Najpiękniejsza katastrofa

W poprzednim artykule, pt „Pożytki z psychohistorii”, opisano przyczynę klęski rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Przyczyną ową, była próba złamania przez rosyjskiego prezydenta Putina obiektywnych praw rozwoju cywilizacyjnego, zwanych łącznie, przez autora niniejszego eseju, na część amerykańskiego pisarza Isaaca Asimova, „psychohistorią” i opisanych w jego pracy pt. „O niewielości cywilizacji”. Próba zignorowania praw przyrody musi się bowiem zawsze skończyć tak samo żałośnie, niezależnie czy chodzi tu o prawa fizyki, chemii, ekonomii, czy właśnie historii.

Bezpośrednio klęskę Putina spowodowała błędna strategia rozwiązywania konfliktów o stałe, niemożliwe do powiększenia zasoby, zwane w teorii gier, grami o sumie zerowej, czy nawet ujemnej. Psychohistoria bowiem przewiduje, przy obecnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, stabilną dominację w takich konfliktach strategii legalistycznych. Polegają one, z grubsza rzecz ujmując, na przyjmowaniu postawy agresywnej wtedy, kiedy się ma obiektywnie ustalone prawa do jakiegoś zasobu, np. terytorium, a postawy ustępującej, kiedy się takiego prawa nie posiada. Gracze stosujący te strategie, wszelkie konflikty i spory, również terytorialne, konsekwentnie rozwiązują na drodze legalistycznej, badając, także w przeróżnych instytucjach sądowniczych i arbitrażowych, kto z nich ma większe do danego zasobu prawo. Ten kto taki spór prawny przegra, od roszczeń do danego zasobu odstępuje.

Kremlowski dyktator tymczasem, stosował zupełnie inny pakiet strategii, zbiorczo w psychohistorii zwanych pragmatycznymi. Polegają one na tym, że silniejszy gracz po prostu wymusza na słabszym ustępowanie, niezależnie od jakichkolwiek obiektywnych praw do zasobu. A jeżeli słabszy gracz się opiera, to silniejszy go niszczy. Ten typ strategii w polityce międzynarodowej, od biedy sprawdzał się w pierwszej połowie XX wieku, ale w wieku XXI są one kompletnie nieskuteczne, co właśnie na Ukrainie widzimy. Udała się Putinowi pragmatyczna polityka raz, w 2008 roku, kiedy wymusił ustępstwa terytorialne na słabej Gruzji, udała się i drugi raz w 2014, kiedy oderwał od Ukrainy Krym i Donbas. Nie mogła jednak udawać się w nieskończoność.

Takie postawienie sprawy może jednak spowodować u Czytelników pewien niedosyt, można bowiem odnieść wrażenie że Rosja została pokonana przez równania matematyczne. Tymczasem modele matematyczne są właśnie tylko modelami i modelują rzeczywiste, występujące w przyrodzie i społeczeństwie procesy i zjawiska. Zacznijmy tutaj od wyjaśnienia, dlaczego strategie legalistyczne są „lepsze” od strategii pragmatycznych. Nie jest bynajmniej ta „lepszość” bezwzględna i nie zawsze zachodzi. O tym, jakie strategie są w grze o sumie zerowej (i mniejszej od zera) ewolucyjnie stabilne, decydują dwa parametry. Pierwszym jest stosunek sił i tym samym szans na zwycięstwo, spierających się stron, drugim zaś stosunek strat jakich można doznać w przypadku siłowej próby rozwiązania sporu, do możliwych do osiągnięcia zysków, jeżeli taka próba się powiedzie – S. Te dwa parametry tworzą razem dwuwymiarową przestrzeń fazową, zwaną w teorii gier macierzą Hammersteina. Nie wdając się w szczegóły, dla niskich S w społeczeństwie dominują tzw. strategie mścicielskie, reagujące agresją na agresję i ustępstwami na ustępstwa, a dla S wysokich, konkretnie wyższych od 3-4, opisane już strategie legalistyczne. Pomiędzy nimi jednak, znajduje się swoista strefa przejściowa, zwana przez autora psychohistorii „Grzbietem Pragmatyzmu”, gdzie stabilne globalnie są właśnie strategie pragmatyczne. Historycznie w cywilizacji zachodniej odpowiada ona pierwszej połowie XX wieku. Jak wiemy jednak z podręczników historii, nawet wtedy stosowanie strategii pragmatycznych było związane z dużym ryzykiem. Strategie te bowiem wymagają bardzo dokładnej wiedzy, zarówno o sile własnej, jak i pozostałych graczy. W praktyce zaś, zwłaszcza jeżeli różnice między nimi są niewielkie, ustalić to jest bardzo trudno, zwłaszcza, że potencjalny przeciwnik wcale tego procesu nie ułatwia, tylko stara się zrobić wrażenie jak najsilniejszego, żeby skłonić innych do przyjmowania postawy ustępującej. W ten właśnie sposób wybuchła I wojna światowa, bo każda ze stron uważała się za silniejszą i w związku z tym eskalowała konflikt, z założeniem, że „tamci”, jako słabsi, muszą w końcu ustąpić. Ten sam błąd, jak wiemy, popełnił teraz również i to na gigantyczną skalę, moskiewski satrapa, znacznie przeceniając siły rosyjskie i dramatycznie nie doceniając ukraińskich.

Jednak te strukturalne, wewnętrzne wady strategii pragmatycznych, są i tak drobiazgiem, w porównaniu z ich wadą zewnętrzną. W porównaniu z sytuacją sprzed stu lat, dzisiaj bowiem, nawet średnio rozwinięte społeczeństwa, znajdują się w przestrzeni fazowej macierzy Hammersteina w zupełnie innym miejscu, przy dużo wyższych niż w czasach Grzbietu Pragmatyzmu, wartościach S. Ich potencjalne straty w wyniku konfliktu zbrojnego są niebotycznie wyższe niż wtedy. I nie chodzi tylko o bezpośrednią cenę prowadzenia wojny, koszty uzbrojenia i amunicji, zniszczeń wojennych, strat ludzkich i materialnych, bombardowań, czy nawet zbrodni. To, co przede wszystkim podwyższa współczynnik S w porównaniu z Grzbietem Pragmatyzmu, czy tym bardziej z czasami preindustrialnymi, to koszt utraconych korzyści.

Zapoczątkowany pod koniec XVIII wieku, proces społeczno-gospodarczy, zwany, nieco myląca, rewolucją przemysłową doprowadził bowiem do zmiany głównego środka produkcji w gospodarce. W miejsce „ziemi”, czyli, najszerzej rzecz ujmując, zasobów naturalnych, czynnikiem tym stał się kapitał. Kapitał zaś, w odróżnieniu od zasobów naturalnych, potrafi wytwarzać sam siebie, co nazywa się akumulacją i co znalazło wyraz w powiedzeniu „pieniądz rodzi pieniądz”. W miarę akumulacji, podaż kapitału nieustannie rośnie, a tym samym spada jego, wyrażona w średniej stopie zwrotu, cena. W konsekwencji, kapitał aktywnie poszukuje możliwości inwestycji, które mogą dać wyższą od średniej stopę zwrotu. Mogą się one znaleźć w nowych, wcześniej nieistniejących segmentach gospodarki, mogą też w krajach biedniejszych, słabiej nasyconych kapitałem, w których stopa zwrotu jest wyższa niż w krajach zamożniejszych. W konsekwencji nadmiar kapitału zaczyna przepływać z krajów zamożnych do krajów biednych, dopóki stopy procentowe się nie wyrównają. Jednak nie każdy biedniejszy kraj może z tego mechanizmu skorzystać. Oprócz samej różnicy stóp procentowych, równie ważną rolę odgrywa inny czynnik – stabilność prowadzenia biznesu. Cóż bowiem z tego, że potencjalny zysk jest bardzo obiecujący, skoro w danym kraju rządzi niestabilny i nieprzewidywalny reżim, który lada moment może przeprowadzić akcje „unarodowienia” prywatnych inwestycji, albo w kraju grasują bezkarnie uzbrojone bandy i panuje bezprawie. Wbrew temu co twierdził Marks, kapitał nie znosi wojen, dyktatur i przemocy, bo to wszystko destabilizuje warunki do prowadzenia biznesu. W takiej Somalii stopa zwrotu może być olbrzymia, ale jakoś nikogo do inwestowania to nie skłania.

W często używanej w praktyce biznesowej tzw. analizie NPV (ang. Net Present Value), parametrem opisującym ową stabilność biznesową jest przewidywany czas istnienia inwestycji – t. W krajach praworządnych, stabilnych i wolnorynkowych, można przyjąć, że t dąży do nieskończoności. Wtedy o kierunku przepływu kapitału decyduje wyłącznie różnica w wysokości stóp procentowych. Aby jednak kapitał mógł dokonywać akumulacji w kraju niestabilnym, o horyzoncie czasowym t wyraźnie krótszym od nieskończoności, stopy procentowe R w takim kraju muszą być odpowiednio wysokie, dokładnie

R>r/(1-exp(-r*t))

Gdzie r to stopy procentowe w kraju pochodzenia kapitału, a t to wspomniany wyżej oczekiwany okres zwrotu z inwestycji. Rosja nigdy nie była krajem praworządnym i wolnorynkowym i parametr t zawsze był tam wyraźnie krótszy od nieskończoności. Niemniej Rosja była też zawsze krajem bardzo biednym i stopy zwrotu były tam na tyle wysokie, że kapitał tam jakoś napływał. Władimir Putin był traktowany jako złowrogi, ale jakoś tam obliczalny gangster, w interesach z którym, wskazana była daleko posunięta ostrożność, ale były one ostatecznie możliwe do przeprowadzenia. Kolejne rosyjskie agresje stopniowo czas t skracały i sytuacja gospodarcza Rosji systematycznie się pogarszała. W końcu, napadając otwarcie Ukrainę, Putin skokowo przeobraził się w oczach kapitału, z szemranego mafioza w nieobliczalnego psychopatę, z którym robienie jakichkolwiek interesów to czyste szaleństwo. Średni oczekiwany okres zwrotu z inwestycji zmniejszył się w Rosji drastycznie, tak jak pokazano na wykresie. Efekt był tym silniejszy, im niższe stopy procentowe r obowiązywały w kraju pochodzenia kapitału.

W konsekwencji oczekiwana stopa zwrotu wzrosła kilkukrotnie, do kompletnie nieosiągalnych realnie poziomów i kapitał z Rosji zaczął uciekać gigantycznym strumieniem. Międzynarodowe korporacje zwinęły się z tamtejszego rynku jeszcze zanim rządy zdążyły nałożyć na Rosję jakiekolwiek sankcje. Ratingi biznesowe Rosji, spadły zaś do najniższych, porównywalnych z Zimbabwe poziomów, jakich Rosja w swojej historii nigdy, nawet w najgłębszym kryzysie za Jelcyna, nie miała.

Utrata zaufania kapitału i tym samym również utrata samego kapitału, przynoszą Rosji straty, przy których wszystkie możliwe teoretycznie do uzyskania łupy z Ukrainy, z całą Ukrainą włącznie, są niewarte najmniejszej nawet wzmianki.

