Przyszłość własności.

Powszechnie spotykane w życiu społecznym, a jednocześnie niesłychanie irytujące, jest traktowanie złożonych i skomplikowanych zagadnień naukowych w skrajnie uproszczonych kategoriach ideologicznych. Zjawisko to najczęściej występuje w naukach historycznych, ale także w zagadnieniach biologicznych (np. geneza homoseksualizmu), czy klimatologicznych (przyczyny tzw. „globalnego ocieplenia”). Zdarza się to też nagminnie w ekonomii. W ostatnich dekadach, w związku z upowszechnieniem smartfonów, wzrosła popularność najmu jako popularnej formy użytkowania różnych dóbr. Pojawiły się przykładowo rowery, czy hulajnogi elektryczne wynajmowane na minuty. Testuje się też podobne rozwiązania w przypadku samochodów. Widząc ten trend, niektórzy nie omieszkali gromko zadeklarować, że oto właśnie nadchodzi kres znienawidzonej przez nich własności prywatnej, a już w nieodległej przyszłości nie będziesz miał, na własność, nic i będziesz szczęśliwy. Wszystko czego ci potrzeba będziesz wynajmował. Zamiast te infantylne proroctwa wyśmiać i wyszydzić, przypominając, że równowagę na rynku własności i najmu najlepiej zapewnia wolny rynek, polityczni adwersarze tej pierwszej grupy z ochotą podjęli tę idiotyczną licytację. Wprost stwierdzili, że „chcemy żeby każdy Polak miał dom i dwa samochody”. Obie te grupy pragną zatem narzucić Polakom na siłę jakiś motywowany ideologicznie, bo przecież nie ekonomicznie, model konsumpcyjny.  A może nie wszyscy Polacy by chcieli mieć dom i dwa samochody? Może bardziej od posiadania domu opłacałoby im się jednak wynajmować mieszkanie? Może zamiast dwóch samochodów woleliby jeden na własność, a drugi w najmie? Albo zgoła jeździć do pracy autobusem?

Zamiast ideologii w analizie problemu zastosujemy zatem naukę. W celu miarodajnego porównania najmu z własnością zbudujemy odpowiedni model biznesowy. Model ten nazywany jest analizą NPV (ang Net Present Value). Analiza ta, opiera się na obserwacji, że wartość pieniądza maleje z czasem, którego to zjawiska nie należy jednak mylić z inflacją – zmianą podaży pieniądza. Nawet w warunkach zerowej inflacji, każdy wolałby otrzymać sto złotych raczej dzisiaj niż za miesiąc, a zapłacić odwrotnie. Tempo tego ubytku wartości pieniądz określa tzw. stopa dyskontowa, którą dla naszych potrzeb możemy utożsamić ze średnią stopą procentową. Analiza NPV polega więc na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu wszystkich przyszłych przewidywanych przepływów finansowych, wpływów i wydatków, do obecnej wartości pieniądza, a następnie zsumowaniu ich. Użyjemy teraz tej analizy, żeby obliczyć łączne koszty, jakie ponosi zarówno właściciel jakiegoś dobra, jak i jego najemca. Najem będzie się bardziej opłacał od posiadania, kiedy, zdyskontowane w ten sposób jego koszty, będą niższe niż zdyskontowane koszty własności.

Wykonać taką operację NPV dla najmu jest bardzo prosto. Jedynym kosztem, jaki musimy wziąć pod uwagę jest po prostu koszt najmu, w przypadku nieruchomości mieszkalnej – czynsz. Przyjmijmy, że ten roczny koszt najmu wynosi a jednostek. W przypadku własności sprawa jest bardziej skomplikowana. Oczywiście nadal istnieją jakieś roczne koszty stałe w wysokości b jednostek. Dla mieszkania będą to raty kredytów, ale także koszty utrzymywania go w akceptowalnym stanie technicznym, czyli tzw. deprecjacji. Dla samochodu będą to przeglądy, naprawy i ubezpieczenie. W przypadku własności dochodzi jednak dodatkowy element. Własność należy zakupić, czyli zapłacić początkowo pewną kwotę X, lub, w przypadku zakupu na kredyt, wyłożyć wkład własny. Własność też można, po zakończeniu okresu analizy, sprzedać za kwotę, zwaną w modelu NPV wartością rezydualną (ang Residual ValueRV). Obie te kwoty należy włączyć do analizy.

Koszty, które ponosi się niezależnie od tego, czy korzysta się z najmu, czy własności, jak opłaty za prąd, wodę i gaz, koszty paliwa, występują po obu stronach równania, znoszą się wzajemnie i nie ma potrzeby ich uwzględniania.

Po podstawieniu wszystkich wartości i rozwiązaniu modelu otrzymujemy ostateczny wynik. Najem będzie się bardziej opłacał od własności wtedy, kiedy stosunek kosztów własności b i kosztów najmu a będzie wyższy niż

b/a=q<1+(k*r)/(1-e^(-r*t))

Gdzie r to średnia stopa procentowa, k jest różnicą ceny końcowej (wartości rezydualnej – RV) i ceny zakupu (lub wkładu własnego) X wyrażoną w rocznych kosztach najmu k = (RV-X)/a. Szczególną rolę odgrywa w tym równaniu czas analizy t. W przypadku nieruchomości kupowanej na kredyt odpowiada on czasowi spłacenia kredytu. W przypadku dóbr o mniejszej trwałości, np. samochodu, czas t to średni czas jego użytkowania, zanim zakupi się nowy.

Model ten w postaci graficznej pokazano na poniższym wykresie. Linie pokazują graniczne q dla różnych czasów t. Powyżej danej linii bardziej opłaca się dane dobro wynajmować, poniżej – zakupić na własność. Przyjęto stopę procentową na poziomie r = 4%

Rozwiązanie to możemy podzielić na dwa przypadki. Pierwszy z nich to lewa strona wykresu. Dobra nietrwałe, które tracą na wartości wraz z upływem czasu. Współczynnik k z naszego modelu jest zatem ujemny (k<0). Jeżeli spadek wartości odbywa się odpowiednio szybko, poniżej zera może spaść nawet i samo q. Wydawałoby się więc, że powinien tu rozkwitać rynek najmu. Ale bynajmniej sytuacja nie jest taka oczywista. W tej kategorii mieszczą się np. samochody, a większość użytkowanych samochodów jest jednak własnością prywatną. Wynika to z prostego faktu, że spadek wartości danego dobra dotyka również właścicieli flot samochodowych pod wynajem i żeby to sobie zrekompensować, muszą oni w rewanżu śrubować cenę najmu a. Dlatego najem samochodu jest tak drogi, że nawet leasing opłaca się firmom wyłącznie dzięki korzystniejszym przepisom podatkowym. Dla osób prywatnych lepiej jednak kupić ten pojazd i opłacać przeglądy i ubezpieczenia.

Rozwój technologiczny, otworzył tu jednak pewną furtkę. Chociaż bowiem wielkiego rynku najmu samochodów nigdy nie było, to od dawna istnieje olbrzymi rynek najmu innych dóbr o ujemnym k. Średniej klasy sprzęt narciarski kosztuje kilka tysięcy złotych i może amatorom stoków posłużyć nawet 10-15 lat, zanim trzeba go będzie wyrzucić. Równocześnie wynajem takiego sprzętu kosztuje jakieś 1% jego ceny rynkowej dziennie. W momencie, kiedy na nartach jeździ się nie dłużej niż 1-2 tygodnie w roku, kupowanie nart na własność, tylko po to, żeby przez 98% czasu ów zamrożony kapitał tracił tylko na wartości i zagracał mieszkanie, nie ma najmniejszego sensu ekonomicznego.

Z punktu widzenia właściciela wypożyczalni, sprawa ma się jednak dokładnie na odwrót. On może wypożyczać narty przez znacznie dłuższe kresy, nawet 30-40% roku. W ten sposób inwestycja zamortyzuje mu się po 3-4 latach, potem przynosząc już czyste zyski. Podobnie działa rynek wynajmu innych stosunkowo drogich, ale rzadko używanych dóbr. Jachtów, siewników do trawy, sal bankietowych, domków letniskowych, czy autobusów. Używanie samochodu ma jednak nieco inną charakterystykę. Potrzebny jest on praktycznie codziennie, ale każdego dnia jedynie na 1-2 godziny. Gdyby zatem udało się stworzyć system, w którym można by pożyczyć samochód na minuty, mógłby on wyprzeć zwyczaj posiadania samochodu na własność. Taki system faktycznie jednak istnieje, właściwie odkąd istnieją samochody, ale jednak dotąd samochodów prywatnych nie wyparł. Taksówki jednak, bo o nich mowa, mają dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, oprócz samochodu, należy wynająć także jego kierowcę, co znakomicie podraża koszty najmu a. Po drugie na taksówkę trzeba czekać. Przed erą aplikacji w smartfonie nawet bardzo długo. Oprócz pieniędzy trzeba wydać zatem również czas, a przecież czas to też pieniądz. Gdyby jednak obie te wady taksówek udało się wyeliminować? Gdyby wynajmowane samochody były sterowane komputerowo, albo przynajmniej zdalnie z centrali i podjeżdżały na elektroniczne wezwanie w ciągu, co najwyżej, kilku minut? Próby stworzenia takiego elastycznego systemu najmu samochodów trwają, a w razie ich powodzenia, zapewne również posiadanie prywatnych samochodów stanie się ekscentryczną rzadkością. Ale, no właśnie. W razie powodzenia.

Przejdźmy teraz na prawą strona wykresu. To dobra trwałe, które zwykle nie tracą na wartości wraz z upływem czasu i dla których k>0. Zaliczają się tu przede wszystkim nieruchomości, np. mieszkaniowe. Koszty własności b to w tym przypadku przede wszystkim raty kredytu. Po jego spłacie zaś zostaje nam nieruchomość o jakiejś konkretnej wartości rezydualnej. Nic zatem dziwnego, że równowaga jest, w porównaniu z dobrami nietrwałymi, znacząco bardziej przesunięta na korzyść własności. Jednak i na rynku nieruchomości, najmy są bardzo popularne, na pewno bardziej niż na rynku samochodowym. Wynika to z dwóch specyficznych cech tego rynku. Rynek nieruchomości jest mało elastyczny. Proces sprzedaży i kupna nieruchomości trwa zwykle bardzo długo i może się przeciągnąć nawet na lata. W nagłym losowym przypadku, nagłej przeprowadzki do innego miasta, czy nawet kraju, własne mieszkanie, zamiast atutem, może stać się obciążeniem.

 Jeszcze dłuższy jest sam proces inwestycyjny. Kredyty na zakup nieruchomości zaciąga się na kilkadziesiąt lat. Przez ten czas, ani ceny nieruchomości, ani raty kredytu, bynajmniej nie pozostają stałe. Dopóki wartość nieruchomości rośnie szybciej niż spłacana rata, kredytobiorca jest wygrany. Ale co się dzieje, kiedy nastąpi trend przeciwny? Co prawda długofalowy, spadek wartości nieruchomości, jako dobra o stałej, doskonale nieelastycznej podaży, w gospodarce postindustrialnej jest mało prawdopodobny, ale bynajmniej nie jest niemożliwy. W Polsce szczególnie takim procesem zagrożone są ceny mieszkań w małych miejscowościach, nie będących satelitami jakiejś większej metropolii. Podejmując decyzje o kupnie lub nie, nieruchomości, należy więc przewidzieć trendy rynkowe, wysokość stóp procentowych, możliwe kryzysy, etc, na dziesiątki lat do przodu, co bynajmniej nie jest proste i łatwe. Nic więc dziwnego, że mimo teoretycznie większej zachęty finansowej, również na rynku mieszkaniowym, najem jest bardzo popularny. W efekcie na wolnym rynku wytwarza się pewna równowaga, która może się, przesuwać w jedną lub w druga stronę, ale zawsze będą na nim zarówno lokale własnościowe, jak i wynajmowane. Inaczej jest jednak na rynku dóbr nietrwałych, gdzie, w miarę rozwoju technologicznego i rozpowszechniania się najmu minutowego, równowaga będzie przemieszczać się stopniowo w stronę najmu. Tak będzie w perspektywie krótko i średnioterminowej.

W perspektywie długoterminowej jednak, zmieniają się nie tylko koszty najmu i ceny nieruchomości, ale zmieniają się też stopy procentowe – r. Cały dotychczasowy rozwój cywilizacji, od czasów paleolitu poczynając, zachodził w obliczu niesłychanie powoli i nieregularnie, ale stale obniżających się stóp procentowych. W miarę światowej akumulacji kapitału, proces ten będzie nadal postępować, aż do chwili kiedy na całym świecie stopy te spadną w okolicę zera. W naszym modelu ten proces powoduje obrót widocznych na wykresie linii zgodnie z ruchem wskazówek zegara wokół punktu (0;1). Spadek stopy procentowej wyrównuje w analizie wartość pieniądza w czasie i koszty późniejsze stają się tak samo ważne jak koszty wcześniejsze. W przypadku dóbr nietrwałych najem zatem znów stopniowo staje się, w stosunku do własności, coraz droższy i równowaga ponownie zaczyna się przesuwać na korzyść własności. Pozornie odwrotny proces powinien zachodzić przy dobrach trwałych o k>0. W miarę spadku stóp, raty kredytu ciążą bowiem w analizie coraz bardziej. Tak jednak nie jest. W przypadku dóbr inwestycyjnych, a za takie można uznać mieszkania, ich wartość (rezydualna RV) zależy zarówno od zysków jakie można z nich uzyskać, czyli od wysokości czynszu a, oraz właśnie od wysokości stóp procentowych. RV = a/r. Iloczyn k*r z modelu równa się po prostu 1-w, gdzie w to wysokość wkładu własnego. W miarę spadku stóp, raty kredytu stają się coraz istotniejsze, ale wartość rezydualna rośnie nieproporcjonalnie szybciej. W rezultacie otrzymujemy wynik pokazany na drugim wykresie. Przyjęto wkład własny na poziomie 20%

Nie dość, że, wraz ze spadkiem stóp procentowych graniczne q przesuwa się ku górze, to jeszcze raty kredytu b stopniowo maleją. W miarę akumulacji kapitału, własność zyskuje zatem na opłacalności zarówno dla dóbr o niskiej, jak i o wysokiej trwałości.

Czasy, w których nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy, nigdy zatem nie nadejdą. Zawsze będzie na rynku miejsce dla własności i dla najmu w różnych, zależnych od okoliczności, proporcjach, ale nigdy nie będzie to proporcja 100% : 0% Zawsze będziesz miał coś, a coś innego będziesz okazjonalnie wynajmował. I będziesz częściowo szczęśliwy. A częściowo nie.

W trybach rewolucji. Przemysłowej

Rewolucja przemysłowa, proces ekonomiczny i społeczny rozpoczęty raptem nieco ponad dwa stulecia temu i wcale w skali świata bynajmniej jeszcze niezakończony, a w niektórych krajach, ciągle nawet jeszcze nierozpoczęty, jest jednym z trzech najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości. Jest jednak również z tych trzech najmniej zrozumiana. Paradoks to tym większy, że w przeciwieństwie do dwóch pozostałych tego typu przełomów, czyli opanowania ognia i wynalezienia rolnictwa, rewolucja przemysłowa toczy się dosłownie na oczach historyków i naukowców. Mimo to, a może właśnie dlatego, ilość mylnych koncepcji na temat tego wydarzenia historycznego jest wręcz niezliczona.

Do najbardziej popularnych, a równocześnie całkowicie błędnych poglądów na ten temat, należy przekonanie, że rewolucja przemysłowa rozpoczęła się wskutek eksploatacji paliw kopalnych i uzyskaniu w związku z tym dostępu do taniej energii. Istotnie, w Anglii, kraju gdzie rewolucja przemysłowa się rozpoczęła, wydobywano w tym czasie i spalano spore ilości węgla. Tam też powstały pierwsze maszyny parowe zasilane tym paliwem. Korelacja ta jest jednak w dużej mierze zwodnicza. Węgiel wydobywano bowiem w Anglii już w czasach rzymskich, a jednak żadnej rewolucji przemysłowej, ani wtedy, ani przez kolejne osiemnaście stuleci, to nie wywołało. Innym krajem preindustrialnym, w którym wydobywano i zużywano węgiel na dużą skalę, były też XI wieczne Chiny dynastii Song. Rewolucja przemysłowa również się jednak tam wtedy nie zaczęła, choć wielu historyków uważa, że było blisko.

Z drugiej zaś strony, rzeczywista rewolucja przemysłowa, wbrew powszechnemu przekonaniu, wcale nie czerpała energii z węgla. Aż do połowy XIX wieku, w najbardziej ówcześnie uprzemysłowionych krajach, znacznie szybciej niż ilość maszyn parowych i moc z nich pozyskiwana, rosła łączna moc bardziej tradycyjnych źródeł energii, wiatraków i kół wodnych. Te ostatnie, technologia znana od głębokiego średniowiecza, właśnie wtedy przeżywały swój złoty okres. Do końca XVIII wieku, moc kół wodnych oscylowała wokół 5 kW, a w stuleciu XIX wieku wzrosła skokowo do 50 kW, a rekordowe instalacje w połowie tego stulecia złamały nawet barierę 400 kW. Jednocześnie były to dokładnie takie same koła, budowane według tej samej średniowiecznej zasady. Tyle, że były większe i staranniej wykonane, z mniejszymi „luzami” i mniejszym tarciem. Jak widać zatem, faktycznie rewolucji przemysłowej od początku towarzyszył wzrost produkcji i konsumpcji energii, tyle że była to w znacznej mierze energia z dawno już znanych i opanowanych źródeł.

Inny popularny przesąd na ten temat głosi, że, jak sama nazwa miałaby wskazywać, rewolucja przemysłowa polegała na …budowie przemysłu. Ot, ktoś wpadł nagle na pomysł, że dobrze by było wybudować fabryki i tak zaczęła się rewolucja przemysłowa. A gdyby na to nie wpadł, to by się nie zaczęła. Tymczasem, oczywiście, rewolucji przemysłowej towarzyszył rozwój przemysłu, ale był to skutek, a nie przyczyna tego zjawiska.

Żeby zrozumieć rewolucję przemysłową należy się zatem oderwać myślowo nie tylko od węgla i maszyn parowych, ale od przemysłu w ogóle. W tym celu przyjrzymy się, przytoczonym przez Vaclava Smila w jego książce „Energia i cywilizacja” danym dotyczącym uprawy pszenicy w USA w XIX wieku. W tym czasie nie dotarły do tego sektora jeszcze żadne silniki spalinowe (pierwsze ciągniki pojawiły się po 1900 roku), ani nawozy sztuczne. Średnie plony pszenicy z hektara pozostawały przez całe stulecie na stałym poziomie 1,35 tony/ha. Ale nakład pracy na ich pozyskanie bynajmniej stały nie pozostał.

Na poniższym wykresie pokazano nakłady pracy na hektar upraw w roboczogodzinach i „zwierzogodzinach”

Jak widać, przez cały XIX wiek, również w rolnictwie, panowała presja na ograniczanie pracy ludzkiej. Początkowo, redukcję tę zapewniały nowe narzędzia, jak stalowy pług zamiast drewnianego, czy kosa zamiast sierpa. Jednak później widać też trend do zastępowania pracy ludzkiej pracą zwierząt. Liczba roboczogodzin malała, ale liczba „zwierzogodzin” – rosła! Tak właśnie przebiegała rewolucja przemysłowa w rolnictwie. Bez przemysłu i paliw kopalnych. Wysiłek ludzki był w gospodarce zastępowany przez maszyny, bynajmniej początkowo wcale nie parowe, ale znane od stuleci koła wodne, wiatraki i konie – maszyny biologiczne.

Rewolucja przemysłowa polega zatem na stałym, permanentnym wzroście wydajności, czyli produkcji w przeliczeniu na roboczogodzinę. Maszyny parowe, a potem silniki spalinowe i elektryczne, były tylko jednym, początkowo wcale nie najważniejszym, ze sposobów, na jakie ten wzrost wydajności się realizował. Skoro jednak do rewolucji przemysłowej nie były potrzebne absolutnie żadne przełomy technologiczne, czy nowe źródła energii, to dlaczego nie zaszła ona wcześniej? Dlaczego już w XVII, czy nawet w XIII wieku nie budowano coraz wydajniejszych kół wodnych i nie próbowano szerzej zastępować ludzi końmi czy wołami?

Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy zbudować odpowiedni model przedsięwzięcia biznesowego. Model taki nazywany jest modelem NPV (ang Net Present Value) i opiera się na spostrzeżeniu, że wartość kapitału zmienia się w czasie. Każdy z nas, a chęć jest ta szczególnie widoczna u dzieci, wolałby dostać sto złotych raczej dzisiaj niż za miesiąc, a zapłacić – przeciwnie. Szybkość utraty wartości kapitału w czasie, którego to zjawiska nie należy mylić z inflacją, czyli ze zmianami w podaży pieniądza, określa wielkość zwana stopą dyskonta, którą dla naszych potrzeb można utożsamić ze średnią stopą procentową w gospodarce, albo, w przypadku gospodarki bezpieniężnej, preferencją czasową. Analiza NPV polega właśnie na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu wszystkich przewidywalnych w przyszłości przepływów finansowych, zarówno wpływów, jak i wydatków, do obecnej wartości kapitału, a następnie zsumowaniu ich. Uzyskana wielkość, czyli NPV, określa bieżącą wartość przedsięwzięcia.

