Wojny prymitywów

W czwartek, 24 lutego 2022 roku wojska Federacji Rosyjskiej, na rozkaz prezydenta Władimira Putina, rozpoczęły zmasowaną inwazję na Republikę Ukrainy, państwo biedne, zacofane i skorumpowane, które zresztą już osiem lat wcześniej straciło na rzecz Rosji niektóre fragmenty swojego terytorium. Rozpoczynając wojnę, Rosja, wg Putina, chciała powstrzymać ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej, której na Ukrainie dopuszczał się samozwańczy, złożony z, połączonych wspólnym pochodzeniem etnicznym (wiadomo jakim) narkomanów, nazistowski reżim z Kijowa. Ludność rosyjska była systematycznie mordowana, poddawana zbrodniczym „eksperymentom” pseudomedycznym, przed którymi cofnąłby się doktor Mengele, wreszcie rozpoczęto na Ukrainie produkcję „etnicznej” broni biologicznej, przeznaczonej wyłącznie do eksterminacji Słowian. Drugą, po humanitarnej, przyczyną interwencji, było oddalenie niebezpieczeństwa, jakim były dla Rosji umieszczone na terenie Ukrainy bazy NATO. W wielu mediach przeróżni „geopolitycy” i inni samozwańczy „eksperci”, podkreślali, że od najbliższego punktu terytorium Ukrainy do Moskwy, jest tylko 450 km i takiego zagrożenia swojej stolicy i największej metropolii, żadne liczące się państwo na świecie nie mogłoby tolerować. Co by zrobiła Francja, gdyby jej granica przebiegała 450 km od Paryża? A co by zrobiły Niemcy, gdyby 450 km od Berlina był już inny kraj? No właśnie. W dokładnie taki sam sposób musiała zareagować Rosja, tym bardziej, że wojska ukraińskie koncentrowały się już, by nagłym uderzeniem odebrać Rosji Krym i Donbas i wymordować tamtejszych Rosjan. Zostały wyprzedzone dosłownie o dni.

Powody do wojny są więc całkowicie jasne i zrozumiałe. Zarówno z humanitarnego, jak i politycznego i militarnego punktu widzenia, prezydent Putin nie mógł postąpić inaczej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że postawił sobie on cel bardzo ambitny, który najwyraźniej jest stosunkowo trudno zrealizować. W momencie kiedy pisany jest ten artykuł minęło już cztery miesiące „specjalnej operacji” na Ukrainie, a tamtejsza „etniczna oligarchia” nadal trzyma się mocno, a postępy wojsk rosyjskich są raczej symboliczne. W końcu Ukraina to duży, drugi pod względem wielkości po Rosji w Europie, i ludny kraj z proporcjonalnie do tego dość liczną armią. Tymczasem nie jest Ukraina bynajmniej jedynym opanowanym przez etniczny nazistowski reżim krajem, za pomocą którego NATO, osacza i okrąża Rosję, grozi jej zagładą i planuje eksterminację Słowian. Takim krajem jest też np. Estonia. Tak samo jak na Ukrainie, panuje w niej obłąkańczo rusofobiczny reżim i mieszka tam liczna rosyjskojęzyczna mniejszość, która jest poddawana systematycznym szykanom i prześladowaniom. Granice estońskie przebiegają, co prawda, w porównaniu z ukraińskimi nieco dalej od Moskwy, ale za to znacznie bliżej Petersburga, drugiej najważniejszej aglomeracji rosyjskiej, zwanego też w Rosji „północną stolicą”. Jednocześnie Estonia jest krajem znacznie mniejszym i słabszym od Ukrainy.

KrajEstoniaUkraina
Powierzchnia [tys. km2]45,3604
Mieszkańcy [mln]1,342
Odsetek rosyjskojęzycznych25%30%
Najmniejsza odległość do Moskwy [km]640450
Najmniejsza odległość do Petersburga [km]140850
Liczebność wojska na stopie pokojowej [tys. żołnierzy]3,5240

Jak widać w załączonej tabeli, Estonia jako narzędzie „etnicznej oligarchii” służące do podboju i zniszczenia Rosji, oraz wymordowania Słowian, jest nawet większym zagrożeniem niż Ukraina, a przy tym, ze względu na swoją wielkość i zaludnienie, powinna być od Ukrainy znacznie łatwiejsza do denazyfikacji i demilitaryzacji. Dlaczego zatem prezydent Putin zamiast uderzyć w najsłabsze ogniwa duszącego Rosję łańcucha baz NATO, jak właśnie Estonia, czy bardzo podobna do niej Łotwa, uderzył w ogniwo dużo mocniejsze?

Oczywiście Estonia różni się od Ukrainy czymś więcej, niż tylko wielkością. Podczas gdy Ukraina dopiero próbuje wstąpić do NATO, Estonia już w NATO jest. Z punktu widzenia Moskwy jednak, to żadna różnica. Głównym wrogiem Słowian, jak nieraz zapewniali nie tylko prorosyjscy publicyści, ale i oficjalni przedstawiciele państwa rosyjskiego, jest przecież „etniczna oligarchia”, której NATO i opanowane przez nią poszczególne państwa są tylko narzędziami. NATO i tak dostarcza ukraińskim żydobanderowcom szeroką pomoc, a nawet, jak twierdzą w Moskwie, wysyła tam całe dywizje. Zatem nie formalna przynależność do NATO zaważyła na tym, że pierwsza w kolejce do denazyfikacji stanęła Ukraina. Inną istotną różnicą pomiędzy Ukrainą a Estonią jest jednak poziom zamożności i wydajności gospodarczej.  Jeżeli zmierzyć je poprzez PKB per capita i PKB podzielone na ilość przepracowanych roboczogodzin, są one w Estonii wyższe od ukraińskich około trzykrotnie. Na tym jednak nie koniec. Różnica tkwi nie tylko w samym poziomie tych wskaźników, ale także w ich dynamice, w tym, jak się one zmieniały w czasie. Na poniższym wykresie pokazano zmiany PKB per capita od 1989 roku. Oprócz Estonii i Ukrainy dane obejmują też Polskę, Mołdawię i Rosję.

