiracji. Czyżby włóknista hiperprzestrzeń naprawdę istniała i w ten właśnie sposób, jakoś tajemniczo wpływając na mózgi literatów, dawała nam znać o swoim istnieniu?

 Jest to idea bardzo nośna fabularnie i aż dziw, że żaden twórca nie wykorzystał dotąd jej pełnego potencjału. Przecież, skoro taka sieć łączy zaledwie jedną na milion gwiazd w Galaktyce, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby takich odseparowanych od siebie nawzajem sieci hiperprzestrzennych było w Galaktyce tysiące, czy nawet dziesiątki tysięcy. Konsekwentnie w Galaktyce mogłyby istnieć równocześnie tysiące nie mających ze sobą żadnego kontaktu galaktycznych imperiów. Nagłe odkrycie przez dwa takie imperia siebie nawzajem, byłoby wspaniałym tematem na Space Operę, tematem, który wciąż czeka na swojego Asimova, Lucasa, czy Herberta.

Przyprawa musi płynąć

W twórczości SF często przewija się motyw rozciągającej się w Galaktyce cywilizacji przybierającej formę jednolitego bytu politycznego – międzygwiezdnego imperium. Jednak naprawdę, rozwinięta międzygwiezdna cywilizacja, w wyniku ograniczeń zarówno ze strony fizycznej, jak i społecznej, w postaci takiego scentralizowanego, zmilitaryzowanego, galaktycznego imperium zwyczajnie istnieć nie może.

Po pierwsze bowiem, odległości międzygwiezdne i związane z nimi opóźnienia w komunikacji i łączności praktycznie uniemożliwiają jakiekolwiek centralne zarządzanie takim tworem. Po drugie zaś, w cywilizacji na tym poziomie rozwoju, podstawowym środkiem produkcji nie jest, jak w cechującym imperium rzymskie maltuzjańskim feudalizmie, ziemia uprawna i inne zasoby naturalne, ani, jak w reprezentowanym przez imperium brytyjskie, kapitalizmie, kapitał, ale praca, wiedza i technologia, dobra, ze wszystkich wymienianych w naukach ekonomicznych czynników wzrostu gospodarczego, najbardziej ulotne i najmniej „materialne”. W przeciwieństwie zatem do feudalizmu i kapitalizmu, w nadchodzącej w przyszłości cywilizacji postkapitalistycznej rola państwa jako gwaranta praw własności, dostarczyciela dóbr publicznych i swoistego „ochroniarza” wszelakich inwestycji, zostanie znacznie zredukowana, a społeczne zapotrzebowanie na usługi aparatu państwowego radykalnie zmaleje. Zatem i same państwo, nawet, jeżeli nie zniknie, jak przewidują teoretycy anarchokapitalizmu, zupełnie, to z pewnością znacznie osłabnie i postaci jednolitego, hierarchicznie zorganizowanego, imperium zwyczajnie nie będzie mogło przybrać.

Aby zatem powołać w literaturze, czy filmie, do życia w miarę realnie wyglądające galaktyczne imperium, należy jakoś usunąć oba te ograniczenia. Po pierwsze, należy udostępnić imperium możliwość złamania bariery prędkości światła, po drugie zaś …pozbawić je technologii. O ile pierwsze rozwiązanie jest faktycznie powszechnie stosowane, a w filmach, czy książkach wędrujące po hiperprzestrzeni statki kosmiczne są atrybutem wręcz, w tego typu historiach, kanonicznym, o tyle drugie jest ekstremalnie rzadko spotykane. Autorzy nie tylko nie potrafią w wiarygodny sposób rozwiązać tego dylematu, ale najczęściej w ogóle nie zdają sobie z jego istnienia sprawy.

Oczywiście nie jest to sprawa prosta. Powrót międzygwiezdnej cywilizacji do feudalnego maltuzjanizmu oznacza powrót do gospodarki maltuzjańskiej właśnie. Nie tylko drastyczne zredukowanie średniego dochodu, nie tylko powstanie typowej dla maltuzjanizmu pławiącej się w luksusach warstwy arystokracji – właścicieli ziemskich i gigantycznych nierówności społecznych.

Przede wszystkim wiąże się to z upadkiem jakichkolwiek bardziej zaawansowanych niż młyn wodny z przekładniami mechanicznymi, technologii. Pułapka maltuzjańska, czyli stan niskiego i stabilnego, niewrażliwego na zmiany produktywności gospodarki, dochodu per capita, występuje w gospodarce rolniczej, co najwyżej uzupełnionej przez rzemiosło i niewielkie manufaktury. Jest to gospodarka o wiele rzędów wielkości za mało wydajna, aby utrzymać komunikację nawet międzyplanetarną, a co dopiero międzygwiezdną i to jeszcze nadświetlną. Ewentualny regres społeczeństwa międzygwiezdnego do maltuzjanizmu oznaczałby także regres do poziomu gospodarczego i technologicznego w najlepszym razie XVIII wiecznego i w konsekwencji utratę możliwości podróży w kosmosie, a nawet zapewne radia.

Dylemat, jak już wspomniano, niesłychanie trudny, ale w historii literatury SF został on jednak pomyślnie rozwiązany przynajmniej raz. I to jeszcze jak!

Takie wiarygodnie opisane imperium, równocześnie zarówno międzygwiezdne, jak i maltuzjańskie, feudalne, znajdziemy w powieściowej serii „Diuna” autorstwa Franka Herberta. Wtórna feudalizacja rozpoczęła się w świecie „Diuny” od wojen ze sztuczną inteligencją, zwanych „dżihadem butleriańskim”. W ich rezultacie używanie jakichkolwiek maszyn liczących zostało obłożone potężnym tabu i całkowicie zakazane. Konsekwentnie także większość wymagających odpowiedniej mocy obliczeniowej zaawansowanych technologii musiała upaść i zostać zapomniana. Wszystko to, co niegdyś robiły maszyny, znów muszą we Wszechświecie „Diuny” robić ludzie, nawet niektóre dawne funkcję komputerów spełniają odpowiednio, również na poziomie genetycznym, przygotowani osobnicy, zwani mentatami.

Co jednak z, niezbędnymi do utrzymania jedności imperium, podróżami kosmicznymi? Te również zostały przejęte przez specjalnie przekształconych w tym celu ludzi. Zamiast komputerów drogę przez hiperprzestrzeń znajdują w wieszczym narkotykowym transie Nawigatorzy tzw. Gildii Kosmicznej. I tylko oni. I nawet Nawigatorzy znajdują tylko już istniejące drogi, nie wytyczając żadnych nowych. Ponieważ jednak, nawet taka wtórnie maltuzjańska cywilizacja, nie jest w stanie bazować wyłącznie na rzemiośle i w ogóle obyć się bez wyrobów przemysłowych, zachowano dwa światy z przemysłem, ale i one produkują wyłącznie ustalone raz na zawsze wzory i modele swoich wyrobów i nie wprowadzają do nich jakichkolwiek innowacji. Zasadnicza większość ludności to tak zwani pyoni, przywiązani prawnie do swoich planet, wypisz wymaluj, jak dawni maltuzjańscy chłopi do ziemi. Typowo dla maltuzjanizmu, obok nieprzeliczonych rzesz z trudem wiążącej koniec z końcem biedoty, istnieją też Wysokie Rody – warstwa niesłychanie bogatej arystokracji – właścicieli feudalnych lenn -planet, reprezentowana przez zgromadzenie zwane Landsraadem.

Po aplikacji tych rozwiązań otrzymujemy stabilne, by nie rzec raczej skrajnie skostniałe i zmurszałe, imperium, które opiera się na trzech filarach. Monopolu Gildii na podróże kosmiczne, zrzeszonych w Landsraadzie Wysokich Rodów, oraz siły militarnej panującego w imperium rodu Corrinów. Wojskowa potęga Corrinów też jest specyficzna dla maltuzjanizmu, bo monopol Gildii wyklucza również jakiekolwiek walki w przestrzeni kosmicznej, a dodając do tego ograniczenia technologiczne, wojny toczą się wyłącznie na powierzchni planet i również przypominają wojny maltuzjańskie, z dominującą rolą starć wręcz włącznie. W konsekwencji główną siłą zbrojną, nie są kosmiczne floty, a oddziały desantowanych z kosmosu, zawsze po skrupulatnym uzyskaniu uprzednio na to zgody Gildii, piechurów. Wynik starcia jest determinowany nie przewagą technologiczną, ale liczebną, wyższością wyszkolenia, i determinacji. W rezultacie nie tylko rozwój, ale w ogóle jakakolwiek zmiana, nawet tak ekstensywna jak odkrywanie i kolonizacja nowych planet, jest całkowicie wykluczona. Imperium u swego, pokazanego w pierwszym tomie cyklu, schyłku, ma dokładnie taki sam kształt terytorialny, technologiczny i społeczny, jaki miało u swego zarania.

Imperium to, pozornie niewzruszone, w rzeczywistości jest bardzo kruche. Pod nieobecność, poza nielicznymi wyjątkami, jakichkolwiek zaawansowanych technologii, kluczowe znaczenie dla istnienia cywilizacji ma wydobywana na Arrakis, jednej, jedynej w całej zasiedlonym przez ludzi kosmosie, planecie, substancja zwana przyprawą lub melanżem. Przyprawa ma wiele niezwykłych właściwości, ale jedno jej zastosowanie jest, z punktu widzenia przetrwania imperium, absolutnie kluczowe. To tylko dzięki niej nawigatorzy Gildii mogą poruszać się w hiperprzestrzeni. A wskutek narzuconych sobie ograniczeń technologicznych, cywilizacja nie jest w stanie, ani produkować melanżu w sposób syntetyczny, ani stworzyć jakiegokolwiek jego, umożliwiającego podróże międzygwiezdne, zamiennika, ani nawet zdywersyfikować jego produkcję poza Arrakis. Nie dziwi więc, że jest przyprawa nie tylko najdroższą znaną substancją w ludzkim Wszechświecie, ale i swoistym zwornikiem, osią, wokół której wszystko, cała aktywność gospodarcza, polityczna i społeczna w imperium się obraca. Podstawowy cel istnienia imperium i nieustającą troskę rządzących nim sił i frakcji, można streścić jednym, będącym tytułem niniejszego eseju, zdaniem „Przyprawa musi płynąć”.

Fabułę pierwszej części cyklu Diuna buduje właśnie pojawiające się dla tego bezproblemowego przepływu zagrożenie. Sama groźba jego zablokowania wystarcza, aby nie tylko doprowadzić do upadku panującą od 10 tysięcy lat dynastię, ale i zawalić opisany „trójnóg” systemu politycznego imperium i scentralizować całą władzę w jednym politycznym ośrodku. Ośrodek ten, dynastia Atrydów, opiera się, inaczej niż poprzednicy, nie tylko na świetnie wyszkolonych legionach fanatycznych żołnierzy. Zdobywają też Atrydzi monopol na dostawy przyprawy, pierwsi z Wysokich Rodów odkryli oni bowiem, skąd w ogóle ona się na Arrakis bierze i tą wiedzę umiejętnie politycznie wykorzystali. Przedstawiciele nowej dynastii dysponują również, wynikłą z wielopokoleniowego planu kojarzeń genetycznych, zdolnością jasnowidzenia. Dzięki niej potrafią dostrzec kształt rzeczy przyszłych. Wynikające z dotychczasowej stabilności i skostnienia zagrożenia dla istnienia nie tylko imperium, jak i nawet dla samego gatunku ludzkiego. W swoich proroczych wizjach przyszłości wynajdują więc Atrydzi optymalną dla ludzkości „Złotą Ścieżkę” rozwoju. Ograniczenia technologiczne zostają na tyle poluzowane, że możliwe staje się zbudowanie maszyn umożliwiających nawigację nadświetlną bez udziału pasionych przyprawą nawigatorów, a także sztuczne zsyntetyzowanie samej przyprawy. Ludzkość, po tysiącleciach stagnacji, znów rusza w kosmos dokonując „Rozproszenia”.

Wizje Herberta, wprost powalające czytelnika swoją drobiazgowością, troską o detale i wiarygodnością, zarówno pod kątem ekologii, co jest sumie głównym, a przez niżej podpisanego w ogóle w tym eseju nie poruszanym, motywem przynajmniej pierwszych powieści z tego cyklu, technologicznym, jak i ekonomicznym i społecznym, zapewniły mu poczytność, sławę i miejsce w historii literatury SF analogiczne do tego, jakie w literaturze „fantasy” zajmuje JRR Tolkien. Podobnie też, jak u giganta z Oxfordu, czytelnik odnosi nieodparte wrażenie, że obcuje z historiami nie wymyślonymi, ale autentycznymi, które faktycznie gdzieś się kiedyś wydarzyły. Światami, które nie powstały w czyjejś wyobraźni, ale istniały, bądź może nadal istnieją, naprawdę, a ich formalni twórcy uzyskali tylko jakimś sposobem dostęp do wiedzy o nich i opublikowali ją pod własnymi nazwiskami.  Niestety, również podobnie jak w przypadku Tolkiena, do tej pory nie pojawił się w tej sferze nikt, który by tym gigantom choćby tylko dorównał, nie mówiąc już o ich przewyższeniu.

Istnieje natomiast pomiędzy obu tymi autorami jedna wielka różnica. Ekranizacja Tolkiena, dokonana w końcu po ponad pół wieku od publikacji jego pierwszej powieści, okazała się ogromnym sukcesem artystycznym i komercyjnym. „Diuna” zaś, jak na razie zaliczyła pod tym względem wyłącznie próby nieudane i ciągle jeszcze na swojego Jacksona oczekuje.

Wiekuista cisza nieskończonych przestrzeni

Najbardziej od wszystkich innych oddalonym, a zarazem zamieszkanym, terenem na Ziemi jest polinezyjska Wyspa Wielkanocna, mająca ok 15 km średnicy i położona 2,5 tys. km od najbliższego innego lądu. Stosunek tych dwóch wielkości, odległości do średnicy wynosi zatem w jej przypadku ok 170

Polinezja jednak, chociaż to region składający się w pierwszym przybliżeniu z oceanu i jako taki pusty i bardzo rzadko zaludniony, nie może się równać w tej dziedzinie z kosmosem. Kosmos jest bowiem pusty także w drugim, trzecim i jeszcze wielu kolejnych przybliżeniach.

Średnica planet nadających się do zamieszkania wynosi w zaokrągleniu 10 000 km. Natomiast średnia odległość pomiędzy nimi jest z grubsza równa średniej odległości pomiędzy gwiazdami w Galaktyce i wynosi ok 5 lat świetlnych. Stosunek tych dwóch wielkości to jakieś 4,5 miliarda, czyli 30 milionów razy więcej niż w przypadku wysp na Pacyfiku. Sama rozpiętość tych wielkości sprawia, że o jakichkolwiek analogiach pomiędzy oceanem ziemskim, a „oceanem” kosmicznym, nie może być, wbrew popularnemu mniemaniu, mowy. Dotyczy to także analogii politycznej. Często spotykany w twórczości SF motyw, jakim jest międzygwiezdna państwowość, w postaci swoistego galaktycznego imperium, przedstawiany jest zwykle na wzór znanych z historii imperiów ziemskich, najczęściej rzymskiego, czy brytyjskiego. Tymczasem, z powodu samych tylko ograniczeń fizycznych, gwiezdne imperium nie tylko nie może wyglądać i funkcjonować na podobieństwo imperiów historycznych, ale nawet sama możliwość powstania i istnienia takiego bytu stoi pod potężnym znakiem zapytania.

Żadne ze znanych w historii imperiów ziemskich, nie składało się z tak malutkich wysepek cywilizacji oddzielonych tak potężnymi obszarami nicości. Nieprzypadkowo też żaden jednolity byt polityczny w Polinezji nigdy nie powstał. Gwiezdne imperia, siłą rzeczy, muszą więc być „rozrzedzone” w stopniu, który uniemożliwia jakiekolwiek porównania z ich ziemskimi poprzednikami. Międzygwiezdna przestrzeń, wskutek istnienia w przyrodzie nieprzekraczalnej bariery prędkości światła, rządzi bowiem także czasem.

W stuleciach XVI, XVII i XVIII, europejskie potęgi kolonialne posiadały rozległe zaoceaniczne posiadłości. Zarządzały nimi poprzez wysyłanie listów, poleceń i instrukcji statkami. Obieg informacji trwał miesiące, tyleż też zajmowało wysłanie wojsk, czy floty, jeżeli zaszła taka konieczność. Pociągało to za sobą wiele znamiennych konsekwencji, wśród których najważniejszą było utrzymywanie kolonii w stanie permanentnego zapóźnienia gospodarczego i cywilizacyjnego względem metropolii. Jak tylko bowiem jakaś kolonia osiągnęła porównywalny z krajem macierzystym poziom rozwoju, natychmiast też próbowała, w ten czy inny sposób, zależność od niego zerwać, czego najbardziej znanym, ale bynajmniej nie jedynym, przykładem, są północnoamerykańskie kolonie brytyjskie w drugiej połowie XVIII wieku.

W przypadku imperiów gwiezdnych, te zjawiska nastąpią w sposób znacznie bardziej nasilony. Opóźnienia w przepływie informacji będą wynosiły nie miesiące, ale lata. Wysłane przez imperium armie i floty podróżować będą już tych lat dziesiątki. Przy takich czasach reakcji, istnienie imperium zwyczajnie nie jest możliwe, przynajmniej, jeżeli tworzyć je mają istoty o tempie metabolizmu i długości cyklu życiowego porównywalnych z Homo sapiens. Utrzymanie jedności politycznej, czy choćby tylko kulturowej, a nawet biologicznej, będzie zwyczajnie niemożliwe. Każda założona w kolejnym układzie gwiezdnym ludzka placówka, będzie żyła wyłącznie własnymi sprawami, a dochodzące do niej z wieloletnim opóźnieniem wieści o życiu w innych koloniach, będą obchodzić ją bardzo niewiele. Zasiedlona galaktyczna ekumena nieuchronnie rozpadnie się na praktycznie niezależne systemy gwiezdne.

I trzeba przyznać, że pisarze i autorzy scenariuszy filmowych z tego akurat faktu zdają sobie sprawę i zwykle omijają opisane problemy, pozwalając imperium na komunikację, albo przynajmniej na samą łączność z prędkościami znacznie większymi od światła. W cyklu powieści z tzw. „świata Endera”, autorstwa Orsona Scotta Carda, podstawą władzy rządzącego „Stu światami” Gwiezdnego Kongresu, jest właśnie kontrola nas taką międzygwiezdną siecią natychmiastowej łączności, tworzoną przez urządzenia zwane ansiblami. Ten galaktyczny internet spaja wszystkie światy w jedną całość i sama możliwość odłączenia przysłowiowej wtyczki jest wystarczająco straszna, aby nikt nawet nie myślał o rebelii. A do upadku Gwiezdnego Kongresu dochodzi właśnie w chwili, kiedy nad siecią ansibli traci on kontrolę, a rebelianci wprowadzają do użytku pojazdy przemieszczające się natychmiastowo – jak łączność przez ansible.