W rzeczywistości jednak rosyjskie koszty są jeszcze większe, niżby to wynikało tylko z ucieczki kapitału. Rewolucja przemysłowa minęła już bowiem dawno półmetek i kapitał też już, jak przed nim „ziemia” przestaje stopniowo być głównym środkiem produkcji. Najbardziej rozwinięte kraje na świecie zawdzięczają obecnie swój wzrost nie inwestycjom kapitałowym, ale innowacjom. Podstawowym czynnikiem produkcji powoli staje się ”praca”, czyli wysoko wykwalifikowani, i wysoko wykształceni pracownicy. Nie jest przypadkiem, że tacy ludzie wyjeżdżali z Rosji „od zawsze”, ale po 24 lutego ten trend osiągnął kulminację. Z Rosji Putina uciekł nie tylko kapitał, ale i ludzie, którzy potrafili optymalnie go wykorzystać. Rosja, w ciągu kilku tygodni, została ekonomicznie sprowadzona do ery preindustrialnej, do poziomu Kuby, Wenezueli, czy Korei płn.

I tu właśnie dochodzimy do najważniejszego, podstawowego błędu Putina, który jest zresztą typowy dla rządów w Rosji, jakiekolwiek by one nie były i z którego wynikają wszystkie pozostałe. Reżim moskiewski, wcale się bowiem, opisaną wyżej, ucieczką kapitału i fachowców, nie przejmuje i nie uważa tego za jakąś znaczącą stratę. Postrzega on bowiem gospodarkę nie w sposób kapitalistyczny, czy tym bardziej postindustrialny, ale właśnie maltuzjański, jeszcze XVIII wieczny. Głównym bogactwem kraju są dla rosyjskiej władzy surowce naturalne, czyli właśnie „ziemia”. Wydobycie i sprzedaż ropy naftowej, czy gazu, nie wymaga, w stosunku do osiąganych zysków, ani specjalnie wysokich nakładów kapitałowych, ani dużego wkładu pracy – niezbędne ku temu zasoby zawsze też można też sprowadzić z zagranicy akonto przyszłych zysków. Nawet planując podbój Ukrainy, tak naprawdę Putin chciał podbić jej zasoby naturalne, w ostateczności godząc się na zachowanie jakiegoś resztkowego państwa ukraińskiego na zachodzie, w mniemaniu Kremla, niezdolnego, po pozbawieniu go dostępu do surowców, do jakiegokolwiek rozwoju. Tego, że nawet gdyby doszło do realizacji takiego scenariusza, różnice pomiędzy zachodnim „banderlandem”, a wschodnią rosyjską „Małorosją” szybko, w ciągu pokolenia, narosłyby do poziomu różnic pomiędzy państwami koreańskimi, nikomu na Kremlu nawet się nie przyśniło.

Ignorowanie praw psychohistorii długo uchodziło rosyjskiej władzy na sucho, bo Rosja, największy obszarowo kraj na świecie i stosunkowo rzadko zaludniony, faktycznie długo mógł opierać się na gospodarce surowcowej i będąc faktycznie stacją benzynową, udawać państwo, a nawet wielkie mocarstwo. Świat jednak nie stał w miejscu. Rola surowców w światowym wzroście gospodarczym systematycznie malała, a tym samym i malało znaczenie ich dostawców. W końcu Putin prowadząc politykę z pierwszej połowy XX wieku, i mając gospodarkę wyjętą żywcem z wieku XVIII, zderzył się z wiekiem XXI i został przez niego starty na miazgę. Mimo tego, że był Putin istną skamieliną, reliktem dnia nawet nie wczorajszego, ale przedwczorajszego, miał na świecie licznych fanów i naśladowców, którzy, nawet czasem będąc z nim werbalnie skłóceni, faktycznie, uwiedzeni jego rzekomą „sprawczością”, i „posybilizmem” usiłowali rosyjski model ekonomiczny i polityczny naśladować. Klęska Putin stała się i ich klęską i należy oczekiwać, że Łukaszenko, Orban, czy PIS długo już u władzy w swoich krajach nie pociągną. Atraktor psychohistoryczny zwalczył tą, niezbyt udolną, próbę przeciwstawienia się mu i historia stopniowo powraca w swoje naturalne koleiny.

O pożytkach z psychohistorii

W czwartek, 24 lutego 2022 roku wojska Federacji Rosyjskiej, na rozkaz prezydenta Władimira Putina, rozpoczęły zmasowaną inwazję na Republikę Ukrainy, państwo biedne, zacofane i skorumpowane, które zresztą już osiem lat wcześniej straciło na rzecz Rosji niektóre fragmenty swojego terytorium. W opinii, zarówno samego prezydenta Putina, jak i wielu jego zwolenników i pomagierów, nie tylko w Rosji, ale i w krajach Zachodu, miała to być krótka zwycięska wojenka, która, najdalej po kilku dniach, skończyłaby się upadkiem ukraińskiego rządu i ustanowieniem w ukraińskiej stolicy marionetkowego reżimu, który by natychmiast podpisał z Putinem odpowiedni traktat „o przyjaźni”.  Do następnego poniedziałku, wszystko miało być pozamiatane, Ukraina podbita, a niezwyciężona armia rosyjska gotowa do kolejnej „operacji specjalnej” w Mołdawii, czy na Litwie, w zależności od tego, jaki cel wskazałby swoim nieubłaganym palcem rosyjski prezydent. Tymczasem, niespodziewanie dla Putina i jego zafascynowanych otaczającym kremlowskiego dyktatora nimbem „sprawczości”, siły i „woli mocy”, fanów na całym globie, sprawy przyjęły zgoła odmienny obrót. Okazało się, że są na świecie rzeczy potężniejsze od woli kremlowskiego satrapy.

Ukraiński rząd nie był tak tchórzliwy jak Putin uważał i ze stolicy nie uciekł. Armia ukraińska okazała się być o wiele bardziej kompetentna, zmotywowana i silniejsza niż ktokolwiek na Kremlu przypuszczał. Wreszcie reakcja najpotężniejszych krajów Zachodu, nie ograniczyła się bynajmniej do zgłaszania wyrazów protestu, ubolewania, tudzież rysowania kredkami po chodnikach, jak to szyderczo środowiska zafascynowane rzekomą siłą Putina prorokowały. W ciągu kilku tygodni armie Putina doznały na Ukrainie druzgoczącej klęski, a gospodarka rosyjska potężnego załamania, co wszystko razem prowadzi wprost, w perspektywie czasowej raczej rzędu miesięcy, niż lat, do upadku nie tylko samego reżimu Putina, ale i zapewne całego państwa rosyjskiego w dotychczasowym kształcie terytorialnym i ustrojowym.

Dlaczego tak się stało? Przecież do tej pory, „wola mocy” Putina odnosiła same sukcesy. Podbicie Czeczenii, najazd na Gruzję w 2008 roku, odebranie Ukrainie Krymu i Donbasu w roku 2014, oraz zmasakrowanie Syrii uszły mu w sumie bezkarnie. Putin i jego pokraczne imperium, w którym kilkadziesiąt procent mieszkańców nie miało nawet dostępu do kanalizacji, czy bieżącej wody, przegrało jednak w końcu, bo przegrać musiało, z przeciwnikiem znacznie potężniejszym niż zjednoczony w junackim patriotyzmie wieloetniczny naród ukraiński, potężniejszym niż organy Unii Europejskiej i potężniejszym niż amerykańska administracja.

W połowie XX wieku amerykański autor literatury z gatunku sci-fi, Isaac Asimov, na potrzeby swojego cyklu powieściowego „Fundacja”, wymyślił naukę zwaną psychohistorią. Zajmować się miała ta fikcyjna dziedzina wiedzy analizą i przewidywaniem kierunku zmian społecznych, gospodarczych i politycznych, zachodzących w ludzkich populacjach. Chociaż zachowanie pojedynczych ludzi pozostawało nieprzewidywalne, to matematyczna analiza odpowiednio licznej ich zbiorowości, mogła przewidzieć zachowanie społeczeństwa, jako całości. Rozwiązanie równań psychohistorycznych pozwalało nie tylko odtworzyć w modelu aktualny stan danego społeczeństwa, ale też, poprzez zbadanie jego dynamiki, przewidzieć, a tym samym i kształtować, jego przyszłość. Ustanawianie i obalanie kolejnych rządów, budowę, rozwój i upadek imperiów, a także przyszłe losy całej cywilizacji. Aby modele psychohistoryczne Asimova mogły działać i dawać sensowne wyniki, musiały być jednak spełnione pewne warunki, przede wszystkim społeczeństwo poddawane analizie musiało być odpowiednio liczne. U Asimova na skalę całej Galaktyki. Poza tym matematyka kryjąca się za równaniami psychohistorycznymi była niesłychanie skomplikowana, wymagająca niezwykle wytężonej pracy najlepszych matematyków w Galaktyce i użycia bardzo zaawansowanych futurystycznych narzędzi, w rodzaju Pierwszego Radiantu. Taka psychohistoria wydawała się zatem przynależeć wyłącznie do dziedziny fantastyki. Tak właśnie było w połowie wieku XX.

W historii twórczości SF wielokrotnie jednak okazywało się, że rozwój naukowo-techniczny potrafi dogonić wyobraźnię twórców, czasami wręcz zaskakująco szybko. Wymyślony przez Juliusza Verne, okręt podwodny „Nautilus”, został faktycznie zbudowany w mniej niż sto lat po ukazaniu się „20 000 mil podmorskiej żeglugi”. Podróż „Wokół Księżyca” tegoż autora również doczekała się swojej realizacji w zbliżonym czasie. Telefony komórkowe z pierwszego serialu „Star Trek”, pojawiły się na rynku jeszcze szybciej. A na prawdziwą psychohistorię czekaliśmy zaledwie 70 lat, zanim została zaprezentowana w książce autorstwa niżej podpisanego pt. „O niewielości cywilizacji

W przeciwieństwie do wyimaginowanej psychohistorii Asimova, ta prawdziwa, realnie istniejąca, nie wymaga aż tak złożonego aparatu matematycznego – spokojnie wystarczy poziom licealny. Jej założenia – aksjomaty też są znacznie mniej skrajne, niż przyjął to Asimov. Minimalna konieczna wielkość ludzkiej populacji to tysiące, co najwyżej miliony osobników, na pewno nie galaktyczne tryliony, nie ma też powodu wykluczać, co zrobili bohaterowie Asimova, istnienia innych niż ludzie istot inteligentnych.

Próba opisania całych dziejów cywilizacji za pomocą kilku prostych modeli matematycznych, może jednak wydawać się niesłychanie zuchwała. W końcu społeczeństwa istot inteligentnych, wydają się być znacznie bardziej skomplikowane i posiadać znacznie więcej stopni swobody niż, opisywane przez nieporównywalnie bardziej złożone i skomplikowane modele, cząstki elementarne, czy czarne dziury.

Tym bardziej zaskakujące jest, jak bardzo okazała się ta próba udana. I jak dokładnie w jej trakcie zdołano opisać całe dotychczasowe dzieje ludzkości, z rewolucją neolityczną, rewolucją przemysłową, a nawet wojnami światowymi z XX wieku włącznie. Autor postawił też szereg przewidywań, co do dalszych losów cywilizacji, które będzie można sfalsyfikować w przyszłości. Jeżeli kiedykolwiek nawiążemy kontakt z jakąś cywilizacją pozaziemską, to powinno się też okazać, że rozwijała się ona według tego samego modelu, co cywilizacja znana nam z autopsji.