Trudno dziś w to uwierzyć, ale mniej niż 30 lat temu Ukraina i Estonia miały praktycznie ten sam poziom zamożności, wyższy od ówczesnego …polskiego. Jednak różnica między nimi szybko urosła, kiedy jednolita początkowo populacja krajów postkomunistycznych rozpadła się na dwie grupy.  Pierwsza, z których, oprócz Estonii, pokazano Polskę, szybko przezwyciężyła kryzys i zaczęła się rozwijać. Druga, w tym Ukraina i widoczna na wykresie Mołdawia, ugrzęzła w marazmie i stagnacji. Ciekawe jest tu położenie Rosji. Chociaż ze względu na samą wysokość PKB per capita, można ją próbować zaliczyć do pierwszej, zamożniejszej grupy, to jednak kształt wykresu, z bardzo długim i głębokim postkomunistycznym załamaniem i dzisiejszą stagnacją upodabnia Rosję raczej do grupy biedaków. Różnicę robi renta surowcowa, której pozostałe kraje postkomunistyczne są pozbawione. Jej możliwą wysokość obliczono przy założeniu, że jest ona proporcjonalna do aktualnych cen ropy naftowej. Po usunięciu wpływu tej renty, rosyjska dynamika PKB per capita niewiele się już różni od ukraińskiej. Fakt, że żołnierze Putina, plądrując kraj teoretycznie dwukrotnie biedniejszy niż ich własny, jednocześnie nie mogą się nadziwić napotykanemu wszędzie „bogactwu”, przestaje w takim razie zaskakiwać.

Oczywiście przynależność do grupy biedaków, czy zamożnych nie wynika z jakiś przedwiecznych niezbadanych wyroków przeznaczenia, tylko jest wynikiem polityki prowadzonej przez poszczególne kraje. Do budowy zamożności potrzebne jest przecież odpowiednie otoczenie instytucjonalne, prawne i ustrojowe. Te postkomunistyczne kraje, które stały się, przynajmniej jako tako, praworządne i wolnorynkowe, trafiły do grupy zamożnej, te, które kultywowały odziedziczone po komunizmie, korupcję i etatyzm, pozostały biedne. Jakość rządu i ustroju w poszczególnych państwach, autor niniejszego artykułu zwykł oceniać za pomocą, przyjmującego wartości od 0 do 100 wskaźnika Index of Economic Freedom (IEF) publikowanym przez fundację Heritage.  Nie jest bynajmniej przypadkiem, że IEF za 2022 rok Ukrainy i Rosji wynosi odpowiednio 54 i 56 pkt, podczas gdy Polski 68 pkt, a Estonii aż 80 pkt, co jest zresztą ósmym najwyższym wynikiem na świecie.

Jednak i sama wysokość IEF nie mówi bynajmniej wszystkiego. Wskaźnik IEF składa się bowiem z dwunastu składowych i kraje o tej samej wysokości IEF całkowitego, mogą mieć bardzo odmienną jego strukturę wewnętrzną. Jeżeli teraz potraktujemy poszczególne składowe tego indeksu jako wymiary w dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej, to poszczególne kraje, staną się punktami w tej przestrzeni o współrzędnych równych składowym całkowitego indeksu IEF. Kraje o podobnym ustroju, niezależnie od całkowitej wielkości IEF, znajdą się w tej przestrzeni blisko siebie, natomiast kraje nawet o zbliżonym IEF, ale odmiennej jego strukturze, daleko. Dokonując stosownych obliczeń zauważymy że najbliżsi sąsiedzi Ukrainy w tej przestrzeni to kolejno: Rosja, Ekwador, Białoruś i Kosowo, natomiast najbliżsi sąsiedzi Rosji to Białoruś, Ukraina, Tadżykistan i Uzbekistan. Rosja i Ukraina więc, do spółki z Białorusią, pod względem gospodarczym i ustrojowym są krajami wręcz bliźniaczymi, natomiast Estonia leży, w porównaniu do Ukrainy, od Rosji czterokrotnie dalej, a najbliższymi Estonii sąsiadami są Luksemburg, Islandia, Niemcy i Łotwa.

Ukraina jest zatem, tak samo zacofana, prymitywna i skorumpowana, a w konsekwencji również biedna, jak Rosja, podczas gdy Estonia przeciwnie, jest krajem cywilizowanym, praworządnym, wolnorynkowym i zamożnym. Widzimy więc teraz, dlaczego ludobójstwo ludności rosyjskojęzycznej odbyło się w Donbasie, nie zaś w Narwie, dlaczego też bazy NATO i laboratoria broni biologicznej pracujące nad eksterminacją Słowian, „etniczna oligarchia” zbudowała nad Dnieprem, a nie nad Zatoką Fińską.

Putin zaatakował kraj właściwie nie różniący się poziomem rozwoju od Rosji, natomiast Estonia była dla niego absolutnie niedosiężna cywilizacyjnie. Wojny od dawna bowiem mogą toczyć już tylko kraje prymitywne i zacofane, natomiast kraje cywilizowane, choćby teoretycznie militarnie były dużo słabsze, są i tak poza zasięgiem tych prymitywów. Bezpośrednim i rzeczywistym powodem rosyjskiego ataku było zaś właśnie to, że Ukraina próbuje się zmienić i przestać być jak Rosja i Białoruś, a stać się podobna do Polski i Estonii. Gdyby Ukrainie się to udało, stałaby się dla Rosji absolutnie nietykalna, a na to nie mogą na Kremlu pozwolić.

Pokazanie opisanej wyżej, dwunastowymiarowej przestrzeni fazowej na dwóch wymiarach kartki papieru jest zamiarem niesłychanie zuchwałym i bardzo złożonym obliczeniowo. Nie da się też wtedy uniknąć zniekształceń odległości pomiędzy poszczególnymi krajami na takiej mapie. Rezultat takiego doświadczenia i tak może być jednak bardzo pouczający. Poniżej pokazano takie dwuwymiarowe rzutowanie mapy ustrojowej dla krajów z szeroko rozumianej Europy.