Inne znane z dzieł kultury międzygwiezdne organizmy polityczne pobłogosławione są przez swoich autorów, nie tylko łącznością, ale i transportem szybszym od światła. Gwiezdne floty prujące hiperprzestrzeń i staczające bitwy w obu, zwykłej i tej właśnie hiper, przestrzeniach, to zwykły atrybut tego typu historii.

Jednak i tak, nawet wyposażone w dostęp do hiperprzestrzeni, imperium będzie miało duże trudności w utrzymaniu swojego istnienia. Z powodów ograniczeń nie tylko czysto fizycznych, ale także społecznych. Uczynią one imperium tworem niestabilnym i sprawią, że będzie się ono kruszyć na swoich „brzegach”.

Najbardziej produktywne i rzutkie jednostki, niezadowolone z ucisku prawnego i zwłaszcza podatkowego, który imperium musi uprawiać, aby utrzymać dwór imperialny, biurokrację, senat, armie i floty, mogą bowiem po prostu odlecieć w odludne, położone poza granicami imperium rejony Galaktyki i tam zbudować sobie alternatywną wobec imperium cywilizację. Ślady takiego procesu widzimy np. w „Gwiezdnych wojnach”, w których pada fraza o istnieniu „wielu niezarejestrowanych osiedli”. W przypadku historycznych imperiów ziemskich, takich jak rzymskie, takie zjawisko wystąpić nie mogło. Główną przeszkodą nie była, jak można by się spodziewać, geografia – niewielka podaż miejsc wobec imperium alternatywnych, ale ekonomia. W czasach rzymskich, a także długo po nich, najważniejszą gałęzią gospodarki było rolnictwo, a podstawowym środkiem produkcji – ziemia. Ta zwyczajna, rolnicza, lub skrywająca w swoim łonie surowce mineralne. Oczywiście nie byle jaka ziemia, tylko ziemia uprawna i zagospodarowana. Nie same surowce, ale ich kopalnie. Taki ziemski kapitał władzy łatwo było opodatkować, a właścicielowi bardzo trudno przenieść poza granice wpływów imperium. Działało tu też swoiste sprzężenie zwrotne, ponieważ istnienie wydajnego, intensywnego rolnictwa, bez prawnej i militarnej opieki ze strony państwa, było niemożliwe. W Europie, po upadku imperium rzymskiego w V-VI wieku, nastąpił też drastyczny spadek wydajności gospodarczej, co pociągnęło też olbrzymi regres cywilizacyjny, znany w historii, jako „wieki ciemne”. Zbliżony do rzymskiego poziom produkcji, osiągnięto zaś na naszym kontynencie ponownie dopiero w Renesansie.

Około roku 1800 jednak zaczęło się w ludzkiej cywilizacji swoiste przejście fazowe, zwane niezbyt precyzyjnie i myląco, „rewolucją przemysłową”. Feudalizm, system społeczno-gospodarczy oparty na własności ziemskiej, został zastąpiony przez, oparty na kapitale, kapitalizm właśnie.

Przed tą datą wszystkie społeczeństwa funkcjonowały zgodnie z regułami, zwanymi tak od nazwiska ekonomisty, który pierwszy je odkrył i sformułował, maltuzjańskimi. Wszelki, spowodowany usprawnieniami technologicznymi, czy organizacyjnymi, wzrost wydajności gospodarki, czyli w pewnym uproszczeniu wzrost PKB, przekładał się długoterminowo tylko i wyłącznie na wzrost liczby ludności, natomiast praktycznie wcale na jej dobrobyt, czyli, znów upraszczając, PKB per capita. Przeciętny poziom dochodu per capita, od czasów wynalezienia rolnictwa, do końca XVIII wieku, mimo całego dokonanego w tym czasie postępu organizacyjnego i technologicznego, nie wzrósł, jak udowadnia to Gregory Clark w swojej pracy „Pożegnanie z jałmużną”, praktycznie wcale. Rewolucja przemysłowa i powstanie kapitalizmu, zmieniło jednak wszystko. Przyrost naturalny po raz pierwszy w dziejach okazał się wolniejszy od wzrostu gospodarczego. Nie tylko PKB, ale i PKB per capita zaczął rosnąć wykładniczo. W tych okolicznościach ziemia, jako środek produkcji, straciła na znaczeniu, a decydujący stał się kapitał. Zmianę tę bardzo boleśnie odczuli, stanowiący społeczną elitę ery maltuzjańskiej, posiadacze ziemscy, co znalazło też wyraźne odbicie w ówczesnej literaturze. Dominujące w tym okresie na naszej planecie imperium brytyjskie, było już właśnie imperium nie, jak wszystkie poprzednie, feudalnym, zorganizowanym i rządzonym przez posiadaczy ziemskich, ale kapitalistycznym, własnością kupców, przemysłowców i bankierów.

Kapitał, mimo że nadal częściowo przynajmniej składał się z nieruchomości, np. fabryk, był jednak bardziej od ziemi ruchomy, i łatwiej było go wywieźć, kiedy ucisk fiskalny stał się zbyt duży, a usługi dostarczane w zamian przez państwo zbyt niskiej jakości, co wielokrotnie w historii się zdarzało i zdarza nadal. Wciąż jednak ilość miejsc, do których kapitał mógł się udać, była ograniczona. Nadal też inwestycje kapitałowe wymagały ochrony ze strony państwa. Jednak i era kapitału nie trwała wiecznie i obecnie, jak się wydaje, obserwujemy objawy jej schyłku. Kapitał, jak przed nim ziemia, jako główny środek produkcji, ustępuje miejsca wiedzy i umiejętności. A te ostatnie jeszcze trudniej opodatkować niż kapitał i jeszcze łatwiej niż kapitał przemieścić. Konsekwentnie, w miarę nasilania się tego trendu, musi się też w nadchodzących czasach zmienić, na skalę porównywalną z XIX-XX wieczną, rola państwa i stosunki społeczne, a dysponenci kapitału będą tracić na znaczeniu, tak samo jak przed nimi właściciele ziemscy.

Ekstrapolując te zjawiska w przyszłość, dojdziemy do nieuchronnego wniosku, że społeczeństwo, które osiągnęło możliwość podróży międzygwiezdnych, już dawno punkt, w którym władza państwowa jest jeszcze w stanie wyegzekwować od obywateli należne sobie powinności, a w zamian daje im pewne wymierne korzyści, osiągnęło i przekroczyło. Kiedy najważniejszych środków produkcji nie da się efektywnie najechać, zrabować, czy opodatkować, istnienie państwa w ogólności, a scentralizowanego i zmilitaryzowanego imperium w szczególności, traci najważniejszą część swojego społecznego uzasadnienia i należy się spodziewać, że instytucje te, jeżeli nawet w ogóle nie znikną, to na pewno znacznie osłabną. Na galaktyczne scentralizowane imperia zwyczajnie nie ma miejsca ani w przestrzeni kosmicznej, ani w przestrzeni społecznej, czego najlepiej dowodzi też fakt, że żadne takie imperium nigdy w naszej Galaktyce nie powstało, ani, jak dowodzi tego fiasko programu G-HAT, który przejawów istnienia takich imperiów we Wszechświecie poszukiwał, w żadnej innej.

No chyba, że…

(O)błędy pikettyzmu

Rozumie się z doliczeniem procentu
w stosunku… sześć… do ośmiu od sta rocznie…
Bolesław Prus

 

Oszczędnością i pracą narody się bogacą. Specjaliści od przymusowego wyzwalania społeczeństwa z okowów materializmu i konsumpcjonizmu nie próbując kwestionować tej oczywistości, atakują w zamian leżące u podstaw tego powiedzenia niejawne założenie, że owo bogacenie się jest czymś pozytywnym.

Przykładem takiego rozumowania jest książka „Kapitał w XXI wieku” Thomasa Pikettego. Pozycja, darzona w środowiskach socjalistycznych, z grubsza pokrywających się w Polsce z elektoratem partii PIS i RAZEM, swoistym kultem, będąc dla nich, na co sam tytuł zresztą wskazuje, współczesnym odpowiednikiem XIX wiecznego „Kapitału” Marksa. „Kapitał XXI wieku” ma właśnie to jedno zasadnicze przesłanie i pomimo ponad 700 stron objętości, da się streścić w dwóch zdaniach.

  1. Ci, którzy oszczędzają, faktycznie bogacą się szybciej, niż ci, którzy nie oszczędzają.
  2. Jest to jednak zjawisko bardzo szkodliwe, któremu trzeba energicznie przeciwdziałać.

Piketty ma bowiem, a właśnie ten fakt jest przyczyną jego niezwykłej u lewicy wszelkiej maści popularności, swoistą fobię. Lęk przed nierównością. To, że ludzie nie są równi i jednakowi, po prostu jego i jego współwyznawców przeraża. Sytuacja, w której najbiedniejsi zarabiają sto złotych a najbogatsi trzysta, jest dla nich znacznie lepsza, bo mniej nierówna, niż sytuacja w której najbiedniejsi zarabiają tysiąc a najbogatsi dziesięć tysięcy złociszy, choćby obiektywnie wszyscy wtedy mieli lepiej. Stopień nasilenia tej fobii z góry wyklucza jakiekolwiek próby jej racjonalnego wytłumaczenia. Na żadnej z ponad 700 stron formatu A3 „Kapitału”, nie znajdziemy ani jednego merytorycznego argumentu uzasadniającego szkodliwość „nierówności” i konieczność ich „wyrównywania”. Co więcej, nie próbuje też nawet Piketty określić jakiejś górnej dopuszczalnej, jego zdaniem, granicy „nierówności”, poniżej której należałoby owe nierówności sprowadzić. Chociaż recenzowana pozycja, zgodnie ze swoim tytułem, traktuje o nierównościach wynikłych z różnic w poziomie oszczędzania, czyli nierównościach majątkowych, nie oznacza jednak, że nierówności wynikające z różnic w pracowitości są uznawane przez autora za uzasadnione. Bynajmniej. Różnice w zarobkach są dla Pikettego równie naganne jak różnice w poziomie posiadanego majątku, a potraktowanie ich w swoim dziele po macoszemu wyjaśnia on faktem, że te pierwsze są znacznie mniejsze niż te drugie. Mniejsze, ale równie dla pikettystów nie do przyjęcia. Z bogatymi, a już na pewno z tymi, których bogactwo wynika z oszczędzania, należy się bezwzględnie rozprawić, co Piketty postuluje właśnie takiego słownictwa („zwalczanie” rentierów, a nawet „eksterminacja” rentierów) używając, bo wszak rentier, osoba żyjąca z oszczędności to dla Pikettego „wróg ludu” tj, wróg demokracji.

Nie doczekawszy się więc uzasadnienia podstawowej i najważniejszej tezy książki, przejdźmy do tejże książki części merytorycznej. I tu napotkamy na wiele osobliwości. Na pierwszy rzut oka „Kapitał” wygląda jak, wypełniona tabelami i wykresami, poważna pozycja naukowa, skierowana do kogoś, komu nie trzeba szczegółowo wyjaśniać, jaki przebieg ma funkcja wykładnicza, ani tym bardziej, co to jest iloczyn. Problem w tym, że Piketty właśnie takie rzeczy swoim czytelnikom …tłumaczy. Widać zatem, że jest to dzieło, „naukawe” które naukowość jedynie udaje, a trafić ma do odbiorcy, który, nie tylko nie będzie posiadał żadnych kwalifikacji i narzędzi, aby tą „naukawość” zweryfikować, ale nawet nie będzie odczuwał takiej potrzeby. Do wyznawcy, który bezkrytycznie przyjmie wszystko to, co mu guru do wierzenia podać zaplanuje. Dla takiego odbiorcy nie warto się nawet starać i robić szczegółowej korekty, która by przykładowo wyłapała i usunęła stwierdzenie, że w Europie są tylko państwa należące do UE, oraz Rosja i Ukraina.

Nie jest więc przypadkiem, że krytycy Pikettego, wytknęli mu wiele błędów i przekłamań, w tym i takie, które całkowicie unieważniają jego wywody. Sam niżej podpisany, pomijając już drobne wpadki w rodzaju „zniknięcia” Szwajcarii, Norwegii, Serbii, czy Białorusi, zwrócił uwagę na dwa poważne, już nawet nie błędy, ale jawne i oczywiste kłamstwa. Pierwszym z nich jest stwierdzenie, że płace realne robotników w okresie rewolucji przemysłowej zaczęły rosnąć dopiero od roku 1870, podczas gdy w rzeczywistości były już wtedy średnio dwa razy wyższe niż w roku 1800. Pomimo, że akurat to przekłamanie w niczym nie wspiera wywodów Pikettego, to nietrudno odkryć jego źródło. Tak właśnie twierdził w swoim „Kapitale” Karol Marks, a Piketty w widoczny sposób jest zafascynowany tą złowrogą postacią i jego mrocznym dziełem i zaprzeczanie w czymkolwiek Mistrzowi przychodzi mu z widocznym trudem, choć, gwoli prawdy, robi to, kiedy już absolutnie nie ma innego wyjścia. Zupełnie na odwrót, niż kiedy wspomina klasyków nauk ekonomicznych, Smitha, Malthusa, czy Ricardo, do których deklaruje Piketty wyłącznie pogardę.

„Kapitał w XXI wieku” nie jest jednak pozycją naukową tylko z powodu swoich błędów i celowych przekłamań, a nawet przede wszystkim nie dlatego. Istotą działania naukowego jest bowiem zbudowanie takiego modelu badanego zjawiska, który można, poprzez eksperymenty, lub obserwacje, testować i tym samym określić czy i w jakim stopniu adekwatnie on dane zjawisko opisuje. Jaki jest zakres jego stosowalności, jakie parametry modelu mają duży wpływ na wynik, a jakie niewielki. Jakie są podstawy fizyczne danego zjawiska, które właśnie taki a nie inny model generują.

Niczego podobnego u Pikettego nie znajdziemy. Nie tylko nie prezentuje on żadnych modeli, ale, co jest zresztą typowe dla całej tej formacji ideowej, wręcz programowo od ich tworzenia się odżegnuje, otwarcie krytykując „matematyzację nauk społecznych”. Separując się od nauki, ląduje więc Piketty w obrębie pseudonauki, stając się kreacjonistą ekonomicznym, podobnie jak kreacjoniści pozostałych obrządków, przekonanym, że procesy ekonomiczne nie przebiegają „same z siebie”, ale są i powinny być ręcznie sterowane przez Inteligentnego Projektanta – Planistę.

Szczegółowo rozważa zatem Piketty dynamikę wzrostu demograficznego i osobno gospodarczego, na przestrzeni ostatnich kilkuset lat, ale nawet nie stawia pytania, nie mówiąc już o odpowiedzi na nie, czy aby nie istnieje między nimi jakiś związek i jeżeli tak, to jaki. Zależność, którą zauważył już Malthus pod koniec XVIII wieku, nie zaprząta głowy naszego (neo)Marksa w wieku XXI. Opisując nierówności ekonomiczne, zauważa Piketty, jak już wyżej wspomniano, że nierówności w dochodach z pracy najemnej są znacznie mniejsze niż nierówności w posiadanym kapitale, ale znów czytelnik nie ma żadnych szans dowiedzieć się, dlaczego tak jest. Ponownie dając dowód własnej, wynikającej z programowej niechęci do metodologii naukowej, ignorancji w tym zakresie, wspomina Piketty o rozkładzie potęgowym Pareto (nie zaniedbując przy tym solennego zwyzywania samego Pareto od „faszystów”). Najwyraźniej jednak nie zdaje sobie sprawy, że rozkład potęgowy, generowany przez zjawisko swoistego przyciągania się kapitału, zwane też „pieniądz rodzi pieniądz”, owszem, bardzo dobrze opisuje rozkład własności kapitału, ale dochody z pracy, jako z grubsza proporcjonalne do kompetencji pracowników, opisywane są z kolei przez rozkład logarytmiczno – normalny, zwany też, ze względu na to, że opisuje on również prędkość cząsteczek w gazie w zależności od temperatury, rozkładem termicznym.

Piketty 01

Nie mając więc i z założenia nie chcąc mieć, żadnego sensownego, testowalnego modelu, nie może też, w sposób uprawniony, postawić Piketty żadnej hipotezy dotyczącej możliwego zachowania się opisywanego przez siebie układu w przyszłości. Nie może tego zrobić w sposób uprawniony, robi więc to w sposób nieuprawniony, po prostu ekstrapolując obecne trendy w przyszłość, chociaż sam doskonale zdaje sobie sprawę, że w przeszłości owe trendy zmieniały się co najmniej kilkukrotnie, zatem mogą też zmienić się, i, jak się jeszcze przekonamy, zmienią, w przyszłości.

I w tym miejscu przechodzimy do samego jądra pikettyzmu, czyli słynnej w tym światku nierówności r>g. Twierdzi otóż Piketty, że, jeżeli w dłuższym okresie czasu, średnia stopa zwrotu z kapitału r, będzie wyższa niż wzrost gospodarczy (PKB) – g, to wtedy kapitalizacja zysków z kapitału doprowadzi do systematycznego wzrostu nierówności majątkowych w społeczeństwie, teoretycznie w nieskończoność. W granicy tego trendu jedna osoba mogłaby posiadać cały ziemski kapitał. Zważywszy na fakt, że przez „kapitał” rozumie Piketty wszystko to, co może być objęte prawem własności, od praw autorskich do zbioru sonetów, po meble w mieszkaniu, perspektywa taka, nawet dla kogoś, kto nierówności uważa za zjawisko pożądane i naturalne, może wydać się niepokojąca.

Ponieważ jednak Piketty nie dysponuje żadnym opisującym dynamikę tych wielkości modelem, nie może też w żaden sposób przewidzieć, jak się będą one kształtować w przyszłości, w szczególności, czy faktycznie r będzie większe od g. W całym „Kapitale” co rusz czytelnik natrafia na frazy „Jeżeli r będzie takie, a g będzie takie, to wtedy stanie się to i to”, nigdzie jednak nie ma żadnego wyjaśnienia, dlaczego te parametry miałyby akurat takie, a nie inne wartości przyjmować. W zamian otrzymujemy gorące zapewnienia autora, że średni poziom zwrotu z kapitału r od tysięcy lat był z grubsza stały i wynosił +/- 5%. Taki też zatem będzie on w przyszłości. I to jest właśnie drugie, ze wspomnianych  na wstępie, jawnych kłamstw Pikettego. Używam określenia „kłamstwa” z całą świadomością wagi tego zarzutu, ponieważ prawdziwe dane dotyczące zarówno zarobków, jak i poziomu stóp procentowych w ujęciu historycznym są opisane przez George’a Clarka, którego Piketty bez skrępowania w bibliografii wymienia. Zna więc  te dane, ale je z premedytacją i celowo ignoruje, ponieważ nie pasują mu do ideologii.