Ludzie zatem, wbrew temu, co sami o sobie sądzą, są więc w gruncie rzeczy tak samo przewidywalni i tak samo ograniczeni jak molekuły amoniaku. Poszczególne jednostki mogą przejawiać nawet bardzo daleko posuniętą samodzielność i inicjatywę, w dłuższej jednak perspektywie czasowej, społeczeństwo zawsze doprowadzi do regresji do średniej i historia popłynie w stronę aktualnego atraktora. Najwybitniejsze nawet jednostki mogą ten proces przyśpieszać lub opóźniać, ale nie są w stanie go powstrzymać, ani tym bardziej odwrócić. W wykreowanym przez Asimova świecie „Fundacji”, gdzie twórcy psychohistorii przewidzieli, zaplanowali i za pomocą swoich równań, zaprogramowali polityczne, ekonomiczne i społeczne dzieje Galaktyki na wiele tysięcy lat do przodu, dwukrotnie podjęto próbę świadomego zburzenia tego porządku i popchnięcia społecznego atraktora Galaktyki w innym kierunku. Uratowania, wbrew równaniom, upadającego starego Imperium Galaktycznego i zniszczenia tytułowej „Fundacji”, czyli zalążka zaplanowanego imperium nowego, bardziej stabilnego i lepiej urządzonego, spróbował Bel Riose, ostatni utalentowany generał starego imperium. Odniósł od wiele zwycięstw nad siłami Fundacji, ale każde z nich okazało się w końcu przyczyniać do jego końcowej klęski i śmierci. Równania psychohistorii ostatecznie go, mimo całego jego geniuszu militarnego, pokonały.

Kilkaset lat później pojawił się w Galaktyce prawdziwy, w przeciwieństwie do Bel Riose, nieprzewidziany przez psychohistorię, „czarny łabędź”, w postaci człowieka zwanego Mułem. W wyniku kaprysu genetycznej loterii obdarzony był nadnaturalnymi wręcz zdolnościami empatycznymi i psychicznymi, powalającymi mu nawet czynić z największych swoich wrogów, najbardziej oddanych wyznawców. Mimo jednak, że, wykorzystując w pełni te swoje możliwości, Muł doszczętnie zdemolował aktualny układ polityczno – ekonomiczny Galaktyki, po jego śmierci, układ ten i tak stopniowo wrócił do poprzedniego, wyznaczonego przez psychohistorię, atraktora.

Wracając do Władimira Putina, to oczywiście nie miał on, ani talentu Bel Riose, ani tym bardziej nadnaturalnej charyzmy Muła. Dlatego też, jego próba rzucenia wyzwania psychohistorii, była dużo bardziej nieudolna. W dzisiejszych czasach, w krajach, które już dawno przeszły rewolucję przemysłową – a nie są to jeszcze bynajmniej wszystkie kraje na świecie -, dominującymi, stabilnymi ewolucyjnie, strategiami rozwiązywania konfliktów, są strategie legalistyczne. W największym skrócie polegają one na przyjmowaniu postawy agresywnej wyłącznie w obronie własnych, obiektywnych praw do danego zasobu (np. terytorium), a ustępowaniu tam, gdzie prawa innych graczy są obiektywnie słuszniejsze. Taką postawę w obecnym konflikcie prezentuje Ukraina i wspierający ją sojusznicy z Zachodu. Tymczasem Putin okazał się istną skamieliną, przedstawicielem dnia wręcz przedwczorajszego. Grał on bowiem za pomocą strategii pragmatycznych, czyli takich, w których silniejszy gracz wymusza na słabszym posłuszeństwo siłą, a jeżeli słabsi się sprzeciwiają, to ich niszczy. Strategie pragmatyczne miały swoje pięć minut w pierwszej połowie XX wieku, czasie, który autor nazywa w swojej książce Grzbietem Pragmatyzmu. Jednak nawet wtedy ich stosowanie było, jak wiemy z historii, obarczone dużym ryzykiem. W wieku XXI są one zaś już kompletnie nieefektywne. Mogą odnieść przejściowy sukces raz, czy dwa (Gruzja 2008, Ukraina 2014), ale w końcu muszą, niczym Bel Riose, przegrać i polec, o czym właśnie Putin się przekonał.

W momencie, kiedy autor pisze te słowa, wojna ukraińska ciągle jeszcze trwa, a Putin żyje i rządzi Rosją, zatem wróżenie jego upadku może wydawać się przedwczesne. Przed psychohistorią nie ma jednak ucieczki. Nawet gdyby rosyjska „operacja specjalna” okazała się, zgodnie z planami Moskwy, całkowitym sukcesem, przedłużyłoby to agonię putinowskiego imperium może nawet o kilka lat, ale koniec nadszedłby równie nieuchronnie. Psychohistoria nie dopuszcza już bowiem istnienia w dzisiejszym świecie podobnych bytów politycznych. Rosja, albo pójdzie w końcu ustrojowo w ślady Ukrainy, albo po prostu zniknie jako państwo.

Psychohistoria wreszcie wydana

Po raz pierwszy pilaster umieszcza na tym blogu treść reklamową, a właściwie autoreklamową. Ale w końcu jeżeli się sam nie pochwalę, to kto mnie pochwali? Długo pilaster czekał na możliwość wydania swojej psychohistorii drukiem, ale się w końcu doczekał. 🙂

Oto i ona:

Niestety, nakład jest ograniczony i zależny od ilości zamówień, dlatego też pilaster jest zmuszony do usilnego zachęcania do tychże zamówień składania i nabywania książki. Niech psychohistoria trafi również pod strzechy. 🙂

Link do księgarni

Sejm na ruletce wylosowany. III 2022

Od wielu tygodni wszyscy najwięksi światowi analitycy militarni, ekonomiczni i polityczni nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego 24 lutego 2022 roku rosyjski dyktator Putin zdecydował się na samobójczy krok i zaatakował zbrojnie Ukrainę. Samobójczy, bo biorąc pod uwagę realny stan ekonomiczny Rosji i jej sił zbrojnych, taka inwazja nigdy nie miała prawa się udać i mogła się skończyć tylko upadkiem Putina, a zapewne wkrótce i całej Rosji. Był to ruch tak absurdalny, tak bezsensowny i tak hazardowny, że przyjęło się nawet uważać, że Putin zwyczajnie oszalał.

A tymczasem rozwiązanie tej zagadki jest widoczne jak na dłoni. Za inwazją Putina na Ukrainę stoi …pilaster. 😉

5 lutego, na 19 dni przed putlerowskim atakiem, opublikował on bowiem na swoim blogu notatkę, którą zakończył słowami:

. „W zasadzie wyraźny wzrost poparcia dla PIS mógłby obecnie spowodować wyłącznie Putin atakując zbrojnie i na pełną skalę Ukrainę.”

No i słowo się w gówno obróciło 😦 Ktoś na Kremlu to przeczytał i zameldował o tym gdzie trzeba. Machina rosyjskiej (auto)destrukcji ruszyła. Dla ratowania władzy swoich przydupasów Putin okazał się gotów na ostateczne poświęcenie.

W przypadku Węgier to nawet podziałało. Swoim rzuceniem się na stos zapewnił Putin Orbanowi kolejną kadencję niszczenia państwa i społeczeństwa węgierskiego. Jednak, ani Orban, ani jego węgierscy wyznawcy, najwyraźniej nie zdają sobie sprawy że czas, kiedy robili sobie swoje biznesiki z Putinem w zamiana za włażenie kremlowskiemu satrapie w dupę, przeszły już do historii. Że włazić, owszem, nadal będą musieli, ale już żadnych zauważalnych profitów z tego nie osiągną.

W Polsce jednak to nie zadziałało. Wzrost poparcia dla postkomunistów był niewielki i do tego chwilowy. Co widać na poniższym wykresie. tradycyjnie przypomina pilaster, że zacieniowany obszar to zakres błędu przy poziomie ufności 20%

PIS wyraźnie nie dorósł do swojego moskiewskiego pierwowzoru i okazał się jeszcze bardziej od niego nieudolny i krótkowzroczny. Nawet w obliczu największego zewnętrznego zagrożenia dla Polski od 1981 roku, genetyczni patrioci nadal myślą tylko o tym, jakby się nakraść i zapewnić sobie bezkarność, oraz jak wyeliminować wszystkich Polaków, którym narodowy pisowski socjalizm się nie podoba. Machina propagandowa postkomunistycznego antypolskiego przemysłu pogardy nie zwolniła też ani na moment. Nadal głównym wrogiem i celem histerycznych ataków jest UE i ogólnie Zachód. Wprost Putina PIS co prawda nie odważa się popierać, ale już nie kryjący się bynajmniej z miłością do Kremla Orban, nadal jest dla postkomunistów celem strzelistych afektów. I wyborcy chyba to jednak widzą.

Tak czy owak, w poparciu dla poszczególnych partii, agresja Putina na Ukrainę nie spowodowała trwałych zmian. Najbardziej prawdopodobny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w marcu, przedstawia kolejny wykres.

A dwa kolejne tradycyjnie pokazują liczebność możliwych koalicji i prawdopodobieństwo uzyskania przez nie większości.

PIS został tym samym pozbawiony jakichkolwiek atutów. Pieniędzy na dalsze korumpowanie elektoratu nie ma i nie będzie, inflacja przyśpiesza, a kryzys narasta. Teoretycznie mogliby jeszcze genetyczni patrioci spróbować wywołać konflikt etniczny i poszczuć swoich wyznawców na przebywających Polsce ukraińskich uchodźców, ale taka gwałtowna wolta propagandowa jest jednak mało prawdopodobna, już abstrahując od tego, czy mogłaby być skuteczna.

Narodziny narodu

Onegdaj pilaster założył się na forum internetowym, że państwo rosyjskie zacznie rozpadać się na części do końca 2020 roku. Zakład ten w oczywisty sposób pilaster przegrał. Jednak, jak się okazuje, wykazał się on (pilaster, a nie zakład) tylko niewielkim przerostem optymizmu i pomylił się raptem o nieco ponad dwa lata.

Data 24 lutego 2022 roku z pewnością przejdzie do historii. Tego właśnie dnia Putin zrobił coś, czego nikt rozsądnie myślący się nie spodziewał. Bez żadnego widocznego powodu zaatakował on zbrojnie Ukrainę. Był to krok po prostu szalony i samobójczy. Odradzali to Putinowi literalnie wszyscy, także właśni generałowie. To, że Putin się na to zdecydował, dało nawet powód do twierdzenia, że zwyczajnie na świecie kremlowski satrapa oszalał. Byłoby to jednak przedwczesna opinia. To że my nie widzimy do tej samobójczej agresji żadnego racjonalnego powodu, nie oznacza że takiego powodu nie było. Putin mógł po prostu wiedzieć coś, czego my nie wiedzieliśmy, a rozwój sytuacji w kolejnych dniach mniej więcej pokazuje co to mogło być.

24 lutego okazał się swoistym politycznym przejściem fazowym. O ile przed tą datą Putin i Rosja byli generalnie traktowani jako w miarę normalni uczestnicy polityki międzynarodowej, a ich roszczenia wobec Ukrainy i nie tylko, spotykały się rzecz jasna z odporem, ale i nie kwestionowano prawa Putina do tych roszczeń wysuwania. Reakcja świata na agresję nie była chyba jednak taka, jakiej Putin się spodziewał. Rosja (licząc razem z Białorusią) została literalnie sama jak palec. Kazachstan wręcz oficjalnie odmówił nie tylko wysłania jakichkolwiek wojsk do Ukrainy, ale nawet oficjalnego uznania tzw. „republik ludowych”. Na pewno nie byliby Kazachowie tacy odważni, gdyby nie otrzymali jakichś gwarancji od Pekinu. Chiny zatem, w Rosji ciągle oficjalnie uznawani za bliskiego sojusznika, już zaczęły się od ukraińskiej awantury powolutku dystansować.

