Wojna Asurów 1984 v. 2.0

80 milionom trzeba dać to, co im się należy.
Ich egzystencja musi zostać zabezpieczona. Silniejszy ma rację.
 Adolf Hitler

Tam, gdzie stanie żołnierz radziecki, tam już jest Związek Radziecki.
 Józef Stalin

Wojna to pokój
 George Orwell

W poprzednim artykule rozważaliśmy kwestię wojen i konfliktów trapiących cywilizowane społeczeństwa. Na podstawie, zaczerpniętego z teorii gier i stopniowo modyfikowanego, modelu gry w jastrzębia i gołębia, doszliśmy do wniosku, że przemoc i agresja cechuje wyłącznie społeczności biedne, prymitywne i zacofane. W miarę zaś rozwoju cywilizacji, zwłaszcza po wejściu w fazę rewolucji przemysłowej, zarówno każdy człowiek z osobna, jak i całe społeczności, mają, w razie konfliktu, coraz więcej do stracenia i proporcjonalnie mniej do zyskania. W konsekwencji iloraz tych dwóch wielkości, współczynnik oznaczony jako S, rośnie coraz bardziej, a liczba zachowań agresywnych spada praktycznie do zera. Początkowo w populacji dominują strategie mścicielskie zwane UA, odpowiadające ustępstwami na ustępstwa i agresją na agresję, czyli realizujące w praktyce powiedzenie: „Jak Bob Wielkiemu Wozowi, tak Wielki Wóz Bobowi”, spersonifikowane w postaci ludzi honoru. Kiedy jednak współczynnik S przekracza poziom 4 – 5, dominację zdobywają strategie legalistyczne, polegające na agresywnej obronie swoich słusznych praw, w połączeniu z wzajemnym uznawaniem praw, innych członków społeczności. Strategie legalistyczne uosobione przez sługi prawa. Model ten, znakomicie zatem wyjaśnia zjawisko opisane przez Stevena Pinkera w jego bestsellerze „Zmierzch przemocy”. Malejącej, wraz z rozwojem cywilizacyjnym poziomie agresji i przemocy.

Model ten, okazuje się jednak, aż za dobry, czy, ściśle rzecz biorąc, zbyt pokojowy. Konflikty i wojny przewiduje on tylko dla S bardzo bliskiego zera, podczas gdy, w rzeczywistej historii, przemoc i wojny należały do wydarzeń zwyczajnych i powszechnych. Częstszych w okresie preindustrialnym, rzadszych, ale nadal spotykanych, w trakcie trwania rewolucji przemysłowej, ze szczególnym uwzględnieniem I i II wojny światowej. Ten krwawy okres 1914-1945, był tym większym szokiem, że nastąpił po długim, stuletnim, bezprecedensowym, okresie pokoju

Około roku 1800 rozpoczęło się bowiem na Zachodzie swoiste przejście fazowe. Ludzkie społeczeństwa, przed tą datą, bez wyjątku tkwiące w pułapce maltuzjańskiej niskiego poziomu dobrobytu, a tym samym niskiego poziomu S, stopniowo zaczęły wchodzić w etap, zwany niezbyt ściśle „rewolucją przemysłową”. W erze maltuzjańskiej, poziom przeciętnego dobrobytu nie zmieniał się praktycznie wcale, a każdy wzrost wydajności gospodarki prowadził długofalowo wyłącznie do proporcjonalnego wzrostu liczby ludności. W czasach industrialnych zaś, wykładniczo rosły zarówno gospodarka (PKB), jak i średni dobrobyt (PKB per capita). Rósł też zatem poziom komplikacji społeczeństw, gospodarki i technologii, także, a nawet przede wszystkim, zbrojeniowej. Rewolucja przemysłowa, z jednej strony, zwiększała więc koszty wojny (współczynnik W), z drugiej zaś, zmniejszała potencjalne zyski (współczynnik V). Materialny łup, które armie mogły zagarnąć w wojnach maltuzjańskich, stanowił znacząca część ówczesnego PKB. Wojny industrialne odwróciły te proporcje. Coraz większy stopień złożoności gospodarki sprawił, że bogactwo wroga nadal można było, co prawda zniszczyć, ale coraz trudniej było je przejąć. Rosnący poziom globalizacji i skala handlu światowego powodowały, że straty wojenne w jednym kraju, przenosiły się na wszystkie pozostałe. Same wydatki zbrojeniowe, w erze maltuzjańskiej praktycznie obojętne dla społeczeństwa, zaczęły poważnie obciążać gospodarkę, niezależnie od tego, czy do jakiejkolwiek wojny w ogóle doszło. W końcu okazało się, że zamiast podbijać i rabować jakieś zasoby, taniej jest po prostu je kupować. W rezultacie, po zakończeniu wojen napoleońskich, częstotliwość konfliktów zbrojnych, pomiędzy najbardziej rozwiniętymi państwami XIX wiecznego świata, znacznie zmalała. W stosunkach międzynarodowych, tak samo jak i na poziomie indywidualnym, zaczęła wygrywać, opisana wyżej, strategia legalizmu. Nieprzypadkowo, właśnie w tym okresie, pojawiły się takie instytucje jak Czerwony Krzyż, czy trybunał haski, podpisano też pierwsze konwencje międzynarodowe. Rosnące koszty potencjalnego konfliktu i coraz większa iluzoryczność zysków z niego, nie umknęła uwagi ówczesnych myślicieli. W latach 1893-1898 ukazała się, przełomowa pod tym względem, praca „Przyszła wojna”, autorstwa naszego rodaka, Jana Blocha. Autor, skrupulatnie i precyzyjnie, wykorzystując dostępne ówcześnie dane ekonomiczne i naukowe, dowodził, że koszty ludzkie i materialne ewentualnej wojny miedzy największymi ówczesnymi mocarstwami, zgrupowanymi już wtedy w bloki Trójprzymierza – przyszłych państw centralnych i Trójporozumienia – przyszłej Ententy, będą tak olbrzymie, że odniesienie zwycięstwa przez którąkolwiek ze stron, będzie zwyczajnie niemożliwe. Wojna, pochłonąwszy wszystkie zasoby walczących krajów, skończy się w końcu rebelią wycieńczonych wojsk i głodującej ludności cywilnej, czego nie omieszkają wykorzystać socjalistyczni agitatorzy skutecznie nawołując do rewolucji. Wobec takich niewesołych perspektyw, uważał Bloch, wojna, zwłaszcza wojna między najbardziej ówcześnie rozwiniętymi krajami, stała się zwyczajnie niemożliwa, a wszelkie spory powinny rozstrzygać one na drodze legalistycznej.