Sam Piketty zachęca do tego, żeby informacji o średniej stopie zwrotu z kapitału, np. w XIX wieku, poszukiwać w ówczesnej literaturze, obficie przytaczając a to Balzaca, a to Jane Austen. W powieściach autorstwa tych pisarzy, twierdzi Piketty, znajdziemy informację o właśnie pięcioprocentowej stopie zwrotu we współczesnych im czasach. Pójdźmy zatem tym tropem i zajrzyjmy, choćby do „Lalki” Prusa, która, rozgrywając się w latach 70 XIX wieku, w dużej mierze o sprawach finansowych traktuje. I już napotkamy niespodziankę. Średnia stopa zwrotu z kapitału jest u Prusa jest znacznie wyższa niż podawana przez Pikettego. Zgodnie z cytatem w motcie niniejszego eseju, wynosi zwykle około siedmiu procent, a dla szczególnie intratnych biznesów, znacznie więcej. Założona przez Wokulskiego spółka do handlu z Rosją przynosi swoim akcjonariuszom nawet osiemnaście procent zysku. Nawet, jeżeli jest to wartość skrajna, podana dla podkreślenia niezwykłych zdolności biznesowych samego Wokulskiego, to i tak przekroczenie 10% stopy zwrotu nie jest dla bohaterów Prusa żadnym ewenementem.

Przechodząc od beletrystyki, której twórcy w końcu niekoniecznie musieli się twardo trzymać współczesnych sobie realiów (nawet w pozytywistycznej, realistycznej, „Lalce” napotykamy przecież metal lżejszy od powietrza), do poważnych badań naukowych, dowiadujemy się od wspomnianego Clarka, że Prus jest jednak bliższy prawdy niż Piketty. Średnia stopa procentowa była tym większa, im dawniejszy okres bierzemy pod uwagę. W Średniowieczu wynosiła kilkanaście procent, w greckim i rzymskim Antyku nawet dwadzieścia kilka. W czasach, kiedy wzrost gospodarczy był, mierzony dzisiejszymi kategoriami, mikroskopijny, zwrot z kapitału był z kolei kolosalny. Piketty starannie przemilcza ten fakt, musiałby bowiem wytłumaczyć, dlaczego, mimo tak drastycznej, do tego utrzymującej się przez całe millenia różnicy r>>>g, jakoś cały ówczesny świat własnością jednej osoby, czy dynastii się nie stał. Różnice majątkowe były oczywiście gigantyczne, znacznie większe niż dzisiejsze, ale do wieszczonej przez pikettystów „ostatecznej kumulacji kapitału” nigdy nie doszło.

W tym miejscu, nie bez powodu starannie przed czytelnikiem ukrytym, pikettyzm rozpada się zatem całkowicie, bo u jego podstaw leży jeszcze jeden fundamentalny błąd. Potraktowanie całego pikettowskiego „kapitału” łącznie, jakby nie było pomiędzy jego składowymi żadnych różnic. Tymczasem w naukach ekonomicznych, nieprzypadkowo, czego Piketty starannie unika, rozdziela się kapitał fizyczny, istniejący w formie narzędzi, maszyn, budynków, fabryk, środków transportu, etc, kapitał ludzki, czyli wykształcenie, wiedzę i umiejętności pracowników, i „ziemię”, czyli te dobra, nie tylko ziemię w sensie dosłownym, których nie da się wytworzyć. Te środki produkcji, wrzucone w „Kapitale w XXI wieku” do jednego wora, różnią się jednak od siebie w sposób zasadniczy.

W czasach maltuzjańskich, przed rewolucją przemysłową, podstawowym środkiem produkcji, „kapitałem” w sensie pikettowskim, była „ziemia”. Ziemia rolna, surowce i minerały. A „ziemia” ma jedną charakterystyczną cechę. Stałą, nieelastyczną, czyli niezależną od ceny, podaż. W konsekwencji tego faktu, ziemia praktycznie nie podlega akumulacji. Bogaty właściciel ziemski, może oczywiście dokupywać kolejne łany, ale w miarę jak będzie to czynił, przy stałej podaży, cena każdej kolejnej morgi będzie systematycznie rosnąć, zatem jej użyteczność krańcowa będzie stale maleć, aż do zera. Im bardziej landlord jest bogaty, im więcej ziemi posiada, tym trudniej mu swoje bogactwo dalej powiększać. W końcu, mimo bardzo wysokich stóp zwrotu, ustala się pewna równowaga i rozkład bogactwa w społeczeństwie pozostaje stabilny.

Sytuacja zmienia się diametralnie podczas rewolucji przemysłowej. Ziemia traci na znaczeniu, a dominować zaczyna kapitał fizyczny. Ten akumulacji z kolei podlega. Jednak, pomimo tego faktu, nierówności w cywilizacji industrialnej kapitalistycznej, są, znów odwołując się do Clarka, znacznie mniejsze niż w cywilizacji maltuzjańskiej, feudalnej. Dzieje się tak, ponieważ z jednej strony, wzrost gospodarczy g jest w kapitalizmie znacznie szybszy, z drugiej zaś, w miarę akumulacji kapitału, maleje jego krańcowa stopa zwrotu, a zatem r systematycznie spada. Wybudowanie pierwszej w kraju fabryki samochodów może być bardzo dochodowe, ale wybudowanie dziesiątej, już nie bardzo. Spadek stopy zwrotu w miarę akumulacji kapitału, nie jest zresztą, ani przez Pikettego, ani nawet przez Marksa, negowany. Nie zauważyli jednak oni, że kiedy owa stopa zwrotu zrówna się ze średnim wzrostem gospodarczym (r=g), inwestycje kapitałowe przestają się opłacać i dalsza akumulacja kapitału fizycznego staje się niemożliwa. Kapitał fizyczny, tak jak wcześniej ziemia, przestaje mieć znaczenie jako główny środek produkcji. Decydujące stają się umożliwiające wzrost wydajności innowacje i zdolny do ich dokonywania i wdrożenia kapitał ludzki. A jego nie tylko nie da się, jak kapitału fizycznego, zakumulować, ale nawet kupić, jak ziemię, na własność. W innowacje trzeba zainwestować, za każdym razem od początku, bo chociaż pieniądz faktycznie rodzi pieniądz, to jednak jedne innowacje nie kreują automatycznie i bezkosztowo kolejnych innowacji. Za kapitał ludzki zaś, wiedzę, umiejętności i kompetencje pracowników, trzeba zapłacić. Już w tej chwili innowacje odpowiadają za połowę całego światowego wzrostu gospodarczego i udział ten w przyszłości może wyłącznie rosnąć. Narody się bowiem bogacą nie tylko oszczędnością i pracą, ale i zdolnościami i pomysłami. Tym bardziej po ustabilizowaniu się światowej populacji, co drastycznie ograniczy podaż „pracy”, a zatem i podniesie jej cenę. Tempo wzrostu g, tak jak obstawia to, ale ponownie w żaden sposób tego nie uzasadniając, Piketty, znacząco zmaleje, ale stopa zwrotu r zmaleje jeszcze szybciej.

W konsekwencji głównym środkiem produkcji staną się wiedza i umiejętności. Wynagrodzenia za pracę, początkowo oczywiście pracowników najwyżej wykwalifikowanych i najbardziej kompetentnych, już zaczynają rosnąć, co zauważył także Piketty, nazywając to zjawisko pojawieniem się „superkadr”. Jednak, zamiast wyrazić zadowolenie z tego faktu, autor „Kapitału” znów pogrążył się w czarnej rozpaczy. Bo wszak, skoro zarobki najlepszych pracowników już rosną, a tych gorszych jeżeli nawet, to wolniej, to przyczynia się to do kolejnego wzrostu szatana „nierówności”.

W miarę jednak dalszego spadku r, w warunkach stabilizacji demograficznej, udział płac w produkcie, nawet w przypadku gorzej wykwalifikowanych pracowników, nieuchronnie wzrośnie, a udział kapitału równie nieuchronnie zmaleje. Już teraz oprocentowanie najpewniejszych papierów wartościowych zbliża się do zera, lub nawet spada poniżej tego poziomu. Za sto, dwieście lat, bardziej opłacalne będzie wykonywanie zawodu śmieciarza, niż życie jako znienawidzony przez pikettystów rentier. Kapitału fizycznego w XXI, a już na pewno w XXII wieku będzie tak wiele, że będzie on, jako źródło dochodu, praktycznie bezwartościowy.

Ignorowanie opisanych zależności, pomiędzy wzrostem gospodarczym, stopami procentowymi i wzrostem demograficznym, traktowanie ich, jako wielkości całkowicie od siebie niezależnych, co Piketty w swojej pracy uczynił, jest tym właśnie błędem pikettyzmu, który nie tylko w stu procentach unieważnia jego diagnozy, ale też, przez snucie takich chybionych prognoz, całkowicie intelektualnie to środowisko dyskwalifikuje.

Thomas Piketty

„Kapitał w XXI wieku”

Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2015

Niniejsza recenzja została opublikowana w 1451-1452 numerze „Najwyższego Czasu”

To ich historia temu winna, że nasza będzie całkiem inna

Pewnego rodzaju sławę zdobyła w Polsce ostatnio twórczość znanego publicysty pisowskich polskojęzycznych mediów, Piotra Zychowicza. Dokonuje on swoistej „dekonstrukcji” polskich mitów narodowych, usiłując dowieść, że wbrew wygórowanemu, jego zdaniem, mniemaniu o sobie i swojej historii, Polacy i ich przywódcy, w kluczowych momentach historycznych okazywali się nie mężnymi żołnierzami, zdolnymi generałami i roztropnymi mężami stanu, tylko małostkowymi, tchórzliwymi pętakami, drobnymi cwaniakami, wielkimi zdrajcami i patologicznymi szujami, a zatem w pełni na nieszczęścia, które na nich spadły w XX wieku sobie zasłużyli, skoro, jak to ujął jeden z przedstawicieli tej samej szkoły – walczyli o własne zniewolenie. O ile w pierwszej swojej publikacji „Pakt Ribbentropp-Beck” wytykał Zychowicz Polakom, że nie chcieli pokochać Hitlera i mieli coś przeciwko niemieckiemu butowi na swoim karku, tak w obecnej „Pakt Piłsudski – Lenin” łaja Zychowicz Polskę za brak miłości do buta rosyjskiego (nie mylić z sowieckim). Przedmiotem huraganowej krytyki stają się w „PPL” już nie jakiś tam minister Beck, tylko powszechnie w Polsce, czyli nie w PIS, czczeni ojcowie polskiej niepodległości – Piłsudski, Dmowski i Witos. Polska międzywojenna jak się w interpretacji Zychowicza okazuje, nie tylko podle i haniebnie skończyła, ale i równie pokracznie i nieprawo zaczynała, w pełni zatem zasłużyła na swój los.

W swojej najnowszej publikacji Zychowicz powiela jednak dokładnie wszystkie te błędy, które znalazły się w „Pakcie Ribbentropp-Beck”, a które wywracają całą wymowę zamieszczonych w nich wywodów do góry nogami. Najważniejszy z nich to mniemanie Zychowicza, że jest on mądrzejszy i bardziej dalekowzroczny niż wszyscy opisywani przez niego politycy i przywódcy, czy byliby to Beck, Rydz-Śmigły i Mościcki w „PRB”, czy Piłsudski, Dmowski i Witos w „PPL” Z tego głównego ogólnego błędu wynikają błędy szczegółowe, które w miarę omawiania i obalania kolejnych tez Zychowicza, będziemy wytykać.

Teza I. Twierdzi Zychowicz, że jesienią 1919 roku miała Polska niepowtarzalną okazję, aby zając Moskwę obalić reżim bolszewicki i tym samym oszczędzić sobie i światu przyszłych okropności komunizmu, a przy okazji również nazizmu, który bez komunizmu by przecież nie zaistniał. Twierdzi dalej Zychowicz, że czerwoni byli bardzo słabi, ich rządy powszechnie znienawidzone i armie polskie w marszu na wschód nie napotkałyby poważniejszego oporu. Pozornie tak argumentacja ma ręce i nogi. Niestety tylko pozornie. Po pierwsze armia Napoleona w 1812 też miała znaczną przewagę nad wojskami rosyjskimi, również zajęła Moskwę, a cała wojna zakończyła się jej klęską. W 1941 roku rządy bolszewików było może nawet bardziej znienawidzone niż w roku 1919, a wojnę z Niemcami i tak zdołali oni wygrać. W 1610 roku Polacy też zajęli Moskwę, udało im się obalić ówczesny rosyjski reżim, ale na dłuższa metę nic to nie zmieniło. Dlaczego w 1919 roku miałoby być inaczej? W miarę przesuwania się na wschód, wojska polskie słabłyby, rozciągnięte na ogromnych rosyjskich przestrzeniach, czerwoni zapewne cofaliby się unikając bitew, a potem nadeszłaby zima… Załóżmy jednak, że Piłsudskiemu udałoby się w 1919 roku zająć Moskwę. Niestety nic kompletnie by to nie dało, choćby z tego powodu, że głównym bastionem bolszewików był wówczas absolutnie nieosiągalny dla wojsk Piłsudskiego Piotrogród, do którego w ostateczności rząd Lenina by się wycofał. Co gorsza, głębokie wtargnięcie Polaków w głąb Rosji etnicznej, pozwoliłoby czerwonym na zagranie kartą wielkoruskiego szowinizmu i zaapelować, cóż z tego, że koniunkturalnie i cynicznie, skoro skutecznie, o „zjednoczenie wszystkich rosyjskich sił w obliczu polskiego zagrożenia”. Zrobił to skutecznie Stalin w 1941 roku, dlaczego nie miałby uczynić tego Lenin w 1919? Wtedy przeciwko Polsce wystąpiliby zgodnie i czerwoni i biali, a cała ekspedycja zakończyłaby się zagładą polskich wojsk i w konsekwencji samej Polski. W końcu sam Zychowicz przyznaje, że nacjonalizm zawsze był faktycznym sprzymierzeńcem bolszewików. Dlaczegóż nacjonalizm wielkoruski miałby być wyjątkiem?

Teza II stanowi wariant tezy I. Według niej, Piłsudski nie musiał jednak wcale maszerować na Moskwę (cóż za ulga!), wystarczyłoby, że ułatwiłby tę czynność wojskom „białych”, konkretnie Denikinowi, a owi biali sami rozprawiliby się z czerwoną zarazą, oszczędzając sobie i światu przyszłych okropności komunizmu, a przy okazji również nazizmu, który bez komunizmu by przecież nie zaistniał. Teza II jest już bardziej trzeźwa od tezy I, chociaż i w tym przypadku Zychowicz niesłychanie ułatwia sobie zadanie zapewniając, że czerwoni byli bardzo słabi, ich rządy powszechnie znienawidzone… etc. Tymczasem wystarczy zauważyć, że, nawet jeżeli Zychowicz nie przesadza (a przesadza) biali okazali się być jeszcze słabsi, skoro przegrali w końcu z czerwonymi na wszystkich frontach. Czy faktycznie losy świata mogły zawisnąć do tego, czy kilka tysięcy polskich żołnierzy zajmie, czy też nie zajmie taką metropolię jak Mozyrz? W historii, gdzie o wyniku zmagań decyduje zwykle różnica potencjałów walczących stron, takie chwile bifurkacji zdarzają się niesłychanie rzadko. Załóżmy jednak, że Zychowicz ma rację, w rosyjskiej wojnie domowej szale były niesłychanie wyrównane (chociaż np. Richard Pipes twierdzi co innego) i decyzja Piłsudskiego o zajęciu Mozyrza mogła być tą ostatnią słomką, która złamałaby kark czerwonego wielbłąda. Rosja zostałaby biała, rządzona prawdopodobnie przez jakiś wojskowy reżim z Denikinem, czy Kołczakiem na czele. Bez wątpienia taka Rosja autokratyczna byłaby znacznie sympatyczniejsza i nieporównanie mniej toksyczna niż czerwona Rosja Lenina i Stalina.