Jak już wspomniano, mapa jest nieco zniekształcona, Ukraina znajduje się na niej bliżej Turcji niż Rosji, podczas gdy naprawdę jest na odwrót, ale ogólny obraz jest znamienny. Chociaż optycznie trudno to zauważyć, za pomocą odpowiedniej analizy matematycznej kraje europejskie można podzielić na dwie rozłączne grupy – klastry, na mapie opisane jako „Cywilizowane” i „Zacofane”. Wojny prowadzą wyłącznie te drugie. Rosja napadła na Ukrainę a wcześniej na Gruzję, Kosowo oderwało się zbrojnie od Serbii, a Armenia stoczyła niedawno wojnę z Azerbejdżanem. Wojny np. Turcji z Bułgarią, albo Serbii z Bośnią też są teoretycznie możliwe. Natomiast wojna miedzy Turcją a Grecją, jak na razie, jest wykluczona. Na razie, ponieważ położenie poszczególnych krajów na naszej mapie nie jest dane raz na zawsze i może się zmieniać. Analizując analogiczne mapy z lat ubiegłych można zauważyć, że niektóre kraje, jak Gruzja, Rumunia, Bułgaria, Czarnogóra czy Albania, stopniowo zbliżają się jednak do cywilizacji. Są jednak i takie, które zmierzają w przeciwną stronę. Najbardziej spektakularny przeskok wykonała Turcja, która jeszcze pięć lat temu była całkiem cywilizowana, a obecnie coraz mniej różni się od Rosji, co tureccy obywatele wkrótce przypłacą znaczącym obniżeniem standardu życia. Drugim takim krajem, który, choć ciągle jeszcze znajduje się po stronie cywilizacji, to jednak stopniowo od kilku lat ją opuszcza, jest Polska. Widać to nie tylko na matematycznych wykresach, ale i wprost w deklaracjach władzy, która taki właśnie cel swojej polityki, upodobnienia Polski do Turcji, oficjalnie ustanowiła. Nawet w zakresie czysto wojskowym, reakcją na napaść Rosji na Ukrainę, było nie wzmocnienie sprzętowe i profesjonalne Wojska Polskiego, ale jego …likwidacja i budowa „armii” na wzór ukraiński, licznej i zarazem słabo wyszkolonej i uzbrojonej, pod pretekstem, że jej pierwowzór dzielnie walczy przeciwko moskiewskim agresorom. Krajowi cywilizowanemu tymczasem, nie jest potrzebna armia, która będzie mężnie odpierać wrażą agresję, ale przy okazji musi pozwalać na obracanie kraju w perzynę, tylko armia, która sprawi, że taka agresja w ogóle nie będzie możliwa, tak jak niemożliwa była rosyjska agresja na Estonię, choć wojsko tej ostatniej liczy zaledwie kilka tysięcy żołnierzy.

68 myśli na temat “Wojny prymitywów

  1. Aż szkoda czytać i szkoda gadać. No ale dobrze, na rozgrzewkę (potem mam trudny analityczny tekst do napisania…): jakie są szanse Estonii w starciu 1:1 z Rosją? Oczywiście – takie starcie jest niewyobrażalne. M.in. dzięki temu, że Rosja na dobre utknęła na Ukrainie i, w gruncie rzeczy, nasi wojskowi mogliby sobie pojechać na grzyby. Przez najbliższe dziesięciolecie będą nam potrzebni co najwyżej w celach dekoracyjnych, na święta państwowe i kościelne.

    Jednak starcie Rosji z Estonią 1:1 było niewyobrażalne także przed 24 lutego. To, że Putin zaatakował najpierw jednak Ukrainę, a nie państwa bałtyckie, to nie jest wynik żadnej magicznej „niedosiężności” ich – mikroskopijnych, pozbawionych wielu istotnych komponentów (na przykład lotnictwa, którego nie posiadają wcale…) – sił zbrojnych, tylko prostego faktu: GDYBY NATO nie pomogło Ukrainie, ewentualnie gdyby jego pomoc dla Ukrainy była niekonsekwentna, tj. gdyby Putinowi udało się sfalsyfikować tezę o „solidarności” krajów NATO na przykładzie Ukrainy (która do NATO jeszcze nie należy i, prawdę powiedziawszy, 24 lutego roku bieżącego nie miała jeszcze żadnych realnych szans do NATO wstąpić…) – no, to wtedy ewentualnie mógłby zacząć testować tę „solidarność” także w Estonii czy na Łotwie. Też raczej nie z wielkim przytupem, bo ryzyko w takiej grze jest bardzo duże – z zimą nuklearną jako jednym z elementów do uwzględnienia w rachunku.

    Na marginesie – sam fakt, że Putin musiał aż najechać zbrojnie Ukrainę, kraj, który przez dwa dziesięciolecia mimo formalnej niepodległości był częścią rosyjskiej „bliskiej zagranicy”, o autonomii wewnętrznej niewiele większej od Białorusi – po części falsyfikuje ekonomiczny determinizm Pilastra. Na Ukrainie pod względem ekonomicznym nic się jeszcze nie zmieniło. Jedyne co zostało zamanifestowane, to polityczna wola dokonania zmian. Kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy Ukraina będzie „w poczekalni” do NATO i UE (co, dzięki rosyjskiej inwazji, uległo znaczącemu przyspieszeniu i konkretyzacji, bo Ukraina w owej „poczekalni” właśnie się znalazła…).

    Teza, jakoby znienawidzony przez Pilastra PiS „rozmontowywał” naszą Niezwyciężoną Armię i to właśnie w wyniku, na skutek oraz PO inwazji Rosji na Ukrainę – dowodzi li i jedynie irracjonalnej nienawiści Pilastra do PiS i niczego innego.

    JEŚLI Pilaster ma na myśli utworzenie tzw. „Wojsk Obrony Terytorialnej” – to przecież fakt ten nastąpił kilka lat wcześniej.

    JEŚLI Pilaster ma na myśli transfer części sprzętu i przez to obniżenie gotowości bojowej 11 Dywizji Zmechanizowanej na rzecz formowanej dopiero w bólu i pocie 18 Dywizji – to także zdarzenie to o kilka lat wyprzedza ostatni ruch Putina.

    JEŚLI Pilaster ma na myśli deklarację podwojenia liczebności naszych Niezwyciężonych Sił Zbrojnych – no cóż: dopiero trzeba by udowodnić, że ma to oznaczać ich zamianę na pospolite ruszenie. Nie mówiąc już o tym, że nawet w warunkach ostrego kryzysu ekonomicznego i raptownego wzrostu bezrobocia – spełnienie takiej deklaracji wydaje się mało prawdopodobne. Po prostu nie będzie aż tylu chętnych do podjęcia takiej pracy – a o pomyśle przywrócenia poboru jakoś nie słyszałem..?