Przed 24 lutym, wiele krajów, zwłaszcza Niemcy prowadziło wobec Putina politykę „appasementu”, podobnie jak Chamberlain wobec Hitlera w latach 30. Można mieć to im teraz za złe, ale zawsze, tak samo jak w przypadku Chamberlaina, byłaby to ocena post factum. Zarówno Chamberlain, jak i niemiecki rząd wychodzili ze słusznego jak najbardziej założenia, że w epoce industrialnej (Chamberlain) jak i tym bardziej postindustrialnej (Bundesrepublika) handel jest zawsze bardziej opłacalny niż wojna i ktokolwiek potrząsa szabelką, można prawie w ciemno zakładać, że blefuje. Pilaster też zresztą przecież był przekonany, że Putin blefuje.

Niżej podpisany ma w tym miejscu satysfakcję, że „od zawsze” powtarzał i w wielu esejach opisywał, że zarówno sama Rosja pod rządami Putina, jak i konsekwentnie jej armia to organizacje zacofane, skorumpowane, niekompetentne i przegniłe od góry do dołu. W odpowiedzi często słyszał zapewnienia, że jest wręcz przeciwnie. Ze sama Rosja jest i może skorumpowana, ale jej armia, to ho, ho, najpotężniejsza siła w naszej części Galaktyki, która jeżeli jeszcze nie podbiła San Francisco, to tylko dlatego, że nie chciała, a nie dlatego, że nie mogła. Oczywiste jest jednak, że stan wojska jest prostym odbiciem stanu całego państwa. W tym miejscu można jednak zaznaczyć, że przecież Ukraina jest tak samo biedna, zacofana i skorumpowana jak Rosja. Jednak Ukraina ma w porównaniu do Rosji dwa istotne plusy. Po pierwsze nie jest dyktaturą, zatem kontrola społeczna nad aparatem państwowym jest jednak bardziej efektywna. Można śmiało założyć, że pokazywany w indeksach ukraiński poziom korupcji mniej więcej odpowiada stanowi rzeczywistemu, podczas gdy w Rosji może być znacznie zaniżony. Po drugie Ukraina, w przeciwieństwie do Rosji, ma sojuszników. Wielu. Bardzo wielu. Praktycznie w tej chwili cały pozostały świat. Krytykowano i wyszydzano Niemców, kiedy przed najazdem zaoferowali Ukrainie kilka tysięcy hełmów. Jednak Rosji jakoś nikt nie chciał zaoferować nawet pół złamanego hełmu. Dzięki tym sojuszom Ukraina mogła więc zbudować i utrzymać armię jakościowo znacznie „ponad stan” własnego biednego państwa. I to się właśnie okazało 24 lutego. Armia rosyjska okazała się znacznie gorsza, a ukraińska znacznie lepsza, niż to się większość komentatorów spodziewała.

Jeżeli Putin faktycznie się spodziewał, że wojska ukraińskie od razu masowo się podadzą, albo wręcz przejdą na jego stronę, a on sam obali państwo ukraińskie w ciągu kilku godzin, to chyba się rozczarował.

Jeszcze raptem tydzień temu, a jednak w zupełnie innej epoce historycznej liczni wtedy fani Putina, zapewniali jednym tchem, że oczywiście Putin nie ma żadnego zamiaru najechać Ukrainy, ale gdyby to zrobił, to zmiótłby banderowców/Chachłów/nazistów/ukrów/Chazarów, jak Kreml nazywa Ukraińców, w jeden dzień. No, maksymalnie w dwa. Teraz jakoś dziwnie zamilkli. Nic dziwnego. Sam widok tej potęgi, którą uważali za niezwyciężoną, rozsypującej się w gruzy w starciu nie z potężnym NATO, nie z Chinami, tylko z pogardzanymi „Chachłami”, musi być dla nich potężnym szokiem poznawczym.

Ukraińcy tymczasem bronią się nie tylko dzielnie, ale i bardzo mądrze. Rozsądnie założywszy, że Putin nie może wydać rozkazu zniszczenia rosyjskojęzycznego Charkowa, czy „matki ruskich miast” – Kijowa, zamknęli się właśnie w miastach. Pozwalali wjeżdżać rosyjskim kolumnom uderzeniowym do centrów miast, po czym niszczyli je z bliska ręcznymi zestawami p-panc. W końcu Rosjanie, nie mogąc zająć żadnego znaczniejszego ośrodka miejskiego, zaczęli omijać miasta i nacierać dalej w głąb kraju, rozciągając coraz bardziej swoje linie zaopatrzeniowe i zostawiając sobie na tyłach znaczne siły przeciwnika. To się może skończyć tylko w jeden sposób. W ogóle wojna jest prowadzona ze strony rosyjskiej tak chaotycznie i niekompetentnie, że aż się nasuwa podejrzenie o świadomym sabotażu generalicji. Rosja przegrywa wojnę na wszystkich możliwych frontach, również propagandowym, gdzie zazwyczaj była mocna. Propaganda ukraińska to jednak dzisiaj w porównaniu ze skrajnie toporną (ostatni kwiatek – „no rzeczywiście nasze wojska poniosły pewne straty. Jakie? Znacznie mniejsze”) propagandą putinowską istna wirtuozeria. Ukraińcy oparli się prostackiej pokusie demonizowania i odczłowieczania wroga, ale wręcz przeciwnie, zaczęli go ośmieszać, i się nad nim litować. Jest to dla Putina po prostu zabójcze, despota bowiem przecież może być bezwzględny i okrutny, ale na pewno nie może być śmieszny. W rezultacie najeźdźcom nie udało się do tej pory odnieść żadnego wymiernego sukcesu, bo na pewno nie jest w nim wdarcie się na kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset kilometrów w głąb terytorium Ukrainy bez zadania przeciwnikowi jakiś zauważalnych strat. Gdyby bowiem Ukraińcy takie straty ponieśli, to przecież Putin nie omieszkałby się tym chwalić, pokazywać jeńców, zniszczony sprzęt, etc..

Innym ciekawy zjawiskiem jest asymetria informacyjna. Bardzo łatwo w internecie znaleźć na bieżąco szczegółowe położenie i ruchy wojsk Putina, natomiast prawie nic nie wiadomo o położeniu i ruchach wojsk ukraińskich. Wcale by się pilaster nie zdziwił, gdyby się okazało, że główne siły ukraińskie wcale jeszcze do boju nie weszły. W końcu liczebność agresora, co też jest ewenementem mogącym być wytłumaczonym wyłącznie całkowitym lekceważeniem przeciwnika, są liczebnie słabsze od wojsk obrońców. Oczywiście Putin też ma jakiś wywiad, także satelitarny, zatem coś tam o siłach ukraińskich pewnie wie. Ale i tak o wiele mniej niż Ukraińcy wiedzą o nim.

Putin już zatem poniósł klęskę. Nawet gdyby udało mu się w końcu, kosztem olbrzymich strat, zdobyć Kijów i obsadzić tak jakąś swoją marionetkę, to i tak wojna będzie trwać nadal, a całej Ukrainy, a nawet większej jej części, słabe siły rosyjskie nie zdołają podbić i kontrolować, zwłaszcza w przypadku tak silnego oporu. Równolegle w życie wchodzą kolejne dotkliwe antyputinowskie sankcje, a na Ukrainę napływa wartki potok nowoczesnego, deklasującego o kilka generacji rosyjskie, uzbrojenia. Według pewnych doniesień, zaopatrzenia mają putinowcy, pod warunkiem jeszcze, że zdołają je dostarczyć na miejsce, na raptem dziesięć dni kampanii, (a i to oficjalnie, bo nie wiadomo ile z tego zdołali opylić na lewo), a nowych zapasów nie są w stanie odtworzyć. Tyle też czasu musi wytrzymać obrona, aby Ukraińcy mogli przejść do kontrofensywy. A wtedy mają w zasięgu nie tylko to co do tej pory utracili, ale i Donieck, Krym, a nawet …Białoruś.

Ukraina przeżywa właśnie dni największej chwały w całej swojej dotychczasowej historii. Kreuje bohaterów, których pomniki będą stały jeszcze i za tysiąc lat. Z wyrytymi na cokołach kultowymi frazami „idi na chuj”, czy „potrzebuję amunicji, a nie przejażdżki” ma się rozumieć. Bohaterów, którzy zepchną w cień dotychczasowych, w tym niektórych bardzo wątpliwych. Szczególną rolę odgrywa tu (dosłownie odgrywa) ukraiński prezydent Żełeński, człowiek, którego wszyscy mieli za niepoważnego komika, a który okazał się, pewnie nawet ku swojemu własnemu zdumieniu, bardzo poważnym mężem stanu. Jego przemówienia do Rosjan nie pokazano oczywiście w putinowskiej telewizji, ale można je obejrzeć w rosyjskim internecie i zrobiło ono w Rosji wielkie wrażenie. Wielkie czasy tworzą zatem wielkich ludzi, nawet z niczego. Wykuwa się właśnie na naszych oczach nowy naród ze wspaniałą tradycją zwycięskiej walki, w sojuszu z całym wolnym zachodnim światem, przeciwko ponurej wschodniej despotii.

Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie jaki był ten racjonalny powód, który kazał Putinowi popełnić tak spektakularne samobójstwo. Co wiedział Putin, a czego my nie wiedzieliśmy? Ekstrapolując widoczny na Ukrainie stan rosyjskiej armii, w tym rzekomo „elitarnych” jednostek, na całe państwo można założyć, że to państwo, a wraz z nim i władza Putina sypie się w gruzy, nawet bez najazdu na Ukrainę.

Często spotyka się porównanie Putina do Hitlera. Z jednej strony ma to pewne uzasadnienie, z drugiej nie. Podobnie jak w przypadku Hitlera, interesy Putina, jako dyktatora rozjechały się już dawno z interesami rządzonego przez niego kraju i podobnie jak w przypadku Hitlera, Putin musiał rozpętać wojnę, której prawie na pewno nie można wygrać, aby uniknąć pokoju, którego wygrać nie można na pewno. Jeszcze tydzień temu, ale już w zupełnie innej epoce historycznej, Putin mógł po prostu wsiąść w samolot i odlecieć do jakiegoś ciepłego kraju, gdzie uzyskawszy azyl, mógłby żyć spokojnie na emeryturze za swoje ukradzione miliardy dolarów. Potem tej opcji już nie miał. Ale oprócz tych podobieństw są i znaczące różnice. Hitler, którego działalność przypadła na cywilizacyjny Grzbietu Pragmatyzmu i Wojnę Asurów, zdążył jeszcze trafić w swój czas. Miał miliony fanatycznych wyznawców, gotowych zabijać i oddawać życie za jego i jego idee. Putin był istną skamieliną. Reliktem nawet nie dnia wczorajszego (zimnej wojny), ale wręcz przedwczorajszego, czyli Wojny Asurów właśnie. Miał koniunkturalnych i interesownych zwolenników, ale nikogo, który by serio traktował jego fobie. Trudno naprawdę wyobrażać sobie żołnierzy Wehrmachtu, nawet w 1945 roku, którzy by kapitulowali przed …taksówkarzem i prosili, żeby ich odwiózł swoją taryfą do jakiejś jednostki wojskowej, gdzie mogliby oddać się do niewoli.

Konsekwentnie używa tutaj pilaster wobec Putina czasu przeszłego, bo chociaż w momencie, kiedy pisane są te słowa, Putin jeszcze chodzi, oddycha i mówi, nie ulega jednak wątpliwości, że to już tylko żywy trup, który tylko jakimś kaprysem natury krąży jeszcze przez chwilę między żywymi.

Co ciekawe, Putin, który przeżył tylu amerykańskich prezydentów, od Clintona, do Trumpa, został w końcu koncertowo rozegrany i wyrolowany na cacy przez Bidena, ledwo dychającego wiekowego dziadka ze sklerozą. I tak wystarczyło. W końcu Hitler też załatwili nałogowy alkoholik do spółki z kaleką na wózku.