Jak na książkę składającą się w znacznej mierze ze wzorów, tabel i wykresów, oraz głoszącą poglądy ówcześnie, co najmniej kontrowersyjne, praca Blocha miała bardzo duży oddźwięk, została przetłumaczona na wiele języków, a jej autor zgłoszony do, świeżo wówczas ustanowionej, nagrody Nobla, którą bez wątpienia by otrzymał, gdyby nie jego przedwczesna śmierć w 1902 roku.

A potem nadszedł rok 1914 i owa, wykluczona przez Blocha i teorię gier, wielka, niszczycielska wojna bez zwycięstwa, jednak wybuchła. A po krótkiej przerwie, kolejna, jeszcze bardziej krwawa, pod koniec której, skonstruowano i zastosowano bojowo, broń o mocy znacznie potężniejszej, niż Bloch byłby w stanie sobie w ogóle wyobrazić. Do połowy XX wieku tezy Blocha zostały najpierw wyśmiane, a potem zapomniane, w zamian zapanowało przekonanie, że lada moment wybuchnie kolejna wielka wojna, po której, już naprawdę nie będzie na Ziemi czego zbierać. Opinię tę podzielali nie tylko ludzie kultury, jak Nevil Shute, autor pamiętnego „Ostatniego brzegu”, ale także poważni naukowcy, Albert Einstein, czy Richard Feynmann. Powszechna wiara w nieuchronność III wojny światowej i zniszczenie ludzkiej cywilizacji, a nawet samego gatunku Homo sapiens, utrzymywała się bardzo długo. Jeszcze w roku 1983, pokazujący ją film „Nazajutrz”, był traktowany, jako właściwie paradokument. Do zagłady jednak nie doszło. Więcej, jak udowadnia Steven Pinker, lata, które nastąpiły po II wojnie światowej były najbardziej pokojowe w historii, wojny międzypaństwowe praktycznie zanikły, wojny domowe zaś zmalały do najniższego w historii poziomu. Światowy pokój faktycznie nastąpił.

W świetle teorii gier, ten „Długi Pokój”, jak go nazywa Pinker, nie wymaga żadnego szczególnego wyjaśnienia. Gigantyczny wzrost parametru S=W/V doprowadził do sytuacji, w której z wojny nie ma żadnych korzyści, a poziom potencjalnych strat zagraża wręcz biologicznemu przetrwaniu gatunku. To właśnie anomalia z lat 1914-1945 (lub 1989 kiedy znikły ostatnie relikty tego okresu) wymaga osobnego wytłumaczenia. Dlaczego, wbrew prognozom Blocha i wbrew rozwiązaniom naszego modelu, do tak drastycznie krwawej odchyłki od normy, w latach 1914-1945 (1989), doszło.

Kim Stanley Robinson, amerykański pisarz, literacko średni, ale obdarzony niezwykle potężną siłą wyobraźni, najbardziej znany jest, jako autor tzw. trylogii marsjańskiej i w ogóle dzieł opisujących hipotetyczną przyszłość ludzkiej cywilizacji. Zdarzyło mu się jednak także popełnić, wydaną w Polsce w roku 2007, powieść „Lata ryżu i soli”, będącą tzw. historią alternatywną. Jak przystało na Robinsona, wizja ta została przedstawiona z niezwykłym rozmachem, a zarazem w sposób niesłychanie drobiazgowy i głęboko przemyślany, co też sprawia, że dla czytelnika historia ta wygląda wyjątkowo wiarygodnie.

Punktem wyjścia dla fabuły, jest epidemia „Czarnej śmierci” z XIV wieku, która u Robinsona była jeszcze straszniejsza niż w historycznej rzeczywistości i która doprowadziła do zagłady, praktycznie całej populacji Europy. W rezultacie zachodnia Christianitas przestała istnieć, a powstałą próżnię zapełniły cywilizacje chińska, indyjska i muzułmańska. Alternatywna historia tego dziwnego świata, jest niesłychanie intrygująca i wielokrotnie zaskakująca, jednak jej autor, ze względu na żywione przez siebie prokomunistyczne sympatie, nie potrafił zerwać do końca z marksistowskim determinizmem. Otóż pomimo braku kręgu kulturowego, który w historii rzeczywistej przez kolejne kilkaset lat przodował cywilizacyjnie na planecie, tempo rozwoju naukowego, technologicznego i cywilizacyjnego, jest u Robinsona dokładnie takie samo jak w historii rzeczywistej, tylko główni tegoż rozwoju liderzy są inni. Nie zadaje sobie Robinson podstawowego pytania, dlaczego nauka, technika, gospodarka i w końcu rewolucja przemysłowa rozwijały się w obrębie Christianitas, a w innych zakątkach świata jakoś nie i w takim razie, dlaczego miałyby się nadal, w niezmienionym tempie, rozwijać, gdyby Christianitas zabrakło.