Załóżmy, że żyjemy w czasach preindustrialnych i prowadzimy jakiś biznes, np. warsztat szewski, kuźnię lub garbarnię. Roczny zysk, po odliczeniu wszystkich kosztów, wynosi a jednostek. Zatem NPV naszego biznesu wynosi:

NPV = (a/r)*(1-exp(-r*t))

Gdzie r to właśnie opisana wyżej stopa dyskonta, a t to przewidywany czas prowadzenia biznesu. Czas t zależy od jakości instytucji, czyli rządów i prawa w danym kraju. Jeżeli kraj jest praworządny i wolnorynkowy, a także, co jest bardzo ważne w czasach preindustrialnych, stabilny, wówczas można nawet przyjąć że t dąży do nieskończoności. Jeżeli kraj jest niestabilny, monarchia słaba i nieudolna, a ministrowie skorumpowani, wówczas przewidywany czas t jest odpowiednio krótki, bo nikt nie wie, czy za chwilę kupcy nie zostaną wypędzeni, a ich własność skonfiskowana.

Mamy teraz możliwość wprowadzenia do naszego biznesu innowacji, która dzięki oszczędnościom na kosztach pracy da nam zysk b rocznie. Oczywiste jest, że żeby w ogóle to rozważać, to b musi być większe od a, albo współczynnik q=b/a>1. Jest to warunek konieczny, ale wcale nie wystarczający. Za innowację trzeba przecież zapłacić jakąś kwotę, w wysokości m naszych dotychczasowych rocznych zysków. Zakładając, że mamy idealne instytucje, czyli t dąży do nieskończoności i porównując oba wyniki NPV otrzymamy ostrzejszy warunek

q>1+m*r

Powyższe rozumowanie zakłada, że dana innowacja jest znana i sprawdzona, wiadomo zatem, że będzie działać. Nie zawsze jednak dysponuje się takim luksusem. Każdy wynalazek ktoś musi przecież wymyślić jako pierwszy. Wtedy trzeba przyjąć jakieś prawdopodobieństwo k, że innowacja w ogóle odniesie jakiś pozytywny skutek. Dodatkowo potrzebny jest czas T, zanim dane rozwiązanie uda się pomyślnie wdrożyć. Na poniższym wykresie pokazano graniczne minimalne wartości q zarówno dla innowacji znanych, jak i dla tych, które dopiero trzeba stworzyć. Przyjęto T = 5 lat k = 50% (bardzo wysoki optymizm inwestorów) i stopę procentową r = 20% typową dla czasów preindustrialnych. Pokazano też wpływ złych instytucji (przerywane linie).

Powyżej żółtej górnej linii następuje postęp technologiczny i inwestuje się w innowacje. Pomiędzy liniami mamy obszar stagnacji technologicznej. Znane technologie są stosowane, ale nowych się nie wymyśla. Wreszcie poniżej linii niebieskiej, nie opłaca się nawet inwestować w znane usprawnienia i następuje regres technologiczny. Z historii wiadomo, ze cywilizacje preindustrialne, zwane też, od nazwiska ekonomisty, który pierwszy je prawidłowo opisał, maltuzjańskimi, znajdowały się zwykle w środkowej strefie stagnacji technologicznej, a czasami wręcz spadały poniżej dolnej niebieskiej linii i doznawały regresu. Okresy wzmożonej wynalazczości i wzrostu wydajności, wyjście powyżej górnej żółtej linii, zdarzały się stosunkowo rzadko i nie trwały długo. Aby zaś rewolucja przemysłowa mogła wystartować, społeczeństwo musi się znaleźć tam na trwale. Co było przeszkodą? Wbrew wielu popularnym poglądom, nie były to złe instytucje, czyli nieprzewidywalność prowadzenia biznesu. Wiele krajów maltuzjańskich było stabilne przez setki lat. Podatki były niskie, inflacja bliska zeru, bezpieczeństwo osobiste, na skalę epoki, dobrze zabezpieczone a prawa własności bardzo dobrze chronione. Jak widać jednak na naszym wykresie, bezpośredni wpływ instytucji na dynamikę gospodarki preindustrialnej jest w istocie mały. Dobre instytucje pomagają obniżyć wymagany próg opłacalności rozwoju technologicznego, ale tylko w niewielkim stopniu. W przypadku regresu zaś, instytucje w ogóle nie mają żadnego znaczenia. Decydujące są dwa inne czynniki.

Po pierwsze stopa dyskonta r, czyli cena kapitału, była bardzo wysoka. Wszelkie inwestycje kapitałowe były w związku z tym bardzo drogie. Po drugie zaś, w takich cywilizacjach, co zauważył właśnie Thomas Malthus, wzrost gospodarczy zawsze pociąga za sobą, z pewnym opóźnieniem, proporcjonalny wzrost demograficzny. Opóźnienie to powoduje że cena pracy chwilowo rośnie, zatem rosną też korzyści z jej oszczędzania – współczynnik q. Opłaca się wtedy, jak to ekonomiści mówią, substytuować pracę kapitałem i rozpoczyna się okres postępu technicznego. Wkrótce jednak podaż pracowników przyśpiesza, cena pracy spada, współczynnik q maleje i gospodarka pogrąża się w stagnacji, a w skrajnych przypadkach nawet w regresie. Rewolucji przemysłowej jak nie było, tak nie ma.

Widzimy już zatem co do tej rewolucji jest potrzebne. Po pierwsze tani kapitał. Kapitał fizyczny, ale także ludzki, bo do obsługi maszyn potrzebne są większe kompetencje niż do samego przerzucania worków. Im niższe r, tym nasze linie z wykresu nr 2 bardziej przesuwają się w dół i prawdopodobieństwo rozpoczęcia rewolucji rośnie. Jednak nawet darmowy kapitał sam z siebie nie wywoła rewolucji przemysłowej, jeżeli populacja nadal, po maltuzjańsku, będzie rosnąć proporcjonalnie do wzrostu gospodarczego. Na szczęście z pomocą przychodzi nam tu sama natura. Założenie Malthusa, że ludzie przerabiają całe dostępne sobie zasoby na potomstwo, nie do końca jest bowiem spełnione. Zawsze część zasobów będą pochłaniać interakcje międzyosobnicze, co w ekologii nazywane jest konkurencją wewnątrzgatunkową. Wielkość tej części równa jest iloczynowi kwadratu gęstości zaludnienia i pewnej stałej konkurencji c, zależnej od ustroju społeczno-gospodarczego, czyli ponownie od instytucji. Dopóki gęstość zaludnienia jest niska, a stała c niewielka, mechanizm ten jest niewidoczny i populacja zachowuje się w sposób maltuzjański, natomiast kiedy już się uruchomi, powoduje on, że wielkość populacji, a zatem i podaż pracy, nie dogania już wzrostu gospodarczego i rośnie proporcjonalnie jedynie do pierwiastka kwadratowego ze wzrostu gospodarczego (PKB), a nie liniowo, tak jak wcześniej.

Chociaż jakość rządów i prawa, jak wyżej wspomniano, ma niewielki bezpośredni wpływ na pojawienie się rewolucji przemysłowej, to niebagatelny jest jednak ich wpływ pośredni. Dobre instytucje ułatwiają akumulację kapitału i tym samym spadek jego ceny. Przyczyniają się też one zawsze do wzrostu produkcji, co w maltuzjanizmie przekłada się na proporcjonalny wzrost gęstości zaludnienia. Po trzecie dobre instytucje to też wysoka wartość stałej c. Chociaż rewolucja przemysłowa może się zdarzyć nawet przy złych instytucjach, to na pewno dobre prawo znacznie ten proces przyśpiesza.

Nie jest więc przypadkiem, że rewolucja przemysłowa rozpoczęła się w Anglii. Kraju, który, w całej dotychczasowej historii ludzkości miał najniższe stopy procentowe, najwyższy poziom powszechnej alfabetyzacji, najbardziej wydajne rolnictwo, oraz oczywiście najlepsze dostępne wtedy instytucje.

Raz rozpoczęta rewolucja przemysłowa, niczym kosmologiczna inflacja, napędza się dalej sama. Akumulacja kapitału przyśpiesza, zatem stopy procentowe dalej spadają. Podaż pracy rośnie wolniej niż podaż kapitału, zatem cena pracy systematycznie rośnie. Linie na wykresie opadają coraz niżej, jednocześnie rosną potencjalne oszczędności na pracy q. Wydajność rośnie więc wykładniczo. W pewnym momencie w społeczeństwie dochodzi też do tzw. „przejścia demograficznego”, po którym populacja, a zatem i podaż pracy przestaje rosnąć w ogóle. Aż w końcu akumulacja dochodzi do momentu, w którym stopy procentowe spadają blisko zera. Rewolucja przemysłowa się wtedy kończy i powstaje gospodarka i społeczeństwo postindustrialne. Pokazano je na ostatnim wykresie.

Rola instytucji, jakość rządów i prawa, niewielka u zarania rewolucji przemysłowej, w trakcie jej trwania staje się coraz bardziej istotna, aż w końcu, w gospodarce postindustrialnej, rozwijającej się już nie dzięki inwestycjom kapitałowym, ale innowacjom, jest kluczowa. Złe rządy łatwo, znacznie łatwiej niż w czasach preindustrialnych, mogą zatrzymać postęp technologiczny i wprowadzić kraj w tzw. pułapkę średniego dochodu. Rządy bardzo złe, mogą nawet technologię cofnąć, w skrajnych przypadkach wręcz z powrotem do stanu maltuzjańskiego, co możemy dzisiaj zaobserwować, na Kubie czy w Korei płn.

Rewolucja przemysłowa, okres bardzo wysokiej, wykładniczej, dynamiki ekonomicznej, demograficznej i społecznej, wydaje się nam czymś zwyczajnym i codziennym. Jest to jednak złudzenie. W skali historycznej jest to proces przebiegający wręcz błyskawicznie, znacznie szybciej niż oba wcześniejsze zjawiska tego rodzaju. To swoiste przejście fazowe pomiędzy gospodarką maltuzjańską, epoką biedy i stałego, choć nie stabilnego, poziomu przeciętnego dochodu, a gospodarką postindustrialną, wysokiego przeciętnego dochodu, której jednak wszystkich reguł, do końca jeszcze nie poznaliśmy, ale która zapewne będzie istnieć przez kolejne dziesiątki i setki tysięcy lat.

Granice Atlantydy

Żyjący na przełomie V i IV w p.n.e. ateński filozof Platon, jest obecnie, niezależnie od całej swojej bogatej spuścizny intelektualnej, najbardziej znany jako autor mitu o Atlantydzie. Atlantyda, według Platona, miała być, położonym na wielkiej, znacznie większej niż np. Wielka Brytania, wyspie, zaawansowanym cywilizacyjnie imperium, które panowało również nad innymi wyspami i częściami lądu stałego i próbowało podbić zbrojnie także wschodnią część basenu Morza Śródziemnego, skąd zostało jednak odparte przez ówczesnych praateńczyków, przodków Platona. W jakiś czas później, wyspa i całe imperium Atlantydy miały zostać zniszczone w wielkiej katastrofie, potopie połączonym z wybuchami wulkanów i trzęsieniami ziemi. Wszystko to miało się wydarzyć, licząc według współczesnego kalendarza, w okolicach 10 tysiąclecia p.n.e. Jak zadeklarował sam Platon, jego wiedza na ten temat miałaby pochodzić z rodzinnej tradycji ustnej, sięgającej wstecz czasów Solona, ateńskiego polityka żyjącego około dwustu lat przed Platonem. Sam Solon z kolei, miał otrzymać te sensacyjne informacje od egipskich kapłanów w mieście Sais, podczas swojej podróży do kraju nad Nilem.

Od czasów Platona, temat Atlantydy zaczął żyć własnym życiem, ściągając na siebie uwagę i inspirując nakierowane na odnalezienie śladów tej mitycznej cywilizacji, daremne, jak do tej pory, wysiłki przeróżnych bardziej, lub, znacznie częściej, mniej poważnych badaczy.

Mniej poważnych, ponieważ jest dzisiaj oczywiste, że, gdyby trzymać się literalnie opisu Platona, to jego Atlantyda nie mogłaby istnieć. Imperium atlantydzkie byłoby porównywalne wielkością swojego terytorium z imperium rzymskim, a pod względem gęstości zaludnienia znacznie by je przewyższało. I wszystko to w 10 tysiącleciu przed naszą erą, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia. Gdyby takie gigantyczne i zaawansowane technologicznie na poziomie przynajmniej epoki brązu, imperium wtedy istniało, pozostałoby po nim wystarczająco wiele śladów archeologicznych, aby można było je dzisiaj znaleźć i prawidłowo zinterpretować. Nawet gdyby Atlantydę zniszczyła jakaś gigantyczna katastrofa naturalna, to zachowałyby się pozostałości takiego wydarzenia, np. krater meteorytowy. W miejscu, skąd, jak sam deklarował, Platon zaczerpnął swoją wiedzę na ten temat, czyli w Egipcie, również, mimo stuleci prowadzonych w tym kraju prac wykopaliskowych, nie natrafiono na najmniejszą nawet wzmiankę o tak rozległej i rozwiniętej, cywilizacji, zniszczonej przez jakąś katastrofę dziewięć tysięcy lat przed naszą erą.

Nie oznacza to jednak, że nie znaleziono nic w ogóle. Zachowały się w Egipcie do dzisiaj, a zatem tym bardziej mogły być dostępne w czasach Solona i Platona, wzmianki o niesłychanie rozwiniętej cywilizacji, panującej w zamierzchłej przeszłości nad dużą wyspą i innymi wyspami i częściami lądu stałego. Cywilizacji, która prawdopodobnie toczyła jakieś spory, w tym i zbrojne, z przodkami Hellenów i która ostatecznie została zniszczona przez wielki kataklizm, konkretnie wybuch wulkanu. Kłopot w tym, że bynajmniej nie była to platońska Atlantyda. Już dawno, zajmujący się tym zagadnieniem badacze, zauważyli bowiem, że gdyby wszystkie opisujące Atlantydę dane liczbowe zawarte w dziełach Platona podzielić przez czynnik dziesięć, to nagle wszystkie elementy tej układanki trafiają we właściwe miejsca. Dokładnie opisuje wtedy Platon tzw. cywilizację minojską, która rozwijała się na Krecie, innych okolicznych wyspach i częściach lądu stałego, w epoce brązu, została zdewastowana przez gigantyczny wybuch wulkanu na wyspie Thera, dzisiaj zwanej Santorynem, w XVII/XVI wieku p.n.e., a następnie uległa najazdowi Achajów – przodków Greków, którzy stworzyli tzw. kulturę mykeńską. Pasuje tu, zarówno, zmniejszona dziesięciokrotnie, platońska geografia, jak i chronologia, skoro działo się to nie dziewięć tysięcy, ale dziewięćset lat „temu”, czyli przed czasami Solona.

Zgodność ta jest na tyle duża, że wykreowany przez Platona atlantydzki mit, wydaje się właśnie tu mieć swoje źródło. Wystarczyłoby, żeby Solon, czy też sam Platon, który również przecież podróżował po Egipcie, błędnie zrozumiał podawane przez gospodarzy dane ilościowe, albo, że sami kapłani, chcąc zrobić na greckim turyście odpowiednie wrażenie, je dziesięciokrotnie wyolbrzymili. Tak czy inaczej, mogłoby się wydawać, że historia Atlantydy tu właśnie, w cywilizacji minojskiej w epoce brązu się kończy.

Tymczasem całe fascynujące zagadnienie w tym miejscu się dopiero zaczyna. Odkładając całkowicie na bok Atlantydę wyfantazjowaną przez Platona, można przecież tą hipotezę bardziej uogólnić. Czy istniała kiedyś na Ziemi rozwinięta, znacznie „ponad stan” określony przez nauki historyczne dla swojej epoki, cywilizacja, która później upadła i pozostawiła po sobie tak mało śladów, że do dzisiaj archeolodzy jej nie odkryli?

No cóż, rozwinięta cywilizacja typu „atlantydzkiego”, czyli cywilizacja na poziomie epoki brązu, lub „wyższym” pod koniec ostatniego zlodowacenia nigdy nie istniała. Można mieć taką pewność, nie tylko ze względu na brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Nie mogłaby bowiem ona istnieć nawet teoretycznie. Cywilizacja jako taka, pojawia się bowiem w momencie przejścia od pozyskiwania żywności za pomocą łowiectwa i zbieractwa, co jest formacją zwaną paleolitem, do wytwarzania pożywienia bezpośrednio w ramach gospodarki rolniczej, czyli neolitu. Z tej samej powierzchni rolnictwo jest bowiem w stanie wygenerować o dwa rzędy wielkości więcej kalorii niż łowiectwo i zbieractwo. Społeczności rolników posiadają dzięki temu znacznie większą, niż łowcy zbieracze, gęstość zaludnienia, a co za tym idzie znacznie intensywniejsze kontakty międzygrupowe i międzyosobnicze. Struktury społeczne są zatem znacznie bardziej skomplikowane i pojawiają się ludzie zajmujący się czymś innym niż tylko pozyskiwaniem i przetwórstwem żywności, oraz rozwijają się dalekosiężne sieci wymiany idei, genów i towarów. Społeczności rolnicze, będące, z ekologicznego punktu widzenia, w stanie symbiozy ze swoimi uprawami i hodowlami, różnią się od łowców zbieraczy, ekologicznych drapieżników szczytowych, jeszcze jedną ważną cechą. O ile społeczeństwa paleolitu są stabilne i po największych nawet, innych niż całkowite wymarcie, losowych wstrząsach i zaburzeniach, zawsze wracają do pierwotnego stanu równowagi, o tyle układy symbiotyczne stabilne nie są. W związku z tym cywilizacja rolnicza nie tylko doznaje co jakiś czas, katastrof i upadków, ale przede wszystkim jest zdolna do rozwoju i stopniowego wzrostu złożoności i poziomu cywilizacyjnego. Rozwój ten jednak, chociaż, w porównaniu z paleolitem, błyskawiczny, jest wciąż na tyle powolny, że właściwie niedostrzegalny w skali ludzkiego życia. Od powstania rolnictwa, do pojawienia się miast, pisma, metalurgii, czy dalekosiężnej żeglugi morskiej, tego wszystkiego, czego od „poważnej” Atlantydy byśmy oczekiwali, musi upłynąć przynajmniej kilka tysięcy lat. Jednocześnie powstanie rolnictwa jest możliwe tylko w sprzyjających warunkach klimatycznych, które na Ziemi nastały dopiero z końcem ostatniego glacjału, epoki lodowcowej i początkiem cieplejszego okresu, interglacjału, zwanego holocenem. Rozwinięta cywilizacja atlantydzka musiałaby więc powstać zaraz, najdalej w ciągu kilkuset lat, po ustąpieniu lodowców, a najpewniej nawet przedtem, na co zwyczajnie nie miałaby czasu.

Żadna zatem rozwinięta, miejska cywilizacja u zarania holocenu nie mogłaby istnieć. Aby osiągnąć przynajmniej poziom epoki brązu, społeczności rolnicze musiały przejść długą, trwającą wiele tysiącleci, drogę, dobrze opisaną zarówno przez badania archeologiczne, jak i modele teoretyczne. Tyle właśnie, ile potrzebowała oryginalna epoka brązu. Atlantyda, niezależnie od tego, co konkretnie było inspiracją Platona, nie istniała. Holocen był na to wtedy zbyt młody, a w poprzedzającej go glacjale, powstanie niezbędnego cywilizacji rolnictwa było w ogóle niemożliwe.

Ale czy aby na pewno? Będące warunkiem koniecznym istnienia Atlantydy rolnictwo, nie mogło, co prawda, zostać wynalezione w poprzedzającym holocen glacjale, w Polsce zwanym vistulianem, lub zlodowaceniem północnopolskim. Ale przecież vistulian też nie trwał wiecznie. Poprzedzony był bardzo podobnym do obecnego holocenu, cieplejszym interglacjałem, zwanym eemianem, który przypadł na okres 130-115 tysięcy lat temu. Eemian trwał zatem nawet nieco dłużej niż współczesny nam holocen, był też od niego o 2-3 stopnie cieplejszy. Mimo to, według naszej obecnej wiedzy, żadnej próby, a przynajmniej udanej próby, przejścia do neolitu, wynalezienia rolnictwa i zbudowania cywilizacji wtedy nie podjęto. Ba, eemian, nie tylko nie spowodował rewolucji neolitycznej przed 120 tysiącami lat, że o powstaniu wtedy bardziej złożonej cywilizacji nie wspominać, ale nawet nie znalazł żadnego odbicia w istniejącym wtedy paleolicie. Mimo sporych, większych niż holoceńskie, zmian klimatycznych, a co za tym idzie także zmian zasięgu występowania roślin i zwierząt, które zbierali i na które polowali ówcześni ludzie, ich narzędzia …wcale się nie zmieniły i eemian w paleolitycznych kulturach w ogóle w żaden wyraźny sposób się nie zaznaczył. Skoro holocen spowodował przejście od łowiectwa do rakiet kosmicznych i komputerów, to dlaczego eemian miałby nie spowodować …nic?

Oczywiście, oprócz podobieństw, pomiędzy eemianem i holocenem były również i różnice. Inaczej niż na początku holocenu, w eemianie nasi przodkowie z gatunku Homo sapiens bytowali wyłącznie w Afryce. Jednak najważniejszy holoceński ośrodek powstania rolnictwa, bliskowschodni, położony na terenach dzisiejszych Iranu, Iraku, Turcji, Syrii i Izraela, „Żyzny Półksiężyc”, nie był w eemianie bynajmniej bezludny. Zamieszkiwali go przedstawiciele innych gatunków z rodzaju Homo, z których najlepiej poznanym i zbadanym jest Homo neanderthalensis, zwany neandertalczykiem.

Kultura neandertalska, zwana mustierską, nie zmieniała się przez setki tysięcy lat, nie reagując na nadejście i odejście kolejnych glacjałów i interglacjałów, nie wykazując też żadnych lokalnych wariacji i regionalizmów. Niemniej, kultura współczesnych neandertalczykom Homo sapiens długo nie zmieniała się również. Stałość i niezmienność społeczeństw paleolitycznych, neandertalskich tak samo jak ludzkich, jest, jak już autor wspomniał, wymuszona przez samą przyrodę i potrzeba bardzo silnych bodźców, żeby ten stan równowagi opuścić. Wreszcie, chociaż neandertalczycy długo nie wprowadzali w swoim trybie życia żadnych zmian, w końcu jednak, tuż przed swoim ostatecznym wymarciem, zaczęli to robić, tworząc znacznie bardziej zaawansowaną kulturę szatelperońską. Twierdzenie, że neandertalczycy nie byli zdolni do wynalezienia rolnictwa tylko z powodu własnych ograniczeń intelektualnych, byłoby więc, co najmniej przedwczesne.