Dlaczego zatem Polska nie uczyniła tego oczywistego ruchu? Dlaczego nie tylko nie dołożyła swojej słomki, ale nawet, jak można podejrzewać i o czym Zychowicz z lubością się rozpisuje, skrycie poparła reżim Lenina? Symptomatyczne, chociaż wcale nie zaskakujące, jest to, że chociaż powody podjęcia przez polskie przywództwo takich decyzji są powszechnie znane i wielokrotnie opisywane, chociaż dość rzetelnie relacjonuje je sam Zychowicz, to jednak z jakimś dziwnym uporem nie chce ich przyjąć do wiadomości. A powód polskiej niechęci do białych jest przecież bardzo prosty. Rosja „biała”, byłaby dla Polski znacznie gorszym sąsiadem, niż Rosja „czerwona”. Po pierwsze, jeżeli w ogóle była skłonna zgodzić się na istnienie niepodległej Polski, to wyłącznie w granicach dawnego Królestwa Kongresowego, czyli nie tylko bez Lwowa i Wilna, ale nawet bez Białegostoku. I nie wynikało to, wbrew zapewnieniom Zychowicza, z jakichś antypolskich fobii i uprzedzeń Denikina, czy osób z jego otoczenia, tylko było podstawowym kanonem polityki białych „Ani piędzi ziemi rosyjskiej” (czyli także litewskiej, białoruskiej, ukraińskiej, etc). Warto też zauważyć, że jeżeli biali tak stawiali sprawę w momencie zażartej walki, kiedy ważyły się ich i całej Rosji losy, to tym bardziej ich postawa uległaby usztywnieniu po ewentualnym zwycięstwie, kiedy zapewne maksimum łaski jakie mogliby okazać Polakom, byłby jakiś rodzaj polskiej, nadal terytorialnie ograniczonej do Kongresówki, autonomii w obrębie rosyjskiego imperium, czyli powrót do stanu sprzed roku 1864, w wersji superoptymistycznej sprzed roku 1831. Nic dziwnego, że Polacy nie mogli być taką perspektywą zachwyceni. Jak widać Zychowicz nadal, tak samo jak to czynił w „PRB”, ignoruje ewidentne, fundamentalne sprzeczności interesów stron, którym post factum nakazuje zawarcie partnerstwa i ścisłego sojuszu. I tak samo powtarza Zychowicz drugi swój błąd. W swojej krytyce poprzedniej jego publikacji, niżej podpisany radził mu, aby zapoznał się z kluczową dla zrozumienia polityki polskiej zarówno w 1939, jak i w 1919/1920 roku pozycji „Stulecie chaosu” Witolda Orłowskiego. W „PPL” Zychowicz dowodzi, że nie skorzystał z tej porady. Inaczej zdałby sobie sprawę, że Rosja biała tym się jeszcze różniła od czerwonej, że nie tylko nie chciała uznać istnienia samodzielnej Polski w jakichś sensownych granicach, ale i miałaby, przy założeniu swojego zwycięstwa w wojnie domowej, siły i środki, aby te swoje roszczenia wyegzekwować. Wg obliczeń prof. Orłowskiego, przed wybuchem I wojny światowej potencjał rosyjski (gospodarczy, naukowy, demograficzny, militarny, etc) przewyższał hipotetyczny potencjał Polski, gdyby wtedy istniała, mniej więcej siedem razy. Dla porównania, dzisiaj ta różnica jest mniej niż trzykrotna. Oczywiście przegrana wojna i bolszewicki przewrót nieco ten potencjał nadwątliły, ale nie należy przeszacowywać tej straty. Potencjał państwa jest czymś, co się bardzo powoli i mozolnie buduje, ale też i powoli traci. Niemcy, w 1914 roku, jeżeli nie najbogatszy, to z pewnością najbardziej rozwinięty naukowo i technologicznie zaawansowany kraj na świecie, poniosły klęskę w I wojnie, przeżyły rewolucję, wielki kryzys, a i tak pokolenie później znów mogły prowadzić wojnę z całym światem. Poniosły ponowną klęskę, zostały totalnie spustoszone, okupowane i podzielone, ale znów pokolenie później były najbogatszym krajem w Europie, a i dziś przewodzą na kontynencie gospodarczo i politycznie. Potencjał bowiem jedynie w niewielkiej części ma charakter infrastrukturalny, czyli obejmuje  fabryki, drogi, linie kolejowe, etc, a w większości zależy po prostu od ludzi, ich wiedzy, umiejętności, motywacji, a przed wszystkim sposobu organizacji ich pracy. Dopóki ta składowa istnieje, jest w stanie szybko i sprawnie uzupełnić wszelkie, dowolnie duże ubytki w potencjale infrastrukturalnym. Wbrew zatem nierealistycznym zapewnieniom Zychowicza, potęga Rosji pod rządami jakiegoś generała – regenta zostałaby odbudowana nawet jeszcze szybciej, niż potęga niemiecka, albo japońska po II wojnie św, bo przed I wojną Rosja znajdowała się w okresie transformacji w nowoczesny kraj przemysłowy i po likwidacji przeżytków feudalizmu i uwolnieniu tym samym ukrytych rezerw, rozwijała się bardzo szybko. Ten rozwój byłby po zwycięstwie białych kontynuowany, w końcu nawet komunistyczny NEP, mimo że odbywał się w warunkach prawnych dalekich od optymalnych i trwał krótko, zanotował imponujący wzrost. Oczywiście, wbrew opinii niektórych entuzjastów, Rosja nie zdystansowałaby USA i Wlk Brytanii stając się najpotężniejszym mocarstwem na planecie, ale na Polskę i tak by wystarczyło. Tym bardziej, że w tym sporze, zarówno Zachód, jak i oczywiście Niemcy byłyby po stronie Rosji. Skoro, jak zauważa sam autor „PPL”, skoro, choć z trudem, to potrafili się oni dogadać z Rosją czerwoną, to tym bardziej, znacznie łatwiej, szybciej i z większym sukcesem, dogadaliby się z Rosją białą. Polska, która by skutecznie pomogła Denikinowi pokonać bolszewików, nie tylko byłaby terytorialnie znacznie szczuplejsza niż II RP, ale i nie przetrwałaby, jako samodzielny byt polityczny zapewne nawet do końca lat 20, znów ulegając rozbiorowi pomiędzy białą Rosję i Niemcy weimarskie Jedyną różnicą w porównaniu ze stanem sprzed I wojny byłby nieco większy zakres autonomii, zarówno rzeczowy (zapewne polski pozostałby drugim obok rosyjskiego językiem urzędowym), jak i po włączeniu do nowej kongresówki dawnej zachodniej Galicji z Krakowem (bo wschodnia z Lwowem zostałaby oczywiście włączona wprost do Rosji), a w najbardziej optymistycznej wersji, także Wielkopolski z Poznaniem, terytorialny.

Zaskakujące, że Zychowicz, co trzeba mu przyznać, przewidziawszy i taką ewentualność, nie ma jednak nic przeciwko niej, argumentując, że i tak byłby to lepszy wariant, niż II wojna światowa i podporządkowanie Polski ZSRR po 1944 roku. Że Polska nie byłaby zniszczona, a Polacy nie ponieśli takich ofiar jak to się stało w rzeczywistości znanej nam z historii. Nie negując tutaj jego racji, zauważmy jednak, że taki stan, czyli Polska, jako niewielka „kongresówka” – autonomiczna prowincja Rosji, byłby …stały i istniałby i dzisiaj, dopóki istniałaby silna Rosja, a przecież właśnie w scenariuszu Zychowicza by istniała.  Tyle bowiem Polsce byliby w stanie realnie zaoferować biali.

A czerwoni? Sam Zychowicz przecież wprost pisze, że oddaliby wszystko i zgodzili na cokolwiek, aby tylko utrzymać się u władzy w Rosji. Zatem byli oni partnerem dla nas dużo wygodniejszym. Ale oprócz tej widocznej dla każdego, poza Zychowiczem, zalety była i inna, nie tak eksponowana. Podstawowym zajęciem bolszewików stało się bowiem systematyczne niszczenie i podkopywanie rosyjskiego potencjału. Wystarczy się zastanowić, jak wyglądałaby Rosja, gdyby np. Sikorski kontynuował tam budowę samolotów i śmigłowców. Co by w systemie wolnorynkowym osiągnęli Polikarpow, Mikojan, Kurczatow, czy Korolew. Tymczasem, w ciągu raptem trzech pokoleń bolszewicy zamienili światowe mocarstwo i potencjalnie jeden z najlepiej rozwiniętych krajów świata, w rozpadającą się i obsuwającą w gospodarczą przepaść „stację benzynową udającą państwo”. Z siedmiokrotnej przewagi nad Polską w roku 1913, została Rosji niespełna trzykrotna i stale malejąca przewaga sto lat później. Byłoby swoistą ironią losu, gdyby ostateczna implozja i zapaść moskiewskiego imperium nastąpiła w stulecie przewrotu bolszewickiego w 2017 roku, lub na stulecie decyzji Piłsudskiego o pozostawieniu Denikena na lodzie w 2019. Bo obchodów stu lat traktatu ryskiego, to Kreml już raczej nie doczeka.

Oczywiście, co stanowi swoistą idee fixe Zychowicza, bolszewicy traktowali Rosję, jedynie jako przystanek przed podbojem całego świata, w tym także Polski. Jednak przecież patrząc z perspektywy historycznej, pomimo totalnej mobilizacji wszystkich pozostałych jeszcze po dawnej Rosji zasobów i stworzenia niesłychanie dla siebie korzystnej międzynarodowej sytuacji politycznej, podbój, nie tylko świata, ale nawet samej Europy, komunistom się nie udał i ze względu na ich skrajnie nieudolne i destrukcyjne rządy udać się nie mógł. Niemniej, nad czym Zychowicz słusznie boleje, wśród przejściowych ich ofiar znalazła się i Polska. Należy jednak zauważyć, że po pierwsze, mimo wszystko to przejście przez Morze Czerwone odbyło się w Polsce, w porównaniu z Rosją, mało boleśnie. Ofiary komunistów w Polsce mogą być liczone na tysiące. W Rosji – na miliony. Po drugie, Polska dostała się do strefy bolszewickiej nie dzięki jakiemuś nadzwyczajnemu wysiłkowi samych bolszewików, ale w wyniku najazdu i agresji niemieckiej, o której Zychowicz w ogóle nie wspomina tym razem ani słowa. Tymczasem nie byłoby ani 17 września, ani 22 lipca, gdyby wcześniej nie było 1 września. Przed samą tylko agresją ZSRR, Polska dałaby radę się obronić.

Rozbiory Polski w XVIII wieku zostały dokonane przez dwóch głównych zaborców (przypadkowego udziału Austrii nie liczymy) i w XX wieku nadal pozostawali oni naszymi śmiertelnymi wrogami. Rok 1918 i odzyskanie niepodległości było możliwe wyłącznie dlatego, że obaj oni po klęskach wojennych przejściowo osłabli. Rychło jednak mogłoby się to okazać epizodem bez historycznego znaczenia, gdyby tylko Rosja i zdominowane przez Prusy Niemcy, wróciły do sił, co w normalnych warunkach nie zajęłoby im więcej niż kilka, lub co najwyżej kilkanaście, jeżeli się uwzględni Wielki Kryzys, lat. Ratując rządy bolszewików, Piłsudski wyeliminował jednak Rosję, jako realnego wroga Polski …na stałe. Okres PRLu zaś był ceną, jaką Polska zapłaciła za trwałe zlikwidowanie drugiego po Rosji, a historycznie rzecz biorąc pierwszego, wroga – Prusy. Ceną, patrząc na to, gdzie dziś znajduje się Rosja (w ostatecznej agonii), i Prusy (nigdzie), w sumie niewygórowaną. Trudno oczekiwać, że kraj w 1913 roku nieistniejący nawet na mapach, zdoła pokonać i doszczętnie zniszczyć dwóch wielokrotnie od siebie, każdy z osobna silniejszych wrogów, nie doznając przy tym w ogóle żadnych strat.

Głównym jednak celem ataku Zychowicza nie jest rok 1919, ale rok 1920 i traktat ryski. Odniesienie przez Polskę dubeltowego zwycięstwa nad bolszewikami pod Warszawą i nad Niemnem, zamiast restytucji granic przedrozbiorowych, a nawet znacznie w stosunku do nich poszerzonych, skoro Zychowicz wspomina o Kijowie i Smoleńsku, miastach przed rokiem 1772 do Rzeczpospolitej nie należących, przyniosło, to teza nr 3, „koszmarną katastrofę”, czy wręcz „zdradę” w postaci endeckiego „państwa narodowego”, które Zychowicz traktuje z nieukrywaną pogardą i nienawiścią. O ile przy tezach nr 1 i 2 można było personalnie wskazać Piłsudskiego, jako głównego winnego, to tu już winnym „zdrady” jest praktycznie całe ówczesne społeczeństwo polskie, z pewnymi niewielkimi wyjątkami o których później.

Podobnie jak było w przypadku „PRB”, Zychowicz nie zastanawia się, dlaczego tacy ludzie, jak Piłsudski, Dmowski, czy Witos, żyjący wtedy w Polsce, a zatem znający temat o wiele lepiej od niego i o czym świadczą ich życiorysy, o wiele od Zychowicza bardziej biegli w sztuce polityki, nie chcieli jakoś realizować zychowiczowskiego programu „polskiego imperium”, mimo że pobici bolszewicy nie byliby w stanie im tego uniemożliwić? Dlaczego sam Piłsudski porzucił swoje „federalistyczne” idee i de facto realizował program swoich endeckich przeciwników, zarówno w roku 1920, jak i po roku 1926?

Skrajnie personalistyczne traktowanie polityki przez Zychowicza, każe mu w tej wolcie widzieć głupotę, tchórzostwo, nieudolność, czy wręcz zdradę. Podczas gdy rozwiązanie znów jest dużo prostsze niż to się mu wydaje. Piłsudski i w ogóle Polacy ówcześni, zbudowali Polskę „narodową”, czy wręcz „ludową”, bo tylko taką Polskę można było w ówczesnych warunkach, zarówno wewnętrznych, jak i europejskich, zbudować. Odtworzenie Rzeczpospolitej z 1772 roku nie było już możliwe, nawet gdyby żadne ościenne mocarstwo w tym nie przeszkadzało. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Przedrozbiorowa Rzeczpospolita była państwem patrząc dzisiejszymi kategoriami, wielonarodowym, tymczasem wiek XIX w zachodniej Europie i wiek XX we wschodniej były wiekami nacjonalizmów, które ówczesne państwa wielonarodowe skazywały na zagładę. Ledwo dwa lata przed rokiem 1920 rozpadło się największe europejskie państwo wielonarodowe – Austro-Węgry. Na jego gruzach powstały dwa inne – Czechosłowacja i Jugosławia, ale i one rozszarpane przez nacjonalizmy w trakcie II wojny św, zostały wprawdzie na nowo połączone przez gotowych stosować w tym celu najbardziej drastyczne środki komunistów, i tak rozpadły się ponownie i ostatecznie, kiedy tylko komunistyczna presja zelżała. Zychowicz wygodnie dla siebie nie zauważa tych przykładów, wspomina natomiast o Wlk Brytanii, znów pomijając fakt, że i ona w wyniku opisanych procesów straciła właśnie w tym okresie Irlandię. Autor „PPL” na nacjonalizmy, w tym polski, się oczywiście zżyma i nimi oburza, ale w realiach początku XX wieku nie wystarczyło się nadąć i zatupać, aby owe nastroje zniknęły. Należało za to brać je pod uwagę w politycznych kalkulacjach. Nawet gdyby Rzeczpospolita uniknęła rozbiorów, to na początku XX wieku przeżywałaby nie mniejszy kryzys „narodowościowy” niż ówczesne Austro-Węgry i gdyby, inaczej niż monarchia naddunajska, uniknęła nawet rozpadu, to i tak wyglądałaby zupełnie inaczej niż w wieku XVIII i oczywiście zupełnie inaczej, niż to sobie Zychowicz wyobraża. Odtwarzanie jej kształtu terytorialnego w roku 1920 utworzyłoby zaś drugą Jugosławię, w przeciwieństwie do tej pierwszej dodatkowo narażoną na podszczuwanie wewnętrznych napięć narodowościowych przez Niemcy i Rosję, białą, czy czerwoną. W jaki sposób Zychowicz wyobraża sobie zabezpieczenie takiego państwa choćby nawet przed polskim triumfalizmem i próbami polszczenia na siłę Ukraińców, Białorusinów, czy „Żmudzinów” jak Zychowicz nazywa Litwinów, co prawem reakcji wywołałoby potężne i niemożliwe do okiełznania, bez sięgania po środki totalitarne, ruchy odśrodkowe – nie wiadomo. Jak ze wschodnioeuropejskimi nacjonalizmami walczyli komuniści – to z kolei wiadomo bardzo dobrze. A i tak pomimo stosowania metod, w jako tako praworządnym państwie absolutnie nieosiągalnych, nie udało się im nacjonalizmów zdławić. A i biała Rosja miałaby z nimi sporo problemów, ale miałaby tu też dwie dodatkowe przewagi, których Polska była pozbawiona. Po pierwsze byłaby od Polski znacznie silniejsza, o drugiej zaś przewadze opowiemy zaraz szerzej.

Naród jest tworzony przez państwo. Niby jest to truizm, ale jakże często się o tym nie pamięta. W przypadku, kiedy naród swoje państwo utraci, jak Polacy w XVIII wieku, naród istnieje jeszcze prawem bezwładu przez 1-2 pokolenia (świetnie ten proces zilustrował przy okazji opisywania upadku Rzymu Peter Heather), a potem zanika i on. Może jeszcze istnieć, jako idea, wspomnienie utrzymujące się siła bezwładu, ale nie przynosi już to rzeczywistych skutków politycznych. Polacy w 1918 roku znajdowali się właśnie na tym etapie. Nie istniał już „naród” szlachecki, który konstytuował przedrozbiorową Rzeczpospolitą, a nowy polski naród należało dopiero stworzyć, z czego już wcześniej zdawała sobie sprawę endecja, a co, jak widać po zmianach w jego polityce, błyskawicznie zrozumiał też Piłsudski. Nowo powstałe państwo polskie, ideowo i symbolicznie, odwoływało się oczywiście do Rzeczpospolitej przedrozbiorowej, ale w sferze polityki realnej musiało się kształtować zupełnie na nowo, terytorialnie obejmując tylko tą populację, która potencjalnie mogłaby się nowymi, narodowymi i „ludowymi”, bo innych być nie mogło, Polakami stać. Dlatego też owa nowa Polska musiała wykluczyć, nie tylko grupy wchodzące, co prawda, niegdyś w skład I RP, ale nie związane z ideą polskości kulturowo i językowo, jak Białorusini, Ukraińcy i Litwini, ale także liczne wschodnioeuropejskie społeczności, które przez fakt używania przez nie dialektów języka polskiego, są przez Zychowicza uważane za Polaków, i których porzucenie przez II RP uważa on konsekwentnie za „zdradę”. Przypomnieć jednak należy, że nie sam tylko język tworzy naród, inaczej nie byłoby Australijczyków, Amerykanów, czy nawet Irlandczyków, a wschodniopruscy Mazurzy w plebiscycie 1920 roku – kolejny dobry przykład wygodnie przemilczany przez Zychowicza- masowo wybraliby Polskę. Weszły natomiast w skład II RP fragmenty Śląska, które przedrozbiorowa Rzeczpospolita utraciła w XIV wieku, właściwie jeszcze nawet przed swoim powstaniem, czyli przed nastaniem Jagiellonów.