    Jak do tej pory PiS – bardzo rozsądnie – pcha na Ukrainę tyle posowieckiego złomu, ile się da (rozsądnie z dwóch powodów – po pierwsze, bo to jest złom i lepiej pozbyć się go w ten sposób, niż ponosić koszty utylizacji, a po drugie – bo i tak nie jest nam w tej chwili do niczego potrzebny: Rosja nie ma kim, ani czym robić żadnej nowej inwazji dopóki tkwi po uszy w ukraińskim bagnie – trudno sobie zatem wyobrazić lepsze zużytkowanie tego złomu niż dokładnie to, co rząd PiS robi, czyli – podarowanie go Ukraińcom…). Jedyne, czego nie udało się do tej pory upchać, to MiGi, ale prawdę powiedziawszy, biorąc pod uwagę sposób ich serwisowania przez ostatnie 20 lat – może i lepiej dla Ukraińców, że nie dostąpili szansy wypróbowania w praktyce umiejętności techników – związkowców z Mińska Mazowieckiego. Nie bez powodu te samoloty od prawie trzech lat i tak nie latają…

    Z drugiej strony PiS – dużo mniej rozsądnie – jeździ po całym świecie i chaotycznie to tu, to tam, kupuje a to nowe czołgi amerykańskie, a to licencję na czołgi koreańskie, a to używane czołgi amerykańskie (nie wiadomo dokładnie jakie), itp. Takie zachowanie miałoby sens, gdyby groziła nam wojna tu i teraz (NB w 1939 roku rząd sanacyjny robił dokładnie to samo, tj. próbował w panice kupić jakikolwiek nowoczesny sprzęt, jaki tylko dało się znaleźć – było tego mało do kupienia, bo wszyscy zaczęli się nagle zbroić i zwyczajnie nie było nadwyżek na sprzedaż). Żadna wojna jednak tu i teraz nam nie grozi, można by to robić dużo spokojniej. W nadzwyczaj mało prawdopodobnym wypadku, gdyby Putin wyskrobał jeszcze z dna szafy jakichś niedożywionych, zapitych poborowych i wysłał ich na podbój Warszawy – zajmiemy się tym z naszą drużyną Ochotniczej Straży Pożarnej. Niczego w mieście nie zauważycie…

    Polubienie

    1. @Kobus
      „No ale dobrze, na rozgrzewkę (potem mam trudny analityczny tekst do napisania…):”

      Mogę Ci pomóc w tej rozprawcę na polski, jak sobie nie radzisz. 😀

      Po ciul takie rzeczy piszesz? Jakieś kompleksy leczysz, czy uważasz siebie za niezrozumiałego geniusza wśród motłochu jak Korwinus Rex?

      Polubienie

  2. PIS likwiduje polską armię nie dlatego że wysyła poradziecki złom do utylizacji na Ukrainie, co akurat jest bardzo dobrym posunięciem, ale dlatego, że rozbudowuje ją liczebnie kosztem wyposażenia i szkolenia. Czyli zamierza przywrócić „armię” z czasów PRL – bandę dziadków ganiających z nudów koty. Zdemoralizowaną, niewyszkoloną i bez znaczącego uzbrojenia. O przywróceniu poboru publicznie PIS nie mówi, bo byłoby to politycznym samobójstwem, ale logicznie jest to nieodzowną częścią tej koncepcji – wszak armia ukraińska jest właśnie poborowa.

    Nie jest to oczywiście nowa koncepcja, bo PIS konieczność likwidacji polskiej armii głosi od wielu lat, a Putin dostarczył PISowi akurat świetnego pretekstu. To, że żadna wojna nie grozi Polsce w przewidywalnej przyszłości, niczego w tej kalkulacji nie zmienia.

    I to nie estońska armia jest niedosiężna dla Putina, ale sama Estonia jako taka. Polityczne konsekwencje inwazji na ten kraj (podobnie jak np zbombardowania Szwajcarii, która do żadnego NATO nie należy), niezależnie od samego przebiegu działań zbrojnych, byłyby dla Rosji znacznie bardziej przerażające niż konsekwencje inwazji na Ukrainę. Katechon Putin pobrudziłby sobie garnitur na samą myśl o tym.

    W interesie Polski jet zatem osiągnąć status Estonii, czy nawet Szwajcarii, a nie Ukrainy, co byłoby dla Polski potężną zapaścią cywilizacyjną.

    I owszem, przykład Ukrainy pokazuje właśnie determinizm ekonomiczny pilastra w działaniu. Rosja, kraj w pełni, po pisowsku, „suwerenny”, którego rząd nie krępuje się żadnym „imposybilizmem” a kieruje się wyłącznie „dobrem narodu”, bez wahania zwalcza przeróżne „gendery” i „LGBTy” coraz bardziej traci na znaczeniu i pogrąża się w coraz większym kryzysie i zacofaniu.

    Ukraina będąca do tej pory ekonomicznie właściwie kopią Rosji, dojrzała, jak się okazało do zmian tym zakresie, co na Kremlu wywołało absolutną panikę i doprowadziło Putina do działań skrajnie irracjonalnych i desperackich.

    Polubienie

    1. No to już jest Harry Potter, a nie Pilaster. Jak kiedyś, może za lat 40, Pilaster sam to przeczyta, to będzie się z siebie śmiał. „Dowodem” na likwidację polskiej armii jest coś, czego PiS nie tylko nie robi i nie mówi, ale nawet – chyba sam jeszcze o tym nie myśli..?

      Estonia jest „niedościgła” bo..? Jakaś różdżka śmierci jej broni, a nie po prostu i zwyczajnie – NATO, którego jest członkiem?

      Szkoda gadać…

      Polubienie

      1. Szwajcarii też broni NATO, którego Szwajcaria nie jest członkiem?

        Dowodem na likwidacje polskiej armii przez PIS jest likwidacja polskiej armii przez PIS. Odpowiednia ustawa przecież została uchwalona i nawet podpisana przez Dudę.

        Liczebność wojska ma się zwiększyć bardziej niż dwukrotnie, natomiast finansowanie jedynie o ok 50%. W konsekwencji otrzymamy prlowską atrapę wojska, znacznie gorszą od obecnie istniejącego, w którym głównymi kosztami będą koszty osobowe ;-(

        Polubienie

        1. Nie wiemy co otrzymamy „w konsekwencji”. Najprawdopodobniej nic niezwykłego. Nie sądzę też, aby to coś było „znacznie gorsze od istniejącego”. Wykonalność tej ustawy jest mniej – więcej taka, jak ustawy o CPK…

          Szwajcaria ma ten luksus, że graniczy tylko z krajami niemal tak samo bogatymi, starymi i cywilizowanymi jak ona sama, a ostatnie spory graniczne rozwiązał jej jeszcze Napoleon Bonaparte (w 1814 roku, jak mu się grunt palił pod nogami i musiał bronić Paryża, więc zrezygnował z tytułu „protektora Konfederacji Szwajcarskiej” i oddał Szwajcarom tereny, które wcześniej im zabrał…). Szwajcaria jest przy tym akurat bardzo złym przykładem, jak ktoś chce wynosić pod niebiosa armię zawodową, gdyż jej nie posiada – każdy Szwajcar jest żołnierzem.