Zamieszkujący w eemianie Europę i Azję neandertalczycy, czy ówcześni afrykańscy Homo sapiens, czy też jeszcze inne, słabo do dzisiaj rozpoznane, gatunki rodzaju Homo, mogły zatem w zasadzie przeprowadzić rewolucję neolityczną. Paradoksem jest zatem fakt, że w odróżnieniu od Atlantydy w holocenie, o rząd wielkości starsza Atlantyda w eemianie, teoretycznie byłaby możliwa. Atlantyda eemiańska potyka się jednak o ten sam problem co Atlantyda holoceńska. Brak jakichkolwiek śladów archeologicznych. Oczywiście chodzi tu o znaleziska sprzed ponad stu tysięcy lat, które, z tego właśnie tytułu, będą zawsze dużo mniej liczne i gorzej zachowane niż pozostałości ludzkiej aktywności z czasów holocenu. Niemniej archeologia dysponuje jednak pewną ilością stanowisk z okresu eemianu. Niestety, są to, bez wyjątku, pozostałości kultur łowiecko-zbierackich. Oczywiście nie przesądza to jeszcze o definitywnym nieistnieniu eemiańskiej Atlantydy, ale na pewno znacznie ogranicza jej ewentualne rozmiary, zarówno w sensie geograficznym, jak i cywilizacyjnym właśnie. Gdyby cywilizacja eemiańska osiągnęła stadium rewolucji przemysłowej, w ogóle by nie upadła i istniałaby do dzisiaj. Zapewne przetrwałaby także zlodowacenie, gdyby zdążyła stać się cywilizacją globalną, na poziomie naszego XVI-XVIII wieku. Imperia takie, jak rzymskie, z epoki żelaza, czy brązu, vistulianu by nie przeżyły, ale pozostawiłyby ślady wystarczająco liczne i wyraźne, żeby zostać do tej pory znalezione.

Górną granicą eemiańskiej Atlantydy, maksymalnym poziomem rozwoju, jaki mogła osiągnąć, zanim powracające lodowce starły ją z powierzchni planety, jest zatem późny neolit, odpowiednik Sumeru, egipskiego Starego Państwa, amerykańskich Majów, czy Inków. To i tak bardzo dużo. Istniałyby już miasta, pismo, a nawet tak imponujące zabytki jak egipskie piramidy IV dynastii. Mogłyby też one nadal pozostawać nieodkryte, bo przez ponad sto tysięcy lat zerodowałyby do tego stopnia, że nie odróżniałyby się już od pagórków powstałych w sposób naturalny. Teoretycznie jednak, pomieszczenia wewnątrz takich piramid, mogłyby przechować swoją zawartość w miarę nienaruszoną, aż do dzisiaj. W wersji maksymalnej, to mogłoby być nawet całe kompletne archiwum, które, pewna już, w obliczu stale pogarszającego się klimatu, swojego końca, ta zapomniana cywilizacja mogłaby chcieć po sobie zostawić.

Prawdopodobieństwo jednak tak fenomenalnego odkrycia, jest zbyt znikome, aby opierać na nim jakiś poważny program badawczy. Nagroda jest, co prawda, oszałamiająco wielka, ale szansa na jej otrzymanie, tak mikroskopijna, że ich iloczynu, czyli wartości oczekiwanej, nie warto nawet brać pod uwagę. Na szczęście jest inny, bardziej obiecujący, sposób znalezienia jakichś śladów Atlantydy.

Samo powstanie cywilizacji jest przecież, jak już autor wyżej wspominał, konsekwencją wynalezienia rolnictwa i w eemianie nie mogło być inaczej, czy ówczesna Atlantyda byłaby ludzka, stworzona przez Homo sapiens, czy nieludzka, neandertalska, czy denisowiańska. Poszukiwanie śladów eemiańskiego rolnictwa, miałoby, co prawda i tak niewielkie szanse na sukces, ale zawsze byłyby to szanse o rzędy wielkości większe niż szanse na odkrycie zabytków eemiańskiej architektury czy nawet piśmiennictwa.

Zagłada eemiańskiej Atlantydy byłaby bezpośrednio spowodowana oczywiście upadkiem atlantydzkiego rolnictwa, zatem nie można oczekiwać, że jakiś atlantydzki udomowiony gatunek zboża, czy grochu istniałby w niezmienionej formie do dzisiaj. Odmiany uprawne, nawet jeżeli w ogóle przeżyły vistulian, to na pewno wtórnie zdziczały. Zawsze jednak powinny pozostać po takim ewolucyjnym incydencie jakieś ślady, choćby w genomie tych roślin. Pewne światło na tą tajemnicę może rzucić fakt, że (powtórne?) powstanie rolnictwa w holocenie było na terenie Żyznego Półksiężyca wręcz błyskawiczne i nastąpiło zaraz po ustąpieniu lodowców i ociepleniu klimatu. Gdyby pierwsze uprawiane tam gatunki, zwłaszcza pszenica i jęczmień były potomkami roślin żmudnie wyhodowanych w eemianie przez Atlantów, nie stanowiłoby to niespodzianki. Tłumaczyłoby to też, przynajmniej do pewnego stopnia, dlaczego cywilizacja eemiańska, jeżeli w ogóle powstała, to nie zdążyła się rozwinąć przed końcem interglacjału w stopniu, który uchroniłby ją przed upadkiem. Udomowienie koniecznych upraw trwało po prostu zbyt długo. Podobne zjawisko zaszło przecież w holoceńskiej Ameryce, gdzie również cywilizacja, z powodu bardzo czasochłonnego udomawiania kolejnych gatunków, nie zdołała nigdy samodzielnie osiągnąć więcej, niż późny neolit i gdyby tylko ona istniała na planecie, upadłaby zapewne wraz z nadejściem kolejnego glacjału.

Zostaniecie zasymilowani

Spoglądając na ziemski globus, można zauważyć, że masy lądowe na naszej planecie są rozłożone bardzo nierównomiernie. Większość kontynentów grupuje się w tzw. wyspie świata, obejmującej Europę, Azję i Afrykę. Obszar ten nazywany jest też Starym Światem. Ale obok świata starego istnieje na Ziemi i Świat Nowy. To Ameryki północna i południowa, oddzielone od wyspy świata przez rozległe oceany. Ten geograficzny fenomen miał w ludzkiej historii bardzo ważkie konsekwencje. Na początku holocenu, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia, zarówno w Starym, jak i w Nowym Świecie nastąpiła rewolucja neolityczna. Przejście od łowiecko-zbierackiego trybu życia do rolnictwa, wyrwanie ludzkości z naturalnego ekologicznie stanu dzikości i rozpoczęcia tym samym budowy kultury i cywilizacji. Od razu jednak między oboma światami zaznaczyły się spore różnice. Cywilizacje Nowego Świata powstały później i rozwijały się wolniej niż te ze starego. W roku 1500, kiedy to oba światy zostały w końcu połączone, świat nowy nie znał jeszcze koła, ani metalurgii i znajdował się z grubsza na poziomie, jaki świat stary osiągnął już ponad cztery tysiąclecia wcześniej, w czasach Starego Państwa w Egipcie, czy mezopotamskiego Sumeru. Przyczynami tego opóźnienia były przede wszystkim dwukrotnie mniejsze, w porównaniu z wyspą świata, rozmiary Ameryk, oraz ich południkowa rozciągłość na osi północ-południe, co bardzo utrudniało wzajemną wymianę ludzi, idei i towarów. Do momentu przybycia konkwistadorów, dwa najważniejsze amerykańskie ośrodki cywilizacyjne, andyjski i mezoamerykański, w ogóle nie wiedziały nawet jeszcze nawzajem o swoim istnieniu.

Amerykańskie cywilizacje prekolumbijskie są pod wieloma względami zadziwiająco podobne do swoich „chronologicznych” odpowiedników ze Starego Świata, pod innymi zaś, przeraźliwie obce i wręcz przerażające w swojej pogardzie dla życia i upodobaniu do przemocy. Przyczyną owej, posuniętej wręcz do skrajnego bestialstwa, brutalności kultur prekolumbijskich było nie tylko ich zapóźnienie w rozwoju. Jedną z istotnych różnic, pomiędzy Starym, a Nowym Światem, był także brak w tym drugim, hodowlanych zwierząt, odpowiedników kóz, owiec, krów, świń, czy koni. W konsekwencji, w Ameryce rolę, jaką na wyspie świata odgrywały udomowione zwierzęta, przejęli …ludzie. W Mezoameryce prowadzono nawet tzw. wojny kwietne, których jedynym celem było wzięcie jeńców, złożenie ich w ofierze bogom i …skonsumowanie. Drugi, andyjski amerykański ośrodek cywilizacyjny, miał już jakieś zwierzęta do dyspozycji, zatem poziom brutalności był tam niższy. Ale niewiele niższy. Inkowie swoich poddanych, co prawda, nie traktowali w kategorii pokarmu, zwierząt rzeźnych ale już jako robocze woły, czy konie, jak najbardziej.

Amerykański eksperyment jest zatem fascynujący, zarówno ze względu na podobieństwa, jak i na różnice między cywilizacjami, które rozwijały się w prawie całkowitej izolacji od siebie. Jeszcze bardziej pouczający jest ostateczny rezultat ich wzajemnego kontaktu, kiedy w końcu do niego doszło. Cywilizacja ze Starego Świata, wyżej rozwinięta, cywilizacje nowoświatowe  …zasymilowała, czyli dosłownie zmiotła je z powierzchni ziemi. Amerykańskie imperia, zdolne wystawić do boju dziesiątki tysięcy doświadczonych wojowników, zostały rozgromione i padły w dosłownie kilku bitwach z, nawet nie zawodowym wojskiem, ale nieregularnymi bandami, przeciwnikiem kilkaset razy (!!!) słabszym liczebnie. Przywiezione ze Starego Świata patogeny urządziły zaś wśród nieodpornych na nie amerykańskich tubylców, prawdziwą rzeź. W ciągu kilku pokoleń, pierwotna, prekolumbijska populacja Ameryk zmalała nawet o ponad 90%. Dzisiaj na kontynencie tym dominują europejskie i w mniejszym stopniu afrykańskie religie, europejskie języki, a nawet europejskie i afrykańskie geny. Szok kulturowy wywołany wzajemnym kontaktem cywilizacji na różnym szczeblu rozwoju, dla słabszej z nich, mimo że i ona potrafiła zwycięzcę boleśnie ukąsić syfilisem, okazał się zabójczy. Podobny przebieg miała też kolonizacja Australii. Pierwotne społeczności tego kontynentu były jeszcze bardziej od amerykańskich prymitywne. Nie wytworzyły nawet jeszcze cywilizacji i nadal pozostawały przy łowiectwie i zbieractwie. Podobnie jednak jak te amerykańskie, doszły na skraj biologicznej zagłady, a na Tasmanii, nawet go przekroczyły. Z nużącą regularnością podobne historie pierwszych kontaktów powtarzały się w dziejach na okrągło. Ekspansja austronezyjskich rolników z dzisiejszych południowych Chin doprowadziła do eksterminacji prawie całej pierwotnej łowiecko zbierackiej populacji dzisiejszych Filipin i Indonezji. Rolnicy Bantu w środkowej Afryce wytępili większości plemion Pigmejów i Khoi-san. I tak raz za razem.

Powtarzalność tych przygnębiających procesów sugerowałaby, że mamy do czynienia z jakimś prawem natury. Czy rzeczywiście?

Całe dzieje ludzkości można podzielić na trzy fazy. Pierwszą był paleolit, czasy gospodarki łowiecko-zbierackiej, obejmujące, w zależności od tego jak zdefiniuje się ludzkość, od 95%, do 99,5% tych dziejów, zakończony tzw. rewolucją neolityczną i powstaniem rolnictwa. Potem nastąpiła cywilizacja rolnicza, zwana też, od nazwiska ekonomisty, który pierwszy ją prawidłowo opisał, maltuzjańska, której kres przyniosła, nadal jeszcze w skali świata trwająca, rewolucja przemysłowa. Trzeci etap właśnie teraz powoli się wyłania, w miarę jak rewolucja przemysłowa zmierza do swojego końca, który nastąpi gdzieś na przełomie XXI i XXII wieku. Patrząc z ekologicznego punktu widzenia, społeczności paleolityczne, łowiecko zbierackie, odgrywają w ekosystemie rolę tzw. drapieżników szczytowych, niczym lwy, wilki, lub rekiny. Wraz z nadejściem neolitu i powstaniem rolnictwa, ludzie jednak przestają być drapieżnikami, a z uprawianymi przez siebie roślinami i hodowanymi zwierzętami wchodzą w układ symbiotyczny. Jest to olbrzymia zmiana, zarówno ilościowa, bo z takiej samej powierzchni rolnicy mogą otrzymać nawet stukrotnie więcej pożywienia niż łowcy zbieracze, jak i jakościowa.

O ile bowiem ekologiczny układ drapieżnik – ofiara jest układem stabilnym, który, niezależnie od warunków początkowych, zawsze dąży do określonego stanu równowagi, o tyle rozwiązania modelu matematycznego opisujące symbiozę, są z natury niestabilne, a ta niestabilność jest tym większa, im większa jest korzyść z symbiozy osiągana przez gatunki symbiotyczne. W konsekwencji społeczeństwa rolnicze, inaczej niż łowiecko-zbierackie, również są niestabilne. Tym bardziej im wyższy poziom rozwoju osiągną. Dzięki temu mogą się zmieniać i rozwijać w tempie niewyobrażalnym dla paleolitycznych łowców zbieraczy.

Cywilizacje rolnicze, maltuzjańskie, o czym już była mowa przy okazji amerykańskich cywilizacji prekolumbijskich, pod wieloma względami są zaskakująco podobne do siebie, pod innymi zaś różnią się zasadniczo, Jako swoiste symbiotyczne kompleksy ludzi i ich upraw rolnych, są kształtowane przez swoją bazę biologiczną i geograficzną. Skład gatunkowy swoich upraw i hodowli, lokalne warunki klimatyczne i glebowe, poziom opadów, etc.. Ostatecznie zatem każda taka cywilizacja wytwarza też dość wyraźnie wyodrębnioną i oryginalną kulturę. Takie wzajemnie powiązane systemy symbiotyczne można w ekologii traktować jako osobne gatunki (np. porosty są właśnie takimi pseudogatunkami). Ponieważ w takiej cywilizacji rolniczej podstawowym środkiem produkcji jest ziemia, rozumiana w sensie ekonomicznym, czyli nie tylko dosłownie, jako ziemia uprawna, ale również np. surowce mineralne, to z ekologicznego punktu widzenia, gatunki – cywilizacje, zajmują tą samą niszę ekologiczną.

A wtedy, prawa przyrody są tu bezlitosne, muszą cywilizacje między sobą konkurować. Taką konkurencję międzycywilizacyjną (międzygatunkową) również można opisać za pomocą odpowiedniego modelu matematycznego. Natężenie takiej wzajemnej konkurencji określają w nim dwa parametry. Wpływ (negatywny, rzecz jasna) cywilizacji 2 na cywilizację 1, – parametr a oraz wpływ cywilizacji 2 na cywilizację 1 – parametr b . Różnica w wysokości tych współczynników odzwierciedla różnicę w wydajności, z jaką obie konkurujące cywilizacje przetwarzają dostępne zasoby na liczebność swoich populacji. Realnie odpowiada to różnicy w wydajności gospodarczej z hektara powierzchni, co w cywilizacji preindustrialnej przekłada się wprost, liniowo, na gęstość zaludnienia.

Jeżeli wzajemna konkurencja jest słaba, co matematycznie oznacza, że oba te współczynniki są mniejsze od jedności (a<1, b<1), wówczas ustala się stan równowagi, w którym obie cywilizację mogą stabilnie, (co niekoniecznie oznacza że pokojowo!) współistnieć. Dzieje się tak wtedy, kiedy, albo te społeczności są na zbliżonym poziomie rozwoju, albo wtedy, kiedy ich uprawy są na tyle różne od siebie, że ich nisze ekologiczne zachodzą na siebie w niewielkim stopniu. Historycznie taka równowaga panowała np. pomiędzy wędrującymi pasterzami z Wielkiego Stepu Eurazji, a sąsiadującymi z nimi od wschodu i zachodu osiadłymi cywilizacjami rolniczymi. Równowaga naznaczona wieloma wojnami, najazdami i podbojami, ale równowaga w miarę trwała, zakończona dopiero wprowadzeniem do użytku broni palnej, która pozwoliła osiadłym rolnikom na stopniowe zasymilowanie nomadycznej cywilizacji stepowej.

Kiedy zaś różnica w wydajności produkcji jest duża, a w wymaganiach klimatyczno-glebowych niewielka, siła konkurencji ze strony cywilizacji bardziej zaawansowanej jest większa od jedności. Wtedy los słabszego rywala jest matematycznie przesądzony. Niezależnie od warunków początkowych, czyli liczebności i zasięgu geograficznego obu konkurentów, słabszy z nich musi zniknąć. W jeszcze gorszej sytuacji znajdują się łowcy-zbieracze. Ich wydajność ekonomiczna, w porównaniu z nawet stosunkowo prymitywnym rolnictwem, jest bardzo słaba. Dla rolników są oni więc nawet nie konkurencją, ale po prostu szkodnikami, takimi jak porywające owce wilki i tak samo, jak wilki, są traktowani, z regulacją populacji przez odstrzał włącznie. Cywilizacja rolnicza może tolerować łowców-zbieraczy wyłącznie na terenach, które są dla niej rolniczo bezużyteczne, jak resztki Pigmejów w równikowej dżungli, czy Buszmenów-San na pustyni Kalahari.

Jeszcze ciekawszy efekt nastąpi, kiedy oba współczynniki konkurencji będą większe od 1 (a>1, b>1). Wtedy cywilizacja słabiej rozwinięta, czyli gorzej dostosowana do lokalnych warunków przyrodniczych, może się obronić przed inwazją cywilizacji lepiej dostosowanej, pod warunkiem, że inwazja tej ostatniej nie będzie zbyt silna i nie przekroczy pewnej wielkości krytycznej zależnej od wysokości współczynników a i b. Dokładnie Nkr = (1-a)/(1-a*b). Na poniższym wykresie pokazano „zasiedziałą” w danym środowisku cywilizację N1 i lepiej do środowiska dostosowaną, mającą dużo niższy poziom krytyczny, ale napływową cywilizację N2.

Dopóki inwazje cywilizacji N2 są odpowiednio słabe (pojedyncze linie), pomimo przewagi konkurencyjnej pozostają one nieskuteczne. Dopiero odpowiednio zmasowana inwazja, przekraczająca swoją liczebnością poziom krytyczny, (podwójne linie) może przynieść trwały skutek. W dziejach rywalizacji osiadłych rolników (N1) z pasterzami ze stepów (N2), mamy wiec do czynienia z obszarami, pokrywającymi się mniej więcej ze strefą leśną, na których zdecydowaną przewagę mają rolnicy (a<1, b>1), z typowymi stepami, gdzie rządzą koczowniczy pasterze (a>1, b<1), oraz ze strefą przejściową (lasostep), gdzie historycznie albo kwitły cywilizacje rolnicze, albo na ich gruzach koczowali pasterze, jak to bywało na terenach dzisiejszej południowej i wschodniej Ukrainy. Tam właśnie zachodziła nierówność (a>1, b>1). Skonstruowanie broni palnej, jak już autor wspominał, oznaczało zaś kres tej chwiejnej równowagi. Współczynniki przyjęły, nie tylko dla lasu, ale i dla stepu wielkości (a<1, b>1) i nomadyczni pasterze zostali stopniowo zasymilowani.

Ponieważ jednak ów rolniczy mutualizm, wzajemna symbioza rolników i ich upraw, ma charakter kulturowy, a nie, jak to się zwykle w przyrodzie dzieje, genetyczny, w układzie tym występuje jeszcze jeden dodatkowy stopień swobody. Poszczególne cywilizacje, inaczej niż porosty, mogą się bez problemu wymieniać technologiami, uprawianymi roślinami i hodowanymi zwierzętami. Mogą się wymieniać także ludźmi i przedstawiciele skazanej na zagładę cywilizacji, jako oddzielne jednostki, mogą ujść przeznaczeniu, przyłączając się po prostu do zwycięzców, przejmując ich zwyczaje, idee, czy w skrajnym przypadku, także język. Z ich rodzimej kultury mało jednak wtedy zostaje. Cywilizacja niżej rozwinięta, traktowana jako swoisty kompleks symbiotyczny między ludźmi, a ich uprawami i hodowlami, tak czy owak, znika, nawet jeżeli sam jej ludzki komponent zdoła takie zderzenie przeżyć. Tym bardziej, kiedy nie zdoła. Asymilacja słabszych cywilizacji może przebiegać w sposób mniej lub bardziej brutalny, ale zajdzie nieuchronnie. W Ameryce katoliccy misjonarze dokonali tytanicznej wręcz pracy, aby zapewnić jak najłagodniejszy przebieg tego procesu, ale rezultaty tego wysiłku były bardzo ograniczone. Cywilizacje rolnicze, preindustrialne, niezależnie od ich poziomu rozwoju, cechuje bowiem stały, niski, poziom przeciętnego dobrobytu, zwany właśnie, od nazwiska wspomnianego już badacza, pułapką maltuzjańską. Równocześnie konkurują one głównie o zasoby (ziemię i surowce) o stałej, doskonale nieelastycznej, podaży. Toczy się więc w ich obrębie gra o sumie zerowej, w której możliwa nagroda za zwycięstwo przewyższa swoją wartością potencjalne konsekwencje porażki, czasami nawet, jak w przypadku konkwisty Ameryki, przewyższa bardzo znacznie. W tych warunkach, teoria gier, a konkretnie rozwiązanie tzw. gry w jastrzębia i gołębia, przewiduje dominacje strategii agresywnych. Cywilizacje maltuzjańskie zatem, z samej swojej natury, są brutalne i wojownicze, a po przemoc sięgają często i chętnie.