W konsekwencji tego marksistowskiego determinizmu, także u Robinsona dochodzi do swoistego powtórzenia wojen światowych z pierwszej połowy XX wielu, z tą tylko różnicą, że przyjmują one postać jednej potężnej „Wojny Asurów”, również, tak samo jak w historii rzeczywistej, rozstrzygniętej przez interwencję państwa leżącego w Ameryce Północnej. Tak daleko posunięta zbieżność, przekroczyła już zdolność niżej podpisanego do zawieszenia niewiary i została przez niego potraktowana, jako bardzo poważny zgrzyt, w znakomitej, poza tym, powieści.

Jednak niesłusznie. W konfrontacji blochowskiego szkiełka i oka, oraz robinsonowskiego czucia i wiary, nietypowo wygrywa to drugie. Dzieje się tak dlatego, że, szkiełko i oko, takie, jakie były dostępne dla Blocha pod koniec XIX wieku, nie były wystarczająco precyzyjne. Wobec braku komputerów, model jastrzębia i gołębia mógł być rozwiązany jedynie analitycznie, dla najprostszych możliwych przypadków. Jak widzieliśmy, nawet tylko wprowadzenie chojraka i mściciela, komplikuje go niesłychanie, nie mówiąc już o strategiach legalistycznych, które zostały odkryte naukowo dopiero w 1982 roku. Kolejnym ograniczeniem modelu, jest zaś to, że zawiera on tylko jeden parametr – stosunek strat to zysków S=W/V. Czyni go to prostym, ale, jak się okazuje, zbyt prostym.

Konstruując grę, założyliśmy, że na wojnie, w starciu dwóch jastrzębi, szanse na wygraną każdego z nich są jednakowe. Jest to jednak założenie skrajnie naiwne. Nawet na poziomie indywidualnym, dwóch spierających się osobników, nigdy nie jest jednakowo silnych. Co dopiero na poziomie zbiorowym, plemion, państw i narodów.

Realnie, siły obu stron konfliktu nigdy nie są równe. Zakładając, że prawdopodobieństwo wygrania konfliktu wynosi X, i, podobnie jak wcześniej przyjmując, że W/V = S możemy odpowiednio zmodyfikować naszą grę. Gra jastrząb-gołąb, z uwzględnieniem różnicy w sile i tym samym różnych szans na wygraną starcia, nosi nazwę macierzy Hammersteina:

Strategia Jastrząb A Gołąb U
Jastrząb A X-(1-X)*S 1
Gołąb U 0 0,5

Rozwiązanie gry, jest tym razem dwuwymiarowe i przyjmuje postać trzech odrębnych obszarów. Pierwszy z nich to pole, w którym agresja opłaca się obu stronom konfliktu, zarówno silniejszemu, jak i słabszemu z rywali. Dzieje się tak wtedy, kiedy  X<1/(1+S). Kiedy zaś, oczekiwane przez słabszego, zyski z walki spadają poniżej zera, będzie on starał się owej walki z silniejszym przeciwnikiem unikać. Takie właśnie zachowania w przyrodzie można obserwować. Pojedynki zwierząt o łup, terytorium, czy dostęp do samic, są zwykle wysoce zrytualizowane, tym bardziej, im z większym, silniejszym i bardziej „uzbrojonym” w kły i pazury, czyli mającym wyższe W, gatunkiem mamy do czynienia. Poszczególne osobniki usiłują się nadymać, jeżyć sierść, wykonywać groźne gesty i ogólnie starać się sprawiać wrażenie jak najsilniejszego, aby skłonić przeciwnika do postawy ustępującej. Ten, kto przegra ten pojedynek na miny i gesty uznaje się za pokonanego i odchodzi. Do prawdziwej, fizycznej walki, zazwyczaj wcale nie dochodzi.

Krzywa X=1/(1+S) oddziela zatem od siebie dwa obszary – „strefę wojny”, w której zyski z konfliktu przeważają nad ewentualnymi stratami i „strefę wymuszania”, gdzie silniejsi rywale wymuszają na słabszych ustąpienie bez walki. Istnieje jednak i trzecia strefa. Tam, gdzie agresja nie opłaca się także silniejszemu. Średnie zyski z walki, nie tylko dla słabszego, ale także dla silniejszego przeciwnika, spadają poniżej zera wtedy, kiedy:

X< S/(1+S)

Wszystkie te trzy strefy przedstawiono na poniższym wykresie. X pokazano tylko do wielkości 0,5 w górę, jako ilustrację nierównowagi sił między stronami:

Jasgoł 04

Dla X = 0,5, macierz Hammersteina redukuje się, do znanej już nam, klasycznej gry jednoparametrowej. Gra ta miała trzy „podstawowe” strategie: A, U, L. W momencie jednak, kiedy X>0,5, pojawia się nowa klasa strategii, nazwanych pragmatycznymi P, które powinny być preferowane w strefie II. Bądź agresywny, kiedy jesteś silniejszy, ustępuj, kiedy jesteś słabszy.