          Polubienie

      1. Putin, żeby zasiać dywersję na tyłach NATO (w miarę możliwości zaś – doprowadzić do reakcji w stylu „nie będziemy umierać za Gdańsk”). Oraz, rzecz jasna, wojskowi krajów NATO którzy zarówno z dobrze pojętej przezorności, jak i z przyczyn najzupełniej osobistych – chętnie widzą dodatkowe środki w swoich budżetach.

        Skądinąd, Polska nie ma tu monopolu na panikę. W Niemczech też nie wygląda to zbyt porządnie (kilkumiesięczne, dość rozpaczliwe zabiegi o zakup amunicji do NIEMIECKICH „Gepardów”, które miały być wysłane na Ukrainę, ale okazało się, że zapasu, który jest, starczy na kilka minut strzelaniny, aż dopiero Norwedzy zgodzili się potrzebną amunicję wyprodukować – i parę innych przykładów…). Przy czym jest to akurat dość łatwe do wytłumaczenia. Ostatnie 30 lat Europa się dość konsekwentnie rozbrajała, ufna w amerykańską protekcję – i słusznie.

        W efekcie jednak, znakomita część przemysłu zbrojeniowego działa na iście rzemieślniczym poziomie – wytwarzając głównie prototypy i egzemplarze testowe nowego uzbrojenia (jak wyciągnięty przez Rheimetall z szafy prototyp nowej „Pantery”…), a co najwyżej remontując lub unowocześniając egzemplarze starsze. Rozwinięcie produkcji na większą skalę musi potrwać, w gruncie rzeczy nie bardzo po co to robić (realny poziom zagrożenia spadł, a nie wzrósł…), a politycy są pod dużą presją opinii publicznej, która chciałaby wierzyć, iż „panują nad sytuacją”…

        Polubienie

  3. > Oczywiście przynależność do grupy biedaków, czy zamożnych nie wynika z jakiś przedwiecznych niezbadanych wyroków przeznaczenia, tylko jest wynikiem polityki prowadzonej przez poszczególne kraje

    A z kolei ta polityka wynika z geografii i mentalności lokalnej populacji. Czyli z przeznaczenia

    Polubienie

    1. Polityka władz Korei płn różni się od polityki władz Korei płd z powodu geografii i mentalności lokalnej populacji? A przynajmniej w latach 50 i 60 różniła się z powodu mentalności?

      Polubienie

        1. Na dłuższą metę oczywiście ekonomia o woli. Na krótszą te rzeczy są wzajemnie splecione. Ukraińska wola o dołączeniu do Zachodu (chcemy do NATO i UE) wynika przecież z ekonomii (chcemy być zamożni)

          Polubienie

          1. Czy z tego wynika, że mieszkańcy Korei Północnej, Kuby, a także Rosji nie chcą być zamożni, skoro wciąż nie obalają tłamszących ich dążenie do bogactwa reżimów?

            Mam wrażenie, że Pilaster wie, że nie jest możliwe stworzenie w pełni konsekwentnego i pozbawionego sprzeczności sposobu opisu świata. Determinizm też takim opisem nie jest. Tylko ambicja nie pozwala Pilastrowi przyznać, że „psychohistoria” nie jest wszechmocna…

            Polubienie

      1. Geografia jak najbardziej. Rewolucja komunistyczna przyszła do Korei z wnętrza Azji na tle wojny z Japonią gdzie opanowała większość kontynentu, to jest Rosję i na tym etapie – Mandżurię i w była w trakcie szerzenia się w Chinach a do południowej części półwyspu nie doszła bo została zablokowana przez stany zjednoczone podziałem korei. Dzisiaj po latach separacji wynikłej z tej geografii istnieją już różnice mentalne. Pilaster niby traktuje cywilizację jak bakterie a jednak przysposabia jednostkom i jakiejś „polityce” absolutnie nadmierną znaczeniowość.

        Polubienie

  4. W sumie jest w Europie kraj w znacznie gorszej sytuacji niż Rosja. To Austria. Skala okrążenia przez NATO jest o wiele większa. Całkowicie niemożliwe są już rewindykacje utraconych terenów jak np. Słowenia. Przed takim właśnie strategicznym, politycznym i gospodarczym horrorem, w jakim utknęła Austria, Kreml stara się Rosję uchronić.

    Polubienie

    1. To jeszcze nic. Co powiedzieć o krajach, które należą do NATO, tj., oczywiście, tfu, są wprost i bezpośrednio „okupowane przez NATO”? Są wśród nich kraje słowiańskie. Nie to że Polska, wiadomo nie od dziś, że Polska to „zdrajca Słowiańszczyzny”. Ale bliska kulturowo Rosji Bułgaria, tradycyjnie prorosyjskie Czechy… Czy nie jest świąt misją Rusi wyzwolić te okupowane terytoria – bez względu na koszt..?

      Polubienie

      1. Owszem, ale będzie to trudne. Społeczeństwa te w jakimś stopniu, czasem nawet dość dużym, zostały skażone zachodnim różowo-liberalnym lewactwem, hedonizmem, konsumpcjonizmem, a nawet dżędrem. Sodomia, gomoria i pederastia zapuściły tam swoje korzenie dość głęboko. Reslawizacja może potrwać pokolenia.

        Polubienie

        1. Jeśli traktować poważnie Pilastrowy determinizm ekonomiczny, to w zasadzie wystarczy pozbawić ludność dostaw mleka sojowego na wegańskie latte – i cały dżender powinien im przejść jak ręką odjął… To nie wygląda zbyt skomplikowanie..!

          Polubienie

          1. No i przecież nie jest. Aby uzyskać odpowiedni wysoki poziom patriotyzmu, konserwatyzmu i tradycyjnych wartości, należy pozbawić społeczeństwo konsumpcji. Na Kubie, czy Korei płn nie ma żadnego dżęndera i innych LGBT. No i sojowego latte też nie ma. To nieprzypadkowa korelacja.

            Polubienie

          2. Człowiek jest zdolny do zachowań autodestrukcyjnych. Zarówno indywidualnie (chyba tego nie trzeba udowadniać..?), jak i zbiorowo (o to się spieramy…). Właśnie dlatego potrzebny jest „katechon” – tylko nie jest nim żadna osoba, ani konkretna władza polityczna a kultura, jako ogół zewnętrznych uwarunkowań uzupełniających to, czego człowiekowi brak z natury.

            Pewnym podsporem w obrębie naszego sporu będzie pytanie – czy da się skutecznie zakwestionować kulturę jako taką? Prof. Zdziechowski uważał, że nie da się. Można co najwyżej zbuntować się przeciw jakiejś jej postaci, ale sam bunt natychmiast stwarza własną kulturę, zastępującą tę zakwestionowaną.