Sejm na ruletce wylosowany I 2022

W styczniu 2022 w sondażach wyborczych w większości kontynuowane były trendy z poprzedniego miesiąca, co widać na załączonym wykresie. Przypomina pilaster, ze zakreskowany obszar wyznacza zakres błędu.  Rzeczywiste poparcie mieści się w tym zakresie z prawdopodobieństwem 80%

Notowania postkomunistów powolutku, ale jednak w styczniu malały i nawet ich najzawziętszy promotor – sondażownia Social Changes – musiała w końcu spuścić z tonu. Niestety, PIS nadal ma grubo powyżej 30% wyznawców, a dopóki poparcie dla genetycznych patriotów nie spadnie wyraźnie i trwale poniżej tej bariery, o wewnętrzną dekompozycję obozu narodowosocjalistycznego będzie bardzo trudno. Nawet fizyczna eksterminacja własnego elektoratu, której się PIS przez ostanie dwa lata oddawał, niewiele na ten stan rzeczy wpłynęła. Powolnemu spadkowi poparcia dla postkomunistów towarzyszy równie powolny wzrost KO. Niestety, chociaż nie widać tego w bezpośrednim badaniu przepływów, wzrost ten odbył się zapewne kosztem PL 2050. PSL, po podrygach w ostatnich kilku miesiącach, niestety nadal rozczarowuje i nie jest się w stanie przebić przez barierę 5%. Hipotetyczny skład sejmu, gdyby wybory odbyły się w styczniu i gdyby PIS, co jest bardzo optymistycznym założeniem, ich nie sfałszował, wyglądałby następująco:

Nie różni się zatem znacząco od poprzednich miesięcy, tyle że tym razem PIS nie ma większości zarówno w koalicji z Lewicą, jak i z KWIN. Potencjale koalicje pokazano na trzecim wykresie:

A obliczone metodą Monte Carlo szanse na uzyskanie przez nie większości n wykresie nr 4:

Mimo że sytuacja się nieco polepsza, można też na wykresach zauważyć, że postkomuniści bywali już w gorszej sytuacji i zdołali się odbić. Rezerwy jednak, w miarę narastania inflacji i zaostrzania kryzysu, coraz bardziej im się kończą. W zasadzie wyraźny wzrost poparcia dla PIS mógłby obecnie spowodować wyłącznie Putin atakując zbrojnie i na pełną skalę Ukrainę. Koszty jednak takiego posunięcia byłyby dla kremlowskiego satrapy nie do udźwignięcia, zatem bardzo wątpliwe jest, żeby się na to zdecydował.

Sejm na ruletce wylosowany XII 2021

W grudniu 2021 w sondażach poparcia politycznego nie zaszły jakieś wyraźne zmiany. Z braku lepszych pomysłów genetyczni patrioci kontynuowali wraz z Łukaszenką teatr pt „najazd uchodźców”, pomimo, że dawno już, wbrew ich oczekiwaniom, nie dawał on postkomunistom żadnych korzyści. Poparcie dla PIS w grudniu nie wzrosło, a zmalało, mimo że bardzo niewiele. Wbrew nadziejom żywionym przez wielu Polaków, nie należy się też spodziewać gwałtownego obniżenia tego poparcia w związku z wprowadzeniem w życie „polskiego wału”. Wyznawcy postkomunistów wcale się przecież nie zmartwią, że jakieś znienawidzone przez nich wykształciuchy dostaną niższą wypłatę a oszczędności „bogatych i wpływowych” będzie nadal zżerać inflacja. Przeciwnie. Są to osobnicy, którzy są gotowi nawet trawę żreć, pod warunkiem, że „tamci bogaci złodzieje”, czyli ludzie bardziej pracowici, bardziej oszczędni i bardziej zdolni, od elektoratu narodowopatriotycznego, będą także mieć gorzej. Ciekawostką dotyczącą sondaży w grudniu jest rozszczepienie ich populacji na sondaże przeprowadzane przez agendy pisowskie, które dają PiS poparcie dobijające nawet do 40% (Social Changes), i pozostałe, w których postkomuniści mają tylko nieco ponad 30% zwolenników. Niespodzianką jest, że również pisowski CBOS, należy jednak do tej drugiej, minimalistycznej grupy. Wizualnie można tą dychotomię dostrzec jak zwiększony zakres niepewności wyników na poniższym wykresie pokazującym średnią kroczącą z ostatnich 15 sondaży.

Wbrew optymistycznym oczekiwaniom, które żywił i niżej podpisany, PSLowi, mimo widocznych przepływów elektoratu między nim, a PISem i KWINem, nie udało się jak do tej pory przebić progu 5%, chyba żeby usunąć z zestawienia sondaże genetyczno – patriotyczne, czego jednak z ostrożności nie uczynimy.

Rozkład mandatów w sejmie, gdyby wybory odbyły się w grudniu i gdyby PIS pozwolił na to, że byłyby uczciwe, wyglądałby następująco:

Nadal niestety nie widać wyraźnej polskiej, niepisowskiej większości. Aby skutecznie móc rządzić, ignorując weta pisoprezydenta, wszystkie polskie partie od KWIN do Lewicy musiałyby utworzyć jeden zwarty blok, co realnie jest nie do osiągnięcia. Prawdopodobieństwo, że koalicji centrolewicowej (KO+PL50+PSL+Lewica), lub centroprawicowej (KO+PL50+PSL+KWIN) udałoby się odrzucać te weta samodzielnie jest mniejsza niż 3%.  Liczebność potencjalnych koalicji sejmowych przedstawia kolejny wykres:

A na ostatnim, jak zwykle, przedstawiono, obliczone metodą Monte Carlo, prawdopodobieństwa uzyskania przez daną koalicję większości parlamentarnej.

Biednego stać na kupowanie tanio

Wielkie piramidy w egipskiej Gizie są najstarszymi budynkami na Ziemi, które przetrwały do dzisiaj w swojej pierwotnej formie i funkcji. Istnieją na świecie budowle starsze, ale tylko w postaci ruin. Gdyby w średniowieczu muzułmanie nie zniszczyli celowo ich zewnętrznej okładziny, gizańskie piramidy nadal zresztą wyglądałyby dzisiaj dokładnie tak samo, jak w momencie swojego powstania, cztery i pół tysiąclecia temu. Wszystko to, bez jakiejkolwiek konserwacji, napraw i remontów. Piramidy, jeżeli znów się ich celowo nie zdewastuje, będą zresztą nadal stały, kiedy już nasza obecna cywilizacja i wszystkie obiekty budowlane przez nią stworzone, dawno rozsypie się w gruzy. Dopiero po stu tysiącach lat, erozja, deszcze i wiatry, zetrze dzieło faraonów tak, że nie będzie się już ono odróżniać się od wzgórz powstałych w sposób naturalny. Ze wszystkich tworów rąk ludzkich, jedynie wykute w granicie podobizny amerykańskich prezydentów na Mount Rushmore lękają się czasu w jeszcze mniejszym stopniu, czyli mają jeszcze dłuższy, liczony, już w skali nie historycznej, a geologicznej, czas trwałości t.

Mogłoby się wydawać, że współcześni inżynierowie powinni pod tym względem naśladować budowniczych piramid i tak samo jak oni, wznosić budowle o jak najdłuższym t. Jednak tak nie jest. Wynika to z faktu, że, budynek o długim czasie t to budynek o zwartej, masywnej konstrukcji, potężnych fundamentach, grubych ścianach i bardzo przewymiarowanych stropach. Im budynki mają wyższą trwałość t, tym droższe w budowie są. Koszt budowy piramid w Gizie stanowił może nawet i połowę ówczesnego egipskiego PKB.

Zależność ta wynika wprost z praw termodynamiki. Każdy układ fizyczny, również obiekt budowlany, cechuje wartość zwana entropią. W największym uproszczeniu jest ona proporcjonalna do logarytmu mikrostanów realizujących dany makrostan. Piramida Cheopsa składa się z 2,5 miliona w miażdżącej większości, praktycznie identycznych bloków, które można swobodnie zamieniać miejscami, bez zmiany wyglądu samej piramidy. Entropia piramidy jest zatem bardzo wysoka. Inaczej jest z budynkiem o bardziej wyrafinowanej konstrukcji. Nie da się w nim zamienić, w sposób niezauważony, okien na stropy, a słupów na posadzki. Budynek taki, ma zatem znacznie niższą od piramidy entropię a zatem i krótszą trwałość t.

Im bardziej skomplikowany obiekt rozpatrujemy, tym niższa jest więc jego entropia i tym krótszy jest jego czas trwałości. Przykładowo samochody mają zdecydowanie niższą entropię od budynków, a komputery, czy telefony komórkowe, jeszcze niższą. Dlatego też telefon zdecydowanie łatwiej zepsuć niż budynek. I tu również obowiązuje zasada, że im dłużej coś ma funkcjonować, tym droższe to coś musi być.

Jedną z licznych przewin, o które światowa lewizna, obecnie występująca najczęściej pod szyldem „antyglobalizmu”, nieustannie oskarża wolny rynek i prywatnych przedsiębiorców jest produkowanie …bubli. Z niczym nieograniczonej żądzy zysku i wyzysku za wszelką cenę, jak głoszą współcześni marksiści, globalne koncerny, celowo wytwarzają produkty o niskiej trwałości, po to, żeby uzależnieni od nich użytkownicy musieli ciągle kupować nowe, dostarczając nieustających zysków ich producentowi. Gdyby nie ta obrzydliwa, kapitalistyczna, chciwość, telefony, samochody, czy lodówki, funkcjonowałyby w nieskończoność i nie psułyby się nigdy. Na dowód tej tezy przytaczane są często anegdoty o tym, jak to rzekomo różne wytwory przemysłu z czasów PRL, kiedy to faktycznie producenci o żadnym tam brudnym zysku nie myśleli, funkcjonować mają aż po dziś dzień. Faktycznie, na zlotach miłośników historii motoryzacji można obejrzeć nadal będące „na chodzie” „maluchy”, syrenki, a nawet warszawy. Dzieje się tak jednak, o czym już raczej się nie wspomina, wyłącznie dzięki nieustannej wytężonej pracy, której hobbystycznie oddają się ich właściciele. Bardzo szybki wzrost stopnia zużycia technicznego tych pojazdów, musi być bowiem nieustannie kompensowany intensywnymi zabiegami konserwatorskimi i naprawami.

 Faktycznie samochód marki „syrena” nie był przecież w stanie przejechać nawet 100 kilometrów bez jakiejś awarii, a jego użytkownik nie tylko musiał wozić ze sobą cały podręczny warsztat naprawczy, ale i posiadać odpowiednie kompetencje mechaniczne. Znaczny odsetek wyprodukowanych w PRL telewizorów psuł się jeszcze w sklepie, a buty rozpadały się zaraz po wyjęciu ich z pudełka.

Oskarżając działających na wolnym rynku producentów o chciwość, wrogowie globalizmu, jakoś nie wspominają za to o drugiej stronie tej transakcji, czyli o użytkownikach tych rzekomo celowo niedbale wytwarzanych produktów. Czyżby oni nie byli chciwi i nie chcieliby zapłacić jak najmniej, za towar o jak najwyższej jakości? Przecież, gdyby faktycznie do takiego procederu sztucznego postarzania dochodziło, to producent, który wyłamawszy się z tego trendu, zaoferowałby, przy niezmienionej cenie, produkty o wyższej od średniej trwałości, natychmiast zgarnąłby cały rynek dla siebie. To, że się tak nie dzieje, świadczy właśnie o tym, że na rynku panuje pewna równowaga pomiędzy trwałością produktu a jego ceną. W celu jej znalezienia posłużymy się modelem matematycznym zwanym analizą NPV, od angielskiego skrótu Net Present Value.