Wszystkich strategii, łącznie z ich kombinacjami, jest już zatem szesnaście:

Cztery omówione już strategie podstawowe (A, U, P, L),

Trzy strategie chojrackie (AU, AP, AL), zaczynające od postawy agresywnej, a w przypadku adekwatnej odpowiedzi w różnym stopniu podwijające ogon pod siebie.

Trzy strategie mścicielskie (UA, UP, UL) zaczynające od ustępstw, a przy agresywnej odpowiedzi, same stające się agresywne.

Trzy strategie pragmatyczne (PA, PU, PL)

Trzy strategie legalistyczne (LA, LP, LU).

Strategie te, można podzielić na miłe, czyli takie, które umożliwiają populacji stabilne bytowanie, bez niszczących je wewnętrznych konfliktów i bez poniewierania słabszymi, oraz strategie niemiłe. Podział ten wynika z przekonania, że, tylko w przypadku dominacji strategii miłych, możliwe jest długofalowo istnienie i rozwój cywilizacji.

Strategie miłe zatem, to U, L, AL, UA, UP, UL, PL, LU, a niemiłe A, P, AU, AP, PU, PA, LA i LP. Szesnaście strategii oznacza też, że macierz wypłat liczy teraz 256 pozycji, która to liczba pokazuje skalę trudności całego przedsięwzięcia i wyzwanie, jakie stoi przed komputerem. Na szczęście podołał mu on i po długich obliczeniach, wypluł wynik. Pokazany jest on w postaci mapy, na której strategie niemiłe są wypukłymi „lądami”, a miłe wklęsłymi „morzami”.

Jasgoł 05

Drugi wykres pokazuje natomiast szczegółowo, jakie strategie, na określonych obszarach Krajobrazu Hammersteina, są reprezentowane:

Jasgoł 06

Jak widać, wynik jest zupełnie inny, niż wynikałoby to tylko z prostego rozwiązania analitycznego. Strategie niemiłe grupują się w trzech wyróżnionych obszarach, mało mających wspólnego z dawną strefą I i II. Na północnym zachodzie mamy Ziemię Agresorów, ze zdecydowanie królującą tu strategią (A;PA). Udział jastrzębi A rośnie tutaj, w miarę przesuwania się na północ. Od punktu (S=3; X=0) w kierunku północno-wschodnim, ciągnie się półwysep, oraz otaczające go wyspy, ochrzczone wspólnie Grzbietem Pragmatyzmu. Dominują tu, jak sama nazwa wskazuje, strategie pragmatyczne, P i AP. Na dalekim południu, przy X=0,5 dla S>5 znajdziemy Ścianę Nieszczęścia, o składzie praktycznie identycznym jak Grzbiet Pragmatyzmu. Strategie miłe natomiast, dominują na oblewających Grzbiet Pragmatyzmu od północnego zachodu – Mściwej Zatoce, oraz od południowego wschodu Morzu Legalizmu z jego miłymi strategiami L i AL, wraz z niewielkim udziałem PL. Morze to, pokrywa się w większości ze strefą III, bez jej zajętego przez Grzbiet Pragmatyzmu północno-zachodniego pogranicza ze strefą II. Mściwa Zatoka zaś, to, jak sama nazwa pokazuje, domena strategii honorowych: UA, UP, UL.

Południowa Ściana Nieszczęścia, jest właściwie tylko pewnym artefaktem obliczeniowym, błędem komputera. Dla X = 0,5, zanika bowiem różnica, pomiędzy strategiami pragmatycznymi i legalistycznymi. Zanika w naszym modelu, ale nie w rzeczywistości, o czym będzie jeszcze mowa. Ściana Nieszczęścia nie istnieje zatem naprawdę, podczas gdy pozostałe obszary, już tak. W dalszych rozważaniach, będziemy zatem, ową Ścianę ignorować.

Warto zwrócić uwagę, że granice między strategiami miłymi i niemiłymi, są ostre i wyraźne. Prawie wszystkie wybrzeża na naszej mapie mają charakter klifowy, a obszary, gdzie te grupy strategii współwystępują, są bardzo nieliczne. Jeśli zatem już wlazłeś już między wrony, musisz krakać tak jak one. Nie da się być miłym w niemiłym towarzystwie i na odwrót.

Oczywiste jest, że, jeżeli społeczność, także międzynarodowa, ma w miarę stabilnie bytować i prosperować, musi znajdować się w obrębie strategii miłych. Istnieją na mapie dwa takie miejsca. W pierwszym z nich, Mściwej Zatoce, spory rozstrzyga się według zasad honorowych, a pokój utrzymuje się za pomocą odstraszania, demonstrowania chęci i możliwości rewanżu i groźby odwetu. Obszar ten, odpowiada z grubsza społeczeństwu, w którym nie doszło jeszcze do rewolucji przemysłowej, społeczności maltuzjańskiej, w którym S<X/(1-X) i zyski z agresji, przewyższają straty, jakie można w niej odnieść. W samym południowo – zachodnim narożniku naszej mapy, mamy łowców zbieraczy, plemiona o tak niskim S, że, nawet niewielkie zaburzenie równowagi sił X, przenosi je na Ziemie Agresorów, powodując wybuch przemocy. Nieprzypadkowo, są to najbardziej wojownicze i agresywne społeczności w ludzkiej historii. Ludy rolnicze są przesunięte nieco w prawo, zatem i bardziej pokojowo nastawione, ale maltuzjanizm nie pozwala im na trwały wzrost dobrobytu i tym samym utrzymuje ich S, co najwyżej w strefie I i II. Społeczeństwa maltuzjańskie mogą jednak żyć w pokoju, kołysząc się na falach Mściwej Zatoki, dopóki panuje wśród nich względna równowaga. Jeżeli jednak X za bardzo wzrośnie, albo potencjalny łup V jest wyjątkowo atrakcyjny, układ przemieszcza się na Ziemię Agresorów i dochodzi do wojny. Z okresów historycznych, do których istnieje dużo źródeł pisanych, wiadomo, że główną troską maltuzjańskich dyplomatów przy zawieraniu traktatów pokojowych, było właśnie zapewnienie równowagi sił, bo tylko niski poziom X gwarantował wzajemne mścicielskie odstraszanie i tym samym pokój.