Dla nas, żyjących w XXI wieku, rok 1914 i 1919 to zupełnie inna epoka, bo opisują te lata dwa różne rozdziały w podręcznikach, albo nawet dwa różne podręczniki. Jednak dla ludzi wtedy żyjących, upłynęło między tymi datami ledwo pięć lat. W 1914 roku w Warszawie rozentuzjazmowane tłumy rzucały kwiaty i oklaskiwały żołnierzy rosyjskich jadących na front, traktując ich, jako „swoich”. A legionistów Piłsudskiego, idących we własnym mniemaniu „wyzwalać” Polskę z rosyjskiego jarzma, witały obelgi i zatrzaskiwane okiennice. Obecna historyczna poprawność zauważa łaskawie, że Polacy w Galicji mieli pełne narodowe swobody i byli w rewanżu całkowicie lojalni wobec rządu wiedeńskiego. Jednak tego, że niewiele mniej entuzjastycznie wobec rządu petersburskiego nastawienie byli Polacy z Kongresówki, nie mówiąc już o mieszkańcach terenów położonych dalej na wschód – Kresów, woli się zwykle nie pamiętać. Najmniej lojalni wobec zaborcy byli zaś paradoksalnie mieszkańcy praworządnej i najbardziej z ziem polskich „zokcydentalizowanej” Wielkopolski, bo w ich przypadku presja germanizacyjna pozostawała bardzo silna. O ile np. w armiach austriackiej i rosyjskiej Polacy mogli, nie wyrzekając się swoich etnicznych korzeni, robić swobodnie kariery dochodząc nawet do rang generalskich, o tyle w armii pruskiej z reguły, o ile nie zniemczyli się doszczętnie, nie awansowali powyżej poziomu porucznika. Ale i tak w czasie I wojny światowej, Gwardia Pruska, elitarny oddział, do którego żołnierzy dobierano bardzo starannie, w jednej czwartej składała się z Polaków właśnie. Po prostu – państwo, o ile zapewnia minimalny poziom praworządności, nie wtrąca się do życia prywatnego i umożliwia wzrost zamożności –  stwarza i unifikuje naród. Także państwo zaborcze. Od kiedy po 1905 roku Rosja carska właściwie zaprzestała prób przymusowego rusyfikowania i pozwoliła na swobodne używanie języka polskiego, zachodzące w zaborze rosyjskim i wcześniej te same, co w Galicji, „lojalnościowe” procesy, jeszcze przyśpieszyły. Czy te ewidentnie w 1914 roku utożsamianie się z Rosją i traktowanie jej jako swojego państwa, w pięć lat później miałoby zniknąć bez śladu? O ile jeszcze ludność dawnej kongresówki, kraju, który do 1864 roku pewne funkcje państwa polskiego jednak zachował, miała poczucie pewnej odrębności od reszty carskich poddanych, to co z mieszkańcami terenów wschodnich, będących częścią Rosji nieprzerwanie od XVIII wieku? Już Napoleona w 1812 popierali oni bardzo powściągliwie, a co dopiero Piłsudskiego ponad sto lat później. Oczywiście, że Polakami w sensie XX wieku (czyli „endeckim”) oni nie byli i być nie mogli. Gdyby niżej podpisany wierzył w obiektywizm Zychowicza, to poleciłby mu do przeczytania …jego własną publikację. Bo wszak, nie kto inny, jak sam Zychowicz właśnie, opisuje życie na przedrewolucyjnych Kresach jako sielsko-anielską Arkadię z pielęgnującymi wszelkie możliwe cnoty publiczne i prywatne polskojęzycznymi ziemianami i uwielbiającymi i kochającymi swoich cnotliwych ziemian białorusko – czy ukraińskojęzycznymi włościanami. Niemniej nie potrafi Zychowicz wyjaśnić, dlaczego owi miłujący ziemian włościanie, przy pierwszej okazji, rzucili się na obiekty swojego afektu, by zapewne kochać ich jeszcze mocniej. I kochali. Siekierą, nożem, widłami, pochodnią kochali. Z samego opisu Zychowicza wynika, że tzw. „polski stan posiadania” na Wschodzie był społecznie bardzo niestabilny i był gwarantowany nie przez kogo innego, tylko przez carat. Jak tylko caratu zabrakło, ów „stan” natychmiast stanął w ogniu. Trudno nawet dziwić się „ziemianom”, że chcąc ratować swoje majątki, wobec zniknięcia ich dotychczasowego protektora i gwaranta, zwrócili się do protektora zastępczego, czyli do nowo powstałej Polski. Nie trzeba jednak tego ich sentymentu podzielać, bo przecież, co z samego Zychowicza wyraźnie wynika, nie chodziło im o żadną „Polskę”, tylko o majątki właśnie, po które ich pułki ruszały w pole na Podole. W razie powrotu Rosji „białej” bez problemu i wahania stanęliby po jej stronie, przeciwko ówcześnie realnie istniejącej „narodowej” i „ludowej” Polsce, bo jej przecież, tak samo jak Zychowicz, naprawdę nie znosili i była ona dla nich atrakcyjna wyłącznie jako alternatywa dla rządów bolszewickich.

I tu tkwi ostatni, ale być może najważniejszy powód, dla którego lepiej było Piłsudskiemu jednak poprzeć czerwonych. Bo tylko wtedy można było być pewnym, że lojalność świeżutkich obywateli, nowopowstałego, czyli bardzo efemerycznego (w 1920 roku nie miało nawet jeszcze dwóch lat!) państwa nie będzie wystawiona na próbę. I nie dotyczyło to tylko tzw. mniejszości, ale nawet dużych grup posługujących się językiem polskim i jego dialektami. A tak Austro-Węgier już nie było, dawnej Rosji też nie i innego wyjścia jak zostać Polakami („będziem Polakami” – to najkrótszy i proroczy program polityczny) ich byli poddani nie mieli. W tym kontekście szczególnie intrygujące jest opłakiwanie przez Zychowicza „porzuconych” za ryskim kordonem na pastwę bolszewików rzekomych „Polaków”. Dlaczego wiedząc już o postanowieniach pokojowych i mogąc uciec do II RP wraz z wycofującymi się polskimi wojskami zostali oni mimo wszystko w bolszewickiej satrapii? Czyżby wydawała im się ona bardziej atrakcyjna? Czy też może raczej liczyli oni ciągle na obalenie, względnie ucywilizowanie bolszewików i nastanie normalnej Rosji „białej”, którą to właśnie, a nie jakąś II RP uważali nadal za „swoje” państwo? Oczywiście koszmarnie się przeliczyli, niczym ci niemieccy żydzi, którzy jeszcze w drodze do komór Birkenau wychwalali zwycięstwa „swojego” Wehrmachtu nad Sowietami. Nie jest to jednak powód do twierdzeń, jakoby zostali oni przez Polskę (II RP) „zdradzeni”. Mieli wybór, wybrali, jak wybrali i ponieśli tego konsekwencje. II RP po traktacie ryskim nie była im nic winna.

II RP zaś w „ryskich” granicach kontynuowała rozpoczęty w 1916-1919 roku proces budowy nowoczesnego („endeckiego”) narodu. Ponownie należy zauważyć, że ów endecki program był realizowany głównie przez …piłsudczyków, (a po II wojnie także, chociaż jeszcze bardziej nieudolnie, przez komunistów). Wbrew wielu popularnym opiniom, nie był to proces nieudany. Mimo wielu popełnionych przez to państwo błędów i nacjonalistycznych szaleństw (ponownie zapytuję Zychowicza, jak mogłaby ich uniknąć jego postulowana „imperialna” Polska ze Smoleńskiem Kijowem i Kownem), kiedy we wrześniu 1939 roku przyszedł moment próby, „mniejszości” okazały się zaskakująco wobec tego państwa lojalne, a na pewno bardziej niż w roku 1919 i 1920. Tak, wiem, modne jest obecnie roztrząsanie „Zdrady na kresach”, ale należy na to spojrzeć inaczej. Zdumiewające jest nie to, że jakaś część Polaków z tzw. „mniejszości” przeszła na stronę wroga, ale to, że była to część tak mała. Mimo wszystko zdecydowana większość polskich Białorusinów, Żydów, a nawet większość Ukraińców pozostała lojalna wobec II RP. Nie było takich sytuacji jak w 1941 r w Jugosławii, gdzie nawet nie dywizje i korpusy, ale całe armie „rozpływały się” bez nawiązania jakiegokolwiek kontaktu bojowego z wojskami osi. Jedyną „mniejszością”, która poparła najeźdźców „en masse” byli Niemcy, choć i w tej Sodomie znalazło się całkiem wielu sprawiedliwych, jak książę Karol Habsburg, czy admirał Unrung. Zauważyć także należy, że nielojalni znaleźli się nie tylko wśród „mniejszości”, ale także wśród „rdzennych Polaków”, np. na Podhalu, gdzie do „Goralenvolku” i to pomimo faktu, że gest ten nie dawał absolutnie żadnych wymiernych korzyści natury materialnej, zapisało się ponad 15% mieszkańców. Dzisiaj wnuki i prawnuki „Goralenvolku”, nieprzypadkowo jak można mniemać, głosują masowo na PIS. Polityka „endecka” uważana przez Zychowicza za „zdradę”, okazała się jak najbardziej skuteczna, zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę bardzo krótki okres czasu, jaki miała do dyspozycji.

Po II wojnie światowej sytuacja się niejako powtórzyła, z tą jednak różnicą, że tym razem, nowy polski naród był już bardziej rzeczywisty i częściowo już uformowany, zatem mógł dokonać wielkiej translokacji ludnościowej w poprzek ponownie przesuniętej na zachód Polski, gdzie na nowym terytorium proces kształtowania się nowego narodu, choć opóźniony przez rządy komunistyczne, dobiega obecnie końca. I podobnie jak po traktacie ryskim, również po traktacie poczdamskim pozostały na wschód od nowej granicy zauważalne grupy polskojęzyczne, które jednak najwyraźniej za Polaków wcale się nie uważały i znów wybrały pozostanie w ZSRR, choć trzeba przyznać, że tym razem różnica nie była aż tak drastyczna. Dzisiaj ich potomkowie, ludzie już w pełni sowieccy, nie tylko udając Polaków usiłują w moskiewskim interesie skonfliktować Polskę z krajami, w których mieszkają, zwłaszcza z Litwą, ale i oglądają się za Putinem i jego „zielonymi ludzikami”, którzy by ich z obrzydliwej „gejropy” wyzwolili. Zaiste, urodzone i wychowane w Polsce dzieci imigrantów z Wietnamu są obecnie bardziej Polakami niż te litewskie endemity Homo sovieticusa.

Dzisiejszy kształt terytorialny Polski uważa, co prawda Zychowicz za „koszmarny”, czyli także neguje przynależność Śląska, Pomorza i Mazur do naszego kraju, ale de facto jest to kształt dla Polski bardzo zbliżony do optymalnego. „Piastowska” Polska może bowiem, korzystając z bliskich związków z bardziej rozwinięta częścią Europy, odbudować swój potencjał o wiele szybciej, niż mogłaby to czynić obciążona na bieżąco wschodnioeuropejskimi konfliktami narodowościowymi, a po jego utworzeniu ponownie przejąć odpowiedzialność za organizacje wschodniej Europy, kiedy tylko agonalne konwulsje Rosji dobiegną końca.

Czytając Zychowicza, autor niniejszego eseju, odniósł początkowo wrażenie, że za głównego, najważniejszego i na dobra sprawę jedynego wroga Polski uważa on, wbrew wszelkim rozsądnym argumentom, bolszewików. Że dowolna historyczna alternatywa, także ta, w której Polski w jakimkolwiek kształcie w ogóle nie ma aż do dzisiaj, wydaje mu się od rzeczywistej historii lepsza. Nawet rządy Hitlera nad środkową i wschodnią Europą miałyby być dla niego bardziej atrakcyjne. Raziła, co prawda całkowita „dojutrkowość” takiego rozumowania, dojutrkowość, zrozumiała może u Józefa Mackiewicza, który oglądał komunizm u szczytu jego potęgi i rozpacz z tego powodu zmąciła mu rozum i pozbawiła nadziei, ale będąca kompletną aberracją u kogoś urodzonego w 1980 roku, który PRL może znać tylko z opowiadań rodziców. Jak każde monstrualne zło, rządy bolszewików miały charakter przejściowy i tymczasowy i na dłuższa metę wygrali ci, którzy tak je właśnie potraktowali. Pogląd Zychowicza zatem, chociaż ewidentnie błędny, byłby jednak jakoś tam możliwy do zrozumienia, choć nie do podzielenia. Z tego punktu widzenia, rzeczywiście chęć wyrwania jak największej populacji spod rządów sowieckiego Mordoru, wyrwania bez oglądania się na jakieś kwestie narodowe, państwowe, strategiczne, społeczne i gospodarcze, cechuje pewna wewnętrzna logika.

Tylko, że po uważniejszym wgłębieniu się w lekturę „PPL”, to opisane wyżej wrażenie znika całkowicie. Chociaż, jak wspomniano, Zychowicz deklaratywnie pomstuje na nacjonalizmy i traktuje je wszystkie, zresztą słusznie, jako naturalnych sprzymierzeńców bolszewii, chociaż wśród tych nacjonalizmów wymienia także nacjonalizm polski, to jednak i tak sam się demaskuje jako jego nieodrodny przedstawiciel, zarzucając Piłsudskiemu i Polsce „zdradę Polaków” nie tylko tych „porzuconych na pastwę” bolszewików, ale także tych, którzy trafili do krajów normalnych, Litwy kowieńskiej i Łotwy. Bo to w końcu, jak się okazuje, żadna dla „Polaków” różnica, skoro nie są oni w „Polsce”. Charakterystyczne, że o żadnej „zdradzie” i „porzuceniu na pastwę” nie ma u Zychowicza mowy w stosunku do Polaków z …Niemiec: Śląska, Piły, czy Prus Wschodnich, co w połączeniu z opisanym wyżej negowaniem przynależności do Polski Wrocławia, czy Szczecina jasno wskazuje na źródła zychowiczowskiej inspiracji.

W obu artykułach na ten temat, zarówno w „Pomniku Becka”, jak i w obecnej „Ich historii” niżej podpisany jeździ po Zychowiczu jak po łysej kobyle i nie zostawia na nim suchej nitki. Przyznać jednak musi, że obie książki Zychowicza (była jeszcze trzecia o powstaniu warszawskim, której nie omawialiśmy jednak, bo, inaczej niż PRB i PPL, jest ona obłąkana tylko w dwóch trzecich) zmusiły go do pewnej refleksji i myślenia, bez którego zapewne nigdy nie zauważyłby, co kryło się za pozornie dziwacznymi, niezrozumiałymi i wręcz samobójczymi meandrami polityki II RP. A, jak się okazuje krył się za nimi bardzo głęboki PLAN. Plan, który dzisiaj jest trudny do odtworzenia w szczegółach, ale jego główne zamysły są widoczne jak na dłoni. Co więcej, chociaż po lekturze „PRB” byłem przekonany, że TEN PLAN powstał gdzieś na początku lat 30 i dotyczył wyłącznie rozprawienia się rękami Zachodu i Sowietów z Prusami i zapewnienia tym samym Polsce stabilnego położenia geopolitycznego i ostatecznego przekreślenia zaborów, teraz jednak doszedłem do przekonania, że był on starszy i bardziej kompleksowy, obejmując też zniszczenie, również rękami Sowietów, także drugiego polskiego wroga – Rosji. Ta wiedza rozwiązuje też inna zagadkę związaną z TYM PLANEM – jego autorstwo. Poprzednio usiłował pilaster przypisać je w całości generałowi Wieniawie – Długoszowskiemu, teraz zaś jasne jest, że mógł być on, co najwyżej jego współautorem i jednym z wykonawców, główny zaś wkład musiał pochodzić od kogoś, kto nie tylko byłby bezwzględny, genialny i dalekowzroczny, ale musiał mieć też bardzo dobre rozeznanie w kwestii bolszewików, ich celów, aspiracji i możliwości, czyli tego co oni mogą zrobić z Rosją, kiedy nią zawładną. No po prostu nie mógł być nim nikt inny, jak sam Józef Piłsudski, który wyrasta tym samym nie tylko na wielkiego, ale i po prostu największego polskiego herosa w dziejach. My z niego wszyscy. Nieprzypadkowo zatem PIS usiłuje, również klawiaturą Zychowicza, na wszelkie sposoby zdeprecjonować i pomniejszyć zwycięstwo 1920 roku lansując alternatywnie kult klęski powstania warszawskiego, na co zwracali uwagę nawet właśni pisowscy propagandziści, nie rozumiejąc wcale, że nie jest to żaden przypadek, wypadek i pomyłka,  tylko celowa i zdeterminowana polityka.

Opuszczając teraz twardy grunt znanych faktów i wchodząc na bagno luźnych hipotez, zastanówmy się jeszcze, czy gra Piłsudskiego bolszewikami przeciwko Rosji i Prusom-Niemcom rzeczywiście zaczęła się dopiero w roku 1919? Czy nie sięgała ona roku 1917, a nawet, jak można by się spodziewać roku 1905? Czy przewrót bolszewicki w Piotrogrodzie rzeczywiście był inspirowany wyłącznie przez Niemcy, które przecież sprowokowały tym samym także własną zgubę? Kiedy dokładnie narodził się TEN PLAN i co szczegółowo zawierał? Ciekawe, czy kiedykolwiek się tego dowiemy.

Piotr Zychowicz

Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szanse na budowę imperium

Dom wydawniczy Rebis 2015

Czytaj także:

Pomnik Becka

Are You still an effective team?

Dzieciństwo i wczesna młodość autora niniejszego eseju przypadła na czasy bardzo ponure i bardzo szare. Lata 80 XX wieku są zwykle przedstawiane w podręcznikach historii, jako czas opresji, zadym, rozruchów, walki władzy z nielegalną opozycją, okres dynamiczny i ciekawy. Jest to jednak obraz z gruntu fałszywy. Dla przeciętnego nastolatka, były to czasy niewiarygodnie wręcz, z dzisiejszego punktu widzenia, nudne. Nuda ta pochodziła z przyczyn obiektywnych, jak brak internetu, telewizji satelitarnej, czy kablowej, komórek i innych dzisiaj powszechnych środków komunikacji, ale także z subiektywnych, wynikających z niewiarygodnie wręcz dokładnego odcięcia PRL i jego mieszkańców od świata. Nawet wakacyjny wyjazd do bratniej Czechosłowacji był wyprawą, którą trzeba było przygotowywać cały rok i wcale nie miało się gwarancji osiągnięcia sukcesu. W telewizji były dwa kanały, które z reguły żadnych w miarę świeżych programów, czy seriali ze zgniłego kosmopolitycznego Zachodu nie nadawały. Wreszcie filmy, będące ówczesnymi światowymi hitami, na ekrany prlowskich kin wchodziły z wieloletnim opóźnieniem. Mogły też nie wejść w ogóle, jeżeli tylko władza uznała, że „Polacy takiego kina sobie nie życzą”, wcale nie tylko z powodów geopolitycznych i „godzenia w sojusze” (jak kolejne „Bondy”), ale także np. z powodu „obrażania polskiego patriotyzmu”, czy jako „artystycznie bezwartościowe” (np. „startreki”).

W tej wszechogarniającej beznadziei, ludzie szukali jakichkolwiek bodźców, czegokolwiek odrobinkę bardziej fascynującego i bardziej kolorowego, niż oblepiająca wszystko szarzyzna. Wielkim powodzeniem cieszyły się „nauki astralne”, wywoływanie duchów, magiczne różdżki i wahadełka, polowanie na UFO, wszelkiego rodzaju duchy, zjawy i upiory. Kwitło też bardziej tradycyjne życie religijne, a frekwencja w kościołach była na poziomie obecnie niewyobrażalnym. Zainteresowaniem, również na poziomie dzisiaj w ogóle nie osiągalnym, cieszyły się też nauki ścisłe i przyrodnicze, oraz twórczość SF i fantasy. Niżej podpisany również w tych próbach mentalnej ucieczki od wszechobecnej tresury patriotycznej, którą władza fundowała swoim poddanym, w różnym stopniu uczestniczył. Szybko jednak odkrył, że ezoteryka, różdżki, wahadełka i UFO, to zwyczajna ściema, tradycyjna religia wtedy do niego nie przemówiła, natomiast zainteresowanie naukami ścisłymi i twórczością SF zostało mu do dzisiaj. I tej ostatniej chciałby autor poświęcić ten artykuł.

Jako zjawisko kulturowe, jest niestety SF bardzo nierówna. W literaturze powstały i powstają w tej dziedzinie dzieła najwyższych możliwych lotów. Niestety nie ma to jakoś przełożenia na kino. Filmy SF naprawdę wybitne, zapadające w pamięć i ponadczasowe, można policzyć na palcach jednej ręki. Drwala. O ile można jeszcze wskazać całkiem przyzwoite produkcje opowiadające o podróżach  czasie, z niezapomnianym „Powrotem do przyszłości” na czele, o tyle klasyczne, „kosmiczne” SF to jedna wielka porażka.