Opiera się ona na obserwacji, że wartość kapitału zmienia się w czasie, którego to zjawiska nie należy jednak mylić z inflacją, czyli wzrostem podaży pieniądza. Nawet w warunkach zerowej inflacji każdy wolałby dostać sto złotych raczej dzisiaj, niż jutro, a zapłacić – przeciwnie. Dzieci w wieku przedszkolnym, dla których ta utrata wartości, zwana też preferencją czasową, jest wyjątkowo duża, wolą dostać cukierka dzisiaj, niż nawet dwadzieścia takich samych cukierków za tydzień. Tempo tej utraty wartości kapitału określa tzw. stopa dyskonta r. Analiza NPV polega właśnie na zdyskontowaniu, czyli na sprowadzeniu do ich dzisiejszej wartości, wszystkich przewidywanych w przyszłości przepływów finansowych, zarówno wpływów, jak i wydatków i zsumowaniu ich. Otrzymany w ten sposób wynik określa obecną wartość analizowanego przedsięwzięcia. Stosowalność tego modelu, używanego zwykle do wyceny firm i nieruchomości komercyjnych, rozszerzymy teraz na dowolne dobra, również konsumpcyjne.

Załóżmy, że użytkownik danego dobra, np. telefonu, czerpie z posiadania go pożytki w wysokości a jednostek rocznie. Pożytki te mogą być wyrażone bezpośrednio w pieniądzach, lub w tak zwanych „utylach”, czyli w jednostkach zadowolenia konsumenta. Jednocześnie, wydłużenie o każdy kolejny rok średniego czasu użytkowania telefonu t, kosztuje m jednostek, czyli cena kupna telefonu wynosi m*t. Wtedy łączne NPV telefonu, przy stopie dyskonta równego r wynosi:

NPV = (a/r)*(1-exp(-r*t))-m*t

Różniczkując to równanie po t i przyrównując wynik do zera możemy obliczyć trwałość t, przy którym wartość NPV telefonu, wyrażona przez jego NPV, osiąga swoje maksimum. Ów optymalny czas t wynosi:

t = -ln(k)/r

Gdzie k to m/a, koszt czasu wyrażony w jednostkach użyteczności telefonu.

Na poniższym wykresie pokazano optymalny czas trwałości dóbr konsumpcyjnych w zależności od kosztu czasu k, oraz preferencji czasowej użytkowników r:

Oczywiste jest, że kiedy k>100% czyli koszt dodatkowego roku stawiania przez nasz telefon czoła entropii, przekracza roczny pożytek z jego użytkowania, t dąży do zera i żaden racjonalny klient czegoś takiego nie kupi. Im tańszy jest zaś, w stosunku do pożytków z użytkowania, ten dodatkowy czas, tym więcej opłaca się go nabyć. Jednak wpływ tej ceny czasu na trwałość produktu jest drugorzędny w porównaniu do wysokości stopy procentowej, czyli do preferencji czasowej użytkownika. Przy wysokiej preferencji czasowej r, optymalny czas użytkowania t będzie bardzo krótki, nawet jeżeli koszt czasu będzie niski. Na rynku będzie wtedy królować tandeta. Wysoka preferencja czasowa cechuje społeczeństwa, które są, albo biedne, albo niestabilne, żyjące w szybko zmieniających się i słabo przewidywalnych warunkach zewnętrznych – politycznych i gospodarczych. Wbrew zatem znanej mądrości ludowej, biednego stać na kupowanie wyłącznie tanio.

Społeczeństwo epoki PRL spełniało oba te warunki. Było biedne i niestabilne. Nic zatem dziwnego, że produkowano wówczas koszmarne buble. Klienci i tak stali w kolejkach po wszystko, aby tylko wymienić zupełnie bezwartościowe „bilety NBP”, zwane też, przez żart, „złotówkami”, na jakikolwiek towar, choćby mający niesłychanie niską żywotność t. To eldorado producentów skończyło się gwałtownie w 1989 roku kiedy złotówki, po inflacyjnym urealnieniu, stały się, może nie najmocniejszym, ale jednak prawdziwym pieniądzem i nagle preferencja czasowa gwałtownie się obniżyła, choć nadal, wobec ówczesnej biedy, była znacznie wyższa niż w krajach zachodnich. Mimo to i tak większość PRLowskich producentów bubli tego szoku popytowego nie przeżyła.

Ta różnica w preferencji czasowej między społeczeństwami o różnym poziomie zamożności, może też motywować producentów do wytwarzania dwóch lub więcej odrębnych kategorii swoich produktów. Tańszych, ale mniej trwałych na rynki biedne, oraz trwalszych, ale i w związku z tym i droższych, na rynki zamożne. Ta różnica w stopach dyskonta musiałaby być jednak na tyle duża, żeby opłacało się utrzymywać oddzielne, odseparowane nawzajem od siebie, linie produkcyjne i zaopatrzeniowe dla tych różnych rodzajów produkcji.

Czy czas trwałości t, przy odpowiednio niskiej preferencji czasowej i akceptowalnej cenie „dodatkowego” czasu, może być dowolnie długi? W przypadku takich wyrobów jak sztućce, w zasadzie nie ma wątpliwości. Na rynku są dostępne zarówno jednorazowe plastikowe, czy drewniane widelczyki i łyżeczki, jak i właściwie wieczne komplety z metali szlachetnych, srebra, a nawet złota. Podobnie jest z budynkami. Buduje się zarówno „tymczasowe”, hale o tzw. konstrukcji lekkiej, jak i zbliżone trwałością do piramid, bazylikę w Licheniu, czy kościół w Wilanowie.

Jednak nie dla wszystkich dóbr mechanizm ten działa w opisany wyżej sposób. Poszczególne rodzaje produktów starzeją się nie tylko, jak założyliśmy w powyższym rozumowaniu, technicznie, ale i funkcjonalnie. Wątpliwe jest, żeby komputery, telefony, czy nawet samochody, wyprodukowane 20-30 lat temu znalazły dziś wielu chętnych użytkowników, nawet gdyby znajdowały się w idealnym stanie technicznym. W tym przypadku wysokość pożytków a z użytkowania danego urządzenia, po przekroczeniu pewnego granicznego czasu gwałtownie maleje i nie ma ekonomicznego sensu przedłużać trwałości produktu poza ten graniczny okres. W przypadku zatem wyrobów produkowanych w warunkach szybko rozwijającej się technologii, czas trwałości t jest dany z góry i nie ma sensu go wydłużać. Można jednak dodawać do urządzenia dodatkowe funkcje i tym samym zwiększać pożytki z jego użytkowania, czyli wysokość a. Rozwiązując odpowiednie równania NPV przekonamy się jednak, że jeżeli koszt zakupu danego dobra będzie liniowo proporcjonalny do wysokości pożytków a, maksimum funkcji NPV takiego urządzenia wypadnie w …nieskończoności. Zależność użyteczności urządzenia od jego ceny nie może więc być liniowa. Producenci, przykładowo, smartfonów stają na głowie, żeby upchnąć do swoich wyrobów jak najwięcej dodatkowych funkcji, ale, nawet gdyby smartfon kosztował więcej niż statek kosmiczny Dragon, statkiem kosmicznym się nie stanie. Istnieje jakiś maksymalny poziom użyteczności a0 i, niezależnie od kosztów produkcji urządzenia, nie da się go przekroczyć, a jedynie asymptotycznie do niego zbliżać.

W oparciu o te założenia można zbudować i rozwiązać odpowiedni model matematyczny. Czas użyteczności t jest w nim tym razem daną wejściową, natomiast otrzymanym rozwiązaniem, jest użyteczność, stosunek ceny urządzenia K do maksymalnego możliwego poziomu pożytków a0. Rozwiązanie przedstawiono poniżej w postaci graficznej.

Rozwiązanie jest znów sprzeczne z przytoczoną wyżej mądrością ludową. Dla uboższych klientów, mających wysoką preferencję czasową bardziej liczy się jak najniższa cena zakupu K, a mniej wysoki poziom pożytków a0. W miarę jednak obniżania stopy procentowej, w bilansie NPV zaczynają dominować przyszłe pożytki, a akceptowalna przez klienta cena zakupu, w proporcji do nich, rośnie. Różnica ta jest tym większa, im dłuższy jest spodziewany czas trwałości t. Zanika natomiast w przypadku czasu krótkiego, czyli wyrobów wyprodukowanych w nowych, eksperymentalnych technologiach. Wtedy dopłacanie do kolejnych funkcji nie ma sensu, skoro będą one przynosić, mierzoną w utylach, satysfakcję jedynie na krótko.

Średni czas czerpania pożytków z wyrobu jest jednak ograniczony rozwojem technologicznym i wzrostem stopnia zużycia funkcjonalnego danego dobra, jedynie dla dóbr ruchomych i relatywnie niewielkich. W przypadku nieruchomości, a także dóbr wielkich, ciężkich i nieruchawych, np. maszyn w fabryce, wchodzi w grę jeszcze jeden czynnik, polityczny. Właściciel nieruchomości, której nie da się po prostu zdemontować i wywieźć, musi się liczyć z tym, że w jakiejś perspektywie czasowej do władzy w kraju, w którym nieruchomość się znajduje, może dojść jakiś populistyczny, socjalistyczny reżim, który w imię suwerenności, patriotyzmu i sprawiedliwości ludowo – dziejowej, nieruchomość ową „zwróci narodowi”, albo przynajmniej narzuci regulowane czynsze, odgórnie wyznaczy dostawy obowiązkowe – w przypadku nieruchomości rolniczych, lub ustanowi absurdalnie wysokie podatki. Im większe jest prawdopodobieństwo takiego obrotu spraw, tym krótszy jest horyzont czasowy w jakim kalkulowany jest dany biznes, co sprowadza się do efektywnego skrócenia czasu t i tym samym wpływa na jakość danych dóbr. Właściciele budynków przestają je konserwować i remontować, a nowe, jeżeli je w ogóle wznoszą, to w żaden sposób nie przypominają one swoją trwałością egipskich piramid. Stąd też się bierze obserwacja, że regulowane czynsze skuteczniej dewastują miasta, niż naloty dywanowe. Właściciele lasów zaś, wycinają je w pień, aby szybko zdążyć zarobić, dopóki jeszcze tymi właścicielami są. Dlatego też kraje o krótkim t, skorumpowane, socjalistyczne i niestabilne cechuje też brak troski o zabytki architektury i stan środowiska naturalnego. Pod koniec PRL, dokładnie wszystkie polskie rzeki, tak samo jak mazurskie jeziora, po prostu cuchnęły, a połowa bałtyckich plaż był zamknięte z powodu skażeń i to przy znacznie łagodniejszych, niż dzisiaj, normach sanitarnych.

Trwałość dóbr, zarówno konsumpcyjnych, jak i inwestycyjnych, jest więc regulowana przez trzy parametry. Stosunek ceny czasu funkcjonowania do pożytków użytkownika z danego dobra, czy zysków z inwestycji, średni czas w jakim użytkownik może te pożytki czerpać, oraz najważniejszy z nich wszystkich – wysokość stopy procentowej. Jak zwykle spotkanie chciwości konsumentów i producentów na wolnym rynku prowadzi nie do, jak chcieliby marksiści do destrukcji, ale wręcz przeciwnie, do najbardziej optymalnego wykorzystania istniejących zasobów w celu osiągnięcia obopólnej satysfakcji.