Przez setki tysięcy lat ludzkość pozostawała w Mściwej Zatoce, od czasu do czasu prowadząc wojny na Ziemi Agresorów. Ale w końcu, na przełomie XVIII i XIX wieku, maltuzjanizm się skończył, nastąpiła rewolucja przemysłowa, i w wyniku rozwoju technologicznego i organizacyjnego, zaczął rosnąć nie tylko PKB, ale i PKB per capita. Konsekwencje tego cywilizacyjnego przejścia fazowego, były na naszej mapie znaczące. Bogacące się społeczeństwo miało coraz więcej do stracenia, zatem współczynnik S przebił wreszcie poziom 1 i cały układ rozpoczął dryf na wschód.

Pierwszym rezultatem tego procesu, było oddalenie się od przeklętych klifów Ziemi Agresorów. Okres 1815-1914 był najspokojniejszy i najbardziej pokojowy w dotychczasowych dziejach Europy. Z wolna narastało więc przekonanie, że tak już będzie zawsze. Sukces czytelniczy, jaki odniósł Jan Bloch, szczegółowo, ilościowo pokazując, że na przełomie XIX i XX wieku S jest już znacznie większe od jedności i wojna stała się kompletnie nieopłacalna, pokazuje, że, przynajmniej częściowo, trafił on w oczekiwania opinii publicznej. Tego, że układ dryfuje prosto na, ukryty we mgle przyszłości, Grzbiet Pragmatyzmu, nikt nie zauważał. Aż w końcu, na początku wieku XX, ludzkość, znane sobie doskonale, wody Mściwej Zatoki, opuściła.

Strategie mścicielskie, którym Mściwa Zatoka zawdzięcza swoją nazwę, praktycznie nigdy nie występują samotnie. Korzystając z ich ochrony, w tej samej strefie mogą egzystować w pewnej liczbie także strategie U. Ich udział rośnie od zera na wybrzeżu Ziemi Agresorów, do nawet kilkunastu procent na plażach Grzbietu Pragmatyzmu. Tak duży odsetek U zaczyna stanowić podłoże, na którym żerować mogą strategie pragmatyczne. Mściciele są w tym miejscu już, a legaliści jeszcze, za słabi, żeby ich powstrzymywać. Stąd też obecność niemiłej strefy przejściowej, do której ludzka cywilizacja dotarła na początku XX wieku.

Teoretycznie mogłoby się wydawać, że, nawet na Grzbiecie Pragmatyzmu, Wojna Asurów niekoniecznie musiałaby wybuchnąć. W końcu to odpowiednik strefy II z rozwiązania analitycznego i dominujące tam strategie pragmatyczne, są właśnie pragmatyczne. Słabsi ustępują silniejszym i do otwartej wojny dochodzić nie powinno. Jednak nie zawsze ten mechanizm się sprawdza. Aby skutecznie strategię pragmatyczną stosować, należy mieć dokładną wiedzę o sile, zarówno własnej jak i rywala. W praktyce, zwłaszcza przy w miarę wyrównanych potencjałach, ocenić to jest czasami bardzo trudno. Druga strona wcale przecież tego nie ułatwia, starając się zaprezentować, jako silniejsza niż w rzeczywistości, aby skłonić rywali do przyjęcia postawy ustępującej. Przy niskich, zbliżonych do 0,5, wartościach X, obie strony mogą być przekonane o własnej przewadze i tym samym eskalować konflikt, aż do wybuchu, co też stało się w 1914 roku. Wreszcie jest jeszcze pewna bezwładność układu, czyli przyzwyczajenie. Przez niezliczone millenia ludzkość zapewniała sobie pokój strategiami mścicielskimi. To, że nagle, w ciągu właściwie jednego pokolenia, przestały one działać, wcale nie dla wszystkich musiało być oczywiste.

Od czasu zamachu stanu i zamordowania króla Aleksandra w 1903 roku, władze Serbii prowadziły wobec Austro-Węgier zdecydowanie wrogą politykę, a udział w spisku, mającym na celu zamordowanie następcy cesarsko – królewskiego tronu, przebrał miarę. Austro-Węgry zareagowały na prowokację, stawiając Serbii bardzo ostre ultimatum, czyli tradycyjnie, acz nieadekwatnie, strategią UP. Stosując strategię pragmatyczną, Serbia powinna teraz skapitulować. Ale Serbia miała sojuszników i zastosowała AP. Rosja, serbski sojusznik, była przekonana, że jest od Austro-Węgier silniejsza, a w sojuszu z Francją, silniejsza również od Niemiec – sojusznika Austro-Węgier. Pragmatycznie zatem, nacisnęła na Austro-Węgry, co spowodowało, równie, we własnym mniemaniu, pragmatyczną, reakcję Niemiec. Wojna Asurów wybuchła.