Odwołując się do opisanego wyżej procesu, pojawiły się i niestety odniosły nawet przejściowe sukcesy, ideologie i ruchy polityczne, twierdzące, że w takich okolicznościach przyrody, ktoś, kto akurat jest silniejszy, ma po prostu naturalne prawo do eksterminacji i usunięcia tych słabszych, jeżeli tylko stoją ci słabsi jakoś na przeszkodzie postępowi. Z drugiej strony zaś, wielu myślicieli, ostrzegało, że jeżeli kiedykolwiek napotkamy jakąś wyżej od nas rozwiniętą pozaziemską cywilizację, to będzie to coś na kształt Borga z uniwersum „Star Treka” i potraktuje nas ona tak samo, jak XVI wieczni Hiszpanie potraktowali Azteków i Inków, a Murzyni Bantu łowców-zbieraczy Khoi-san.

Jednak wszystkie te wnioski byłyby grubo przedwczesne. Opisane wyżej przykłady nie wyczerpują przecież całej historycznej puli pierwszych kontaktów cywilizacji na bardzo różnych szczeblach rozwoju.

Amerykański zoolog Richard Archbold, nie cieszy się taką sławą, jak Kolumb, Magellan, czy Cook. Najzupełniej niesłusznie, ponieważ to właśnie on został ostatnim na Ziemi odkrywcą nieznanej, wcześniej od świata odizolowanej, cywilizacji. Cywilizacji może i prymitywnej, bez miast, pisma, metali i koła, może i miniaturowej, obejmującej populację mniejszą niż sto tysięcy osób, ale jak najbardziej prawdziwej. Takiej, która przeszła już rewolucję neolityczną i wynalazła rolnictwo. Odkrycie to miało miejsce w roku …1938. To nie pomyłka drukarska, ani literówka. Rok później Europę ogarnęła II wojna światowa. Cywilizacja, o której mowa, mieściła się na ukrytych między górami Nowej Gwinei dolinach, prawdziwych górskich wyspach, otoczonych ze wszystkich stron przez bezlitosną, a równocześnie przeraźliwie dla człowieka jałową, dżunglę. Odcięta była ta ostatnia cywilizacja nawet od nowogwinejskich wybrzeży, penetrowanych przecież przez Europejczyków od setek lat. Można zresztą pisać nawet o cywilizacjach w liczbie mnogiej, bo poszczególne wyspy – doliny były też odseparowane od siebie nawzajem, i odkrywano je stopniowo od 1930 do właśnie 1938 roku. Historia tego ostatniego pierwszego kontaktu jest fascynująca sama w sobie, a czytelników bliżej zainteresowanych tym tematem odsyła autor do książki Jareda Diamonda „Trzeci szympans”. Jednak najbardziej dla naszych rozważań istotny jest jego ostateczny rezultat. Otóż …nic specjalnego się nie stało. Papuascy górale nie zostali wymordowani, ani wypędzeni. Ich żyznych wysp- dolin nie zalała fala, wydzierających im ziemię, osadników. Ani Australia, ani Holandia, które kontrolowały wtedy Nową Gwineę, nie wysłały przeciwko nim wojskowych ekspedycji pacyfikacyjnych. W ogóle ingerencja rządów w życie nowych podopiecznych ograniczyła się do zakazu najbardziej ekstremalnych miejscowych zwyczajów, jak ludożerstwo i wojny międzyplemienne. Cywilizacja papuaska zintegrowała i zasymilowała się z cywilizacją globalną, bez jakichś wielkich wstrząsów i tragedii i w tej formie istnieje do dzisiaj.

Jak się zatem okazuje, rezultaty pierwszego międzycywilizacyjnego kontaktu, inaczej niż by to wyglądało na pierwszy rzut oka, nie do końca zależą od różnicy poziomu rozwoju cywilizacji, które w nich uczestniczą. Od czego zatem? Dlaczego na początku XIX wieku Australijczycy dokonali masowego ludobójstwa australijskich Aborygenów, a ledwo sto lat później, ich prawnukowie, w analogicznej sytuacji, żadnej krzywdy Papuasom nie uczynili? Przypadkiem pośrednim może być europejska kolonizacja Afryki w drugiej połowie XIX wieku, która przyniosła tamtejszym społeczeństwom wiele strat, ale i ostatecznie i wiele korzyści z zakończeniem wojen międzyplemiennych, muzułmańskiego handlu niewolnikami i stworzeniu państw narodowych włącznie.

Kluczową różnicą pomiędzy odkryciem Ameryki, a odkryciem nowogwinejskich płaskowyżów, nie była różnica w poziomie rozwoju stron pierwszego kontaktu. Różnica tkwiła w poziomie cywilizacji bardziej rozwiniętej. W XVI wieku była to, mimo swojej wielkiej przewagi, cywilizacja nadal maltuzjańska, feudalna. W XX wieku już nie. Australijczycy i Holendrzy już dawno znajdowali się w fazie rewolucji przemysłowej i ich społeczeństwa nie były już maltuzjańskie. Podstawowym środkiem produkcji przestała być ziemia, a stał się nim kapitał. Gospodarka feudalna przekształciła się więc już w gospodarkę kapitalistyczną, którą cechuje zupełnie inna dynamika. Ziemia uprawiana przez Papuasów nie była już tak atrakcyjna jak tereny łowieckie Aborygenów zaledwie sto lat wcześniej. Znacznie atrakcyjniej prezentowali się sami Papuasi. Jako potencjalni konsumenci, producenci, pracownicy, wspólnicy i partnerzy handlowi w gospodarce kapitalistycznej. Ze względu na to, że kapitał ulega akumulacji i sam się wytwarza, gospodarka kapitalistyczna nie jest już grą o sumie zerowej. Ze wzajemnej współpracy ekonomicznej osiąga się większe korzyści niż z rywalizacji. Bardziej opłacalne jest dać Papuasom sadzonki kawy, nauczyć ich tej uprawy, a potem kupować od nich plon, a w zamian sprzedawać im inne towary, niż próbować ich podbić, zniewolić, czy eksterminować. Ponadto, znów przeciwnie niż w maltuzjanizmie, wzrost demograficzny w kapitalizmie jest trwale niższy niż wzrost gospodarczy. W związku z tym ogólny poziom dobrobytu, mierzony PKB per capita sukcesywnie wzrasta. Wszyscy mają coraz więcej do stracenia, zatem następuje zjawisko nazwane przez Stevena Pinkera „zmierzchem przemocy”. Wzajemne stosunki zarówno pomiędzy jednostkami, jak i zbiorowościami, stają się coraz bardziej pokojowe. Nawet w grach o sumie zerowej, strategie agresywne ustępują pola tzw. strategiom legalistycznym, odwołującym się do obiektywnych reguł prawa własności.

Wspomniane wyżej ideologie, które postulowały konieczność usuwania jednostek, czy całych populacji stojących na drodze rzekomego postępu, dowiodły też swojej jawnej fałszywości, same zostając przez równania teorii gier usunięte z istniejącej puli ustrojowej. Zresztą nie tylko one. O ile bazujące na ziemi, jako najważniejszym środku produkcji, cywilizacje maltuzjańskie mogą być stosunkowo zróżnicowane kulturowo, o tyle nie dotyczy to globalnej cywilizacji kapitalistycznej. Kapitał nie zależy od warunków naturalnych i wszędzie jest taki sam. Zatem istnieje tylko jeden optymalny, najbardziej wydajny, ustrój społeczno-gospodarczy, w którym pomnażanie kapitału jest najbardziej efektywne. W sposób nieunikniony zatem poszczególne kraje i regiony, kiedy wejdą już w fazę rewolucji przemysłowej, zaczynają się do siebie upodabniać. W wyniku tej trwającej nawet i pokolenia, ale niepowstrzymanej konwergencji powstaje więc, pod koniec rewolucji przemysłowej, jedna globalna, zunifikowana na poziomie ekonomicznym i w konsekwencji również kulturowym, cywilizacja.

Z końcem rewolucji przemysłowej, wskutek postępującej akumulacji, wartość kapitału mierzona stopą zwrotu, spada do tak niskich poziomów, że również kapitał, tak samo jak ziemia, przestaje być podstawowym środkiem produkcji. Dalszy rozwój gospodarczy może się odbywać już tylko wyłącznie poprzez innowacje i wskutek tego, w porównaniu z okresem rewolucji przemysłowej, znacznie zwalnia. Równocześnie, stabilizuje się światowa populacja gatunku Homo sapiens, zatem podaż takich innowacji, jako proporcjonalna do liczby potencjalnych ludzkich wynalazców i innowatorów, równie przestaje rosnąć. Przy stałej podaży innowacji i stale wzrastającym na nie popycie, ich cena musi szybować pod niebiosa. Najważniejszym i najcenniejszym dobrem w takiej postindustrialnej cywilizacji staje się więc każdy człowiek, a podstawowym środkiem produkcji – jego praca. Pinkerowski „zmierzch przemocy” osiąga więc w tym miejscu swoje ekstremum. Jeżeli zatem kiedykolwiek z przestrzeni kosmicznej przybędzie do nas jakaś, mająca już za sobą te wszystkie opisane przejścia fazowe, pozaziemska cywilizacja, to bynajmniej nie będzie ona przypominać Borga, tylko wręcz przeciwnie, będzie w najwyższym stopniu łagodna i etyczna i będzie trząść się nad nami jak nad jajkiem. Będzie Zjednoczoną Federacją Planet, tylko jeszcze bardziej. Asymilacja Ziemi do cywilizacji galaktycznej będzie łatwa, miła i przyjemna.

Powyższy tekst był opublikowany w 116 numerze miesięcznika „UważamRze Historia”

Najpiękniejsza katastrofa

W poprzednim artykule, pt „Pożytki z psychohistorii”, opisano przyczynę klęski rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Przyczyną ową, była próba złamania przez rosyjskiego prezydenta Putina obiektywnych praw rozwoju cywilizacyjnego, zwanych łącznie, przez autora niniejszego eseju, na część amerykańskiego pisarza Isaaca Asimova, „psychohistorią” i opisanych w jego pracy pt. „O niewielości cywilizacji”. Próba zignorowania praw przyrody musi się bowiem zawsze skończyć tak samo żałośnie, niezależnie czy chodzi tu o prawa fizyki, chemii, ekonomii, czy właśnie historii.

Bezpośrednio klęskę Putina spowodowała błędna strategia rozwiązywania konfliktów o stałe, niemożliwe do powiększenia zasoby, zwane w teorii gier, grami o sumie zerowej, czy nawet ujemnej. Psychohistoria bowiem przewiduje, przy obecnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, stabilną dominację w takich konfliktach strategii legalistycznych. Polegają one, z grubsza rzecz ujmując, na przyjmowaniu postawy agresywnej wtedy, kiedy się ma obiektywnie ustalone prawa do jakiegoś zasobu, np. terytorium, a postawy ustępującej, kiedy się takiego prawa nie posiada. Gracze stosujący te strategie, wszelkie konflikty i spory, również terytorialne, konsekwentnie rozwiązują na drodze legalistycznej, badając, także w przeróżnych instytucjach sądowniczych i arbitrażowych, kto z nich ma większe do danego zasobu prawo. Ten kto taki spór prawny przegra, od roszczeń do danego zasobu odstępuje.

Kremlowski dyktator tymczasem, stosował zupełnie inny pakiet strategii, zbiorczo w psychohistorii zwanych pragmatycznymi. Polegają one na tym, że silniejszy gracz po prostu wymusza na słabszym ustępowanie, niezależnie od jakichkolwiek obiektywnych praw do zasobu. A jeżeli słabszy gracz się opiera, to silniejszy go niszczy. Ten typ strategii w polityce międzynarodowej, od biedy sprawdzał się w pierwszej połowie XX wieku, ale w wieku XXI są one kompletnie nieskuteczne, co właśnie na Ukrainie widzimy. Udała się Putinowi pragmatyczna polityka raz, w 2008 roku, kiedy wymusił ustępstwa terytorialne na słabej Gruzji, udała się i drugi raz w 2014, kiedy oderwał od Ukrainy Krym i Donbas. Nie mogła jednak udawać się w nieskończoność.

Takie postawienie sprawy może jednak spowodować u Czytelników pewien niedosyt, można bowiem odnieść wrażenie że Rosja została pokonana przez równania matematyczne. Tymczasem modele matematyczne są właśnie tylko modelami i modelują rzeczywiste, występujące w przyrodzie i społeczeństwie procesy i zjawiska. Zacznijmy tutaj od wyjaśnienia, dlaczego strategie legalistyczne są „lepsze” od strategii pragmatycznych. Nie jest bynajmniej ta „lepszość” bezwzględna i nie zawsze zachodzi. O tym, jakie strategie są w grze o sumie zerowej (i mniejszej od zera) ewolucyjnie stabilne, decydują dwa parametry. Pierwszym jest stosunek sił i tym samym szans na zwycięstwo, spierających się stron, drugim zaś stosunek strat jakich można doznać w przypadku siłowej próby rozwiązania sporu, do możliwych do osiągnięcia zysków, jeżeli taka próba się powiedzie – S. Te dwa parametry tworzą razem dwuwymiarową przestrzeń fazową, zwaną w teorii gier macierzą Hammersteina. Nie wdając się w szczegóły, dla niskich S w społeczeństwie dominują tzw. strategie mścicielskie, reagujące agresją na agresję i ustępstwami na ustępstwa, a dla S wysokich, konkretnie wyższych od 3-4, opisane już strategie legalistyczne. Pomiędzy nimi jednak, znajduje się swoista strefa przejściowa, zwana przez autora psychohistorii „Grzbietem Pragmatyzmu”, gdzie stabilne globalnie są właśnie strategie pragmatyczne. Historycznie w cywilizacji zachodniej odpowiada ona pierwszej połowie XX wieku. Jak wiemy jednak z podręczników historii, nawet wtedy stosowanie strategii pragmatycznych było związane z dużym ryzykiem. Strategie te bowiem wymagają bardzo dokładnej wiedzy, zarówno o sile własnej, jak i pozostałych graczy. W praktyce zaś, zwłaszcza jeżeli różnice między nimi są niewielkie, ustalić to jest bardzo trudno, zwłaszcza, że potencjalny przeciwnik wcale tego procesu nie ułatwia, tylko stara się zrobić wrażenie jak najsilniejszego, żeby skłonić innych do przyjmowania postawy ustępującej. W ten właśnie sposób wybuchła I wojna światowa, bo każda ze stron uważała się za silniejszą i w związku z tym eskalowała konflikt, z założeniem, że „tamci”, jako słabsi, muszą w końcu ustąpić. Ten sam błąd, jak wiemy, popełnił teraz również i to na gigantyczną skalę, moskiewski satrapa, znacznie przeceniając siły rosyjskie i dramatycznie nie doceniając ukraińskich.

Jednak te strukturalne, wewnętrzne wady strategii pragmatycznych, są i tak drobiazgiem, w porównaniu z ich wadą zewnętrzną. W porównaniu z sytuacją sprzed stu lat, dzisiaj bowiem, nawet średnio rozwinięte społeczeństwa, znajdują się w przestrzeni fazowej macierzy Hammersteina w zupełnie innym miejscu, przy dużo wyższych niż w czasach Grzbietu Pragmatyzmu, wartościach S. Ich potencjalne straty w wyniku konfliktu zbrojnego są niebotycznie wyższe niż wtedy. I nie chodzi tylko o bezpośrednią cenę prowadzenia wojny, koszty uzbrojenia i amunicji, zniszczeń wojennych, strat ludzkich i materialnych, bombardowań, czy nawet zbrodni. To, co przede wszystkim podwyższa współczynnik S w porównaniu z Grzbietem Pragmatyzmu, czy tym bardziej z czasami preindustrialnymi, to koszt utraconych korzyści.

Zapoczątkowany pod koniec XVIII wieku, proces społeczno-gospodarczy, zwany, nieco myląca, rewolucją przemysłową doprowadził bowiem do zmiany głównego środka produkcji w gospodarce. W miejsce „ziemi”, czyli, najszerzej rzecz ujmując, zasobów naturalnych, czynnikiem tym stał się kapitał. Kapitał zaś, w odróżnieniu od zasobów naturalnych, potrafi wytwarzać sam siebie, co nazywa się akumulacją i co znalazło wyraz w powiedzeniu „pieniądz rodzi pieniądz”. W miarę akumulacji, podaż kapitału nieustannie rośnie, a tym samym spada jego, wyrażona w średniej stopie zwrotu, cena. W konsekwencji, kapitał aktywnie poszukuje możliwości inwestycji, które mogą dać wyższą od średniej stopę zwrotu. Mogą się one znaleźć w nowych, wcześniej nieistniejących segmentach gospodarki, mogą też w krajach biedniejszych, słabiej nasyconych kapitałem, w których stopa zwrotu jest wyższa niż w krajach zamożniejszych. W konsekwencji nadmiar kapitału zaczyna przepływać z krajów zamożnych do krajów biednych, dopóki stopy procentowe się nie wyrównają. Jednak nie każdy biedniejszy kraj może z tego mechanizmu skorzystać. Oprócz samej różnicy stóp procentowych, równie ważną rolę odgrywa inny czynnik – stabilność prowadzenia biznesu. Cóż bowiem z tego, że potencjalny zysk jest bardzo obiecujący, skoro w danym kraju rządzi niestabilny i nieprzewidywalny reżim, który lada moment może przeprowadzić akcje „unarodowienia” prywatnych inwestycji, albo w kraju grasują bezkarnie uzbrojone bandy i panuje bezprawie. Wbrew temu co twierdził Marks, kapitał nie znosi wojen, dyktatur i przemocy, bo to wszystko destabilizuje warunki do prowadzenia biznesu. W takiej Somalii stopa zwrotu może być olbrzymia, ale jakoś nikogo do inwestowania to nie skłania.

W często używanej w praktyce biznesowej tzw. analizie NPV (ang. Net Present Value), parametrem opisującym ową stabilność biznesową jest przewidywany czas istnienia inwestycji – t. W krajach praworządnych, stabilnych i wolnorynkowych, można przyjąć, że t dąży do nieskończoności. Wtedy o kierunku przepływu kapitału decyduje wyłącznie różnica w wysokości stóp procentowych. Aby jednak kapitał mógł dokonywać akumulacji w kraju niestabilnym, o horyzoncie czasowym t wyraźnie krótszym od nieskończoności, stopy procentowe R w takim kraju muszą być odpowiednio wysokie, dokładnie

R>r/(1-exp(-r*t))

Gdzie r to stopy procentowe w kraju pochodzenia kapitału, a t to wspomniany wyżej oczekiwany okres zwrotu z inwestycji. Rosja nigdy nie była krajem praworządnym i wolnorynkowym i parametr t zawsze był tam wyraźnie krótszy od nieskończoności. Niemniej Rosja była też zawsze krajem bardzo biednym i stopy zwrotu były tam na tyle wysokie, że kapitał tam jakoś napływał. Władimir Putin był traktowany jako złowrogi, ale jakoś tam obliczalny gangster, w interesach z którym, wskazana była daleko posunięta ostrożność, ale były one ostatecznie możliwe do przeprowadzenia. Kolejne rosyjskie agresje stopniowo czas t skracały i sytuacja gospodarcza Rosji systematycznie się pogarszała. W końcu, napadając otwarcie Ukrainę, Putin skokowo przeobraził się w oczach kapitału, z szemranego mafioza w nieobliczalnego psychopatę, z którym robienie jakichkolwiek interesów to czyste szaleństwo. Średni oczekiwany okres zwrotu z inwestycji zmniejszył się w Rosji drastycznie, tak jak pokazano na wykresie. Efekt był tym silniejszy, im niższe stopy procentowe r obowiązywały w kraju pochodzenia kapitału.

W konsekwencji oczekiwana stopa zwrotu wzrosła kilkukrotnie, do kompletnie nieosiągalnych realnie poziomów i kapitał z Rosji zaczął uciekać gigantycznym strumieniem. Międzynarodowe korporacje zwinęły się z tamtejszego rynku jeszcze zanim rządy zdążyły nałożyć na Rosję jakiekolwiek sankcje. Ratingi biznesowe Rosji, spadły zaś do najniższych, porównywalnych z Zimbabwe poziomów, jakich Rosja w swojej historii nigdy, nawet w najgłębszym kryzysie za Jelcyna, nie miała.

Utrata zaufania kapitału i tym samym również utrata samego kapitału, przynoszą Rosji straty, przy których wszystkie możliwe teoretycznie do uzyskania łupy z Ukrainy, z całą Ukrainą włącznie, są niewarte najmniejszej nawet wzmianki.

W rzeczywistości jednak rosyjskie koszty są jeszcze większe, niżby to wynikało tylko z ucieczki kapitału. Rewolucja przemysłowa minęła już bowiem dawno półmetek i kapitał też już, jak przed nim „ziemia” przestaje stopniowo być głównym środkiem produkcji. Najbardziej rozwinięte kraje na świecie zawdzięczają obecnie swój wzrost nie inwestycjom kapitałowym, ale innowacjom. Podstawowym czynnikiem produkcji powoli staje się ”praca”, czyli wysoko wykwalifikowani, i wysoko wykształceni pracownicy. Nie jest przypadkiem, że tacy ludzie wyjeżdżali z Rosji „od zawsze”, ale po 24 lutego ten trend osiągnął kulminację. Z Rosji Putina uciekł nie tylko kapitał, ale i ludzie, którzy potrafili optymalnie go wykorzystać. Rosja, w ciągu kilku tygodni, została ekonomicznie sprowadzona do ery preindustrialnej, do poziomu Kuby, Wenezueli, czy Korei płn.