Doszło w końcu do tego, że nawet bardzo dobrych filmów z gatunku fantasy nakręcono już więcej klasycznego SF. Z braku laku do miana „kina SF” aspirowały filmy lepsze, czy gorsze, ale de facto należące do gatunku „horror”, jak „Alien”, czy „The Thing”, albo fantasy, jak „Gwiezdne Wojny”. Po niezapomnianych „Odysejach Kosmicznych”, nastąpiła niesamowita wręcz posucha. Tytuły, zapowiadane jako wielkie, przełomowe blockbustery, jak ostatnio „Avatar”, czy „Prometheus” okazywały się potężnymi rozczarowaniami. O filmach z założenia już tworzonych jako mniej ambitne, jak „Mission to Mars”, czy „Red Planet” to już w ogóle nie ma co wspominać.

Dlaczego tak się dzieje? O jednej z przyczyn, czyli niechęci inwestorów do podejmowania finansowego ryzyka w dziedzinie z definicji nowatorskiej, już kiedyś pisaliśmy. Ale są i inne. Kino i cała twórczość SF uchodziła do niedawna za coś niepoważnego, mało wartościowego, coś czym zajmują się osoby niedojrzałe intelektualnie i społecznie, czy wręcz opóźnione w rozwoju. Stąd też konsekwentnie ładowano co prawda kasę w efekty specjalne, ale scenariusz dostosowywano poziomem do owego mniemanego „targetu”. Targetu, w mniemaniu producentów będącego tuż tuż powyżej kompletnych analfabetów. Albo nawet i to nie. A ponieważ produkowano filmy dla kretynów, to i kretyni głównie je oglądali i chwalili, co z kolei umacniało producentów w mniemaniu, że słusznie czynią i kółko się zamykało. Tak było jeszcze całkiem do niedawna.

Przełom przyniosła, jak zwykle to bywa, technika filmowa. Niezbędne w kinie SF efekty specjalne staniały w końcu tak bardzo, że opłacalne stało się podejmowanie ryzyka rozszerzenia widowni poza tradycyjny niedorozwinięty „target”. Na pierwszy ogień poszły, chętniej zwykle eksperymentujące seriale. Od „Babylonu 5”, do „Battlestar Galactica” mieliśmy do czynienia z nieregularnym, bo zdarzały się i tragiczne remisje, ale stałym wzrostem poziomu, czemu niżej podpisany poświęcił już odrębny esej. Wreszcie owa poprawa, jak wszystko na to wskazuje, zaczęła się przelewać i do kina pełnoformatowego.

Zdarzyło mi się nie tak dawno obejrzeć dwa filmy, które zdają się potwierdzać tą tendencję. Nie są one przesadnie rozbuchane fabularnie czy wizualnie. Ich scenariusze jednak są, o co dotychczas nie można się było doprosić, spójne, logiczne i pozbawione ewidentnych głupot zarówno natury psychologicznej, jak i, co w twórczości SF powinno być normą, ale jak wiemy, wcale nie jest, naukowej. Czyni to te filmy zatem absolutnie pionierskimi w tym względzie.

Uwaga! W dalszej części eseju znajdują się szczegóły dotyczące treści oraz zakończenia omawianych utworów, czyli tzw. „spoilery”

Pierwszy z nich to „Pandorum”, film, co jest jeszcze jednym ewenementem, zrealizowany w …Niemczech. Wizualnie i koncepcyjnie nieco podobny do osławionego i wielokrotnie przechwalonego „Obcego”, ale oparty na zdecydowanie lepszym i bardziej wiarygodnym scenariuszu. Członkowie załogi międzygwiezdnego statku kolonizacyjnego wychodzą ze stanu hibernacji i zastają ów statek zdewastowanym i jak się wydaje, przez nikogo nie kierowanym. Ponieważ dodatkowo hibernacja wywołuje u odhibernowanych czasową amnezję, sami o sobie początkowo nie wiedzą kim są, jaka jest ich rola i co tu robią. Dane na temat historii lotu, do których próbują dotrzeć, znajdują się na niedostępnym dla nich mostku, a uzyskać dostęp do mostka mogą dopiero po naprawie zasilania i zrestartowaniu reaktora termojądrowego. Wokół wysiłków mających na celu osiągniecie powyższego skoncentrowana jest cała intryga. Informacje są przez scenarzystę dawkowane bardzo oszczędnie i być może właśnie dzięki temu unika on prezentowania ewidentnych, obrażających inteligencję i wiedzę widza, głupot. Nawet pochodzenie grasujących na pokładzie gwiazdolotu, pochodzących ewidentnie z innej, bo przynależnej do horroru, bajki, potworów ludożerców, zostaje jakoś tam, lepiej lub gorzej, wytłumaczone. Z okruchów zbieranych informacji i przebłysków wracającej pamięci, bohaterowie rekonstruują hipotetyczny przebieg lotu, przyczyny obecnej sytuacji, oraz swoją prawdziwą tożsamość, nie wszyscy bowiem z nich są tymi, którymi się nawet samymi sobie wydają. Film trzyma w napięciu i prowadzi do logicznej i wynikającej z przebiegu akcji, konkluzji. Oczywiście zdarzają się pewne potknięcia i niedociągnięcia, jak np. lądowanie na planecie całego gigantycznego statku międzygwiezdnego, nawet z samego ażurowego wyglądu, nie nadającego się do takich operacji, znacznie przesadzone jest także rzekome przeludnienie Ziemi, ale nie są to błędy nachalne i walące kułakiem między oczy, jak w „Prometheusie”, czy innym „Avatarze”. „Pandorum” jest dowodem na to, że da się zrobić przyzwoity, mądry i logicznie spójny film SF nawet przy stosunkowo niewysokim budżecie. Ale nawet „Pandorum” zostało zdeklasowane przez film po prostu, pod każdym względem, perfekcyjny. Począwszy od scenariusza, od którego każdy film powinien się zaczynać, poprzez przecudnej urody zdjęcia, po niesamowite pomysły scenograficzne, z których najbardziej zapada w pamięć kąpiel w przezroczystym (sic!!!) basenie zawieszonym nad ziemią na wysokości kilku …kilometrów (sic!!!) Czy należy się dziwić, ze ów najlepszy od czasów „Odysei kosmicznej” film SF został przez krytykę zdeprecjonowany lub w najlepszym przypadku przemilczany?

Chodzi oczywiście o „Oblivion”, w polskich kinach obecny jako „Niepamięć”. Film zaczyna się banalnie i aż do bólu stereotypowo. W wyniku inwazji Obcych i wojny z nimi, Ziemia została spustoszona i zniszczona bronią jądrową. Ocalałe resztki ludzkości wycofały się na Tytana i na krążący wokół Ziemi czworościenny habitat, zwany Tet. Na samej planecie zostały tylko nieliczne zespoły mające nadzorować „roboty rozbiórkowe”, czyli osuszanie za pomocą gigantycznych ssaw oceanów w celu pozyskania deuteru do reaktorów fuzyjnych. Bohaterami filmu są właśnie członkowie jednego z takich zespołów, grany przez Toma Cruise’a, Jack Harper, oraz jego towarzyszka, w każdym znaczeniu tego słowa, Victoria. Ich zadanie polega na konserwacji i doglądania latających dronów bojowych, które z kolei chronią instalacje przed grasującymi na Ziemi nadal, mimo upływu sześćdziesięciu już lat od inwazji, niedobitkami najezdniczych wojsk. Aby Jack i Victoria sprawniej wykonywali powierzone im zadania, poddano ich częściowej amnezji. Praca to ciężka i niebezpieczna, ale po skończeniu tej kilkuletniej szychty, mają oni zagwarantowany przelot na Tytan i luksusowe życie tam na sutej emeryturze. Już sam początek filmu, głównie ze względu na dopracowaną do najdrobniejszych detali scenografię, oraz niesamowite zdjęcia byłby wart, żeby o nim przynajmniej wspomnieć. Ale przecież rdzeniem każdego filmu, jest, jak wspomniano, scenariusz. Otóż okazuje się, że nie wszystko na spustoszonej Ziemi jest takie, jak to się wydaje. Pojawiają się drobne nieścisłości nie pasujące do oficjalnego obrazu, stopniowo się konkretyzując i stawiając go pod znakiem zapytania. Wydarzenia gwałtownie przyśpieszają, kiedy na Ziemi ląduje statek z zahibernowanymi ponad pół wieku wcześniej kosmonautami, z których przeżywa jednak tylko jedna kobieta, twierdząc przy tym, że jest …żoną Jacka, chociaż metrykalnie mogłaby przecież być co najwyżej jego babką. Bohater odkrywa w końcu straszliwą prawdę, od razu popadając w konflikt z zazdrosną o ocaloną przybyszkę Victorią, która w żadnym wypadku owej prawdy przyjąć do wiadomości nie chce.

Okazuje się bowiem, że ową międzycywilizacyjną wojnę ludzkość przegrała. Obecnie zaś trwa terraforming Ziemi przed jej właściwym skolonizowaniem. Co więcej wojnę stoczono, wcale nie z jakąś obcą rasą kosmicznych potworów. Kosmici bowiem zwykle są bowiem w kinie przedstawiani wg jednego z dwóch kanonów. Albo są oni humanoidalni, w skrajnych przypadkach w ogóle się od ludzi nie różniący, albo są to koszmarne stwory z licznymi mackami i wielgachnymi zębami obowiązkowo ociekające śluzem. W „Oblivion” żadnych takich żenujących antropomorfizacji nie ma. Wrogiem ludzkości jest sztuczna inteligencja, w żaden sposób, w przeciwieństwie do tej w „Battlestar Galactica” nie spersonalizowana. Fizycznie ma ona postać orbitującej wokół Ziemi tetrahedronu Tet, będącym, jak się można domyślić, rodzajem sondy Bracewella. Jack i Victoria nie są zaś nawet ludźmi sensu stricto, lecz stworzonymi przez Tet i zaprogramowanymi przez niego klonami kosmonautów, których to kosmonautów w celu nawiązania kontaktu do czworościanu Tet wysłano. Ze swoimi niewolnikami Tet porozumiewa się udając Sally – kontrolerkę z centrum lotów kosmicznych, która prowadziła rodziców Jacka i Victorii w owym feralnym locie. I znów scenarzyści filmu przewidzieli, że sztuczna inteligencja, zwłaszcza skonstruowana przez pozaziemską cywilizację, będzie przechodzić test Turinga z niejakim trudem. I rzeczywiście, dobrze sobie radząc w rutynowej komunikacji, Sally gubi się, kiedy przebieg wydarzeń przesuwa się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku i zaczyna pleść bzdury w żaden sposób nie pasujące do sytuacji, w tym pytanie, które dało tytuł niniejszemu esejowi. Biada bohaterom, kiedy Victoria udzieli na nie przeczącej odpowiedzi, a Tet dojdzie do wniosku, że jego kukiełki się zepsuły i czas, aby je wymienić na kolejną „zmianę”. Decyzja ta jednak nie przychodzi Sally łatwo, ponieważ, jak wynika z przebiegu fabuły, terraformując planetę, znajduje się ona pod presją czasu, oraz działa na granicy wyczerpania swoich zasobów, zarówno jeżeli chodzi o drony, jak i hodowane w pokazanych pod koniec filmu kadziach klony Jacka i Viki. Tymi niedoborami można też wytłumaczyć fakt, że daje się Tet/Sally stosunkowo łatwo oszukać, kiedy Jack, jawnie się już zbuntowawszy, używa wieloznacznego, symbolicznego i ezopowego języka, który Sally rozumie opacznie do rzeczywistych intencji rozmówcy, ale też analizując reakcje fizjologiczne Jacka uważa, że mówi on prawdę. Jak u Tischnera każde z nich ma swoją.  Jest to jedna z najlepszych scen w i tak wspaniałym filmie. Wierzyć się nie chce, że to arcydzieło powstało podobno na podstawie …komiksu, podczas gdy wszystkie wcześniejsze próby tego rodzaju, nieodmiennie kończyły się żenującym fiaskiem.

Jak też zwykle bywa w przypadku dzieł pionierskich, nowatorskich, zrywających z hołdowaniem dotychczasowym stereotypom, „Oblivion” został oczywiście przez krytykę, jak już wspominaliśmy, właściwie niezauważony, a „Pandorum” nawet nie trafiło do kin. Ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

„Pandorum” reż Christian Alvart 2009

„Niepamięć” („Oblivion”) reż Joseph Kosinski 2013

Matka wszystkich powieści. Ojciec wszystkich filmów.

Żyjąc w roku 2013 trudno już wytłumaczyć młodemu pokoleniu czym był PRL i jak wyglądało życie w tym (po)tworze. Ktoś, kto nie doświadczył tego koszmaru na własnej skórze, po prostu nie jest w stanie zrozumieć, jak to było możliwe, że zacytuję pointę znanej anegdoty, w całym TESCO na półkach był tylko ocet. Myśląc o sprawie obiektywnie, trudno się z takim sceptycyzmem nie zgodzić. Zjawisko pustych półek, kartek i braku na rynku jakichkolwiek towarów wydaje się tak absurdalne, że faktycznie, ludziom nie znającym kwestii z własnego doświadczenia niesłychanie trudno w to uwierzyć. Kiedy wymrą ostatni świadkowie PRL, a zapewne nawet wcześniej, pojawi się silny nurt rewizjonistyczny kwestionujący ten obraz PRL i twierdzący, że przecież nie jest możliwe, żeby jakiekolwiek państwo zorganizowane było według tak idiotycznych zasad.

Tymczasem takie państwo faktycznie istniało. I wszystkiego w nim zawsze brakowało. Butów i papieru toaletowego. Szynki i telefonów. Czekolady i sznurka do snopowiązałek. Wideł i opon. Podpasek i cukru. No, dosłownie wszystkiego.

Dzisiejsi obrońcy PRL wygodnie zapominają, że ów strukturalny brak dotyczył także dóbr kultury, w szczególności książek. Co prawda na półkach księgarń optycznie było coś więcej niż tylko ocet, ale większość oferty były to gnioty do czytania w ogóle się nie nadające. Jak wszystkim innym, także działalnością wydawniczą, nie rządził bezduszny i krwiożerczy rynek, a uświadomiony patriotyzm urzędników. Książki „patriotyczne” o „odpowiednim” wydźwięku ideologicznym, napisane przez „odpowiednich”, sprawdzonych, znanych z wypróbowanego patriotyzmu wobec ludowej ojczyzny autorów, były wydawane w nakładach astronomicznych, dzisiaj niewyobrażalnych. Książki „nieodpowiednie”, obrażające narodowe poczucie patriotyzmu, nie były wydawane wcale. Pozycje zaś, nie budzące wprawdzie zastrzeżeń ideologicznych, ale za to bardzo wśród czytelników pożądane i poszukiwane, autorstwa Nienackiego, Łysiaka czy Chmielewskiej, drukowano zaś w nakładach dużo poniżej zapotrzebowania. Książki popularnych autorów znikały z obiegu jeszcze nawet zanim dotarły do księgarni. W bibliotekach też było trudno je znaleźć. Znikały i z bibliotek. Wreszcie, były też książki typu Yeti. Wydawane w niskich, jak na PRL, nakładach, nigdy nie wznawiane, realnie nie występowały w żadnej księgarni i w żadnej bibliotece. Wielu o nich słyszało, krążyły o nich legendy, ale naprawdę mało kto widział je na oczy, a tym bardziej czytał. Do takich właśnie pozycji zaliczały się w PRL dzieła Tolkiena, wydane w Polsce jeszcze w latach 60 „Hobbit” i „Władca Pierścieni”.

Faktyczna niedostępność tego dzieła (traktujemy tu te pozycje łącznie) była tak wysoka, że mało kto nawet wiedział …o czym ono traktuje. Do niżej podpisanego docierały najbardziej nieprawdopodobne opowieści o zawartości tych tytułów, aż wreszcie, korzystając z rodzinnych koneksji, udało mu się pożyczyć „Hobbita” i „Władcę” w bibliotece …Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Niżej podpisany pożyczył, przeczytał i przeżył …potężne rozczarowanie. Dzieło należało do gatunku, wówczas, na początku lat 80 XX wieku w Polsce w ogóle nie znanego, napisane dziwacznym, jak na kształcone na prlowskiej literaturze upodobania, językiem, nie przypadło mi wtedy do gustu. Musiały upłynąć lata, zanim naprawdę je doceniłem. Ale wtedy już było to docenienie na całego. „Władca” stał się Dziełem przez wielkie D, metapowieścią, czyli Matką Wszystkich Powieści. W kategoriach humanistycznych jest to, co prawda, pozycja całkiem przeciętna, nie porusza bowiem ważnych problemów społecznych, nie krytykuje kapitalistycznego wyzysku, nie wzmacnia pożądanych przez władzę postaw obywatelskich, ani nawet nie jest napisana awangardowym, pogardzającym wszystkimi burżuazyjnymi wymogami ortografii, gramatyki, czy stylistyki, językiem. Faktycznie jednak stanowi LOTR samo jądro tego, co powinno się nazywać literaturą, czyli sztuką opowiadania zajmujących historii.

Wtedy też, na przełomie lat 80/90, narodziło się u piszącego te słowa, pragnienie, aby ten perfekcyjnie wymyślony i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach świat zobaczyć na srebrnym ekranie. Wydawało się to jednak wtenczas kompletnie nieprawdopodobne. Nie docenił jednak autor niniejszego eseju tempa rozwoju techniki filmowej. Jak wszystkim czytelnikom wiadomo, ekranizacja „Władcy Pierścieni” faktycznie powstała. Był to w swoim czasie film absolutnie nowatorski, przecierający wiele szlaków w sztuce kręcenia filmów. Jego twórcom udała się rzecz w kinie niesłychanie rzadko, jeżeli w ogóle, spotykana. Dokonując transferu literatury na ekran nie tylko otrzymali produkt nie gorszy od książkowego pierwowzoru, nie tylko wierny literze powieści tak bardzo jak to tylko możliwe przy zmianie medium, ale także w pełni oddający tzw. „ducha” utworu. Przyznam, że nie znam drugiej takiej adaptacji, która by posiadała te wszystkie cechy na raz. Było zatem oglądanie tego widowiska prawdziwym czasem obfitości dla kinomana.

Ogólne szczęście mącił tylko jeden drobny detal. Zekranizowano co prawda „Władcę Pierścieni” i to zekranizowano w sposób perfekcyjny, ale przecież WP nie istnieje jako jedna, skończona całość. Jako dzieło literackie poprzedzony jest swoistym wstępem, cienką, w porównaniu z samym „WP”, książką pt „Hobbit”.

Naturalną zatem koleją rzeczy, należało się spodziewać, że ta kinematograficzna luka rychło zostanie zapełniona w postaci jednoczęściowego suplementu do gotowej już trylogii. Suplementu, który przecież mógł skorzystać z przygotowanej dla potrzeb LOTR scenografii, czy z grających w LOTR aktorów. Tak się jednak nie stało. Temat leżał odłogiem przez kolejne 10 lat. Z każdym kolejnym upływającym rokiem, a przynajmniej taka była powszechna wśród fanów opinia, prawdopodobieństwo udanej prequelizacji malało. Technika filmowa szła co prawda do przodu, ale aktorzy, grające postacie w literackim pierwowzorze nieśmiertelne, Gandalfa, Sarumana, Elronda, czy Galadrielę, sami przecież nieśmiertelni nie byli. Samemu będąc już w sporo starszym wieku, trudniej jest odtwarzać postać, której czas się nie ima, i to jeszcze w fabule która, w stosunku do „Władcy Pierścieni”, toczy się wcześniej.