Sejm na ruletce wylosowany XI 2021

Zgodnie z tym, czego można się było spodziewać, wielka intryga z „imigrantami” którą Putin, Łukaszenko i PIS wspólnie namotali, okazała się niewypałem. W ich zamiarach zapewne „atak imigrantów” miał wystarczająco zastraszyć wyborców, aby przerażeni agresją ze wschodu zjednoczyli się wokół PIS dając mu nawet, choćby chwilowo, większość konstytucyjną co potwierdzić miały zorganizowane w ekspresowym tempie i niewiele tylko zmanipulowane wybory. Zaraz potem zwołane do Warszawy putinowskie lizodupy z całej Europy miały ogłosić jakieś nowe narodowopatriotyczne otwarcie, powstanie konserwatywnej i suwerennej wspólnoty zgrupowanej wokół Moskwy i katechona Putina. Zapewne miano też na tym sabacie uroczyście ogłosić przywrócenie suwerenności Polski poprzez jej wystąpienie z UE i NATO.

I tak wspaniały plan się skichał i został ograniczony tylko do potwierdzenia przez PIS, a i to nie wprost, że Ukraina znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów. Udało się też niestety genetycznym patriotom trwale wykroić z terytorium RP własne partyjne, pozbawione natrętnych pismaków i sypiącej nieustannie piach w tryby i wsadzającej kij w szprychy opozycji. Terytorium na którym PIS może teraz swobodnie, bez ryzyka jakiegoś przecieku ćwiczyć swoje ZOMO, i w odpowiedniej chwili poszczuć je na Polaków. Ale i na tym się ich sukcesy skończyły.

Okazało się bowiem, że wynajęci do „szturmowania granicy UE” statyści okazali się nie dość przekonujący a przede wszystkim, nie dość liczni. Na więcej jednak Putina, Łukaszenki i Kaczyńskiego widocznie nie było stać.

Jeżeli komuś z czytelników taka rekonstrukcja planów PIS wyda się zbyt śmiała i daleko idąca, niech się zastanowi, co by zrobił, gdyby był jakimś irackim Kurdem, czy innym Afgańczykiem, który chce dostać się do Niemiec, obojętnie czy w celu znalezienia dobrze płatnej pracy, czy też wygodnego dolce far niente na zasiłkach socjalnych. Otóż przede wszystkim będąc takim Irakijczykiem, każdy starałby się wjechać do Niemiec legalnie. A jeżeli się nie da legalnie, to przynajmniej cichcem, chyłkiem i w sposób niezauważony. Ostatnie co takie imigrant by zrobił, to rzucanie się z drągami i kamieniami na płoty graniczne na oczach setek świadków i kamer.

Uważny obserwator niechybnie też zauważy, że imigranci z terenu Białorusi masowo próbowali forsować zasieki graniczne, akurat w tych miejscach, które uprzednio zostały specjalnie umocnione i były akurat starannie pilnowane. W miejscach, gdzie żadnych zmobilizowanych oddziałów granicznych akurat nie było, prób masowego forsowania granicy też nie.

Nacisk na polską granicę zmalał też nie w wyniku jakichkolwiek zabiegów postkomunistów, których nie było, tylko wskutek starań dyplomacji krajów europejskich, Francji i Niemiec, która to interwencja wywołała zresztą w PIS wybuch niepohamowanej furii.

Jasne jest wiec że mieliśmy do czynienia ze starannie wyreżyserowanym teatrem, którego celem miała być zasadnicza zmiana nastrojów społecznych w Polsce. Celu tego jednak Putin z Kaczyńskim i Łukaszenką nie osiągnęli. Poparcie dla PIS, zamiast skokowo wzrosnąć nawet powyżej 50%, zaczęło znów stopniowo spadać, jak widać na poniższym wykresie przedstawiającym średnią kroczącą z ostatnich 15 sondaży. Zacieniowany obszar to zakres błędu. Rzeczywiste poparcie mieści się w tym zakresie z prawdopodobieństwem 80%:

Najbardziej prawdopodobny skład sejmu w listopadzie, gdyby wybory odbyły się wtedy i nie zostały przez genetycznych patriotów sfałszowane, wygląda zaś następująco:

Niestety, chociaż kontynuowanie władzy znowu się postkomunistom oddala, to jednak żadnej stabilnej polskiej większości nadal nie ma. Liczebność potencjalnych koalicji wygląda bowiem tak:

A, obliczone metodą Monte Carlo, prawdopodobieństwo uzyskania przez nich większości:

Dopóki poparcie dla postkomunistów nie spadnie na trwałe poniżej 30%, a potencjalna liczba ich mandatów poniżej 180, dopóki wyzwolenie Polski jawi się dość mgliście. Zresztą nawet wtedy PIS przecież nie odda władzy dobrowolnie, ale będzie się musiał uciec do jawnych fałszerstw wyborczych lub gołej przemocy, jak Łukaszenko.

Na szczęście są i dobre wiadomości. Poparcie dla PL 2050 przestało w końcu spadać i nawet nieco wzrosło. Dodatkowo uaktywnił się PSL, który, choć nadal jest „pod kreską”, to jednak systematycznie zaczął odbudowywać poparcie. Zobaczymy czy te trendy będą trwałe (oby!).

COVID – Oblany egzamin

Jednym z niewielu pozytywnych aspektów istnienia władzy państwowej jest dostarczanie przez nią obywatelom tzw. usług publicznych, czyli takich dóbr, których wytworzenie indywidualnie na wolnym rynku byłoby droższe i trudniejsze niż odgórnie w skali całego kraju. Do takich dóbr zaliczają się przykładowo utrzymywanie porządku prawnego i ochrona przed przestępczością, obrona przed zbrojnym najazdem zewnętrznym, czy zapobieganie klęskom żywiołowym, usuwanie i łagodzenie ich skutków. Jakość i sprawność aparatu państwowego ocenia się właśnie po jakości i cenie dostarczanych przez nie dóbr publicznych. Nie ulega żadnych wątpliwości że oceniany pod tym kątem rząd, dajmy na to, szwajcarski, zdecydowanie przewyższy swoją kompetencją rząd nigeryjski. Przy mniejszych jednak różnicach w jakości rządzenia taka ocena jest zdecydowanie trudniejsza. Chyba że nadejdzie chwila prawdy pod postacią jakiejś wielkiej, ogarniającej więcej niż jedno państwo, klęski żywiołowej, z którą wszystkie rządy muszą się jakoś zmierzyć i której przebieg jaskrawo uwypukli, wszelkie, nawet na co dzień nie dostrzegane, różnice w jakości rządzenia. Trwająca już prawie dwa lata epidemia chińskiej grypy z Wuhan, zwanej covidem, dostarcza nam zatem doskonałej okazji do praktycznego przetestowania jakości rządów i ich porównania.

Do modelowania przebiegu chorób zakaźnych używa się zazwyczaj tzw. modelu SIR. Dzieli on populację na trzy grupy. Podatnych na chorobę – S, zarażonych i roznoszących infekcję – I, oraz ozdrowiałych i odpornych – R. Podatni mogą się zarazić i stać chorymi, którzy następnie zdrowieją i są już odporni na chorobę. S=>I=>R

Dynamika epidemii jest w tym modelu zależna od trzech parametrów. Pierwszym z nich jest tempo zarażania – a, czyli prawdopodobieństwo że osoba z grupy S – podatna, przebywając w towarzystwie chorego zarazi się od niego w jakiejś jednostce czasu, np. w ciągu doby. Odwrotnością tego współczynnika jest średni czas zarażania. Drugim istotnym parametrem modelu jest tempo zdrowienia – b, odwrotność średniego czasu trwania choroby. Im wyższy jest stosunek a/b tym szybciej choroba się rozprzestrzenia. Istnieje jednak jeszcze trzeci istotny parametr modelu, czyli aktualny odsetek osobników podatnych –S w danej populacji. Tzw. bazowy współczynnik reprodukcji (BWR) infekcji wynosi bowiem:

BWR = a/b*S

I kiedy jest większy od jedności, liczba chorych wzrasta wykładniczo. Z biegiem czasu jednak, kiedy osoby podatne zarażają się i przechodzą do grupy I, a następnie, po przebyciu infekcji, do R, odsetek podatnych – S w danym społeczeństwie maleje. Wcześniej czy później zatem, BWR spada poniżej jedności a epidemia wygasa. Wygasa nie z powodu, jakby się mogło wydawać, braku osób podatnych, ale z powodu braku chorych.

Tyle teoria. W praktyce odtworzenie rzeczywistego przebiegu choroby zwłaszcza w dużych, wielomilionowych populacjach, nastręcza jednak wiele problemów. W przypadku COVID przedstawiane w mediach symulacje bazują zwykle na liczbie nowych przypadków, czyli na dziennej zmianie odsetka I – chorych. (w modelu różniczka dI/dt). Jest to jednak metoda bardzo niedokładna. Testy wykrywające chińskiego wirusa są stosunkowo zawodne, wielu chorych w ogóle się do testowania nie zgłasza, a jeszcze więcej przechodzi infekcję na tyle lekko, ze nawet nie zdają sobie oni sprawy że są zarażeni. Na pewno bardziej miarodajnym zbiorem danych byłaby dzienna liczba zgonów, którą można by potraktować, niezależnie jak makabrycznie by to nie zabrzmiało, jako pewien odsetek ozdrowieńców – dR/dt. I to podejście ma jednak swoje wady. Nie do końca bowiem wiadomo, czy przyczyną danego zgonu był właśnie covid, czy jedna z tzw. chorób towarzyszących. Nie wiadomo też, czy średni czas trwania choroby zakończonej zgonem jest zbliżony do średniego czasu trwania choroby w ogóle. Ostatecznie, niżej podpisany zdecydował się więc do modelowania użyć wskaźnika I – liczebności aktualnie chorych i przybliżyć ją poprzez liczbę osób hospitalizowanych z powodu covid. Założyć bowiem można, że prawie każdy zarażony chińskim wirusem, u którego choroba ma odpowiednio ciężki przebieg, wyląduje w końcu w szpitalu, z drugiej strony, fałszywie, wskutek błędów w testowaniu, zdiagnozowani, tam nie trafią. Liczba hospitalizowanych będzie zatem stanowiła w miarę stały odsetek rzeczywistej liczby chorych w ogóle. Na poniższym wykresie zaprezentowano, opartą na powyższych założeniach, dynamikę przebiegu epidemii w czterech krajach. Polsce, Szwecji, Francji i Wlk Brytanii. Aby uwzględnić różnice w liczebnościach ich obywateli pokazano ilość hospitalizowanych na milion mieszkańców. Dodatkowo na wykresie widoczny jest odsetek całkowicie zaszczepionych osób w danym kraju.