            Podejrzewam, że można by to próbować badać doświadczalnie i może byśmy się czegoś w efekcie dowiedzieli.

            Oczywiście można pójść w taki redukcjonizm, jaki tu uprawia Pilaster i twierdzić, że w ogóle wszystko, co człowiek robi – robi wyłącznie dla przyjemności. Nie tylko je, pije i komentuje na blogach (w czasie pracy…), ale też, np. – zrywa się po nocach do płaczących dzieci, czy nawet – dla przyjemności daje się zamykać po kacetach i torturować. Tylko w ten sposób to zupełnie wszystko jedno, co się dzieje i w ogóle nie warto nic robić.

            Jeśli z tego redukcjonizmu jednak choć trochę zrezygnować, to czym innym jest konsumpcja realna (tej rzeczywiście można ludzi przemocą pozbawić i nie jest to jakoś bardzo trudne), a czym innym – oczekiwania i aspiracje w tym zakresie. Obawiam się, że pozbawienie ludzi oczekiwań i aspiracji jest dużo trudniejsze.

            Pomiędzy oczekiwaniami a realnymi możliwościami zazwyczaj występuje mniejsza lub większa rozbieżność. Reakcja na tę rozbieżność nie jest wcale jednowymiarowa, oczywista ani zawsze taka sama. Niektórzy biorą drugi etat i zasuwają po nocach, inni popadają we frustrację, a zdarzają się i samobójstwa.

            Biorąc pod uwagę, że konsumpcji towarzyszy kultura lekkości bytu, której ważnym elementem jest ucieczka przed cierpieniem aż do eutanazji włącznie, to masowe samobójstwa „młodych, wykształconych z wielkich miast” po ustaniu dostaw sojowego latte wcale nie wydają mi się takie niemożliwe…

            Polubienie

    2. Byłem kilka razy w Wiedniu. Faktycznie upadłe miasto. Te białe, częste, neoklasycystyczne budynki nie mają żadnego imperium pod sobą. Są puste. Poddały się. A na szczycie góry Kahlenberg jest polski kościół na cześć Sobieskiego i stamtąd ten duch Sobieskiego musi patrzeć na tych wszystkich Turków i Polaków, którzy brukają stolicę Wschodniej Rzeszy swoimi fenotypami.

      Szwajcaria ma też przerąbane. Brak żadnych sojuszników, a poza tym mieszkańcy kraju mogą być objęci pomocą swoich narodów (no bo język=naród, wiadomo), bo przeprowadza się na nich kulturalne ludobójstwo. Ci co mówią po niemiecku przez Niemcy, ci co mówią po francusku przez Francji, a ci co mówią po włosku przez Włochy. Szwajcarii zostaną tylko użytkownicy retroromańskiego.

      Polubienie

          1. „Przez zaledwie 30 lat pod rządami Borgiów we Włoszech mieli wojnę, terror i rozlewy krwi, ale też Michała Anioła, Leonarda da Vinci i Renesans. W Szwajcarii mieli za to 500 lat spokoju, ciszy, d***kracji i co z tego wynikło? Zegar z kukułką”.

            Janusz Korwin-Mikke

            Polubienie

      1. Akurat z Austrii to takie moczarstwo, jak z koziej d… trąba. Daliby jakieś państwo o sile co najmniej takiej, jak Francja i Niemcy razem wzięte – wtedy zobaczymy, czy zacznie iskrzyć. Problem jest taki, że USA są w stanie spacyfikować Niemcy, Francję, Włochy i Wielka Brytanię. Nikt z wyżej wymienionych nie ma szansy postawić się USA, więc siłą rzeczy nie stawiają się i są ulegli. Poza tym USA stabilizują swoją strefę wpływów – jako hegemon. Spoko wodza, nawet jeśli Chiny upodobnia się do Tajwanu, Japonii czy Korei Południowej, to i tak konflikt z USA okaże się nieuchronny. USA nie popuszcza, bo to zdetronizowałoby pozycję $.

        Polubienie

        1. Jeśli Chiny upodobnią się do Tajwanu to nie będzie żadnego konfliktu z USA, tylko zyskowny handel służący obu stronom. To naprawdę nie jest XIX wiek.

          Polubienie

          1. Nie będzie, bo nastąpi podkopanie globalnej pozycji USA – w tym dolara. Problem jest taki, że państwa, które mogą potencjalnie zagrozić pozycji USA, są poza Zachodem. Nie mamy empirycznie do czynienia z sytuacją, w której główny rywal USA wyrósłby wewnątrz Zachodu. Nie dysponujemy zatem materiałem badawczym pozwalającego stwierdzić, co by było gdyby… Pozostają stereotypy i gra skojarzeń. Nie mówię, że zaraz doszłoby do wojny, ale jakiś rodzaj okładania się cłami, czy ocinania się miałby miejsce.

            Polubienie

          2. „Problem jest taki, że państwa, które mogą potencjalnie zagrozić pozycji USA, są poza Zachodem. Nie mamy empirycznie do czynienia z sytuacją, w której główny rywal USA wyrósłby wewnątrz Zachodu. ”

            Ciekawe, że nacjokrata zauważa tą intrygująca korelację, ale nie potrafi wyciągnąć z niej żadnych wniosków. 🙂

            Tymczasem tak rozumiany „Zachód” (czyli łącznie z Japonią, Tajwanem, Koreą płd, Izraelem, etc, krajami bynajmniej kulturowo niezachodnimi) to po protu zbiór krajów najbardziej cywilizowanych. To co je łączy, to nie dolar, nie USA, nie jakaś „zachodniość” tylko właśnie wysoki poziom IEF, albo przynajmniej inspiracja, żeby taki poziom osiągnąć (Ukraina)

            Polubienie

          3. @kmat Odpuść. Gdy ktoś żyje mentalnie w XIX wieku to nie wytłumaczysz mu że mamy już XXI. Zwłaszcza że mamy causus Putina który faktycznie nie zauważył że świat się nieco zmienił (choć czytając czasem analizy polityczne nabieram przekonania że wszyscy analitycy i większość polityków mentalnie żyje w wieku nawet nie w XIX ale wręcz w XVIII)

            Polubienie

          4. „wszyscy analitycy i większość polityków mentalnie żyje w wieku nawet nie w XIX ale wręcz w XVIII”

            Zdecydowanie w XVIII. W XIX zaczęła się już rewolucja przemysłowa i układ (międzynarodowy) dryfował w stronę wyższego S, co już wtedy wpływało na politykę.