Wreszcie jednak cierpliwość została wynagrodzona, a wyzwanie podjęte i to przez tego samego twórcę, który z takim powodzeniem stworzył LOTR. To była beczka miodu. Ale pojawiła się i łyżka dziegciu. Wbrew powszechnym oczekiwaniom nie miałby to być jeden film, a kolejna, cała, wielogodzinna trylogia, choć zawartość fabularna „Hobbita” w niczym takiego rozbuchania nie usprawiedliwiała. Informacja ta wywołała jak najgorsze skojarzenia i obawy o przerobienie „Hobbita” na coś w rodzaju „Kseny”. Obawy, którym i niżej podpisany uległ. Zupełnie jakby zapomniał, że podobne plotki krążyły przed wejściem do kin LOTR i okazały się wtedy całkowicie nieprawdziwe.

I faktycznie, nieprawdziwe okazały się i tym razem. Chociaż autor do tej pory obejrzał tylko jedną z trzech planowanych części „Hobbita” śmiało może zapewnić, że prequel niczym LOTR nie ustępuje, a technicznie nawet go przewyższa. Największa obawa, związana ze wspomnianymi już problemami z wiekiem aktorów, jest płonna. Nie wiem jak filmowcy odmłodzili Cate Blanchett, (dla postaci płci męskiej czas jest bardziej litościwy) ale udało się to bezbłędnie. Dlaczego jednak nowa trylogia została rozdmuchana do objętości znacznie przekraczającej książkowy pierwowzór? Odpowiedź jest dość trywialna. Chodziło o to, żeby w przyszłości oba filmy można było oglądać jednym ciągiem, jako część większej całości, jedną nieprzerwaną opowieść o dziejach jednego świata. Wszystkie filmy mają być jedną zwartą kroniką dziejów Śródziemia. Jest to logiczne i zrozumiałe. Dlaczego w takim razie taką jednością nie są także książki? Prosta sprawa. W przeciwieństwie do filmów, które od początku do końca są tworzone przez jedną, mającą jasny cel i wizję jego osiągnięcia, ekipę, książki są pisane przez różnych autorów.

Zanim w tym miejscu czytelnik parsknie na ignorancję niżej podpisanego, już śpieszę z wyjaśnieniami. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że autorem obu książek jest Tolkien. Z tym, że nie jest to tak z punktu widzenia samego Tolkiena. On sam uważał, że tego świata wcale nie tworzy i nie wymyśla. On ten świat odkrywa. Zresztą z punktu widzenia czytelnika jest podobnie. Świat Tolkiena nie wygląda na wymyślony. On wygląda na prawdziwy. Ma swoją geografię, geologię, etnografię, lingwistykę, klimatologię, oraz historię spisaną przez różnych kronikarzy. I o to właśnie chodzi. Ktoś, kto w świecie Tolkiena spisał „Hobbita” (konkretnie Bilbo), to ktoś inny, niż autor „Władcy” (Frodo), zaś „Silmarilion”, ostatnia z „ksiąg kanonicznych” (bo są oczywiście i apokryfy) Śródziemia, to dzieło znów innych autorów. Ten, celowy, czy mimowolny, zabieg artystyczny, niezwykle zresztą udany, powoduje jednak, że w tej różnorodności stylów, motywów i punktów widzenia, niektóre trendy i zjawiska czytelnikowi jednak umykają. Dopiero kiedy całą fabułę zestawiono razem i oczyszczono z osobistych zapatrywań narratorów, czyli właśnie nakręcono jeden zwarty, spójny film w sześciu częściach, zobaczyłem rzeczy, które co prawda w książkach oczywiście są, ale na które jako czytelnik nie zwracałem uwagi.

Jedną z nich jest oczywista teraz paralela, swoista równoległość losów Thorina Dębowej Tarczy i Aragorna Ellesara. Obaj są Królami na Wygnaniu i obaj swój tron próbują odzyskać. W obu też przypadkach posiadanie do tego słusznego, dziedzicznego prawa, nie wystarczy. Trzeba jeszcze dokonać czynów godnych króla. W przypadku Thorina jest to walka ze Smaugiem, w przypadku Aragorna z Sauronem. Oczywistą zaś różnicą jest zaś to, że Aragorn swojego celu dopina i zostaje królem, którego panowanie „opiewane jest w tysiącu pieśni”, zaś Thorin, odzyskuje wprawdzie Erebor, ale już nie dla siebie. Dlaczego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy zapoznać się z samą koncepcją „królewskości” jaką żywił Tolkien. Otóż aby zostać władcą, przede wszystkim trzeba mieć u Tolkiena odpowiednie dynastyczne pochodzenie. Ród „Królów Wśród Ludzi” jest wyróżniony nawet genetycznie, ciesząc się przywilejem niezwykle długiego, jak na śmiertelnych ludzi, życia. Rody królewskie elfów, czy krasnoludzki ród Durina, również w różny sposób wyniesione są ponad swoich współplemieńców. Nawet Bard łucznik, spontanicznie wydawałoby się, organizujący mieszkańców spalonego przez Smauga Esgaroth okazuje się być potomkiem władców Dale. W historii Śródziemia jest kilka przykładów przejęcia władzy przez uzurpatorów spoza dynastii (Rhudaur, Rohan), ale nigdy nie kończyły się one dobrze dla kraju. Królewska krew jest zatem warunkiem koniecznym.

Niemniej wcale nie wystarczającym. W końcu takie osobistości jak Tar-Atanamir, Ar-Farazon, Atanatar II, czy Castamir, jak najbardziej mogły się wylegitymować odpowiednią genealogią, ale w historii zapisały się jednoznacznie negatywnie. Oprócz właściwego urodzenia, do królowania potrzebne było zatem coś jeszcze. Tym czymś, jak już wspomnieliśmy ma być potwierdzenie swoich praw odpowiednimi czynami, oraz posiadanie odpowiednich, „królewskich” cech charakteru. Jak ten egzamin zdają wymienieni pretendenci?

Obaj, jak na monarchów przystało, są honorowi, lojalni, sprawiedliwi, odważni i mężni. Nie boją się podejmować trudnych decyzji i nie spychają odpowiedzialności za nie na innych. Potrafią też słuchać mądrych rad i się do nich stosować, ale także ignorować je, kiedy sami mają lepsze pomysły.

Co zatem ich różni? Ano ostatnia królewska cecha. Wspaniałomyślność. Aragorn nie jest małostkowy i potrafi wybaczyć ludziom ich słabości. W trakcie marszu na Morannon, pozwala bojaźliwym odłączyć się od armii i przydziela im zadanie nie przekraczające ich poziomu odwagi. Takiego postępowania po Thorinie nie można by się spodziewać. Oczekuje on bezwzględnego wykonywania swoich rozkazów i brak mu wyrozumiałości. Nie tylko dla własnych poddanych, ale także dla dotkniętych nieszczęściem sąsiadów. Sąsiadów, którzy słusznie mogliby mniemać, że sam Thorin jest za owo nieszczęście przynajmniej częściowo odpowiedzialny. Warto zaznaczyć że odmowa udzielenia im pomocy nie wynika wcale z chciwości, chociaż za chciwców uważają krasnoludów wszystkie inne ludy Śródziemia. Thorin chętnie by tej pomocy udzielił, ale nie w sytuacji, którą odbiera jako próbę wymuszania. Tak czy owak ostatecznego egzaminu na władcę nie zdaje. Jego poziom szlachetności wystarcza do restauracji królestwa, ale na tronie zasiadać już będzie kto inny.

Ważną cechą pozwalającą odróżnić dzieła ponadczasowe, jak LOTR, od głośnych sensacji jednego sezonu, jak, nie przymierzając, „Harry Potter”, jest zatem to, że przy każdej kolejnej lekturze można w klasyce odkryć coś nowego. W przypadku LOTR/Hobbita okazało się, że coś nowego można odkryć nawet przy okazji ekranizacji, jeżeli tylko oczywiście zajmują się nią twórcy godni swego Mistrza.

„Hobbit”, „Władca Pierścieni”, „Silmarilion” (książki)

 JRR Tolkien

 Liczne tłumaczenia i wydania

 

„Władca Pierścieni” (film, trzy części) 2001-2003

 Reż Peter Jackson,

 Hobbit” (film) cz I 2012

 Reż Peter Jackson

Bigos to Polska

W ostatnim czasie wielkie kontrowersje wzbudził w Polsce niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie”. Zaraz, zaraz, napisałem „w Polsce”? To niezbyt precyzyjne określenie. W rzeczywistości nagonkę na ów serial rozpętały środowiska zwane zarówno przez niżej podpisanego, jak i przez siebie samych „genetycznymi patriotami” z grubsza pokrywające się z elektoratem partii PIS. Owi właśnie genetyczni patrioci podnieśli wrzask niesłychany, że oto Niemcy, z całą właściwą sobie perfidią, cynizmem i podłością, wzmiankowanym serialem próbują zrzucić z siebie odpowiedzialność za zbrodnie popełnione podczas II wojny światowej i to zrzucić ją na swoje największe, a dla PIS wręcz jedyne ofiary – Polaków. Wśród bohaterów owego filmu, postacie niemieckie miałyby być, zdaniem mediów genetyczno patriotycznych, prawe, szlachetne, subtelne i wrażliwe. Jeżeli już dokonują jakichś złych czynów to zawsze z prawdziwą przykrością i zawsze przymuszone przez niezależne od nich samych okoliczności. Co innego pokazani na filmie Polacy. To tępi i zajadli antysemici, ziejący wprost nienawiścią do Żydów i chętnie, gdy tylko mają okazję, wyręczający Niemców w realizacji „ostatecznego rozwiązania”.

Takimi oto „dziełami” kinematografii, głosiła „patriotyczna” lewica narodowa, usiłują Niemcy pokazać światu, że oni sami, poza garstką wyalienowanych z narodu „nazistów” w niczym nie zawinili, natomiast głównymi sprawcami zbrodni wojennych są Polacy. I że właściwie „naziści” i Polacy to jedno i to samo. I, głosili dalej narodowo solidarystyczni publicyści, jeżeli Polacy nie pozwolą znów PISowi okupować swojego kraju, i kreować odpowiedniej, odwrotnej do niemieckiej „polityki historycznej” to ta neohitlerowska „narracja” swój cel niewątpliwie osiągnie.

Nagonka rozkręcana przez polskojęzyczne media trwała i trwała, aż nagle w tym precyzyjnie rozpisanym na role planie, pojawił się niespodziewany zgrzyt. Można by sądzić, że genetycznym patriotom ciągle wydaje się, że żyją w PRL i wystarczy im wydanie polecenia odpowiedniemu urzędowi, aby zabronił pokazywania „antypolskiej propagandy”, a nikt w Polsce z inkryminowanym dziełem się nie zapozna i tym samym nie będzie w stanie zweryfikować twierdzeń ofensywy medialnej.

Tymczasem, czego nikt, a na pewno nikt z okolic PIS się nie spodziewał, film ten został niespodziewanie wyemitowany w polskiej telewizji i każdy widz mógł skonfrontować „patriotyczną” propagandę z rzeczywistością i wyrobić sobie własne zdanie. Nic dziwnego, że kiedy zapowiedziano ową emisję, ci sami osobnicy, którzy krzykiem, wrzaskiem i rabanem próbowali zmusić Polaków, aby ci, tak samo jak w czasach Gomułki, posłusznie „oburzali się” na ich rozkaz, nagle zaczęli przeciwko tej emisji gwałtownie protestować, wołając, jak to mają we zwyczaju na najwyższych diapazonach, o „hańbie”, „zdradzie”, etc..

Jak się okazało, nie robili tego bezpodstawnie. Po obejrzeniu filmu, można bowiem spokojnie stwierdzić, że jego wymowa jest dokładnie przeciwna do tego, co twierdzą polskojęzyczne media genetycznego patriotyzmu.

Po pierwsze film wcale nie próbuje zdejmować z Niemców odpowiedzialności za zło popełnione podczas II wojny św. Przeciwnie, dokładnie wszystkich, z jednym wyjątkiem, zbrodni pokazanych na filmie dokonują właśnie Niemcy. Ów jedyny wyjątek to wymordowanie rannych w szpitalu polowym – tej zbrodni winni są z kolei Sowieci. Polacy na filmie nie mordują, nie napadają, nie grabią a nawet nie biją nikogo.

No fakt, neohitlerowcy, jak twórców filmu nazywają genetyczni patrioci, nie pokazali Polaków jako winnych, ale może pokazali jako współwinnych razem z Niemcami? Niestety i to nieprawda. Jako niemieckich pomocników ukazano, co prawda, Ukraińców, ale nie Polaków. Ci konsekwentnie są wrogami Niemców i w żadną współpracę z nimi nie wchodzą.

No ale, zaprotestowałby jakiś wyznawca PIS, są pokazani jako antysemici!

No, owszem, są. Ale nawet tylko średnio uważny widz szybko się zorientuję, że w przeciwieństwie do niemieckiego nazizmu, polski antysemityzm jest …wyłącznie werbalny. Partyzanci z AK i chłopi u których się oni zaopatrują w żywność, klną na żydów, wyzywają ich od najgorszych, ale realnie żadnej krzywdy im nie robią. Przyjmując do swojego oddziału Viktora, niemieckiego żyda zbiegłego z transportu, udają że wierzą, że żydem on nie jest, chociaż żaden inny Niemiec do polskiego oddziału partyzanckiego by przecież nie aplikował. Kiedy zaś już jego żydowskości nie da się dłużej ukrywać, Polacy antysemici zdemaskowanego gudłaja na miejscu …nie, nie wcale nie zabijają, ani nawet w mordę mu nie dadzą. Wypędzają go co prawda od siebie, ale na pożegnanie, zamiast obrzucić go przynajmniej grubym słowem, …żałują że do tego doszło i zostawiają mu nawet broń, której sami przecież nie mają na zbyciu.

Nie ulega przy tym żadnych wątpliwości, iż według autorów scenariusza. Polacy nie tylko nie są żadnymi niemieckimi wspólnikami, ale wręcz przeciwnie, ofiarami, tak samo jak Żydzi. Pokazane są niemieckie egzekucje polskich cywilów, mowa jest o wywożeniu z Polski przymusowych robotników w głąb Rzeszy i o ich tam podłym traktowaniu. Wszystko więc w „Naszych matkach, naszych ojcach” jest dokładnie na odwrót, niż usiłowały to wmówić rodakom „Do rzeczy”, „Sieci”, „Gazeta Polska” i inne pisowskie merdia dla Polaków. Oczywiście ma ten mini serial i wady. Jest to film niemiecki, zrobiony z niemieckiego punktu widzenia i pokazujący to, co jest ważne dla Niemców. Stąd Polaków, czy Ukraińców reżyser uznał za stosowne oznaczyć opaskami ze stosownymi barwami narodowymi. Stąd język polski, którym postacie się posługują, brzmi sztucznie i śmiesznie. Stąd też padają w filmie dziwaczne dla polskiego ucha powiedzonka, z których jedno dało tytuł temu esejowi. Niemniej nie jest to film ani odrobinę antypolski.

Wydawać by się mogło, że tak bolesne zderzenie propagandy z rzeczywistością skutkujące tak jednoznacznym skompromitowaniem „patriotycznej” narracji, spowoduje że genetyczni patrioci podkulą ogon pod siebie i skorzystają z okazji żeby pomilczeć. Tymczasem nic z tych rzeczy. Już po emisji filmu, polskojęzyczny tygodnik „Do Rzeczy” poświecił na „zarządzanie oburzeniem” cały numer. Znów można było przeczytać o „zrzucaniu odpowiedzialności”, relatywizowaniu zbrodni” i „Polakach gorszych od SS”, chociaż już wszyscy widzieli że są to tylko puste i fałszywe hasełka. Że nawet używanie polskich nazw miejscowości wtedy do Polski nie należących, nie było antypolską perfidią mającą sugerować „polskość” Auschwitz, tylko wynikało z przyjętej konwencji używania nazw dzisiejszych, skoro nawet Kłodzko również umieścili twórcy filmu „w Polsce”. Być może redakcja doszła do słusznego skądinąd przekonania, że „ciemny lud to kupi”. Być może PiSowi w ogóle nie zależy na przekonywania kogokolwiek do swojej wizji politycznej i gospodarczej, a jedynie o to, żeby już posiadani zwolennicy umocnili się w wierze. Tak czy owak, jest to kolejny przykład na skrajną nieudolność, głupotę i zakłamanie, pisowskiej „polityki historycznej”.

 

Nasze matki, nasi ojcowie

Unsere Mütter, unsere Väter

reż Philipp Kadelbach

Niemcy 2013

Nie lękajcie się, naprawdę.

Poniższy esej powtarza w znacznej mierze tezy eseju poprzedniego „Nie lękajcie się biskupi”, ale w przeciwieństwie do niego, powstał już po lekturze inkryminowanej pozycji, a nie tylko jej omówienia w „Faktoidach i mitach”

Kościół Rzymsko Katolicki jest najstarszą nieprzerwanie istniejąca instytucją w dziejach ludzkości. Jedyną obecnie istniejącą wywodząca się wprost z Antyku. Można w tym miejscu zaprzeczyć i stwierdzić, że taki np. buddyzm, czy judaizm istnieją, a wierzenia staroegipskie istniały dłużej niż chrześcijaństwo. Jest to prawda, ale we wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia z ciągłością wyłącznie ideową, nie zaś, jak w Kościele, także instytucjonalną. Już samo posiadanie tego swoistego rekordu świata, wskazuje, że ze wszystkich innych ziemskich instytucji, Kościół wypracował najlepszy, optymalny model zarządzania (w wersji dla niewierzących), bądź faktycznie nie jest, jak sam twierdzi, instytucją do końca ziemską (wersja dla wierzących). W każdym bądź razie, sam fakt owego długiego trwania powinien wszystkich krytyków i „poprawiaczy” Kościoła skłonić do refleksji, że skoro Kościół istniał tak długo bez ich rad i krytyki, to pewnie i nadal się bez nich obejdzie. Śladów takiej diagnozy u wrogów Krk próżno jednak szukać. Atakują oni Kościół zupełnie bezmyślnie i bezrefleksyjnie. Zapewne to jest też jednym z  powodów, dla którego jak do tej pory, Kościół wszystkich swoich wrogów przeżywa. Że najdalej po kilkuset latach, czasami nawet bardzo efektownego brylowania, znikają oni w pomroce dziejów. Przychodzą za to nowi, i robią znów to samo, jakby nie wiedzieli, co spotkało ich poprzedników.