Warto zauważyć, że pragmatyczne strategie Niemiec, Austro-Węgier i Rosji, właśnie wskutek niewłaściwego oszacowania sił, okazały się zdecydowanie błędne. Natomiast serbska strategia AP, przyniosła, mimo dużych strat i zniszczeń wojennych, olbrzymi sukces i dzięki niej właśnie, Serbia stworzyła swoje jugosłowiańskie imperium. Imperium to jednak, będąc efemerycznym tworem Grzbietu Pragmatyzmu, rozsypało się, wraz z innymi podobnymi bytami, jak Czechosłowacja, czy ZSRR, zaraz po tym, jak ludzkość Wojnę Asurów w końcu zakończyła i przekroczywszy Grzbiet Pragmatyzmu, wpłynęła na Morze Legalizmu.

Stoczona na Grzbiecie Pragmatyzmu Wojna Asurów, pod wieloma względami była podobna do toczonych wcześniej maltuzjańskich wojen na Ziemi Agresorów. Masowe, posunięte do ludobójstwa, zbrodnie wojenne, masakrowanie ludności cywilnej, mordy, gwałty i rabunki, nie były, wbrew często spotykanym poglądom, żadnym ewenementem, czy precedensem. Tak zawsze wojny na Ziemi Agresorów toczono. Tyle, że przez długi okres przemieszczania się od jednego wybrzeża Mściwej Zatoki do drugiego, zdążono o tym zapomnieć. Era industrialna zmieniła też narzędzia eksterminacji. Zamiast mieczy, włóczni i noży żołdaków, używano cekaemów, komór gazowych i bomb lotniczych. Śmierć i zniszczenie pozostały jednak te same.

Była jednak też pewna istotna różnica. W przeciwieństwie do wojen dawniejszych, ta odbyła się w warunkach wysokiego S. Nie było w niej faktycznych zwycięzców. Wszyscy jej uczestnicy, nawet znajdujące się w relatywnie najlepszej sytuacji USA, ponieśli per saldo wyłącznie straty. Całe, wspomniane wyżej, wojenne barbarzyństwo, było odczuwalne dużo bardziej, niż w czasach maltuzjańskich, dotkliwie i wzbudziło też dużo większą zgrozę i oburzenie. Niemniej była faktycznie Wojna Asurów wojną, która położyła kres, choć wyłącznie w sensie statystycznym, wszystkim innym wojnom. Od jej zakończenia poziom natężenia agresji w stosunkach międzyludzkich i międzynarodowych, jak przekonywująco wykazał Steven Pinker w „Zmierzchu przemocy” systematycznie, jak na Morzu Legalizmu należałoby się tego spodziewać, spada.

Intuicja Robinsona jest zatem uzasadniona. Do Wojny Asurów, jeżeli dana cywilizacja faktycznie w fazie rewolucji przemysłowej już się znajdzie, dojść, w takiej, czy innej postaci, może bardzo łatwo. Co gorsza, wcale nie musi się ona skończyć przekroczeniem Grzbietu Pragmatyzmu. Wojny maltuzjańskie mogły zachwiać ekonomią i demografią toczących je państw, jedynie chwilowo, bo, nawet po największych zniszczeniach i masakrach, układ zawsze musiał do pułapki maltuzjańskiej powrócić. Wojna Asurów przeciwnie. Bezpośrednio wpływa ona na poziom produktywności gospodarki i tym samym, przynajmniej hamuje, o ile nie zatrzymuje w ogóle, dalszy wzrost S. W Niemczech, kraju, który najbardziej się w tą wojnę zaangażował, PKB per capita w roku 1946 był taki sam jak sześćdziesiąt lat wcześniej i wynosił zaledwie 60% poziomu wypracowanego w roku 1913. To, że nie powróciły Niemcy do stanu z roku 1885 także cywilizacyjnie, zawdzięczały wyłącznie temu, że inne kraje, zwłaszcza USA, poniosły jednak mniejsze straty i miały chęć i środki, aby Niemcom gospodarkę pomóc odbudować. Równie dobrze można jednak sobie wyobrazić przebieg wydarzeń, w którym tak by nie było. Na Ziemi prawdopodobnie wystarczyłby (kolejny ukłon w stronę przenikliwości Robinsona) brak Ameryki, a ściśle rzecz biorąc, brak leżącego tam kraju dorównującego potęgą głównym mocarstwom Starego Świata, a którego interwencja w kluczowym momencie, przeważyłaby szalę na którąś ze stron i wojnę zakończyła. Gdyby nie to, to przy odziedziczonej po Mściwej Zatoce, równowadze sił, wojna mogłaby trwać dziesiątki lat, aż w końcu, gospodarczy holocaust wszystkich walczących krajów, zepchnąłby je z powrotem do stanu maltuzjańskiego, tym bardziej, gdyby, przy odrobinie pecha, broń nuklearna weszła do wojujących arsenałów, jeszcze w zachodniej części Grzbietu Pragmatyzmu.