I tu właśnie dochodzimy do najważniejszego, podstawowego błędu Putina, który jest zresztą typowy dla rządów w Rosji, jakiekolwiek by one nie były i z którego wynikają wszystkie pozostałe. Reżim moskiewski, wcale się bowiem, opisaną wyżej, ucieczką kapitału i fachowców, nie przejmuje i nie uważa tego za jakąś znaczącą stratę. Postrzega on bowiem gospodarkę nie w sposób kapitalistyczny, czy tym bardziej postindustrialny, ale właśnie maltuzjański, jeszcze XVIII wieczny. Głównym bogactwem kraju są dla rosyjskiej władzy surowce naturalne, czyli właśnie „ziemia”. Wydobycie i sprzedaż ropy naftowej, czy gazu, nie wymaga, w stosunku do osiąganych zysków, ani specjalnie wysokich nakładów kapitałowych, ani dużego wkładu pracy – niezbędne ku temu zasoby zawsze też można też sprowadzić z zagranicy akonto przyszłych zysków. Nawet planując podbój Ukrainy, tak naprawdę Putin chciał podbić jej zasoby naturalne, w ostateczności godząc się na zachowanie jakiegoś resztkowego państwa ukraińskiego na zachodzie, w mniemaniu Kremla, niezdolnego, po pozbawieniu go dostępu do surowców, do jakiegokolwiek rozwoju. Tego, że nawet gdyby doszło do realizacji takiego scenariusza, różnice pomiędzy zachodnim „banderlandem”, a wschodnią rosyjską „Małorosją” szybko, w ciągu pokolenia, narosłyby do poziomu różnic pomiędzy państwami koreańskimi, nikomu na Kremlu nawet się nie przyśniło.

Ignorowanie praw psychohistorii długo uchodziło rosyjskiej władzy na sucho, bo Rosja, największy obszarowo kraj na świecie i stosunkowo rzadko zaludniony, faktycznie długo mógł opierać się na gospodarce surowcowej i będąc faktycznie stacją benzynową, udawać państwo, a nawet wielkie mocarstwo. Świat jednak nie stał w miejscu. Rola surowców w światowym wzroście gospodarczym systematycznie malała, a tym samym i malało znaczenie ich dostawców. W końcu Putin prowadząc politykę z pierwszej połowy XX wieku, i mając gospodarkę wyjętą żywcem z wieku XVIII, zderzył się z wiekiem XXI i został przez niego starty na miazgę. Mimo tego, że był Putin istną skamieliną, reliktem dnia nawet nie wczorajszego, ale przedwczorajszego, miał na świecie licznych fanów i naśladowców, którzy, nawet czasem będąc z nim werbalnie skłóceni, faktycznie, uwiedzeni jego rzekomą „sprawczością”, i „posybilizmem” usiłowali rosyjski model ekonomiczny i polityczny naśladować. Klęska Putin stała się i ich klęską i należy oczekiwać, że Łukaszenko, Orban, czy PIS długo już u władzy w swoich krajach nie pociągną. Atraktor psychohistoryczny zwalczył tą, niezbyt udolną, próbę przeciwstawienia się mu i historia stopniowo powraca w swoje naturalne koleiny.

Biednego stać na kupowanie tanio

Wielkie piramidy w egipskiej Gizie są najstarszymi budynkami na Ziemi, które przetrwały do dzisiaj w swojej pierwotnej formie i funkcji. Istnieją na świecie budowle starsze, ale tylko w postaci ruin. Gdyby w średniowieczu muzułmanie nie zniszczyli celowo ich zewnętrznej okładziny, gizańskie piramidy nadal zresztą wyglądałyby dzisiaj dokładnie tak samo, jak w momencie swojego powstania, cztery i pół tysiąclecia temu. Wszystko to, bez jakiejkolwiek konserwacji, napraw i remontów. Piramidy, jeżeli znów się ich celowo nie zdewastuje, będą zresztą nadal stały, kiedy już nasza obecna cywilizacja i wszystkie obiekty budowlane przez nią stworzone, dawno rozsypie się w gruzy. Dopiero po stu tysiącach lat, erozja, deszcze i wiatry, zetrze dzieło faraonów tak, że nie będzie się już ono odróżniać się od wzgórz powstałych w sposób naturalny. Ze wszystkich tworów rąk ludzkich, jedynie wykute w granicie podobizny amerykańskich prezydentów na Mount Rushmore lękają się czasu w jeszcze mniejszym stopniu, czyli mają jeszcze dłuższy, liczony, już w skali nie historycznej, a geologicznej, czas trwałości t.

Mogłoby się wydawać, że współcześni inżynierowie powinni pod tym względem naśladować budowniczych piramid i tak samo jak oni, wznosić budowle o jak najdłuższym t. Jednak tak nie jest. Wynika to z faktu, że, budynek o długim czasie t to budynek o zwartej, masywnej konstrukcji, potężnych fundamentach, grubych ścianach i bardzo przewymiarowanych stropach. Im budynki mają wyższą trwałość t, tym droższe w budowie są. Koszt budowy piramid w Gizie stanowił może nawet i połowę ówczesnego egipskiego PKB.

Zależność ta wynika wprost z praw termodynamiki. Każdy układ fizyczny, również obiekt budowlany, cechuje wartość zwana entropią. W największym uproszczeniu jest ona proporcjonalna do logarytmu mikrostanów realizujących dany makrostan. Piramida Cheopsa składa się z 2,5 miliona w miażdżącej większości, praktycznie identycznych bloków, które można swobodnie zamieniać miejscami, bez zmiany wyglądu samej piramidy. Entropia piramidy jest zatem bardzo wysoka. Inaczej jest z budynkiem o bardziej wyrafinowanej konstrukcji. Nie da się w nim zamienić, w sposób niezauważony, okien na stropy, a słupów na posadzki. Budynek taki, ma zatem znacznie niższą od piramidy entropię a zatem i krótszą trwałość t.

Im bardziej skomplikowany obiekt rozpatrujemy, tym niższa jest więc jego entropia i tym krótszy jest jego czas trwałości. Przykładowo samochody mają zdecydowanie niższą entropię od budynków, a komputery, czy telefony komórkowe, jeszcze niższą. Dlatego też telefon zdecydowanie łatwiej zepsuć niż budynek. I tu również obowiązuje zasada, że im dłużej coś ma funkcjonować, tym droższe to coś musi być.

Jedną z licznych przewin, o które światowa lewizna, obecnie występująca najczęściej pod szyldem „antyglobalizmu”, nieustannie oskarża wolny rynek i prywatnych przedsiębiorców jest produkowanie …bubli. Z niczym nieograniczonej żądzy zysku i wyzysku za wszelką cenę, jak głoszą współcześni marksiści, globalne koncerny, celowo wytwarzają produkty o niskiej trwałości, po to, żeby uzależnieni od nich użytkownicy musieli ciągle kupować nowe, dostarczając nieustających zysków ich producentowi. Gdyby nie ta obrzydliwa, kapitalistyczna, chciwość, telefony, samochody, czy lodówki, funkcjonowałyby w nieskończoność i nie psułyby się nigdy. Na dowód tej tezy przytaczane są często anegdoty o tym, jak to rzekomo różne wytwory przemysłu z czasów PRL, kiedy to faktycznie producenci o żadnym tam brudnym zysku nie myśleli, funkcjonować mają aż po dziś dzień. Faktycznie, na zlotach miłośników historii motoryzacji można obejrzeć nadal będące „na chodzie” „maluchy”, syrenki, a nawet warszawy. Dzieje się tak jednak, o czym już raczej się nie wspomina, wyłącznie dzięki nieustannej wytężonej pracy, której hobbystycznie oddają się ich właściciele. Bardzo szybki wzrost stopnia zużycia technicznego tych pojazdów, musi być bowiem nieustannie kompensowany intensywnymi zabiegami konserwatorskimi i naprawami.

 Faktycznie samochód marki „syrena” nie był przecież w stanie przejechać nawet 100 kilometrów bez jakiejś awarii, a jego użytkownik nie tylko musiał wozić ze sobą cały podręczny warsztat naprawczy, ale i posiadać odpowiednie kompetencje mechaniczne. Znaczny odsetek wyprodukowanych w PRL telewizorów psuł się jeszcze w sklepie, a buty rozpadały się zaraz po wyjęciu ich z pudełka.

Oskarżając działających na wolnym rynku producentów o chciwość, wrogowie globalizmu, jakoś nie wspominają za to o drugiej stronie tej transakcji, czyli o użytkownikach tych rzekomo celowo niedbale wytwarzanych produktów. Czyżby oni nie byli chciwi i nie chcieliby zapłacić jak najmniej, za towar o jak najwyższej jakości? Przecież, gdyby faktycznie do takiego procederu sztucznego postarzania dochodziło, to producent, który wyłamawszy się z tego trendu, zaoferowałby, przy niezmienionej cenie, produkty o wyższej od średniej trwałości, natychmiast zgarnąłby cały rynek dla siebie. To, że się tak nie dzieje, świadczy właśnie o tym, że na rynku panuje pewna równowaga pomiędzy trwałością produktu a jego ceną. W celu jej znalezienia posłużymy się modelem matematycznym zwanym analizą NPV, od angielskiego skrótu Net Present Value.

Opiera się ona na obserwacji, że wartość kapitału zmienia się w czasie, którego to zjawiska nie należy jednak mylić z inflacją, czyli wzrostem podaży pieniądza. Nawet w warunkach zerowej inflacji każdy wolałby dostać sto złotych raczej dzisiaj, niż jutro, a zapłacić – przeciwnie. Dzieci w wieku przedszkolnym, dla których ta utrata wartości, zwana też preferencją czasową, jest wyjątkowo duża, wolą dostać cukierka dzisiaj, niż nawet dwadzieścia takich samych cukierków za tydzień. Tempo tej utraty wartości kapitału określa tzw. stopa dyskonta r. Analiza NPV polega właśnie na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu do ich dzisiejszej wartości, wszystkich przewidywanych w przyszłości przepływów finansowych, zarówno wpływów, jak i wydatków i zsumowaniu ich. Otrzymany w ten sposób wynik określa obecną wartość analizowanego przedsięwzięcia. Stosowalność tego modelu, używanego zwykle do wyceny firm i nieruchomości komercyjnych, rozszerzymy teraz na dowolne dobra, również konsumpcyjne.

Załóżmy, że użytkownik danego dobra, np. telefonu, czerpie z posiadania go pożytki w wysokości a jednostek rocznie. Pożytki te mogą być wyrażone bezpośrednio w pieniądzach, lub w tak zwanych „utylach”, czyli w jednostkach zadowolenia konsumenta. Jednocześnie, wydłużenie o każdy kolejny rok średniego czasu użytkowania telefonu t, kosztuje m jednostek, czyli cena kupna telefonu wynosi m*t. Wtedy łączne NPV telefonu, przy stopie dyskonta równego r wynosi:

NPV = (a/r)*(1-exp(-r*t))-m*t

Różniczkując to równanie po t i przyrównując wynik do zera możemy obliczyć trwałość t, przy którym wartość NPV telefonu, wyrażona przez jego NPV, osiąga swoje maksimum. Ów optymalny czas t wynosi:

t = -ln(k)/r

Gdzie k to m/a, koszt czasu wyrażony w jednostkach użyteczności telefonu.

Na poniższym wykresie pokazano optymalny czas trwałości dóbr konsumpcyjnych w zależności od kosztu czasu k, oraz preferencji czasowej użytkowników r:

Oczywiste jest, że kiedy k>100% czyli koszt dodatkowego roku stawiania przez nasz telefon czoła entropii, przekracza roczny pożytek z jego użytkowania, t dąży do zera i żaden racjonalny klient czegoś takiego nie kupi. Im tańszy jest zaś, w stosunku do pożytków z użytkowania, ten dodatkowy czas, tym więcej opłaca się go nabyć. Jednak wpływ tej ceny czasu na trwałość produktu jest drugorzędny w porównaniu do wysokości stopy procentowej, czyli do preferencji czasowej użytkownika. Przy wysokiej preferencji czasowej r, optymalny czas użytkowania t będzie bardzo krótki, nawet jeżeli koszt czasu będzie niski. Na rynku będzie wtedy królować tandeta. Wysoka preferencja czasowa cechuje społeczeństwa, które są, albo biedne, albo niestabilne, żyjące w szybko zmieniających się i słabo przewidywalnych warunkach zewnętrznych – politycznych i gospodarczych. Wbrew zatem znanej mądrości ludowej, biednego stać na kupowanie wyłącznie tanio.

Społeczeństwo epoki PRL spełniało oba te warunki. Było biedne i niestabilne. Nic zatem dziwnego, że produkowano wówczas koszmarne buble. Klienci i tak stali w kolejkach po wszystko, aby tylko wymienić zupełnie bezwartościowe „bilety NBP”, zwane też, przez żart, „złotówkami”, na jakikolwiek towar, choćby mający niesłychanie niską żywotność t. To eldorado producentów skończyło się gwałtownie w 1989 roku kiedy złotówki, po inflacyjnym urealnieniu, stały się, może nie najmocniejszym, ale jednak prawdziwym pieniądzem i nagle preferencja czasowa gwałtownie się obniżyła, choć nadal, wobec ówczesnej biedy, była znacznie wyższa niż w krajach zachodnich. Mimo to i tak większość PRLowskich producentów bubli tego szoku popytowego nie przeżyła.

Ta różnica w preferencji czasowej między społeczeństwami o różnym poziomie zamożności, może też motywować producentów do wytwarzania dwóch lub więcej odrębnych kategorii swoich produktów. Tańszych, ale mniej trwałych na rynki biedne, oraz trwalszych, ale i w związku z tym i droższych, na rynki zamożne. Ta różnica w stopach dyskonta musiałaby być jednak na tyle duża, żeby opłacało się utrzymywać oddzielne, odseparowane nawzajem od siebie, linie produkcyjne i zaopatrzeniowe dla tych różnych rodzajów produkcji.

Czy czas trwałości t, przy odpowiednio niskiej preferencji czasowej i akceptowalnej cenie „dodatkowego” czasu, może być dowolnie długi? W przypadku takich wyrobów jak sztućce, w zasadzie nie ma wątpliwości. Na rynku są dostępne zarówno jednorazowe plastikowe, czy drewniane widelczyki i łyżeczki, jak i właściwie wieczne komplety z metali szlachetnych, srebra, a nawet złota. Podobnie jest z budynkami. Buduje się zarówno „tymczasowe”, hale o tzw. konstrukcji lekkiej, jak i zbliżone trwałością do piramid, bazylikę w Licheniu, czy kościół w Wilanowie.

Jednak nie dla wszystkich dóbr mechanizm ten działa w opisany wyżej sposób. Poszczególne rodzaje produktów starzeją się nie tylko, jak założyliśmy w powyższym rozumowaniu, technicznie, ale i funkcjonalnie. Wątpliwe jest, żeby komputery, telefony, czy nawet samochody, wyprodukowane 20-30 lat temu znalazły dziś wielu chętnych użytkowników, nawet gdyby znajdowały się w idealnym stanie technicznym. W tym przypadku wysokość pożytków a z użytkowania danego urządzenia, po przekroczeniu pewnego granicznego czasu gwałtownie maleje i nie ma ekonomicznego sensu przedłużać trwałości produktu poza ten graniczny okres. W przypadku zatem wyrobów produkowanych w warunkach szybko rozwijającej się technologii, czas trwałości t jest dany z góry i nie ma sensu go wydłużać. Można jednak dodawać do urządzenia dodatkowe funkcje i tym samym zwiększać pożytki z jego użytkowania, czyli wysokość a. Rozwiązując odpowiednie równania NPV przekonamy się jednak, że jeżeli koszt zakupu danego dobra będzie liniowo proporcjonalny do wysokości pożytków a, maksimum funkcji NPV takiego urządzenia wypadnie w …nieskończoności. Zależność użyteczności urządzenia od jego ceny nie może więc być liniowa. Producenci, przykładowo, smartfonów stają na głowie, żeby upchnąć do swoich wyrobów jak najwięcej dodatkowych funkcji, ale, nawet gdyby smartfon kosztował więcej niż statek kosmiczny Dragon, statkiem kosmicznym się nie stanie. Istnieje jakiś maksymalny poziom użyteczności a0 i, niezależnie od kosztów produkcji urządzenia, nie da się go przekroczyć, a jedynie asymptotycznie do niego zbliżać.

W oparciu o te założenia można zbudować i rozwiązać odpowiedni model matematyczny. Czas użyteczności t jest w nim tym razem daną wejściową, natomiast otrzymanym rozwiązaniem, jest użyteczność, stosunek ceny urządzenia K do maksymalnego możliwego poziomu pożytków a0. Rozwiązanie przedstawiono poniżej w postaci graficznej.

Rozwiązanie jest znów sprzeczne z przytoczoną wyżej mądrością ludową. Dla uboższych klientów, mających wysoką preferencję czasową bardziej liczy się jak najniższa cena zakupu K, a mniej wysoki poziom pożytków a0. W miarę jednak obniżania stopy procentowej, w bilansie NPV zaczynają dominować przyszłe pożytki, a akceptowalna przez klienta cena zakupu, w proporcji do nich, rośnie. Różnica ta jest tym większa, im dłuższy jest spodziewany czas trwałości t. Zanika natomiast w przypadku czasu krótkiego, czyli wyrobów wyprodukowanych w nowych, eksperymentalnych technologiach. Wtedy dopłacanie do kolejnych funkcji nie ma sensu, skoro będą one przynosić, mierzoną w utylach, satysfakcję jedynie na krótko.

Średni czas czerpania pożytków z wyrobu jest jednak ograniczony rozwojem technologicznym i wzrostem stopnia zużycia funkcjonalnego danego dobra, jedynie dla dóbr ruchomych i relatywnie niewielkich. W przypadku nieruchomości, a także dóbr wielkich, ciężkich i nieruchawych, np. maszyn w fabryce, wchodzi w grę jeszcze jeden czynnik, polityczny. Właściciel nieruchomości, której nie da się po prostu zdemontować i wywieźć, musi się liczyć z tym, że w jakiejś perspektywie czasowej do władzy w kraju, w którym nieruchomość się znajduje, może dojść jakiś populistyczny, socjalistyczny reżim, który w imię suwerenności, patriotyzmu i sprawiedliwości ludowo – dziejowej, nieruchomość ową „zwróci narodowi”, albo przynajmniej narzuci regulowane czynsze, odgórnie wyznaczy dostawy obowiązkowe – w przypadku nieruchomości rolniczych, lub ustanowi absurdalnie wysokie podatki. Im większe jest prawdopodobieństwo takiego obrotu spraw, tym krótszy jest horyzont czasowy w jakim kalkulowany jest dany biznes, co sprowadza się do efektywnego skrócenia czasu t i tym samym wpływa na jakość danych dóbr. Właściciele budynków przestają je konserwować i remontować, a nowe, jeżeli je w ogóle wznoszą, to w żaden sposób nie przypominają one swoją trwałością egipskich piramid. Stąd też się bierze obserwacja, że regulowane czynsze skuteczniej dewastują miasta, niż naloty dywanowe. Właściciele lasów zaś, wycinają je w pień, aby szybko zdążyć zarobić, dopóki jeszcze tymi właścicielami są. Dlatego też kraje o krótkim t, skorumpowane, socjalistyczne i niestabilne cechuje też brak troski o zabytki architektury i stan środowiska naturalnego. Pod koniec PRL, dokładnie wszystkie polskie rzeki, tak samo jak mazurskie jeziora, po prostu cuchnęły, a połowa bałtyckich plaż był zamknięte z powodu skażeń i to przy znacznie łagodniejszych, niż dzisiaj, normach sanitarnych.

Trwałość dóbr, zarówno konsumpcyjnych, jak i inwestycyjnych, jest więc regulowana przez trzy parametry. Stosunek ceny czasu funkcjonowania do pożytków użytkownika z danego dobra, czy zysków z inwestycji, średni czas w jakim użytkownik może te pożytki czerpać, oraz najważniejszy z nich wszystkich – wysokość stopy procentowej. Jak zwykle spotkanie chciwości konsumentów i producentów na wolnym rynku prowadzi nie do, jak chcieliby marksiści do destrukcji, ale wręcz przeciwnie, do najbardziej optymalnego wykorzystania istniejących zasobów w celu osiągnięcia obopólnej satysfakcji.

Afganistan na krzywej progresu

15 sierpnia 2021 roku wojska islamistycznego talibanu wkroczyły do Kabulu, stolicy Afganistanu, kończąc tym samym podbój tego kraju. Ponieważ wcześniej USA toczyły regularną wojnę z talibanem, utrzymując w Afganistanie potężne siły zbrojne, upadek Kabulu odebrano powszechnie jako klęskę polityki amerykańskiej. Cała wspólnota suwerennych narodów, od Caracas po Pekin, radowała się z tej klęski imperialistów i ich konsumpcyjnej globalistycznej ideologii. Powszechnie też oczekuje się, ze klęska afgańska jest tylko preludium do upadku i rozpadu samego USA i wszystkich tych niemoralnych, ideologii, które to zdegenerowane i przegniłe imperium reprezentuje.

Wojen jednak, o czym często się zapomina, nie wygrywa ten, kto toczy efektowne bitwy, ale ten, kto osiąga swoje cele polityczne. Żeby zatem należycie ocenić wyniki tej wojny, należy poznać cele jej stron. Jakie były te cele USA w wojnie afgańskiej?