Kościół rzymsko – katolicki na przestrzeni dziejów oskarżano o najróżniejsze zbrodnie, szczególnie te, które akurat w danym momencie historycznym były przez społeczeństwo uważane za szczególnie odrażające. Kiedyś były to np. czary, potem „sodomia”, „szpiegostwo na rzecz imperialistów”, a obecnie tzw. „pedofilia”.

Szeroki front propagandowy wali więc w Kościół „pedofilią” jak cepem. Dowiadujemy się, jak to kościół jest wręcz nasączony pedofilami, jak rozwija w nim macki straszliwa pedofilska ośmiornica, jak to struktura kościelna przyciąga do siebie pedofilów niczym stolec muchy, a w ogóle to poza Kościołem pedofilów to właściwie nie ma, i nie ma innych, niż pedofile, przestępców w Kościele. Każdy ksiądz to pedofil, a nawet jeżeli akurat chwilowo uda się mu udowodnić swoją niewinność, to wyłącznie dlatego, że Kościół go „chroni” i „ukrywa”.

W ten nurt wpisuje się książka „Lękajcie się”  Porusza ona, po raz nie wiadomo już dokładnie który, tzw. „problem pedofilii”, który rzekomo ma toczyć Kościół, w tym konkretnym przypadku – polski. Piszę „rzekomo”, ponieważ ten temat nigdy, także w krajach gdzie o podobnych „skandalach” szeroko debatowano, nie został rzetelnie opracowany i opisany. Nigdy też nigdzie nie opublikowano żadnych danych, które świadczyłyby, że wśród księży katolickich jest więcej tego rodzaju zboczeńców niż w reszcie odpowiadającej im wiekowo męskiej populacji danego kraju, a dopiero taki wynik usprawiedliwiałby mówienie i pisanie o jakimkolwiek „problemie”. Podobnie jest i z „Lękajcie się”. Podejrzana jest już sama liczba „świadectw” rzekomych ofiar, których jest równo …dwanaście. Nie dziewięć, nie jedenaście, nie trzynaście i nie szesnaście, ale właśnie „biblijnie” dwanaście. Zwrócić należy przy tym uwagę na używanie przez autora znów mającego religijne konotacje określenia „świadectwo”. Nie jest to bynajmniej przypadek, bo „świadectwo” to, jak wiadomo, zupełnie co innego, niż „zeznanie”, za kłamstwa w którym grozi przecież odpowiedzialność karna. Nieprzypadkowo też takie „świadectwa” rzekomego molestowania przez sutannowych pedofilów wypływają przeważnie dokładnie po upływie terminu przedawnienia, żeby przypadkiem policja i prokuratura nie wszczęła w tej sprawie stosownego postępowania.

Z konkretnych „świadectw” zawartych w „Lękajcie się”, co najmniej trzy („Blizna”, „Plują mi w twarz”, „Kleks”) są zresztą jawnie zmyślone, „świadczący” plączą się w nich w zeznaniach w sposób wręcz żenujący, ze dwa inne budzą poważne podejrzenia, że też są wyłącznie produktami fantazji seksualnej swoich autorów, natomiast istne kuriozum stanowi „Domniemanie niewinności”, opisujące przypadek w którym ksiądz został pomówiony o „molestowanie dziecka” przez kobietę, z którą miał na pieńku z powodów finansowych. I mimo że sprawa została umorzona przez prokuraturę z powodu niestwierdzenia przestępstwa, badania lekarskie rzekomej „ofiary”, też nie potwierdziły wersji oskarżenia, ale i tak …został ten przypadek umieszczony jako „świadectwo”, pedofilii wśród księży. Wiadomo, każdy klecha to pedofil, a skoro już ktoś go o to pomówił, to już na pewno. Nie udowodni swojej niewinności.

Tyle, czyli niewiele, są warte owe „świadectwa”. A jak jest z resztą książki?

Tu poniekąd czuję się wywołany do tablicy, autor bowiem „Lękajcie się” cytuje obficie artykuł autorstwa niżej podpisanego, „Pedofilia w służbie kulturkampfu” opublikowany w „Najwyższym Czasie”. Ponieważ jednak nigdzie przy tej okazji nie wymienia jego autora, autor ten niniejszym rewanżuje się mu tym samym.

Typowo, dla humanistów, autor „Nie lękajcie się”, ignoruje cały aparat matematyczny przedstawiony w eseju i skupia się wyłącznie na liczbie 6-7 faktycznie skazanych księży pedofilów o których wtedy pisałem. Przyznaję dzisiaj, że liczba ta jest zaniżona, częściowo dlatego, ze nie miałem czasu i cierpliwości szukać materiałów medialnych, częściowo też dlatego, że dane o skazanych sięgały tylko do 2006 roku, tymczasem w okresie późniejszym, w związku z nasilającym się polowaniem na pedofilów, liczba skazanych z art. 200 KK, w tym liczba skazanych księży, znacznie wzrosła. Podanym przeze mnie 6-7 księży pedofilów przeciwstawia autor dziesięciokrotnie większą ich liczbę podaną przez tygodnik „Fakty i Mity”. Robi to w sposób, sugerujący, że „Fakty i Mity” są źródłem, co najmniej tak samo miarodajnym i wiarygodnym, jak „Najwyższy Czas”.  Padają w związku z tym przekonaniem także wyrazy zdziwienia, dlaczego, oprócz „Faktów i Mitów”, żaden polski periodyk prasowy o straszliwej pladze pedofilii w polskim Kościele nie pisze i jej nie piętnuje, nawet tytuły tak skądinąd Kościołowi wrogie, jak „Nie” Jerzego Urbana.

Pytanie to pozostaje w książce bez odpowiedzi, a przecież jest ona tak oczywista. „Fakty i Mity”, nie bez powodu zwane powszechnie „Faktoidami”, to pismo kompletnie niepoważne. Zajmuje się ono lansowaniem „jasnowidza z Człuchowa”, z przejęciem i na serio pisze o tym, że Majowie kontaktowali się z kosmitami, prorokowało osławione „przebiegunowanie Ziemi” mające rzekomo nastąpić w ubiegłym roku, szerzy wiarę w zielone szaraki z Plejad wibrujące w siedemnastym nieliniowym wymiarze czasoprzestrzeni i przeróżne inne duchy, zjawy i upiory. Nie należy się zatem dziwić, że ich relacje o rzekomej pladze pedofilii w polskim Kościele są traktowane jako jeszcze jeden wymysł wyznawców ery zwodnika.

Redakcja „FiM” chwali się, co prawda, „zdemaskowaniem 62 księży pedofilów”, ale nic nie wiadomo na temat tego, czy i w jakim stopniu te przypadki są reprezentatywne dla kleru jako całości, jaki okres czasu te informacje obejmują, jak to się ma do liczby pedofilów w pozostałych grupach społecznych, a przede wszystkim nie wiadomo jakie były kryteria, według których „FiM” mianowało księży pedofilami. Stąd te dane są kompletnie niemiarodajne. Żeby dokonać jakiegoś porównania trzeba bowiem porównywać gruszki z gruszkami, a nie np. z kokosami.

Autor „Lękajcie się” idzie jednak o krok dalej i podaje …liczby. Doliczył się mianowicie autor, jak sam pisze, 27 skazanych z art. 200 KK księży w ciągu 10 lat. Bliższe jednak przyjrzenie się tej liczbie każe ją skorygować. Otóż dwóch z tych dwudziesty siedmiu niegodziwców zostało, co prawda, skazanych „za molestowanie”, ale w …USA. Nie należy wątpić, że w amerykańskich statystykach „księży pedofilów” również zostali oni ujęci. A jeżeli po drodze pracowali np. w Meksyku, zasilili również tamtejsze szeregi sutannowych zboczeńców. Właśnie odkryliśmy zatem jeden z niezliczonych mechanizmów mnożących szeregi „kościelnych krzywdzicieli dzieci” w humanistycznej publicystyce.

Zatem mamy w Polsce do czynienia z 25 skazanymi z art. 200 KK księży w ciągu 10 lat. Dużo to, czy mało? Aby to rozstrzygnąć należy porównać tą liczbę z liczbą wszystkich mężczyzn skazanych w tym samym czasie w Polsce z rzeczonego artykułu. Trzeba tutaj autorowi „Lękajcie się”, że i tę liczbę, choć w przypisach, ale jednak podaje. Jednak, jak na humanistę przystało, chociaż usiłuje on manipulować liczbami, to jednak czyni to tak nieporadnie, że efekt jest całkowicie przeciwny do zamierzonego.

Zacznijmy zatem od całkowitej liczby skazanych w Polsce za pedofilię mężczyzn. Wynosi ona, jak możemy przeczytać w książce, 6775 na 14,6 mln ogółu dorosłej męskiej populacji w ciągu 10 lat. I tu już tkwi pierwsza pułapka. Populacja męska w wysokości 14,6 mln ludzi nie jest stała w czasie, tylko stopniowo się odnawia. Jedni mężczyźni umierają, inni dorastają. To sprawia, że nie możemy tutaj tak po prostu wykorzystać modelu losowania ze zwracaniem. Podejście musi być inne. Policzmy najpierw efektywną ilość pełnoletnich mężczyzn w Polsce w ciągu 10 lat. Zakładając, że w ciągu 50 lat ta grupa odnowi się w 100%, w ciągu 10 lat wymieni się ona w 20%. Zatem prawdziwa liczba „kul w urnie” to nie 14,6 mln, tylko 1,2*14,6 = 17,52 mln potencjalnych pedofilów. 6775 spośród nich zostało skazanych, zatem prawdopodobieństwo, że konkretny facet zostanie z art. 200 KK skazany wynosi 0,039% (dokładnie 0,03867%)

Zakładając, że wśród katolickiego kleru jest tyle samo pedofilów, co w reszcie społeczeństwa, ilu w analogicznym okresie należałoby oczekiwać skazanych klechów? Po odliczeniu zakonnic, księży i zakonników jest w Polsce 36 140. Autor „Lękajcie się”, aby otrzymać odpowiednio złowrogie rezultaty, w nieuprawniony sposób wyjął z tej liczby alumnów. Czyżby zakładał, że wśród nich, wyłącznie pełnoletnich mężczyzn, nie ma pedofilów? Czyżby nie rozumiał, że każdy wykryty ksiądz pedofil był kiedyś alumnem, także oczywiście pedofilem? Oczywiście można założyć, że do alumnów pokusy pedofilskie nie mają przystępu, ale wtedy należałoby też odpowiednio zredukować liczbę 14,6 mln wszystkich polskich mężczyzn odejmując od nich roczniki, które w przypadku duchownych, zanim staną się pełnoprawnymi katabasami, spędzają czas w seminariach. Albo jednak wliczyć alumnów do duchownych, co niniejszym uczynimy.

Oczywiście 36 140 duchownych to, podobnie jak z pozostałymi dorosłymi mężczyznami, stan z jednego roku, znajdujący się w stanie równowagi dynamicznej. Efektywna wielkość populacji klechów w ciągu 10 lat wynosi analogicznie 36 140*1,2 = 43 368. Gdyby pedofilów było wśród nich tyle samo, co średnia, można by się spodziewać 0,0003867*43 368 = 16,77, czyli około 17 skazanych księży i zakonników w 10 letnim przedziale czasowym.

Naprawdę było ich jednak w ciągu 10 lat dwudziestu pięciu. To jednak sporo więcej niż 17, którzy „powinni” zostać skazani, gdyby zboczeńców w sutannach było tyle samo co w reszcie społeczeństwa, prawda?

Otóż nieprawda. Żeby to wykazać, wprowadzimy teraz kolejną, po wartości średniej, którą już tutaj wyliczyliśmy (17 oczekiwanych wyroków na klechów – pedofilów), wartość statystyczną – odchylenie standardowe. Najkrócej ujmując, jest to miara jak bardzo wartości pomiaru rozrzucone są wokół średniej. Ponieważ w naszym przypadku mamy do czynienia z rozkładem dwumianowym (albo skazany, albo nie skazany), odchylenie w tym przypadku równe jest pierwiastkowi kwadratowemu z iloczynu średniej i prawdopodobieństwa „porażki”, (czyli tego, że dany klecha jednak nie został wciągnięty w tryby Temidy), a zatem odchylenie standardowe wynosi:

SD = (16,77*(1-0,00039))^0,5 = 4,09.

Otrzymane wyniki (średnia 16,77 i odchylenie standardowe 4,09) są liczbami rzeczywistymi. Tymczasem faktyczna liczba skazanych klechów (25) jest i zawsze będzie liczbą całkowitą. Aby zatem w sposób miarodajny porównać je ze sobą, założymy, że skazanych klechów jest od 24,5 do 25,5.

Teraz możemy już obliczyć, że faktyczna liczba skazanych klechów, odchyla się od wartości średniej o od (24,5-16,77)/4,09 = 1,89, do (25,5-16,77)/4,09 = 2,13 odchylenia standardowego.

Dużo to, czy mało? Z jednej strony, całkiem sporo. Gdyby rozkład pedofilów w społeczeństwie pokrywał się z rozkładem normalnym, prawdopodobieństwo, że odchyłka 8 nadmiarowych księży pedofilów powstała przypadkiem, wynosi od 1,65%, do 2,95%. Z drugiej jednak strony, taki wynik w badaniach naukowych jest uznawany za dalece niewystarczający i oznacza brak potwierdzenia stawianej tezy. Poza tym, nie wiadomo, czy rozkład pedofilów w społeczeństwie ma cokolwiek wspólnego z rozkładem normalnym. To sprawia, że musimy się tutaj odwołać do nierówności Czebyszewa i „reguły trzech sigm”.

Możemy zatem na podstawie przytoczonych danych, stwierdzić jedynie, że jeżeli liczba pedofilów w męskiej części populacji watykańskich klechów i zakonników jest równa średniej w społeczeństwie, to oczekiwana wartość skazanych w ciągu 10 lat za molestowanie nieletnich, wynosi z prawdopodobieństwem 99,7%, jeżeli rozkład pedofilów jest normalny, a na pewno co najmniej 89%, jeżeli jednak daleko od rozkładu normalnego odbiega, 16,77 +/- 12,27, sutannowych czyli od pięciu, do dwudziestu dziewięciu. Ponieważ faktyczna liczba skazanych księży mieści się w tym przedziale, nie ma żadnych podstaw, żeby twierdzić, przynajmniej według danych zaprezentowanych w „Lękajcie się, biskupi!”, aby jakikolwiek „problem pedofilii w KrK” jest czymś więcej niż tylko medialnym humbugiem wykorzystującym, co prawda, przypadki autentyczne, których nie ma jednak więcej niż w innych, niekościelnych środowiskach.

QED

Proszę zwrócić uwagę, ze w wyliczeniach użyłem wyłącznie danych zawartych w książce „Lękajcie się”. Dane te, w intencji autora książki miały służyć ubabraniu polskiego Kościoła w rzekomy „problem pedofilii”. Tymczasem, mają one wymowę dokładnie przeciwną, niż to się humanistom wydaje. Żadnego „problemu pedofilii” w polskim, jak i jakimkolwiek zagranicznym (nigdzie na świecie oskarżyciele nie podają żadnych faktycznie świadczących o tym danych) Kościele nie ma.

Ostatnim interesującym wątkiem książki jest księżowska …lustracja. Odpiera bowiem w ten sposób autor „Lękajcie się” argument, że w czasach komuny, Kościół w Polsce, w przeciwieństwie np. do Kościoła irlandzkiego (ale już na pewno nie amerykańskiego, czy holenderskiego) znajdował się nie pod swoistą ochroną władzy państwowej, ale wręcz przeciwnie, będąc jedyną legalną organizacją nie uznającą za swój cel budownictwa socjalistycznego i przewodniej roli partii, pozostawał z nią w ostrym konflikcie. Stąd kościelni pedofile, jeżeli tacy wtedy istnieli, nie tylko nie mieli, z braku kościelnych szkół, czy domów dziecka, odpowiedniego dla siebie pola do popisu, ale też znajdowali się pod nieustanną inwigilacją komunistycznych organów, które tylko czyhały na obyczajowe i kryminalne ekscesy osób duchownych, aby je odpowiednio propagandowo wykorzystać. Kościelni pedofile nie byli więc w tamtych czasach w żaden sposób „chronieni”, a raczej wręcz przeciwnie.

Objawia się nam w tym momencie „Lękajcie się” jako pozycja z typowego dla środowisk związanych jakoś z partią PIS, cyklu lustracyjnego, powołując się nawet obficie na znanego kościelnego „nadubowca” Isakowicza-Zaleskiego. Otóż twierdzi się tam, że skandali pedofilskich w Kościele w czasach PRL nie było nie z powodów obiektywnych, czyli braku odpowiedniej ilości straszliwych pedofilów, ale dlatego, że SB księży pedofilów nie wydawała, ale mając na nich haka …werbowała na swoich tajnych współpracowników. Stąd, zdaniem autora „Lękajcie się” jednym z koniecznych warunków walki z pedofilią jest proponowana przez genetycznych patriotów …totalna lustracja, zwłaszcza księży. Ten, dla niektórych nie do pomyślenia, sojusz humanistycznego lewactwa z narodowo-patriotycznym socjalizmem byłby może i zaskoczeniem, gdyby nie to, że jego objawy widać gołym okiem także na innych polach.

W tym jednak punkcie, podobnie, jak we wszystkich innych, popisuje się autor „Lękajcie się” totalną ignorancją. Pedofilia bowiem, jest postrzegana przez społeczeństwo jako najbardziej odrażająca z możliwych zbrodni od bardzo niedawnego czasu. Sam przecież wspomina, że jeszcze około roku 1980 z Danii i Holandii, krajach jak wiadomo, bardzo katolickich, periodyki demonstrujące dziecięcą pornografię  ukazywały się najzupełniej legalnie. Wie o tym, ale nie jest w stanie skojarzyć, że w odciętej wówczas od Zachodu Polsce polowanie na pedofilów rozkręcało się znacznie wolniej i później i stało się widoczne właściwie dopiero po roku 1990. Jeszcze w latach 80 kręcono w Polsce filmy (np. „Akademia Pana Kleksa”, które dzisiaj zostałyby, z powodu swoich skojarzeń z pedofilią, zlinczowane na etapie scenariusza.

Stąd „hak” werbunkowy na księdza – pedofila był w tych czasach bardzo marnej jakości, znacznie gorszej niż „hak” homoseksualny, o którym też w książce mowa. Bo chociaż stosunki homoseksualne nie były w PRL zabronione, to jednak w opinii społecznej były czymś od pedofilii (mało kto w ogóle zresztą kojarzył to pojęcie) znacznie ohydniejszym. Z punktu widzenia komunistów znacznie wygodniej byłoby księży pedofilów, przy odpowiednio dużym rozgłosie medialnym skazywać, zwłaszcza, gdyby dowody były ewidentne, niż zastraszać.

Ekke Overbeek

Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią.

wydawnictwo Czarna Owca

Warszawa 2013

 

Powyższy tekst został wysłany do autora książki. Oczywiście nie doczekano się jakiejkolwiek odpowiedzi. 🙄