            Z tym że istnieje także bardziej nowoczesna szkoła „pragmatyczna” czerpiąca doświadczenia z pierwszej połowy XX wieku, z czasów Grzbietu Pragmatyzmu. Putin inspiruje się raczej tą drugą (jestem silniejszy to muszą mi ustąpić) , a pierwszą (strefy wpływów, koncerty mocarstw, etc) wykorzystując jedynie propagandowo.

            Polubienie

        2. „Akurat z Austrii to takie moczarstwo, jak z koziej d… trąba.”

          No właśnie, dokładnie tak jak Rosja… 🙂

          „Nikt z wyżej wymienionych nie ma szansy postawić się USA, więc siłą rzeczy nie stawiają się i są ulegli.”

          No popatrz, a Rosja też nie ma szansy postawić się USA, a jednak się stawia… 🙂

          „nawet jeśli Chiny upodobnia się do Tajwanu, Japonii czy Korei Południowej, to i tak konflikt z USA okaże się nieuchronny.”

          Nic podobnego. Jak napisał kmat, konflikt nikomu się wtedy nie będzie opłacał. Jak, nie przymierzając, konflikt między Koreą płd a Japonią.

          Polubienie

          1. Nie do końca. Konflikt już się nie opłaca. Ale w systemie nisko cywilizowanym władza może sobie halucynować, że jest inaczej, bo przynajmniej do pewnego momentu sama nie ponosi kosztów starcia (władza wyżywi się sama). W bardziej cywilizowanych układach dystans między władzą a społeczeństwem jest niewielki i koszty błędnych decyzji dotykają decydentów dosyć szybko.

            Polubienie

          2. @kacolek
            Też tak myślę. Czuć od chłopa jakąś dziką megalomanię, co to ja nie jestem, co to ja nie mogę. Choć jak się robi gorąco to kolana miękną. Przecież on spękał przed byle Erdoganem.

            Polubienie

          3. Konflikt to nie koniecznie wojna kinetyczna. Będzie to raczej wypieranie jednej waluty przez inną, rosnąca przewaga floty, dominacja w kosmosie. Gdyby faktycznie nie było rywalizacji państw, to i te idące w setki miliardów dolarów wydatki na zbrojenia USA nie miałyby racji bytu. A w sumie – skoro NATO ma być gwarantem pokoju – jak rozumiem zagrożonego praktycznie przez Rosję, to po jakiego groma siedzą w tej organizacji Hiszpanie czy Portugalia? Chyba nie obawiają się defilady Armii Czerwonej w Madrycieczy Lizbonie?

            Polubienie

          4. „Nic podobnego. Jak napisał kmat, konflikt nikomu się wtedy nie będzie opłacał. Jak, nie przymierzając, konflikt między Koreą płd a Japonią”.

            W tym przypadku lęk przed Chinami i ChRL może cementować współpracę. Gdyby nie te państwa, to i Japonia byłaby bardziej asertywna i mogłaby się wdawać w pyskówki z USA. Jak do tej pory – chyba najsilniejszy (po USA) państwo szeroko rozumianego Zachodu.

            Polubienie

          5. @kmat
            Tak. Trump jest bardzo agresywny wobec tych, których uznaje za słabszych (nieraz już jego prawnicy bezprawnie grozili słabszym jesienią średniowiecza), ale uległy wobec tych, których uznaje za silniejszych. W jego wizji świata po prostu silny niszczy słabszego, a zatem jak się widzi kogoś silnego, to lepiej się odsunąć mu z drogi, bo pewnie zabić może, jak zechce, skoro samemu, by się zabiło, gdyby mogło (RIP Sulejmani).
            No i sam siebie uznaje za bardzo silnego. Przestraszył się jednak KGB-isty Putina i neosułtana Erdogana. Ba! On nawet wysoko cenił Kim Dzong Una, tak jakby ten rządził jakimś mocarstwem, bo dla Trumpa mocarstwem jest kraj, w którym władca robi, co chce i gdzie mają duże bomby do rozpindalania świata. A gospodarka, jakość państwa itd.? Jakieś pedalstwa dla cieniasów. Rozkazy i bum bum! The big boom!
            Trump czuł w Helsinkach, że jest słabszy od Putina, bo Putin w Rosji (i nawet poza Rosją) „może robić, co chce”, a Trumpa ograniczały Kongres, sądy, wybory, sondaże, partia, media (przebrzydłe fake news!), więc chciał zrobić zamach stanu, żeby stać się najsilniejszy na świecie (czyli też „silniejszy od Putina”), a co za tym idzie uczynić też Amerykę wielką i antyimposybilistyczną (podbój Grenlandii?, żaden problem), a swój ród rodziną królewską.

            Polubienie

  5. O jeeee … gratuluje wolnego czasu … btw. mieszkam od wielu wielu wielu lat w Szwajcarii i nie kazdy Szwajcar jest zolnierzem … ba, nie kazdy Szwajcar jest Helveta … schlafet guet ihr halbschuhe

    Polubienie

  6. Dzień dobry

    Zanim ktoś coś napisze, powinien się zastanowić, czy ma coś do powiedzenia i czy wie o czym pisze. Znakomity przykład kapitalnej niewiedzy, to powyższy zegar z kukułką. Zegary z kukułką to wynalazek niemiecki, ze Schwarzwald. Mają one tyle ze Szwajcarią wspólnego, co zorza polarna.

    Polubienie

  7. Podsumowując: wiele empirycznych obserwacji dotyczących rzekomej „jedności” i „spójności” tzw. Zachodu, czyli kolektywnego ujadania do jednej bramki z napisem „autokracje”, wynika nie tyle z ustroju tych państw, co raczej z dysproporcji pomiędzy nr 1 (USA) a resztą (Japonia, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Włochy). Przepaść pomiędzy USA a Japonią (nr 2) jest znaczna – 332 mln vs. 125 mln (ludność), 22,6 bln $ vs. 5,6 bln $ (całkowity PSN), 9,8 mln km^2 vs. niecałe 0,4 mln km^2. O armii nie wspomniawszy, choć – podobno – Japonia jest V potęgą militarną świata. Mamy zatem wyraźnego hegemona, w porównaniu z którym cała reszta wymięka i w różnych kategoriach osiąga potencjał w stosunku do USA w porywach jak 1:3,. Wśród „zapadników” nie mamy zatem empirycznego materiału, który mógłby rzucić nieco więcej światła na kwestie osławionej „jedności” w sytuacji, gdyby w ramach Zachodu istniał równorzędny dla USA rywal – taki, jakim była chociażby Wielka Brytania w stosunku do Francji – w ramach UE. Dwóch samców alfa to już za wiele 😉 Jedyne państwa, które mogłyby zaszkodzić hegemonii USA, to – potencjalnie – Chiny i Indie, przy czym te drugie mają znacznie za słabą gospodarkę. Pod względem ludności USA są nr 3 na świecie, więc mają mało konkurentów. Być może Brazylia, stając się częścią Zachodu, byłaby w stanie USA podskoczyć, ale musiałaby uporać się z gospodarką. Podejrzewam, że wtedy mielibyśmy do czynienia z rywalizacją na południe od USA.