Przekroczenie Grzbietu Pragmatyzmu dla cywilizacji bytującej na planecie mniej zróżnicowanej geograficznie i środowiskowo, niż dzisiejsza Ziemia, byłoby więc zaskakująco trudne. Jedna, czy dwie takie nieudane próby, pamięć o milionowych ofiarach i zniszczonych atomowym ogniem miastach, mogłyby dodatkowo wytworzyć, w takiej pechowej cywilizacji, potężną traumę i bardzo silne tabu, stopujące jakikolwiek rozwój naukowo-techniczny ponad poziom z końca XVIII wieku. Byłby zatem, Grzbiet Pragmatyzmu jednym z filtrów, blokujących powstanie cywilizacji naukowo technicznej i tym samym, przynajmniej częściowo, wyjaśniałby on paradoks Fermiego – brak, poza naszą, jakichkolwiek cywilizacji naukowo technicznych we Wszechświecie, a przynajmniej w naszej Galaktyce.

Teoretycznie, obok przejścia Grzbietu na stronę wschodnią, lub odbicia się od niego na zachodnią, istnieje jeszcze trzecia możliwość. Jest to, opisane w książce „1984” George Orwella, utknięcie na Grzbiecie Pragmatyzmu na dobre i przejście Wojny Asurów w stan permanentny, utrzymujący się przez wiele pokoleń. Sytuacja ta jest mało prawdopodobna, wymagałaby bowiem utrzymywania stałego poziomu S i X. Wojna i terror wewnętrzny musiałyby pochłaniać zasoby dokładnie w takim samym tempie, w jakim zniewolone społeczeństwo by je wytwarzało. U Orwella dzieje się tak wskutek regulowania intensywności konfliktu ręcznie przez władze, i regularnych zmian sojuszy, ale w praktyce byłby to system bardzo niestabilny i wcześniej czy później układ stoczyłby się na którąś, wschodnią, czy zachodnią, stronę Grzbietu, tak samo jak wojny maltuzjańskie zawsze w końcu zrzucały swoich uczestników z Ziemi Agresorów z powrotem do Mściwej Zatoki. U Orwella zresztą, pierwsze oznaki takiego przesilenia są widoczne. Technika powoli, bo powoli, ale się jednak cofa, a bohaterowie narzekają na zmniejszające się przydziały kartkowe, co oznacza, że system orwellowski rozpoczął już powrót do maltuzjanizmu.

Nieprzypadkowo również, u Orwella wszystkie wojujące na Grzbiecie Pragmatyzmu mocarstwa, są skrajnie totalitarne, a u Robinsona tego typu, powstałe w trakcie Wojny Asurów, reżimy noszą barwną nazwę „Kongresów Talentu Militarnego”. Wszak prezentowany model, odnosi się równie dobrze, do konfliktów wewnętrznych, jak i międzynarodowych. Na Grzbiecie Pragmatyzmu chwieją się zatem również stosunki wewnętrzne, a nie tylko zagraniczne. Do utrzymania stabilności wewnętrznej, konieczne okazuje się stworzenie i rozbudowa dyktatury, państwa policyjnego, jakimi w końcu większość państw, w trakcie Wojny Asurów, się stała. Gorzej, jeżeli policja nie okaże się wystarczająco silna i strategie pragmatyczne przed nią nie ustąpią. Państwo policyjne wtedy nie wystarczy i powstaje państwo totalitarne, które wrogów nie zastrasza, ale fizycznie eksterminuje.

Na szczęście nie jest to jedyne możliwe rozwiązanie. W końcu, w latach 1914-1945, nie wszystkie kraje stały się policyjnymi dyktaturami, a tym bardziej, nie wszystkie pobudowały polarne łagry i krematoryjne piece. W stosunkach wewnętrznych występuje bowiem jeszcze jeden dodatkowy stopień swobody, którego nie ma, a przynajmniej w okresie Wojny Asurów nie było, w stosunkach międzypaństwowych.

Jak już autor wyżej wspominał, strategie pragmatyczne są, w porównaniu z innymi, stosunkowo kosztowne w użyciu, wymagając, zwłaszcza przy niskim poziomie X, zdobycia dokładnej i precyzyjnej informacji o faktycznie istniejącej różnicy sił. Nie tylko jest to skomplikowane samo w sobie, ale i potencjalni przeciwnicy aktywnie w tym przeszkadzają starając się okazać silniejszymi, niż są w rzeczywistości i tym samym skłonić rywala do ustąpienia. Obciąża to strategie pragmatyczne dodatkowymi, nie uwzględnionymi w naszym modelu, kosztami drugorzędowymi. W szczególności ważny jest poziom tych kosztów, w porównaniu z kosztami sąsiadujących z Grzbietem od wschodu, strategiami legalistycznymi. Jeżeli koszty pragmatyzmu, są, chociaż minimalnie wyższe, od kosztów legalizmu, czyli, jeżeli jakość stanowienia i egzekwowania prawa, przekracza pewne minimum, nasz układ zmieni swój atraktor. Wystarczy bardzo mała różnica, aby legaliści dokonali znacznych zdobyczy terytorialnych i utworzyli bardzo szerokiej strefy styku ze strategiami mścicielskimi. Między Mściwą Zatoką i Morzem Legalizmu powstaje szerokie przejście, które umożliwiło wielu krajom przejście od strategii honorowych, do prawnych, bez turbulencji i komplikacji. Nieprzypadkowo, były to właśnie kraje, o największym ówcześnie poziomie praworządności, z intrygującym wyjątkiem Niemiec, w których przecież samo pojęcie „Rechtsstaat” wymyślono. Ów wyjątek może wynikać z jeszcze jednego zjawiska.