I już na pierwszy rzut oka widać rozbieżności z opisanym wyżej modelem SIR. Epidemia bowiem przyjęła postać nie pojedynczej, ale kilku, co najmniej czterech, postępujących po sobie fal. Model SIR w swojej wersji podstawowej, bardzo dobrze bowiem opisuje epidemie w małych, zamkniętych społecznościach, jak internaty, więzienia, koszary, klasztory, czy statki na morzu, ale w przypadku dużej wielomilionowej populacji w dłuższym czasie, okazuje się zbyt uproszczony. Przede wszystkim współczynniki zarażania a i zdrowienia b nie muszą być w takiej skali stałe. Nieprzypadkowo choroby atakujące układ oddechowy, takie, jak grypa, wykazują bardzo silną sezonowość i narastają jesienią i wiosną, kiedy ludzki układ odpornościowy jest osłabiony i w związku z tym rośnie współczynnik a – wirusy łatwiej i szybciej zarażają, oraz maleje współczynnik b – infekcja trwa średnio dłużej. Dokładnie tak samo zachowuje się też covid. Trzy pierwsze fale widoczne na wykresie są właśnie, niezależnie od kraju, idealnie zsynchronizowane z porami roku. W Szwecji i w Polsce, krajach z ostrzejszą zimą, fala II, jesienna jest wyraźnie oddzielona od III – wiosennej, podczas gdy we Francji i Wlk Brytanii, krajach o klimacie bardziej oceanicznym, z łagodniejszym przebiegiem zimy, zlewają się one w jedną. Jeszcze inny kształt przybiera ta dynamika w krajach śródziemnomorskich, jak Włochy i Hiszpania. Wszędzie jednak powiązana jest z lokalnymi porami roku. Inaczej jest tylko w przypadku IV fali, która w krajach zachodnioeuropejskich zaczęła się wcześniej niż w Polsce. Tym razem zmutował, w szybciej zarażający, osławiony wariant delta, sam wirus.

Najlepiej dopasowany do rzeczywistych danych iloraz a/b dla poszczególnych krajów z podziałem na kolejne fale przedstawiono w tabeli. We Francji i Wlk. Brytanii, jak już wspomniano, nie da się matematycznie oddzielić II i III fali, a Wlk. Brytanii i w Polsce IV fala jeszcze trwa i oszacowanie jej parametrów nadal jest obarczone zbyt dużym błędem.

KrajI falaII falaIII falaIV fala (delta)
Polska2,006,751,11
Szwecja6,311,71,186,18
Francja8,933,56
Wlk Brytania9,76

W formie graficznej dla Polski przebieg epodemii wyglądał następująco:

Otrzymane wyniki nie tylko różnią się znacznie od tych otrzymanych na podstawie ilości dodatnich testów, ale też są bardzo zróżnicowane, zarówno pomiędzy falami, jak i krajami. I fala zaatakowała najpierw najbardziej podatne na infekcję wirusem osoby starsze i schorowane i dlatego też iloraz a/b był wtedy bardzo wysoki nawet do 10 w Wlk. Brytanii. Kolejne fale były już mniej zaraźliwe. Odwrotnie było jednak w przypadku Polski, gdzie I fala była mniejsza i słabsza od fali kolejnej – jesiennej. W porównaniu z pozostałymi krajami z tabeli, jest bowiem Polska położona stosunkowo na uboczu, zatem i nowe wersje wirusa docierają do nas kilka tygodni później niż do Wlk. Brytanii, Francji i Szwecji. Tak jest z obecną wersją delta, tak też i było na wiosnę 2020 roku. Zanim covid w Polsce na dobre się rozkręcił, sezon grypowy dobiegł już końca. Co się odwlecze, to jednak nie uciecze. Rodacy, którzy uchronili się przed wirusem na wiosnę 2020, ulegli mu kolejnej jesieni i wiosny. II i III fala były w Polsce z kolei znacznie potężniejsze niż w zachodniej Europie.

Warto zwrócić uwagę, że na powyższych wykresach w ogóle nie widać szeroko stosowanych w trakcie trwania epidemii tzw. lockdownów. W Szwecji, gdzie praktycznie żadnych większych obostrzeń, zamykania szkół, hoteli i restauracji, a tym bardziej, jak w Polsce, lasów, nigdy nie było, liczba chorych, a przynajmniej chorych poważnie, wymagających hospitalizacji, w przeliczeniu na liczbę mieszkańców była, w porównaniu z Francją, Wlk. Brytanią, i Polską, znacznie MNIEJSZA. W Polsce z kolei, była ona z tych czterech krajów, największa. Wszystkie straty poniesione wskutek „wyłączeń”, nie tylko gigantyczne straty materialne, ale też i dosłownie tysiące ofiar, które zmarły z powodu „lockdownowego” braku dostępu do leczenia innych niż covid, chorób, obciążają konto władzy bez jakichkolwiek realnych, mierzalnych korzyści w walce z epidemią. Już większe od „lockdownów” znaczenie miały regionalne różnice narodowe, np. wysoki ogólny poziom higieny w Szwecji, zwyczaj wspólnego biesiadowania w pubach w Anglii, czy częstego witania się pocałunkiem we Francji i Włoszech. Nawet licząc tylko samych hospitalizowanych widać, że w Polsce władze popisały się najwyższym w obrębie naszej próbki stopniem nieudolności, ze szwedzkim kompletnie nieporównywalnym. Do tego doliczyć jeszcze należy wspomniane koszty lockdownów, w Polsce gigantyczne, w Szwecji pomijalne.  Ale cóż, w Szwecji rządzi rząd szwedzki, a w Polsce – pisowski.

W walce z chińską epidemią decydującą rolę miały odegrać szczepionki. Szczepienie, najprościej rzecz ujmując, jest kontrolowaną formą infekcji, która ma pobudzać organizm do wytworzenia przeciwciał zwalczających dany patogen – w tym wypadku wirusa covid. Efekt końcowy powinien być podobny do przebycia prawdziwej infekcji, czyli doprowadzić do nabycia przez zaszczepionego odporności na daną chorobę. Szczepionki na covid opracowano w iście stachanowskim, dotychczas w medycynie niespotykanym tempie. Od pojawienia się chińskiej epidemii w krajach Zachodu, do rozpoczęcia masowej akcji szczepień upłynęło mniej niż rok. Czy nie odbiło się to aby na jakości? Czy szczepionki na covid spełniły oczekiwania?

Efektem szczepienia w skali populacji jest przeniesienie zaszczepionych z kategorii podatnych – S bezpośrednio do ozdrowiałych – R. Redukuje się tym samym odsetek S i w konsekwencji BWR. Teoretycznie można w ten sposób w ogóle wygasić i zlikwidować epidemię, jeżeli tylko poziom szczepień będzie wystarczająco wysoki. Udało się to w przypadku wielu różnych chorób, ale, jak dotąd, nie w przypadku COVID. Zakładając bowiem, że iloraz a/b dla tego wirusa wynosi, jak wynika z naszej tabeli, między 6 a 10, to, aby sprowadzić współczynnik reprodukcji poniżej 1, odsetek podatnych S powinien być mniejszy niż odwrotność tych liczb, czyli nie może być wyższy niż 10%-17%. Przy założeniu, że szczepionki są skuteczne w 95%, oznaczałoby, że w celu całkowitego wygaszenia infekcji, zaszczepione powinno być między 88% a 95% populacji. Oczywiście z puli podatnych ubywają nie tylko zaszczepieni, ale też ci, którzy covida przechorowali. Takich osób w krajach europejskich obecnie jest zapewne około 20-30%. Łącząc te dane do kupy, można oczekiwać, że graniczny odsetek szczepień powinien obecnie wynosić ponad 80%. Więcej nawet, jeżeli skuteczność szczepionek jest mniejsza niż założone wyżej 95%. Żaden z naszych analizowanych krajów nie osiągnął jeszcze tej granicy. Patrząc jednak na przebieg IV fali można zauważyć, że w krajach o wyższym poziomie zaszczepienia (70%) jest ona jednak znacznie łagodniejsza i słabsza (najbardziej tradycyjnie w Szwecji) niż w Polsce, gdzie poziom szczepień jest zauważalnie niższy (50%). Nie jest to jednak dowód rozstrzygający, bo przyczyną tego stanu rzeczy może być również wspomniane już „polskie opóźnienie”, które spowodowało ze wariant delta dotarł do nas równocześnie z początkiem kolejnego sezonu grypowego, a nie w środku lata, jak do pozostałych trzech krajów. Na szczęście istnieje jednak alternatywna metoda wyodrębnienia działania szczepionek z wielu pozostałych czynników kształtujących dynamikę epidemii.

Szczepienie bowiem, jak już opisano, zmniejsza odsetek osobników podatnych S. Jeżeli odbywa się w trakcie trwania epidemii, skutkuje w modelu szybszym, niżby to wynikało jedynie z dynamiki zachorowań, ubytkiem w tej populacji. Oczywiście takiego dodatkowego strumienia S=>R, jak należałoby się tego spodziewać, nie widać ani w I, ani w II fali epidemii. Występuje on jednak podczas fali nr 3, kiedy szczepienia już trwały. W Polsce podczas trzeciej fali, ten dodatkowy ubytek wynosił średnio 5,5 tysiąca osób dziennie. Równocześnie, w tym samym czasie, przybywało średnio dziennie w Polsce 100 670 osób w pełni zaszczepionych. Skuteczność szczepień na poziomie 5,5% może się wydawać absurdalnie niska, dopóki sobie nie przypomnimy, że nasze obliczenia opieramy nie na liczbie wszystkich chorych, tylko na liczbie hospitalizowanych. Owe 5,5% zatem, to ci, którzy bez szczepienia nie tylko zachorowaliby na covid, ale i znaleźliby się z tego powodu w szpitalu.

Dla porównania jednak, w Szwecji, obliczony analogicznie wskaźnik efektywności szczepienia trzeciej fali wynosił aż 27%. Czwartej nawet jeszcze więcej. Równocześnie hospitalizowanych było w Szwecji przecież znacznie mniej niż w Polsce. Widać, że, tak samo jak w lockdownach, także w organizacji szczepień, władze szwedzkie wykazały się znacznie wyższym poziomem kompetencji niż władze pisowskie. W Polsce szczepienia były przeprowadzane losowo, bez ładu i składu, czy wręcz traktowane początkowo jako nomenklaturowy przywilej partii władzy, o czym świadczy dzika awantura jaką rządowe media rozpętały, kiedy się okazało, że zaszczepić się, „poza kolejką” ośmielił ktoś spoza PIS. Tymczasem w Szwecji, jak widać w danych, skoncentrowano za to szczepienia na grupach, w których występowało największe ryzyko ciężkiego, wymagającego hospitalizacji, przebiegu choroby. W rezultacie trzecia fala przebiegła w Szwecji znacznie łagodniej niż w Polsce, a czwarta była ledwo zauważalna, czego o Polsce na pewno nie można powiedzieć. Piątej, wiosennej fali w Szwecji nie będzie już zatem wcale, a w Polsce nie jest ona bynajmniej wykluczona. Egzamin, w postaci kryzysu epidemicznego, władze szwedzkie zaliczyły więc celująco, a władze pisowskie całkowicie oblały, zakładając oczywiście, że w ogóle realna walka z epidemią w Polsce kiedykolwiek była ich celem. Francja i Wlk. Brytania stanowią przypadek pośredni. Poszło im gorzej niż Szwecji, ale i tak znacznie lepiej niż Polsce.

Chociaż zatem walka z epidemią za pomocą lockdownów okazała się nie tylko niesłychanie kosztowna, to jeszcze była całkowicie bezskuteczna. Natomiast szczepionki, nie tylko od lockdownów są znacznie tańsze, ale i wbrew często spotykanym opiniom, naprawdę działają. Nie tylko w znacznej mierze, choć oczywiście nie w stu procentach, chronią przed covid indywidualnie zaszczepionych, to także, jak model przewiduje, łagodzą i skracają przebieg epidemii w całej populacji. Jednak szczepionek, tak samo jak lockdownów też trzeba umieć używać. Obecny rząd w Polsce nie potrafi niestety ani jednego ani drugiego, za co Polacy płacą swoim majątkiem, a nawet zdrowiem i życiem.

Powyższy artykuł ukazał się w 1645/1646 numerze tygodnika „Najwyższy Czas”