Tak naprawdę, to …nie wiadomo. Oficjalnie mówiło się o „szerzeniu demokracji”, ale oczywiste jest, że to wersja wyłącznie propagandowa. Druga krążąca w medialnym obiegu wersja, jest już bardziej prawdopodobna. Celem interwencji USA w Afganistanie miałoby być powstrzymywanie islamizmu. Lokalnie, w samym Afganistanie się to w oczywisty sposób nie udało, ale w skali globalnej, sukces jest niekwestionowany. Ideologia islamistyczna wszędzie na świecie, także w krajach muzułmańskich, jest w zdecydowanym odwrocie. Zamachy terrorystyczne, takie jak z 11 września 2001 roku nigdy już się w USA nie powtórzyły. Jednak proces degeneracji i rozpadu islamizmu, tylko w niewielkim stopniu był związany z wydarzeniami w Afganistanie i nie uzasadniałby sam z siebie ponoszenia kosztów interwencji w tym kraju. Było w tym zapewne jakieś głębsze dno.

W celu jego poszukania musimy się przyjrzeć Afganistanowi jako krajowi. Uchodzi on zwykle za zacofany i prymitywny, nawet w porównaniu ze swoimi sąsiadami Iranem, czy Pakistanem. Zanim w Afganistanie pojawiły się w 2001 roku oddziały amerykańskie, kraj ten przeżył już jedną zewnętrzną interwencję ze strony ZSRR w latach 1979-1989. Bliskość chronologiczna tych wydarzeń, skłoniła wielu publicystów do snucia daleko posuniętych analogii i prorokowania, że skoro klęska w Afganistanie przyczyniła się do rozpadu radzieckiego imperium, to ten sam los musi spotkać także imperium amerykańskie. Analogie te jednak są, jak się jeszcze przekonamy, posunięte zdecydowanie zbyt daleko. Wielka Brytania w XIX wieku również przecież poniosła dwie porażki w Afganistanie, ale w niczym to jej światowej pozycji nie zaszkodziło.

Rzetelnych ilościowych danych o Afganistanie dostępnych jest stosunkowo niewiele. Informacje o afgańskim PKB, a zwłaszcza jego dynamice, są na tyle niepełne i niepewne, że trudno byłoby jakieś sensowne wnioski na nich budować. Istnieją natomiast dane o afgańskiej dynamice demograficznej, na pewno od PKB bardziej dokładne. Pozostaje zagadką, dlaczego żaden z autorów, tak obficie ostatnio piszących o Afganistanie, nie tylko się do nich nie odniósł, ale i zapewne nawet się z nimi nie zapoznał?

Z samego wykresu można bowiem już odczytać, że snucie jakiejkolwiek analogii pomiędzy inwazją radziecką w latach 80, a interwencją amerykańską jest kompletnie nieuprawnione. Były to zupełnie inne zjawiska, mające zupełnie inne konsekwencje.

Ogólnie w rozwoju demograficznym każdego kraju można rozróżnić trzy fazy. W gospodarce preindustrialnej, zwanej też maltuzjańską, zmiany demograficzne są ściśle powiązane z dynamiką PKB. Wzrost gospodarczy pociąga za sobą, z pewnym opóźnieniem, równy mu wielkością, wzrost demograficzny. Kryzys gospodarczy, również z pewnym opóźnieniem, powoduje depopulację. PKB przeliczony na liczbę ludności, pozostaje więc w miarę stały i dlatego właśnie nazywa się ten parametr pułapką maltuzjańską. Kiedy jednak gęstość zaludnienia przekroczy pewien poziom krytyczny, kraj wchodzi w, nieco mylnie tak nazywaną, rewolucję przemysłową. Wzrost populacji staje się wolniejszy niż wzrost gospodarczy i równa się pierwiastkowi kwadratowemu z tego ostatniego. Czterokrotne zwiększenie PKB powoduje dwukrotny wzrost zaludnienia. Takie społeczeństwo opuszcza więc pułapkę maltuzjańską i PKB per capita zaczyna rosnąć. Wreszcie następuje trzecia faza, postindustrialna, kiedy to, w wyniku tzw. przejścia demograficznego, liczba ludności stabilizuje się na pewnym poziomie i wszelkie dalsze zmiany w PKB nie mają już na nią wpływu. Te trzy etapy tworzą razem swoistą, pisząc za Jackiem Dukajem, „krzywą progresu”, zwaną też czasem przez autora niniejszego eseju „krzywą dobrobytu”.

Aby zorientować się, w którym miejscu tej krzywej dane społeczeństwo się znajduje, trzeba porównać ze sobą obie jego dynamiki, ekonomiczną i demograficzną. Kiedy zrobimy to dla sąsiadującego z Afganistanem Iranu, to przekonamy, się że jest to społeczeństwo ciągle jeszcze maltuzjańskie, niesłychanie już dziś zacofane. Liczony w cenach stałych irański PKB per capita jest dzisiaj praktycznie taki sam jak za szacha Pahlaviego, pół wieku temu, podczas gdy zarówno PKB i populacja Iranu wzrosły od tego czasu prawie trzykrotnie.

Drugi afgański sąsiad, Pakistan, jest za to wprost modelowym przykładem społeczeństwa w fazie industrialnej. W latach 1960-2021 pakistański PKB wzrósł prawie dwudziestokrotnie, podczas gdy ludność tego kraju dokładnie 4,6 raza.

Niestety, jak już wspomniano, nie posiadając miarodajnych danych o PKB, nie możemy przeprowadzić analogicznej analizy dla Afganistanu. Na szczęście jednak, istnieje alternatywna metoda zbadania tego zjawiska. W społeczeństwach postindustrialnych bowiem, jak już wspomniano, występuje przejście demograficzne i zaludnienie stabilizuje się na pewnym poziomie. Ów poziom objawia się w modelu jako asymptota, do której, niezależnie od warunków początkowych, wielkość populacji zmierza. Przyrost populacji następuję wzdłuż tzw. krzywej logistycznej, zbliżonej kształtem do rozciągniętej litery S. Zanim liczba ludności osiągnie połowę wartości docelowej, wzrost populacji jest wykładniczy, po przekroczeniu zaś tego półmetka, zaczyna coraz bardziej zwalniać, asymptotycznie do zera na linii asymptoty. Aby się zatem przekonać, czy dane społeczeństwo wyszło już z maltuzjanizmu, wystarczy zbadać, czy jego dynamika demograficzna ma kształt logistyczny, czy nadal wykładniczy. W przypadku Iranu, wynik jest jednoznaczny.

W latach 1950-1979 zaludnienie Iranu rosło o 2,9% rocznie, by w latach 1979-1992 przyśpieszyć nawet do 6,7%. Po roku 1992 natomiast irański wzrost demograficzny znów zwolnił do 1,2% rocznie. Cały czas jednak był to i nadal jest, wzrost czysto wykładniczy, bez śladu hamowania logistycznego. Zmieniał się, jak można się tego spodziewać po kraju maltuzjańskim, wykładnik wzrostu, natomiast nie jego charakter. Podobnie, acz bardziej stabilnie jest i w Pakistanie, gdzie wzrost populacji od ponad siedemdziesięciu lat odbywa się w stałym tempie 2,6% rocznie i dopiero w ostatniej dekadzie, po roku 2010, widać tam pierwsze oznaki hamowania, aczkolwiek do połowy wysokości asymptoty jeszcze bardzo tam daleko

A jak to było w Afganistanie? Na poniższym wykresie pokazano jeszcze raz dynamikę demograficzną Afganistanu wraz z najlepiej do niej dopasowanymi krzywymi teoretycznymi. Przerywane linie to asymptoty – docelowe wielkości do których dążyła populacja Afganistanu w danym okresie historycznym.

Na wykresie tym ponownie wyróżnia się okres radzieckiej okupacji. Zmieniła on bowiem, i to drastycznie, parametry demograficzne Afganistanu. Pod tym względem porównywalna może być z nią jedynie hitlerowska okupacja terenów Europy Wschodniej w czasie II wojny światowej, czy japońska okupacja Chin w tym samym czasie. Aby podobny efekt wystąpił, presja na populację musi być naprawdę olbrzymia, z planową eksterminacją i masowym ludobójstwem włącznie. Docelowa populacja Afganistanu, według radzieckiej wersji Generalplan Ost dla tego kraju, nie miała przekraczać …1 miliona mieszkańców. Plan ten Sowieci konsekwentnie wdrażali aż do 1987 roku. Po tej dacie, kiedy go w końcu porzucili, ustalił się w Afganistanie nowy demograficzny stan stabilny, który, już bez żadnych zmian, przetrwał do dzisiaj. Nie zaszkodziła mu wojna domowa po wycofaniu ZSRR, rządy talibów i trwającą dwie dekady interwencja NATO. Jak widać taki atraktor, raz ustabilizowany, jest niesłychanie odporny i potrzeba naprawdę potężnych bodźców, jak właśnie masowe ludobójstwo, żeby go zmienić.

Na pierwszy rzut oka, obecny afgański atraktor demograficzny, różni się docelowym poziomem zaludnienia (56 mln), od tego sprzed radzieckiej inwazji (40 mln). Jednak pamiętać należy, że dopóki gęstość zaludnienia nie przekroczy połowy wartości docelowej, wzrost logistyczny nie różni się wyraźnie od wzrostu wykładniczego i oszacowanie docelowej wielkości populacji jest wtedy bardzo podatne na błędy, związane np. z nieprecyzyjnymi danymi opisującymi rzeczywistą liczbę mieszkańców. Atraktor z lat 70 nie musi się więc naprawdę bardzo różnić od obecnego.

Tak, czy inaczej jednak, z demograficznego punktu widzenia, Afganistan okazuje się być krajem wchodzącym już w etap postindustrialny, znajdującym się na krzywej progresu znacznie dalej, niż jego sąsiedzi. Afganistan osiągnął już 70% docelowej gęstości zaludnienia, podczas gdy Pakistan ledwo 30%, a Iran wciąż jeszcze znajduje się w fazie maltuzjańskiej. Niżej podpisany przyznaje w tym miejscu, że sam jest zaskoczony tym wynikiem, odruchowo bowiem zakładał, tak samo zapewne jak wszyscy inni, że Afganistan jest krajem prymitywnym, dzikim i zacofanym. Tymczasem kraj ten naprawdę wkracza już w wiek XXI, podczas gdy Pakistan ciągle znajduje się społecznie w stuleciu XIX, a Iran nawet w XVIII.

Opisane wyżej rozwiązania modeli demograficznych dla tych trzech środkowoazjatyckich krajów mogą wydawać się abstrakcyjną sztuką dla sztuki, w rzeczywistości jednak niosą ze sobą ogromne konsekwencje polityczne i determinują całą przyszłość tego regionu. Im wyżej bowiem na krzywej progresu znajduje się dane społeczeństwo, tym bardziej czułe jest na jakość rządów. Tą ostatnią można z grubsza mierzyć, obliczanym co roku przez fundację Heritage, wskaźnikiem, zwanym, nieco myląco, Index of Economic Freedom, IEF. Nie jest zatem przypadkiem, że ze wszystkich tych trzech krajów, zdecydowanie najniższy wskaźnik, poniżej 50 pkt, ma Iran. Nie można się też dziwić temu, że Irańczycy tak złą i nieudolną władzę tolerują. Dopóki w Iranie nadal panuje maltuzjanizm, jakiejś zauważalnej presji na zmianę ustroju w tym kraju nie będzie. Przeciętny poziom życia w społeczeństwie preindutrialnym, od kompetencji rządu zależy bowiem bardzo niewiele. Co gorsza, istnieje tutaj swoiste sprzężenie zwrotne. Złe rządy, mogą bowiem sztucznie utrzymywać społeczeństwo w stanie maltuzjańskim i blokować przejście do rewolucji przemysłowej. Taki złowrogi mechanizm funkcjonuje w Wenezueli, Kubie, Korei płn, a także właśnie w Iranie. W momencie kiedy jednak kraj wkracza w rewolucję przemysłową, poziom życia zaczyna zależeć od ustroju i polityki władz w coraz większym stopniu. Im ustrój danego państwa, przy tym samym miejscu na krzywej progresu, jest bardziej wolnorynkowy i praworządny, czyli z grubsza ma wyższy IEF, tym wyższy jest w tym kraju poziom przeciętnego dobrobytu. Kraje źle rządzone, socjalistyczne, etatystyczne i skorumpowane, w momencie osiągnięcia przejścia demograficznego, w ogóle przestają się rozwijać, wpadając w stagnację, zwaną też często pułapką średniego dochodu. Im wyższa pozycja danego narodu na krzywej dobrobytu, tym oczekiwania społeczne wobec jakości władzy i presja na nią, są zatem większe. Dlatego też, w bardziej od Iranu społecznie zaawansowanym Pakistanie rządy są nieco od irańskich lepsze, a pakistański IEF zauważalnie wyższy. A w Afganistanie?

I tu właśnie dochodzimy do najbardziej prawdopodobnych przyczyn zarówno amerykańskiej interwencji w 2001 roku, jak i odwrotu w roku 2021. Obalony właśnie przez talibów rząd w Afganistanie, dalece nie odpowiadał bowiem położeniu tego kraju na krzywej progresu. Afgański IEF jest, co prawda, nawet nieco wyższy niż pakistański, ale, pod względem struktury wewnętrznej, bardziej przypomina irański. W tej sytuacji w Afganistanie powinna już narastać społeczna presja na ustanowienie lepszego, niż dotychczasowy, rządu. Jest to zapewne też powód, dla którego rząd dotychczasowy upadł tak błyskawicznie, podczas gdy reżim pozostawiony przez Sowietów te kilka lat się jednak jeszcze po radzieckim odwrocie, utrzymał. W tej sytuacji dla USA lepiej było pozwolić mu upaść, niż nadal go wspierać i płacić za to wysoką polityczną cenę.

Jednak rząd talibanu, który teraz nastał, jest nie lepszy, ale, przeciwnie, znacznie gorszy od rządu obalonego. W krótkim czasie zderzy się on więc, ze stale rosnącymi społecznymi oczekiwaniami dotyczącymi jakości władzy. W roku 2001, kiedy populacja Afganistanu wynosiła ok. 1/3 docelowej, taliban mógł, w odpowiedzi na to wyzwanie, pójść drogą irańską i sztucznie pogrążyć Afgańczyków we wtórnym maltuzjanizmie. Zapewniłoby to talibom stabilną władzę, chociaż kosztem wtrącenia rządzonego narodu w otchłań maltuzjańskiej nędzy. Jednak dzisiaj, kiedy liczebność afgańskiego narodu osiągnęła 70% maksymalnej, ta opcja, bez stosowania masowego terroru i ludobójstwa, nie jest już dostępna. Albo talibowie staną się w miarę normalną, jako tako przynajmniej, wolnorynkową i praworządną władzą, albo po huku, po szumie, po trudzie, zostaną odsunięci, a dziedzictwo wezmą jacyś cisi, ciemni, mali ludzie. W obu przypadkach, otoczony przez znacznie bardziej od siebie zacofanych, a równocześnie silniejszych, sąsiadów, Afganistan będzie musiał szukać znów porozumienia i współpracy z USA. Nie jest wykluczone, że w perspektywie kilkudziesięciu lat Afganistan może osiągnąć w Azji środkowej status, podobny do tego, jaki w Europie ma inny wielojęzyczny górzysty kraj bez dostępu do morza.

Wojna afgańska zatem, wbrew nadziejom całej postępowej ludzkości, zakończyłaby się nie porażką, ale zwycięstwem USA. Dokładnie tak samo było przecież z wojną w Wietnamie. Na pozór USA również ją przegrały, ale przecież dzisiaj Wietnam, nadal rządzony przez komunistów, wśród których żyją jeszcze weterani tamtej wojny, znów jest sojusznikiem USA, a kultowy budynek amerykańskiej ambasady w Sajgonie, z dachu którego odlatywały przeładowane uciekinierami śmigłowce, ponownie jest własnością amerykańskiego rządu. Wojen nie wygrywa bowiem ten, kto toczy efektowne bitwy, ale ten, kto osiąga swoje cele polityczne. USA walczyły w Wietnamie o powstrzymanie komunizmu i chociaż, tak samo jak w Afganistanie, lokalnie celu tego nie osiągnięto, to w skali globalnej udało się to w stu procentach. A Wietnam, niezależnie od tego, kto by tam nie rządził, zawsze będzie obawiał się i szukał pomocy przeciwko Chinom, znów niezależnie od tego, kto by w nich nie rządził.

Powyższy artykuł ukazał się w 1643/1644 numerze dwutygodnika „Najwyższy Czas”

Granice nienaturalne

Program szkolny w czasach PRL bez reszty podporządkowany był wychowaniu patriotycznemu i wdrażaniu patriotycznej polityki historycznej. Wpajaniu młodzieży postaw patriotycznych poświęcony był zresztą osobny przedmiot – Wiedza o Patrio…, tj oczywiście Wiedza o Społeczeństwie, ale swój udział w tym zbożnym dziele musiały mieć i wszystkie inne nauczane w narodowej, socjalistycznej, patriotycznej szkole, przedmioty, bo przecież patriotyzm jest najważniejszy, a na pewno ważniejszy, niż jakaś tam matematyka, czy chemia. Swój wkład w krzewienie patriotyzmu dawała też geografia. Młodzież szkolna uczyła się więc, że dzięki mądrej polityce godnościowej władz partyjnych i państwowych, Polska nie tylko osiągnęła swoje dziejowe przeznaczenie w sensie ustrojowym, ale również geograficznym. Granice PRL – ostatecznego uwieńczenia polskich dziejów, nie tylko pokrywać się miały z granicami „państwa Mieszka”, ale miały też być dodatkowo „granicami naturalnymi”. Oparte na naturalnych przeszkodach terenowych, pasmach górskich i rzekach, granice te, miały być łatwe do kontrolowania i obrony, w przeciwieństwie do „otwartych” i „rozciągniętych” granic II RP, które w myśl tej filozofii miały walnie przyczynić się do jej zguby.

Propaganda ta zawierała jednak, co najmniej dwa oczywiste przekłamania. Po pierwsze, „piastowskie” granice PRL tylko częściowo były w tym sensie „naturalne”. Na południu granica z bratnią CSRS przebiegała wzdłuż górskich grzbietów Sudetów i Karpat. Na zachodzie od bratniej NRD odgradzały PRL rzeki Odra i Nysa. Jednak na wschodzie i północy, granice z najbardziej bratnim z bratnich sąsiadów – ZSRR, nie licząc krótkiego odcinka wzdłuż rzeki Bug, były równie „otwarte” jak granice sprzed II wojny światowej. O tym jednak nie wolno już było wspominać. Drugie propagandowe nadużycie było zresztą jeszcze poważniejsze i wiązało się z samym pojęciem „naturalności”.

Aż do XIX wieku i powstania linii kolejowych, rzeki były bowiem najlepszymi, najtańszymi, traktami komunikacyjnymi. Nie dzieliły, a łączyły. Kraje i państwa, od Egiptu i miast – państw Mezopotamii poczynając, rozwijały się w dorzeczach rzek. Również, tak hołubione w prlowskiej propagandzie, „Państwo Mieszka”, z tego właśnie powodu, praktycznie w całości pokrywało się ze zlewiskami Wisły i Odry. Granice, które można by nazwać „naturalnymi” nie przebiegały zatem wzdłuż rzek, a przeciwnie, wzdłuż wododziałów, tak jak granica przedrozbiorowej Rzeczpospolitej z niemieckim Cesarstwem, która nie zmieniła się w ogóle przez ponad 400 lat. Pewnym wyjątkiem są granice antycznego imperium rzymskiego, w Europie oparte o potężne rzeki Ren i Dunaj. Jednak Imperium Romanum nie miało na tym kontynencie żadnego, nawet z grubsza porównywalnego ze sobą rywala politycznego i realnie kontrolowało oba brzegi tych rzek, wraz ze sporym pasem terenu po drugiej ich stronie, przez co w pełni mogło wykorzystywać ich transportowy potencjał. Nawet jednak znaczenie wododziałów jako granic „naturalnych”, również zanikło wraz z narodzinami i rozwojem rewolucji przemysłowej.

Podobne do prlowskich rozważania o „naturalnych” granicach prowadzono również we Francji. Dzieje tego kraju są długie i burzliwe, obfitujące we wzloty i upadki, ale owe swoje rzekomo „naturalne” granice, wzdłuż Renu, Alp i Pirenejów, osiągnęła Francja tylko raz i to na krótko w czasach Napoleona. Czy zatem można uznać za „naturalne” granice, jeżeli realnie one w historii nie występują w ogóle, albo, co najwyżej, incydentalnie? Czy jakikolwiek kraj ma w ogóle naturalne, czyli właśnie długoterminowo stabilne i trudne do zmiany granice?

Aby odpowiedzieć na to pytanie użyjemy odpowiednich narzędzi ilościowych, matematycznych. Zacznijmy od graficznego przedstawienia danych. Na początek pokażemy sześć największych, pod względem powierzchni, krajów na świecie

Odczytując powyższy wykres można odnieść wrażenie, że istnieje pewna górna granica powierzchni terytorium, wynosząca ok. 10 mln kilometrów kwadratowych, której prawie żadne państwo, z wyjątkiem Rosji, przekroczyć nie zdołało. Ograniczenie to jest zapewne związane z przeciętną wielkością ziemskich kontynentów, na których miejsca na większe organizmy państwowe po prostu nie ma. Rosyjski wyjątek można zaś wytłumaczyć dwojako. Albo znajdując się blisko środka Eurazji, największej ziemskiej masy lądowej, Rosja ma ten górny limit ustawiony wyżej niż wszyscy inni, albo jej rozmiary są pewnego rodzaju aberracją, mało prawdopodobnym odchyleniem od normy, które wkrótce zostanie skorygowane, poprzez rozpad tego kraju na mniejsze części.