    Polubienie

    1. „wiele empirycznych obserwacji dotyczących rzekomej „jedności” i „spójności” tzw. Zachodu, czyli kolektywnego ujadania do jednej bramki z napisem „autokracje”, wynika nie tyle z ustroju tych państw, co raczej z dysproporcji pomiędzy nr 1 (USA) a resztą (Japonia, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Włochy).”

      Tak wiele, że szkoda przytoczyć choć jedną. 🙂

      W rzeczywistości „Zachód” to wspólnota krajów o wysokim IEF. Jak pojedziemy w dół tej tabeli, to pierwszym wrogiem USA jest dopiero Serbia (59 miejsce 65,2 pkt)

      Za alternatywę dla Zachodu uchodzi z kolei BRICS, grupujący rzekome nowe potęgi. To z kolei klub niskiego IEF

      B – 53,3 pkt
      R – 56,1 pkt
      I – 53,9 pkt
      C – 48 pkt
      S – 56,2 pkt.

      Jak widać nawet Rosja może tu uchodzić za kraj liberalny… 🙂
      Dołączenie do tego grona Iranu (42,4 pkt), o czym się mówi, jeszcze pogorszy tę statystykę. 🙂

      Polubienie

      1. Unia Europejska w pewnych aspektach rzuca wyzwania USA i nikt poważny w USA (a Trump poważny nie jest – jest on antyzachodnią aberracją jak Lindbergh kiedyś i już przemija na rzecz de Santisa) z tego powodu nie chce wszczynać wojenek z Unią Europejską. Choćby RODO lub kary finansowe (np. miliardowe kary dla Google) zdenerwowały w dużej mierze Dolinę Krzemową, ale z tego powodu Stany Zjednoczone nie zbombardowały Brukseli, ani nawet tym nie groziły. Współpraca dalej kwitnie, bo się opłaca. Google ma zrobić focha i wyjść z rynku unijnego? 😀

        Ogółem konflikty między krajami Zachodu się zdarzają. Choćby kwestia połowów między UK a Francją czy też kwestia Gibraltaru czy też kwestia elektrowni Turów. No ale cywilizowane kraje Zachodu szukają rozwiązań dyplomatycznych, a jeżeli to nie wychodzi to rozstrzygają sprawę wyrokiem sądu.

        Gdyby Waszyngton zaczął atakować Unię za wolę zakończenia dominacji USA, to Unia uznałaby Stany za jakiegoś wrogiego, agresywnego, bezprawnego i blokującego rozwój molocha w stylu Rosji i ChRL, a wtedy zakończyłaby się dzisiejsza opłacalna współpraca między USA a UE. Wtedy co blokowałoby Unii zbliżyć się do ChRL i innych krajów, a także przyśpieszyć integrację, by zakończyć światową tyranię „żniwiarza z Waszyngtonu”? Koniec końców Stany straciłyby mocniej, niż gdyby po prostu nie atakowały Unii.

        Polubienie

    1. Bingo!
      W sumie Żukowska może się dogadać z Konfederacją. Ona będzie zwalczała „biedafirmy”, a Konfederaci „patobiznesmenów”. Gdzieś idealnie między nimi jest jeszcze Kołodziejczak walczący o „socjalizm” przeciwko krwiożerczej Stonc… znaczy Biedronce.
      To byłby niezły biedapatosojusz. Ale jaką nazwę im dać?…

      Polubienie

      1. Czyli wygląda na to, że USA miały potencjalną przewagę nad imperium brytyjskim już ok. 1910 r. Rozumiem, że problem polegał na tym, że dominowały ekonomicznie, ale nie przekuły tego jeszcze w potęgę militarną. Do tego potrzebna była II wojna światowa.

        Polubienie

        1. Skoro Pekin ma większą siłę niż USA, to dlaczego ma o wiele mniejszą strefę wpływów niż USA? Taki Kazachstan aktualnie nie zadowala się wzmacnianą współpracą wojskową z ChRL, ale kleci też u siebie fabrykę tureckich Bayraktarów. Czy kraj potężniejszy niż USA nie powinien aby nie musieć dzielić się tam wpływami z Ankarą? Gdyby Pekin był potężniejszy niż Waszyngton, to powinien mieć strefę wpływów gdzieś od Dżakarty po Kair. Co najmniej.

          Polubienie

          1. Akurat tamci Azjaci są najczęściej mniejszymi lub większymi autokratami. Tacy nieufnie patrzą na wielkich tego świata. Sojusze państw autokratycznych nigdy nie są jakieś silne, bo tego typu państwa praktycznie zawsze stawiają na pierwszym miejscu interes własny ponad interes układu. Dzieje się to nawet wtedy, gdy w ostatecznej pozwala mniej ugrać. Państwa autorytarne są najczęściej trudnosterowne.

            Polubienie

  8. Tak trochę poza tematem…
    Czy pilaster nie uważa czasem, że państwa, które spóźniły się na industrializację, mają pewnego rodzaju problem? Nie można powiedzieć, że Niemcy w momencie, gdy miały taki pkb na głowę jak obecnie Polska, miały ten sam współczynnik reprodukcji. PKB może i był taki sam (20-30 lat temu?), ale były to inne czasy – komputery nie były tak powszechne, samochody dużo bardziej prymitywne, telewizja zamiast internetu, telefony stacjonarne. Odnoszę wrażenie, nie wiem czy słuszne, że u spóźnialskich demografia zaczyna nawalać już przy niższej stopie życia. Pionierzy postępu i rozwoju ekonomicznego mieli długi czas na adaptację – wykształcenie się odpowiedniej mentalności, dostosowanie kultury i rozwiązań systemowych. Wśród maruderów, taka przyśpieszona pogoń, jest jak skok na głęboką wodę i rodzi wiele problemów. Kultura nie nadąża za modernizacją, pewne trendy bogatych społeczeństw są przyswajane pomimo skromnych środków finansowych, internet trafia pod strzechy.

    Polubienie

    1. Bo to jest w mniejszym stopniu kwestia pieniędzy a w większym możliwych alternatyw na które można przeznaczyć budżet czasowy. Teraz jest ich więcej niż pół wieku temu, ale ich liczba nadal jakoś zależy od dochodu.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s