Najmniejszy z przedstawionych wyżej największych krajów – Australia, ma powierzchnię nieco mniejszą niż 8 mln kilometrów kwadratowych. Kolejne w tym rankingu państwo – Indie, z powierzchnią 3,3 mln kilometrów kwadratowych, jest już wyraźnie mniejsze. Dalej w dół, aż do powierzchni rzędu 10 tysięcy kilometrów kwadratowych znajduje się bardzo interesująca strefa. Jeżeli na osi pionowej wykresu, pokazującej powierzchnie analizowanych krajów, przyjmie się skalę logarytmiczną, to powierzchnie te, układają się wzdłuż linii prostej. Dopasowanie jest niezwykle dokładne. Współczynnik korelacji wynosi tutaj aż 99,7%. Zanim podejmiemy próbę wytłumaczenia, co takie dokładne dopasowanie oznacza, rzućmy jeszcze okiem na najmniejsze kraje, mające mniejszą niż 10 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchnię terytorium. I tutaj możemy, choć nieco mniej dokładnie, bo ze współczynnikiem korelacji równym 98,2%, dopasować prostą, choć o innych parametrach niż dla krajów średniej wielkości

Skoro na skali logarytmicznej dopasowanie, które odkryliśmy, jest liniowe, to znaczy, że na prostej skali liniowej, dopasowanie to jest wykładnicze. Innymi słowy, rozkład powierzchni państw na świecie, przynajmniej państw mniejszych od Związku Australijskiego, ma charakter wykładniczy.

Jest to wynik po prostu zdumiewający. Intuicyjnie oczekiwalibyśmy bowiem, czegoś w rodzaju rozkładu potęgowego. Bardzo dużo małych krajów i bardzo mało dużych krajów z cienkim „ogonem” tego rozkładu. Jest to naturalny rozkład, jaki przyjmują wszelkie ludzkie grupy, od klubów hobbystycznych, poprzez gangi narkotykowe, aż do sieci osiedleńczej – miast, miasteczek i wsi. Rozkład potęgowy, zwany też w Polsce rozkładem Pareto, powstaje bowiem w wyniku tzw. efektu św. Mateusza. Nazwa ta pochodzi od Mt 25, 29: Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Większe grupy, np. portale internetowe z większą liczba użytkowników, silniej przyciągają nowych członków, niż grupy mniejsze, przez to większe grupy szybciej od mniejszych się rozrastają, co ostatecznie prowadzi do powstania właśnie rozkładu potęgowego – Pareto. Tymczasem w przypadku terytoriów państwowych ta reguła, jak się okazuje, nie obowiązuje. Państw małych jest „za mało”, a państw dużych jest „za dużo” w stosunku do tego, czego oczekiwalibyśmy po rozkładzie Pareto. W zamian dostajemy właśnie rozkład wykładniczy.

 Rozkład wykładniczy powstaje zaś wtedy, kiedy mamy do czynienia z procesami całkowicie losowymi.  Przekładając to na język geografii politycznej, otrzymujemy wniosek, że powierzchnie, a zatem konsekwentnie i granice państw świata, mają charakter całkowicie, prawie w stu procentach …przypadkowy. To czy dane państwo zyska, lub utraci jakieś terytorium, nie zależy w ogóle od jakiegokolwiek obiektywnego czynnika, ale jest wynikiem …przypadku. Prawdopodobieństwo takiego wydarzenia jest stałe i w ogóle od charakteru danego państwa, jego zasobów naturalnych, poziomu rozwoju, gospodarki, rodzaju rządu, w długiej, historycznej perspektywie czasowej, …nie zależy. Sprawnie zorganizowane i rządzone państwo może się, co prawda, dzięki tym zaletom rozrastać terytorialnie, ale, najdalej po kilku pokoleniach przestaje być sprawne i zorganizowane i zaczyna się kurczyć. Ostatecznie zwycięża los, przypadek. Co więcej, szansa na przyłączenie jakiegoś terytorium jest taka sama jak szansa jego utraty. Gdyby bowiem te prawdopodobieństwa nie były równe, na świecie istniałyby tylko kraje bardzo duże, albo bardzo małe, w zależności od tego, które prawdopodobieństwo byłoby większe.

Reguła ta, ma jednak swoje granice stosowalności. Kiedy powierzchnia danego kraju, przekroczy mniej więcej 5 mln kilometrów kwadratowych, włącza się, jak już wspomniano, mechanizm hamowania i prawdopodobieństwo utraty jakiegoś terytorium staje się większe niż prawdopodobieństwo przyłączania kolejnego. Druga granica występuje przy powierzchni 10 tys. kilometrów kwadratowych, gdzie zachodzi swoisty rodzaj przejścia fazowego i wykładnik rozkładu zmienia się skokowo. Powyżej tej granicy wartość bezwzględna tego wykładnika jest mniej więcej dwu i półkrotnie niższa (0,032) niż poniżej (0,083). Parametr ten, w rozkładzie wykładniczym, jest sumą prawdopodobieństwa zyskania i utraty danego terytorium, czyli dla równych szans na oba te wydarzenia, jest on dwukrotnością tego prawdopodobieństwa. Małe kraje, poniżej tej granicznej wielkości terytorium, są zatem mniej stabilne niż kraje większe i bardziej dynamicznie wymieniają się terenami z sąsiadami. Wskutek tej zwiększonej dynamiki ich rozkład jest bardziej oddalony od punktu równowagi, niż to się dzieje w przypadku krajów większych i bardziej stabilnych, a tym samym dopasowanie do krzywej teoretycznej jest mniej dokładne.

Wnioski zatem są jednoznaczne. Żadne „granice naturalne”, wbrew popularnym poglądom, nie istnieją. Wszystkie granice między państwami, z wyjątkiem krajów naprawdę wielkich, zajmujących dużą część, lub nawet całość (Australia), kontynentów, mają charakter czysto przypadkowy. Ciekawe, że właściwie unieważnia to nie tylko geografię polityczną, ale i sporą część nauk historycznych. Tą część, która opisuje jakie to tereny dany król do królestwa przyłączył, a jakie utracił na rzecz króla państwa sąsiedniego. Te doniosłe wydarzenia historyczne, szczegółowo opisywane i analizowane w podręcznikach szkolnych, akademickich i solennych opracowaniach naukowych, okazują się nie mieć, per saldo, absolutnie żadnego znaczenia.

Ameryka znów odkryta. I zakryta.

Spoglądając na ziemski globus, można zauważyć, że masy lądowe na naszej planecie są rozłożone bardzo nierównomiernie. Większość kontynentów grupuje się w tzw. wyspie świata, obejmującej Europę, Azję i Afrykę. Obszar ten nazywany jest też Starym Światem. Ale obok świata starego istnieje na Ziemi i Świat Nowy. To Ameryki północna i południowa, oddzielone od Wyspy Świata przez rozległe oceany: atlantycki i spokojny. Ten geograficzny fenomen miał bardzo ważkie konsekwencje w dziejach ludzkiej cywilizacji. Na początku holocenu, zaraz po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia, zarówno w Starym, jak i w Nowym Świecie nastąpiła rewolucja neolityczna. Przejście od łowiecko-zbierackiego trybu życia do rolnictwa, wyrwanie ludzkości z naturalnego ekologicznie stanu dzikości i rozpoczęcia tym samym budowy kultury i cywilizacji. Proces ten zaszedł w Eurazji, Afryce i obu Amerykach, ale pojawiły się pomiędzy jego poszczególnymi lokalizacjami też spore różnice. Cywilizacje Nowego Świata powstały później i rozwijały się wolniej niż te ze starego. W roku 1500, kiedy to oba światy zostały połączone, świat nowy nie znał jeszcze koła, ani metalurgii i znajdował się z grubsza na poziomie, jaki świat stary osiągnął już ponad cztery tysiąclecia wcześniej, w czasach Starego Państwa w Egipcie, czy mezopotamskiego Sumeru. Przyczynami tego opóźnienia były przede wszystkim dwukrotnie mniejsze, w porównaniu z Wyspą Świata rozmiary Ameryk, oraz ich południkowa rozciągłość na osi północ-południe, co bardzo utrudniało wzajemną wymianę ludzi, idei i towarów. Do momentu przybycia europejskich konkwistadorów, dwa najważniejsze amerykańskie ośrodki cywilizacyjne, andyjski i mezoamerykański, w ogóle nie wiedziały nawet jeszcze nawzajem o swoim istnieniu.

Amerykańskie cywilizacje prekolumbijskie są pod wieloma względami zadziwiająco podobne do swoich „chronologicznych” odpowiedników ze Starego Świata, pod innymi zaś, przeraźliwie obce i wręcz przerażające. Pierwsi chrześcijańscy misjonarze, którzy dotarli tam w XVI wieku, z powodu niesłychanej brutalności tamtejszych kultur, byli nawet przekonani, że znaleźli się dosłownie w piekle, co zresztą skłaniało ich do działań nie do końca przemyślanych, jak namawianie Indian do spalenia swoich „szatańskich” bibliotek, niestety, z opłakanym dla kultury skutkiem, skutecznie. Przyczyną owej, posuniętej wręcz do skrajnego bestialstwa, brutalności kultur prekolumbijskich było nie tylko ich zapóźnienie w rozwoju. Jedną z istotnych różnic, pomiędzy Starym, a Nowym Światem, obok samych tylko kwestii geograficznych, był także brak w tym drugim, nadających się do udomowienia, zwierząt, odpowiedników kóz, owiec, krów, świń, czy koni. Prekolumbijscy Amerykanie sami w znacznej mierze ponoszą za to odpowiedzialność, bo jeszcze jako łowcy zbieracze, znani jako kultura Clovis, wytępili całą amerykańską tzw. megafaunę, w tym oczywiście gatunki potencjalnie zdatne w neolicie do udomowienia, co w Starym Świecie zaszło w znacznie mniejszym stopniu. W konsekwencji w Ameryce rolę, jaką na Wyspie Świata odgrywały udomowione zwierzęta, przejęli …ludzie. W Mezoameryce prowadzono nawet tzw. wojny kwietne, których jedynym celem było właśnie wzięcie jeńców, złożenie ich w ofierze bogom i …skonsumowanie. Drugi, andyjski amerykański ośrodek cywilizacyjny, miał już jakieś zwierzęta do dyspozycji, zatem poziom brutalności był tam niższy. Ale niewiele niższy. Inkowie swoich poddanych, co prawda, nie traktowali w kategorii pokarmu, zwierząt rzeźnych ale już jako robocze woły, czy konie, jak najbardziej.

Amerykański eksperyment jest zatem fascynujący, zarówno ze względu na podobieństwa, jak i na różnice między cywilizacjami, które rozwijały się w całkowitej izolacji od siebie.

Ejże, czy aby na pewno w całkowitej?

Historycznie wiadomo o dwóch międzycywilizacyjnych kontaktach, które nadwątliły tą amerykańską izolację przed podróżą Kolumba w 1492 roku. W roku 1000 do północno-wschodnich wybrzeży kontynentu północnoamerykańskiego dotarli, pochodzący z europejskiej Skandynawii, Normanowie. Skala czasoprzestrzenna ich późniejszego pobytu w Ameryce poza Grenlandią jest słabo rozpoznana, ale wydaje się bardzo wątpliwe, aby dotarli oni dalej niż tereny dzisiejszej Kanady i Nowej Anglii. W tamtym czasie obszar ten zamieszkiwali jeszcze łowcy zbieracze, a najbliższa amerykańska cywilizacja rolnicza znajdowała się dopiero w dolinie Missisipi. Zatem, do prawdziwego kontaktu międzycywilizacyjnego, rolnika z rolnikiem, zapewne w ogóle nie doszło. Bardziej owocne było drugie z tych pierwszych spotkań. Jakieś 200 lat po Normanach, tym razem do zachodnich brzegów Ameryki Południowej dopłynęli Polinezyjczycy. Zostawili tam swoje kury, a zabrali ziemniaki, które do dziś, pod oryginalną amerykańską nazwą „kumara”, są w Polinezji uprawiane. Polinezyjczycy wymieszali też częściowo swoje geny z Indianami, czego o Normanach nie można stwierdzić na pewno.

Oba jednak te bezdyskusyjne przykłady naruszenia amerykańskiej izolacji nie wpłynęły jednak, w żadnym zauważalnym stopniu, na cywilizacje prekolumbijskie. Polinezyjczycy, wyjąwszy sztukę żeglarską, nie przewyższali współczesnych im Amerykanów w zauważalnym stopniu. Normanowie zaś, teoretycznie przedstawiciele znacznie bardziej rozwiniętej chrześcijańskiej Europy, pomijając już fakt, że z żadną prawdziwą obcą cywilizacją się w Ameryce raczej nie zetknęli, faktycznie organizowali swoje wyprawy z Grenlandii. Jednej z najbiedniejszych prowincji, jednego z najbiedniejszych krajów europejskich, znajdując się tym samym na końcu bardzo długich i wrażliwych na przerwanie linii komunikacyjnych. Ówczesna podróż z Norwegii do Winlandu, jak Normanowie Amerykę nazywali, odbywała się etapami poprzez Faroery, Islandię i Grenlandię i mogła trwać nawet kilka lat. Atrakcyjnych dla europejskiego odbiorcy towarów w Winlandzie zaś nie za bardzo można było znaleźć. Przychody z takich wypraw, co dotyczy także Polinezyjczyków, nie przewyższyły zatem nigdy trwale kosztów ich organizacji, zatem z czasem wyprawy te zostały, zarówno te od wschodu, jak i od zachodu, zarzucone.

Aby obie rozdzielone oceanami cywilizacje mogły się w sposób trwały połączyć, międzykontynentalne szlaki handlowe musiałyby być krótsze, statki mieć większą ładowność, niż polinezyjskie tainui, czy normańskie knorry, a kontakt międzycywilizacyjny nawiązany nie za pośrednictwem dalekich i zacofanych peryferii, ale na szczeblu możliwie bliskim centrów obu kultur. Te warunki zostały spełnione dopiero w XV wieku. Najbardziej ówcześnie rozwinięta i najbogatsza cywilizacja Eurazji zainicjowała i wdrożyła wielki program oceanicznych wypraw odkrywczych i handlowych. Budowała olbrzymie floty gigantycznych statków, tak zwanych baochuanów o wyporności dochodzącej do 2 tysięcy ton, które przemierzały oceany i docierały do odległych kontynentów. Wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie, aby Ameryka stała się Nowymi Chinami. A jednak tak się nie stało. Tym razem z kolei różnica poziomów cywilizacyjnych okazała się zbyt duża. Najbogatsze imperium świata, było równocześnie w wysokim stopniu ekonomicznie samowystarczalne i nie odczuwało palącej potrzeby sprowadzania czegokolwiek z dalekich lądów. Znów okazało się, że koszty budowy, zorganizowania i utrzymania chińskich „flot skarbowych” są znacznie wyższe, niż osiągane podczas ich rejsów dochody. Nie ma wśród historyków zgody, czy jakieś statki Mingów w ogóle do Ameryki dotarły, ale nawet jeżeli do tego doszło, to nie znaleziono tam niczego dla Chin interesującego.

Udana okazała się dopiero ostatnia próba podjęta stulecie po Mingach, tym razem na drugim, europejskim krańcu Eurazji. Droga to Ameryki była stamtąd krótsza, poziom europejskiej cywilizacji chrześcijańskiej niewiele od chińskiego, ale jednak, niższy, wyższy za to na pewno od cywilizacji polinezyjskiej. Wreszcie ówczesna Europa była uzależniona ekonomicznie od handlu z Dalekim Wschodem, który odbywał się za pośrednictwem bardzo długiego łańcucha kosztownych pośredników. Presja gospodarcza na poszukiwanie alternatywnych, oceanicznych szlaków handlowych do Chin i Indii była więc bardzo duża. Mniej niż stulecie po Mingach, Europa osiągnęła odpowiednio wysoki poziom rozwoju gospodarczego, technologicznego i naukowego, oraz była dostatecznie zmotywowana, aby takie trwałe transatlantyckie połączenie z Nowym Światem nawiązać. Kolumb postawił jedynie kropkę nad i. Gdyby Kolumba nie było, podobnej wyprawy dokonałby, wcześniej, czy później, kto inny. Ameryka nie stała się więc neo-Chinami, lecz neo-Europą, którą pozostaje do dziś dzień.

Wbrew jednak popularnym mniemaniom, dzieje świata nie przebiegają w sposób liniowy. Okres historyczny pomiędzy rewolucją neolityczną, czyli powstaniem rolnictwa, a rewolucją przemysłową, nazywany jest często cywilizacją rolniczą, albo maltuzjańską. W odróżnieniu od poprzedzającego ją paleolitu, kiedy ludzie, z ekologicznego punktu widzenia, stanowili odpowiednik szczytowych drapieżników, w maltuzjanizmie, znajdowali się w symbiozie z uprawianymi przez siebie roślinami i hodowanymi zwierzętami. O ile jednak ekologiczny układ drapieżnik – ofiara jest układem stabilnym, który, niezależnie od warunków początkowych, zawsze dąży do określonego stanu równowagi, o tyle równania matematyczne opisujące symbiozę są z natury niestabilne, a ta niestabilność jest tym większa, im większa jest korzyść z symbiozy osiągana przez gatunki symbiotyczne. W konsekwencji społeczeństwa maltuzjańskie również są niestabilne. Dzięki temu mogą się rozwijać w tempie niewyobrażalnym dla paleolitycznych łowców zbieraczy, ale też doświadczają, z grubsza co millenium, cyklicznych kryzysów i regresów. W zachodniej Eurazji ostatnim takim maltuzjańskim załamaniem cywilizacyjnym był upadek antycznego Rzymu. Wcześniejszym – koniec epoki brązu. Rozwój cywilizacji maltuzjańskiej jest zatem bardziej cykliczny niż liniowy, bo po każdym takim załamaniu cywilizacja odbudowuje się czasami nawet setki lat. Poziom produkcji z czasów rzymskich, co jest bardzo zastanawiającym zbiegiem okoliczności, Europa osiągnęła ponownie dopiero w XV wieku. Skoro więc grecko-rzymski Antyk, patrząc z drugiej strony osi czasu, osiągnął poziom wcale nie niższy niż poziom XV wiecznej chrześcijańskiej Europy, to z równym, jak XV wieczni Europejczycy, powodzeniem, antyczni żeglarze mogli nawiązać trwałe, a nie tylko incydentalne, jak Normanowie i Polinezyjczycy, kontakty z Nowym Światem. Greckie i rzymskie statki, wykorzystując monsuny, przez setki lat pływały z Egiptu do Indii, a potem nawet do Chin i z powrotem. Podróż trasą Kolumba z pasatami do Ameryki nie stanowiła większego niż te wyczyny, wyzwania nautycznego. Jak napisał Raimund Schulz w swojej ciekawej pracy na ten temat pt. „Łowcy przygód w dalekich krainach”:

Żeglugowe warunki wstępne dla przepłynięcia Atlantyku były spełnione już w antyku – nie ma najmniejszych wskazówek, sugerujących, że ówcześni widzieli w tym jakiś problem – istniały też właściwe koncepcje geograficzne świata, panowało powszechne przekonanie że można osiągnąć sukces. Plany leżały niejako gotowe w szufladzie. Dlaczego nie zostały z niej wyciągnięte?

Schulz usiłuje zresztą odpowiedzieć na to ostatnie pytanie, wskazując na brak odpowiedniej presji ekonomicznej na szukanie „zachodniej drogi”. Przewrotnie jednak zapytamy w tym miejscu. A skąd wiadomo, że te plany nie zostały wyciągnięte?

Zwolennicy istnienia kontaktów antycznego świata śródziemnomorskiego z Ameryką istnieją, ale nie są traktowani zbyt poważnie. Argumenty, że do takich kontaktów faktycznie dochodziło, są zaś bardzo wątpliwe i straszliwe naciągane. A to w Brazylii odkryto rzekome fenickie inskrypcje, a to w rzeźbach Olmeków dopatrywano się przedstawień ludzi o europejskich i afrykańskich rysach twarzy, a to na niektórych rzymskich rzeźbach, czy mozaikach znaleziono owoc przypominający ananasa, rośliny występującej wtedy tylko w Mezoameryce.

Argumenty przeciwko transatlantyckim kontaktom w starożytności mają dużo większą wagę i znaczenie. Epidemie europejskich chorób zakaźnych, które w XVI i XVII wieku doprowadziły pierwotne populacje amerykańskie na skraj biologicznej zagłady, wskazują, że w epoce prekolumbijskiej ówcześni Amerykanie nie mieli z nimi żadnego kontaktu. Kariera, jaką w tym samym czasie w Europie zrobił syfilis, dowodzi symetryczności tej sytuacji. Skoro, jak o tym już było wspomniane, epizodyczny i przelotny kontakt Ameryki z Polinezją doprowadził do wymiany kur na ziemniaki, to dlaczego już w Imperium Romanum nie pojawiła się kukurydza, dynia, pomidory, kakao i ów nieszczęsny ananas, a w Mezoameryce krowy, konie, kozy, owce i świnie? Dlaczego nie zaczęto tam używać koła i wytapiać żelaza? Wbrew pozorom brak jakichkolwiek wyraźniejszych wskazówek na temat Ameryki w antycznych źródłach, o czym będzie jeszcze mowa, jest już znacznie mniejszym problemem.

Brak tych i innych podobnych transferów kulturowych w zasadzie wykluczał transatlantyckie antyczne podróże, a przynajmniej antyczne regularne transatlantyckie podróże do Ameryki, z kręgu poważnych hipotez historycznych. Niżej podpisany, na ten przykład, jeszcze do niedawna był, tak samo jak cytowany wyżej Schulz, absolutnie przekonany, że takich antycznych wypraw przez Atlantyk, w ogóle nie było.

A potem całkowicie, o sto osiemdziesiąt stopni, zmienił tę opinię. W piętnaście minut.

O Lucio Russo, włoskim fizyku i historyku nauki, autor niniejszego eseju nigdy nie miał najlepszej opinii. Russo bowiem, wielki entuzjasta cywilizacji hellenistycznej, podobnie jak np. fan mingowskich Chin Gavin Menzies, cierpi na danikenozę, czyli brak jakiegokolwiek krytycyzmu wobec zebranego przez siebie materiału, oraz rozstrzyganie wszystkich wątpliwości na korzyść obiektów swojego intelektualnego afektu. Daniken wszędzie na świecie widzi ślady kosmitów, Menzies, chińskich flot skarbowych z początków XV wieku, a Russo, wielkich osiągnięć Hellenizmu. Już pierwsza wydana w Polsce książka Russo „Zapomniana rewolucja”, chociaż zawierała wiele cennego materiału, nie była wolna od tej przypadłości. Podobnie jest i w drugiej pozycji jego autorstwa „Świat przed Kolumbem”. Podobnie jak Daniken i Menzies, również Russo odwraca, naturalny dla badacza porządek rzeczy, i stawiając mocno nieortodoksyjne i kontrowersyjne twierdzenie, usiłuje tendencyjnie dobrać do niego dane, odrzucając te, które go nie potwierdzają i akceptując tylko te, które da się do tezy jakoś dopasować. Uważa też Russo, że wszelakiego typu innowacje i wynalazki, a przynajmniej większość z nich, może być dokonana tylko jednorazowo. Skoro, zdaniem Włocha, pismo przykładowo zostało wymyślone od podstaw tylko jeden raz, to wszystkie znane jego systemy, w Mezopotamii, Egipcie, Chinach i w Ameryce Środkowej, mogły powstać tylko poprzez wzajemne zapożyczenie tej idei.

A jednak to Russo wypełnił warunek, że nadzwyczajne twierdzenia wymagają nadzwyczajnych dowodów i taki dowód na regularne transatlantyckie podróże w Antyku przedstawił. Nie chodzi tu o żadne wątpliwe i wieloznaczne znaleziska archeologiczne, czy mętne i niejasne wzmianki u starożytnych kronikarzy, jak to do tej pory zwolennicy transatlantyckich kontaktów w starożytności czynili. Dokładnie jest to dowód na to, że hellenistyczny naukowiec Hipparch z Nikei, żyjący w II w p.n.e., znał dokładne współrzędne geograficzne wysp z archipelagu Małych Antyli, położonych u amerykańskich wybrzeży, w basenie Morza Karaibskiego. Jest to dowód żelbetonowy, z rodzaju takich, jakie funkcjonują w naukach ścisłych i przyrodniczych, a nie są praktycznie w ogóle spotykane w humanistyce. W zasadzie nie da się go podważyć z żadnej strony, ani w żaden alternatywny sposób zinterpretować.

Niżej podpisany rozczaruje jednak w tym miejscu swoich czytelników i …nie napisze jaki to dowód, odsyłając w tym miejscu ciekawskich do książki Russo, zwiększając tym samym jego popularność i dochody, bo włoski autor całkowicie sobie na to, w opinii pilastra, zasłużył.

Nasuwa się oczywiste pytanie, skąd Hipparch posiadł taką wiedzę i również na nie Russo potrafi przekonująco odpowiedzieć. O ile żegluga we wschodnim rejonie Morza Śródziemnego, Morzu Czerwonym, i Oceanie Indyjskim była wtedy, ogólnie rzecz ujmując, domeną Greków, którzy jakieś skąpe, bo skąpe, ale jednak źródła po sobie pozostawili, o tyle na zachodzie i Atlantyku dominowali Fenicjanie, a dokładnie Kartagińczycy, po których nie zostało prawie nic. Punijczycy okrywali swoje wyprawy mgłą tajemnicy, zwłaszcza strzegli jej wobec Greków – swoich najgroźniejszych morskich rywali. Po zdobyciu i zniszczeniu Kartaginy w 146 r p.n.e. kartagińskie archiwa państwowe, w których przechowywano relacje, zwane z grecka periplusami, z wypraw kartagińskich flot, wpadły w ręce Rzymian, którzy jednakże nie mając przekonania do żeglugi oceanicznej, sprezentowali ten łup królom Numidii. Tam też mógł Hipparch uzyskać do nich dostęp i wykorzystać zaczerpnięte z nich dane w swojej pracy. Wiadomo na pewno, że Fenicjanie potrafili docierać do Zatoki Gwinejskiej, gdzie statki ze Śródziemiomorza pojawiły się ponownie dopiero w XV wieku, a nawet opłynąć Afrykę dookoła. Wyprawa przez Atlantyk nie stanowiłaby więc dla nich technicznie szczególnego wyzwania. Należy przy tym zauważyć, że skoro potrafili oni dokładnie zmierzyć i zapisać współrzędne co najmniej sześciu karaibskich wysp (tyle na pewno znał Hipparch), to nie może być mowy o jednym, odosobnionym, pojedynczym rejsie w tamten rejon. Kontakty musiały być intensywne i trwać co najmniej dziesięciolecia. Sam Russo jest przekonany, że takie transatlantyckie wyprawy, rozpoczęte gdzieś na przełomie VI/V wieku p.n.e. były kontynuowane, nawet po upadku Kartaginy przez, również fenickiego pochodzenia, mieszkańców hiszpańskiego miasta Gades, dzisiejszego Kadyksu, aż do V wieku. Naszej ery. Czyli w sumie prawie przez tysiąc lat! No, ale to już można złożyć na karb danikenozy. Nie ulega jednak wątpliwości, że te wzajemne kontakty były długie i częste. Nie jest zatem prawdopodobne, że ograniczały się do samych tylko Małych Antyli. Kartagińczycy musieli spenetrować w tym czasie również Wielkie Antyle (Puerto Rico, Kubę, Haiti), oraz dotrzeć do kontynentu amerykańskiego. Północnego i południowego.

Tym bardziej dziwny jest brak nie tylko śladów archeologicznych, nawet tak skąpych, jakie pozostawili po sobie zarówno Polinezyjczycy, jak i Normanowie, ale także jakiejkolwiek wzajemnej wymiany kulturowej, o którym już była w tym eseju mowa. Punijczycy nie przekazali Amerykanom żadnych zwierząt hodowlanych, ani patogenów, ani technologii użytkowania koła czy metalurgii, a pismo Majów, choć Russo w swoim oratorskim zapędzie, rozpędzie i entuzjazmie twierdzi, że zostało zapożyczone od zamorskich przybyszów, w ogóle nie jest do fenickiego alfabetu w żadnym stopniu podobne. Nie zainteresowali się też Kartagińczycy uprawą kukurydzy, dyni, kakao czy ananasów. Nie zarazili się syfilisem. W ogóle te częste i intensywne kontakty nie wpłynęły w żaden widoczny sposób na cywilizację Mezoameryki. Zresztą okres ten w historii tego regionu to swoista czarna dziura. Świetność Olmeków i Majów okresu preklasycznego należała już wtedy do przeszłości, a Teotihuacan i klasyczne miasta Majów, do przyszłości. Zapotekowie zaś, najbardziej rozwinięta w tym czasie kultura Mezoameryki, tkwili w swoich górach, daleko od morza.

Te fakty jednak, które wcześniej były przytaczane jako argumenty przeciwko transatlantyckim kontaktom w Antyku, wobec dowodu podanego przez Russo, nie mogą dalej pełnić takiej funkcji i stają się zagadkami, które domagają się jakiegoś wyjaśnienia. Autor niniejszego eseju spróbuje postawić hipotezę, że właśnie owa wspomniana wyżej mezoamerykańska luka kulturowa jest wynikiem tego pierwszego kontaktu. Skoro szok kulturowy w Ameryce po przybyciu Europejczyków w XVI wieku był tak potężny, że nieomal doprowadził tamtejsze populacje do zagłady na poziomie nie tylko kulturowym, ale wręcz biologicznym, to dlaczego analogiczne, choć najwyraźniej słabsze zjawisko, nie mogło tam nastąpić dwa millenia wcześniej? Może to właśnie przybycie Kartagińczyków doprowadziło do upadku Olmeków i preklasycznych Majów? Może jednak zarazili się oni jakimiś śródziemnomorskimi chorobami? A Indianie, zauważając, że źródłem chorób są przywiezione przez Obcych zwierzęta, zarzucili potem ich hodowlę, albo w ogóle jej nie rozpoczęli? Tak czy owak jest to fascynująca historia, znacznie przewyższająca pod tym względem opowieści o antycznych kosmitach, ponieważ wydarzyła się (prawie na pewno) rzeczywiście, a potem na tysiąclecia zniknęła całkowicie z ludzkiej pamięci.

Schulz R.

Łowcy przygód w dalekich krainach. Wielkie pionierskie podróże i wiedza antyku o świecie

Wyd. PIW 2020

Russo L.

Świat przed Kolumbem. Kontakty między cywilizacjami.

Wyd. Bellona 2019

Jakby byli, to by byli. A skoro ich nie ma, to ich nie ma.

Niniejszy wpis jest polemiką z artykułem „Galaktyczny archipelag” zamieszczonym w 342 numerze „Świata Nauki”. Opiera się na wątkach opisywanych już we wpisach „Milczenie Wszechświata„, „Wiekuista cisza nieskończonych przestrzeni„, oraz „Dzieci gwiazd„.

Problem istnienia, a właściwie nieistnienia pozaziemskich cywilizacji naukowo – technicznych najbardziej popularny był w trzeciej ćwierci XX wieku, kiedy rozwój radioastronomii pozwalał na przekonanie, że odkrycie takich cywilizacji, a nawet nawiązanie z nimi dwustronnej łączności, jest kwestią bardzo niedługiego czasu. Ta fala entuzjazmu opadła jednak już dawno, publikacje na ten temat, nie tylko stały się rzadkie, ale w dodatku utraciły w znacznej mierze walor naukowy, stając się filozoficzno-humanistycznymi, jałowymi poznawczo, rozważaniami, których jedynym celem było danie wyrazu uprzedzeniom i fobiom ideologicznym swoich autorów. Paradoks Fermiego, czyli właśnie drastyczna rozbieżność pomiędzy oszacowaniami rozprzestrzenienia cywilizacji naukowo – technicznych w Galaktyce, a obserwowaną faktyczną, po odjęciu naszej, zerową, ich liczebnością, stało się dla autorów tylko pretekstem do głoszenia wyznawanych przez nich poglądów politycznych i społecznych, często zresztą zupełnie absurdalnych. Ta poznawcza pustynia jest tym bardziej przykra, że mamy przecież do czynienia z jednym z najważniejszych zagadnień w całej historii nauki i cywilizacji.

Z tym większym uznaniem należy zatem przyjąć publikację, która się z tego fatalnego schematu wyłamuje, która znów, jak kiedyś, odwołuje się do modeli ilościowych i która traktuje temat nie filozoficznie, a naukowo. Ma w tym miejscu na myśli niżej podpisany oczywiście artykuł „Galaktyczny archipelag” opublikowany w 342 numerze „Świata nauki” z lutego 2020 roku.

Niestety, oprócz swoich niewątpliwych, wspomnianych wyżej, zalet, ma artykuł także wady. Przede wszystkim analogia którą się w nim posłużono, analogia pomiędzy Wszechświatem, czy też skromniej, Galaktyką, z jej gwiazdami i planetami, a ziemskim oceanem z jego wyspami i archipelagami, jest całkowicie nieadekwatna. Przede wszystkim zupełnie inna jest skala wielkości. Najbardziej od wszystkich innych oddalonym, a zarazem zamieszkanym, terenem na Ziemi jest polinezyjska Wyspa Wielkanocna, zwana też Rapa Nui, mająca ok 15 km średnicy i położona 2,5 tys. km od najbliższego innego lądu. Stosunek tych dwóch wielkości, odległości do średnicy, wynosi zatem w jej przypadku ok 170. Tymczasem średnica planet podobnych do Ziemi i nadających się do zamieszkania, wynosi w zaokrągleniu 10 000 km. Średnia zaś odległość pomiędzy nimi jest i to w bardzo optymistycznej wersji, z grubsza równa średniej odległości pomiędzy gwiazdami w Galaktyce i sięga ok 5 lat świetlnych. Stosunek tych dwóch wielkości to jakieś 4,5 miliarda, czyli 30 milionów razy więcej niż w przypadku wysp na Pacyfiku.

Również skala zaawansowania cywilizacji, którą dany ląd, czy to oceaniczny, czy kosmiczny, może utrzymać, jest bardzo różna. Stopień komplikacji społeczeństwa, z którego poziom rozwoju cywilizacyjnego wprost wynika, jest bowiem proporcjonalny do jego liczebności. Zakładając, że twórcy takiej cywilizacji są z grubsza, co do rzędu wielkości, podobnych rozmiarów, co ludzie, to na Wyspie Wielkanocnej może ich stabilnie bytować nie więcej niż kilka tysięcy osobników. Dlatego też wyspa taka nigdy samoistnie bardziej złożonego społeczeństwa nie jest w stanie utrzymać, czego dzieje mieszkańców Rapa Nui, na której cywilizacja w dramatyczny sposób uległa swoistej redukcji i uproszczeniu, czy jeszcze mniejszej od niej wyspy Pitcairn gdzie zanikła całkowicie, są doskonałym przykładem. Populacja planetarna zaś bez trudu może iść w miliardy osobników a tym samym być domem zaawansowanej cywilizacji naukowo – technicznej.

Trzecią istotną różnicą jest to, że ocean ziemski jest …zakrzywiony. Z jednej konkretnej wyspy widać tylko te położone naprawdę blisko. Tych oddalonych bardziej niż o kilkadziesiąt kilometrów – nie widać nigdy. Tymczasem ocean kosmiczny jest płaski. Wzrok obserwatora bez trudu sięga na odległości nawet nie kosmiczne, ale wręcz kosmologiczne. Również przejrzystość ośrodka kosmicznego jest nieporównywalnie większa niż przejrzystość przykrywającej ocean, planetarnej atmosfery.

Wszystko to razem sprawia, że posługiwanie się modelem kolonizacji wysp na oceanie w celu opisu kolonizacji planet we Wszechświecie, jest bardzo zwodnicze i w konsekwencji prowadzi na manowce.

Autorzy artykułu tłumaczą bowiem brak, jakichkolwiek innych, niż nasza, cywilizacji w Galaktyce, tym, że Ziemia chwilowo znalazła się na uboczu galaktycznych „fal ekspansji”, jakie, zgodnie z ich modelem, naszą Galaktykę co jakiś czas przemierzają. Żyjąc w takiej „osadniczej pustce”, nie powinniśmy się, według autorów, dziwić, że żadne międzygwiezdne kosmoloty do nas obecnie, w historycznej skali czasu, nie docierają. Niestety, nie sposób, wiedząc już o błędach przyjętej przez nich analogii, się z tym argumentem zgodzić.

Po pierwsze, nawet jeżeli opisywane przez autorów „Galaktyczne archipelagi” znajdują się dziś dość daleko, tysiące lat świetlnych, od nas, to nadal, wskutek płaskości i przejrzystości Wszechświata, powinniśmy je doskonale widzieć, zarówno w zakresie fal radiowych, jak i w podczerwieni. Tymczasem wszystkie dotychczasowe próby wykrycia takich emisji, prowadzone, np. w ramach programu SETI, już od prawie siedemdziesięciu lat, zakończyły się całkowitym fiaskiem. Często dokonywane przy takich okazjach dodatkowe założenie, że rozwinięta cywilizacja międzygwiezdna w pewnym momencie po prostu porzuca technologię radiową, nie może jednak być traktowane poważnie, skoro, niezależnie od stopnia rozwoju technologicznego, radio pozostanie zawsze najtańszym środkiem łączności, wymagającym najmniej energii na przesłanie bita informacji. Dodatkowo, skoro nawet my, Ziemianie, na długo przed zbudowaniem naszej własnej międzygwiezdnej „wyspy osadniczej”, wysyłamy już od czasu do czasu celowe sygnały świadczące o naszym istnieniu (tzw. METI), to tym bardziej będą to robić istoty dużo bardziej od nas cywilizacyjnie zaawansowane.

Drugi argument podważający wnioski autorów wynika wprost z opisanej wyżej skali wielkości. Każda cywilizacja, po dłuższym, czy krótszym okresie istnienia i galaktycznej ekspansji, w końcu upada. Gdyby bowiem tego ograniczenia w modelu nie wprowadzać, nieuchronnym rezultatem okaże się bowiem współczesna Galaktyka skolonizowana w całości, aż do najbardziej zapadłych swoich zakątków włącznie, co w oczywisty sposób nie ma miejsca. Cywilizacje zatem w ten czy inny sposób, muszą mieć skończony czas istnienia.

Koniec końcowi jednak nierówny. Autorzy zakładają bowiem, że kiedy dana cywilizacja znika i upada, upada w całości, wraz z całą zasiedloną przez siebie gwiezdną ekumeną. Tymczasem, odległości międzygwiezdne sprawiają, że samo banalne przesłanie informacji z jednego krańca „wyspy osadniczej” na drugi może trwać życie kilku ludzkich pokoleń. W XVI, XVII i XVIII wieku, europejskie potęgi kolonialne dawały radę zarządzać swoimi imperiami w zbliżonych niejako warunkach, ale opóźnienia w łączności wynosiły tutaj, co najwyżej miesiące, a nie dekady, a poza tym odbywało się to kosztem utrzymania kolonii w stanie stałego niedorozwoju względem metropolii. Jak tylko koloniści osiągali zbliżony do metropolitalnego poziom rozwoju ekonomicznego, natychmiast starali się zależność od macierzystego kraju zerwać, czego najbardziej znanym, aczkolwiek nie jedynym, przykładem, są amerykańskie kolonie Wlk. Brytanii w XVIII wieku.

Gwiezdne imperia, wskutek swojej, niemożliwej ogarnięcia i kontrolowania z jednego miejsca, rozciągłości, nieuchronnie więc będą się rozpadać na praktycznie niezależne od siebie systemy gwiezdne. Ich mieszkańcy stopniowo utracą jedność nie tylko polityczną, ale i kulturową, ekonomiczną, a nawet biologiczną. Zresztą ten sam proces, chociaż mniej zaawansowany, zaszedł także w diasporze polinezyjskiej na wyspach Pacyfiku. Taki archipelag gwiezdnych wysp, których już nic, poza wspólnym pochodzeniem, nie łączy, nie może jednak upaść jako całość. Upadek czy zniszczenie jednej, czy dwóch takich odseparowanych od siebie placówek, w żaden bowiem sposób nie wpłynie na pozostałe, które nadal będą się rozwijać, wysyłać kolejne wyprawy kolonizacyjne, także rekolonizować utracone uprzednio systemy gwiezdne. Jeżeli średni czas potrzebny na skolonizowanie kolejnego układu gwiezdnego, jest chociaż minimalnie krótszy niż średni czas istnienia takiej subcywilizacji, to ekspansja cywilizacji w Galaktyce, chociaż odbywająca się, inaczej, niż w opisanym w artykule modelu, w sposób chaotyczny i nieskoordynowany, raz rozpoczęta, nie zatrzyma się nigdy, aż do skolonizowania wszystkich układów z naszym własnym, Słonecznym włącznie.

Wreszcie trzeci, unieważniający wnioski artykułu, argument. Ziemia może faktycznie, zgodnie z opisanymi obliczeniami, znajdować się na uboczu galaktycznych fal ekspansji, ale przecież nie jest to stan stabilny. Może on trwać, jak sami autorzy podają, kilka milionów lat, tymczasem wiek Galaktyki jest o, co najmniej trzy rzędy wielkości, dłuższy. W odleglejszej, geologicznej przeszłości, Ziemia powinna być celem wielu takich fal osadniczych i przez znaczące okresy czasu, być siedzibą rozwiniętych cywilizacji międzygwiezdnych. Nie istnieją jednak żadne ślady takich przeszłych fenomenów. Owszem, jak wspomniano w artykule, trudno oczekiwać, że materialne ślady cywilizacji, ruiny budynków, wraki maszyn, czy urządzeń, przetrwają na Ziemi z jej silnymi procesami erozyjnymi, wiatrami, deszczami, zlodowaceniami, wulkanizmem i tektoniką płyt, dłużej niż kilkaset tysięcy lat. Dotyczy to jednak Ziemi. Ślady cywilizacji międzygwiezdnej znajdowałyby się jednak przecież nie tylko na naszej planecie, ale w całym Układzie Słonecznym, gdzie, np. na Księżycu mogłyby przetrwać bez problemu nawet miliardy lat.

No i zostają jeszcze ślady niematerialne. Jeżeli kiedyś Ziemia stała się obiektem osadnictwa istot pochodzących z innego układu gwiezdnego, to musiałyby one dokonać, pewnych, choćby nawet bardzo prostych zabiegów „terraformujących”, np. sprowadzić ze sobą jakichś przedstawicieli macierzystego ekosystemu, odpowiedniki tamtejszej flory i fauny. Potomkowie tych dodatkowych, „stowarzyszonych” kolonistów, przynajmniej w niektórych przypadkach, mogły przetrwać na Ziemi wystarczająco długo, żeby jakoś zaznaczyć się w zapisie geologicznym, a właściwie mogłyby żyć między nami i do dzisiaj, gdzie przez swoją ewidentną obcość i niekompatybilność z rodzimymi ziemskimi gatunkami, powinny być doskonale dla biologów, czy paleontologów widoczne.

Reasumując. Milczenie Wszechświata w zakresie radiowym i podczerwonym, połączone z brakiem jakichkolwiek śladów, nawet bardzo odległej w czasie, obecności pozaziemskich cywilizacji na Ziemi i w jej bezpośrednim planetarnym otoczeniu, wskazuje na fakt, że ziemska cywilizacja jest osamotniona znacznie bardziej, niż to z artykułu wynika. Że faktycznie jesteśmy jedyną, pierwszą i najstarszą cywilizacją we Wszechświecie, a przynajmniej w Galaktyce.

Wniosek to zarazem pesymistyczny, jak i optymistyczny, ale stanowiący jedyne sensowne i zgodne ze wszystkimi danymi obserwacyjnymi, rozwiązanie Paradoksu Fermiego. Żadnych inteligentnych cywilizowanych pozaziemskich Obcych nie ma. I nigdy nie było.