Przedstawione wyżej strategie ewolucyjnie stabilne, są stabilne globalnie, dla warunków początkowych, które przypisują wszystkim strategiom, tą samą szansę na pojawienie się. W rzeczywistości jednak, społeczność, która wkracza na dany obszar naszego krajobrazu, wkracza na niego z zestawem strategii typowym dla obszaru sąsiedniego. A wtedy wynik może okazać się inny. Mogą pojawić się stabilności lokalne. Na warunki początkowe, jak się okazuje, nie jest wrażliwa Ziemia Agresorów, Mściwa Zatoka i Morze Legalizmu. Wrażliwe są jednak obszary pragmatyczne. Można do nich dotrzeć albo od strony strategii mścicielskich, albo legalistycznych, czyli, tak czy owak, od strategii miłych. Krajobraz wtedy, nawet bez osłabiania strategii pragmatycznych, zmienia się znacząco. Rozszerza się w kierunku północno-zachodnim Morze Legalizmu, a Grzbiet Pragmatyzmu chowa się pod wodę i redukuje się do kilkunastoprocentowych wkładów do miłych, poza tym, strategii mieszanych. W tych warunkach przejście od maltuzjańskich strategii mścicielskich, do industrialnego i postindustrialnego legalizmu, wydaje się łatwe i bezproblemowe. I będzie takie, o ile zostanie zachowana owa lokalna równowaga. Strategie miłe, na Grzbiecie Pragmatyzmu są skuteczne tylko wtedy, kiedy są w większości. Wystarczy jednak jakiekolwiek losowe zaburzenie układu, aby na wierzch wypłynęły, stabilne globalnie, strategie pragmatyczne. Proces ten może zaś przebiegać bardzo gwałtownie, przyjmując postać krwawych przewrotów i rewolucji. Dodatkowo, ponownie należy przypomnieć, że zmiany parametru S = W/V, które kształtują krajobraz Hammersteina, same nie są bynajmniej od tego krajobrazu niezależne. S nie może trwale rosnąć w obrębie strategii niemiłych, zatem taka nagła eksplozja pragmatyzmu, nie tylko może zatrzymać cywilizację w rozwoju, ale wręcz cofnąć ją do stanu maltuzjańskiego, preindustrialnego.

Należy więc podziwiać zarówno Robinsona, jak i Orwella, że, nie dysponując opisanym modelem, nie dokonując żadnych związanych z nim obliczeń i symulacji, wysnuli swoje, absolutnie wiarygodne, wizje z czystej intuicji. To, co autor niniejszego artykułu, musiał żmudnie analizować, pisać równania, tworzyć macierze i w końcu obliczać, oni odgadli samą siłą wyobraźni.

10 myśli na temat “Wojna Asurów 1984 v. 2.0

  1. „Należy więc podziwiać zarówno Robinsona, jak i Orwella, że, nie dysponując opisanym modelem, nie dokonując żadnych związanych z nim obliczeń i symulacji, wysnuli swoje, absolutnie wiarygodne, wizje z czystej intuicji. To, co autor niniejszego artykułu, musiał żmudnie analizować, pisać równania, tworzyć macierze i w końcu obliczać, oni odgadli samą siłą wyobraźni.”

    Nie ma co byc nadmiernie skromnym.Obaj zyli w XX wieku juz po erze faszyzmu i komunizmu(Robinson oczywiscie pozniej ale za to Orwell widzial hiszpanska wojne domowa-starcie faszyzmu i komunizmu na wlasne oczy).Czytali i wyciagali wnioski-nie oni jedni,bylo jeszcze paru innych autorow(mniej i bardziej znanych)ktorzy doszli do podobnych wnioskow(chocby Strugaccy w „Przenicowanym swiecie”).

    Polubienie

  2. A może jednak jest tak, że okres pokoju po zakończeniu II wojny światowej nie wynika, z faktów jakichś obiektywnych przemian społecznych, ale z tego, że wynaleziono broń atomową, a mówiąc ściślej broń masowego rażenia, bo czy ona jest atomowa, czy jescze inna, już nie ma znaczenia, ważne że jedno łupnięcie powoduje olbrzymie zniszczenia i nieodwracalne straty. Być może to strach przed jej użyciem powoduje, że wiele państw rozwiązuje spory na drodze legalistycznej. Poza tym jakby nie patrzeć nadal mamy konflikty zbrojne, które główne mocarstwa świata rozgrywają międzą sobą na nie swoim terenie. Ot taki specyficznie pojmowany legalizm; nie będziemy się taktownie ranić na własnych ziemiach, tylko np. uczynimy Bliski Wschód (tudzież inny rejon, a może być tak że w kolejce czeka Europa Środkowa). Więc czy mamy do czynienia ze „zmierzchem przemocy”? Pewnie tak, jak piszę sobię książkę siedząc w jednym z miast Nowej Anglii, Quebecu, Europy Zachodniej (choć tu już czasem bywa różnie, bo jakiś muzułmanin może nas przypadkowo potrącić ciężarówką), ale w innych rejonach świata bywa to już róźnie.

    Polubienie

    1. Warunki musza byc spelnione dwa:wzrasta majatek(najlepiej taki ktory trudno zagarnac np aktywa finansowe czy kapital ludzki)oraz wzrasta sila razenia broni az do absurdu.Bron atomowa wlasnie podniosla poziom strat a zwyciestwa o ile w ogole mozliwe stawaly sie pyrrusowe-idealnie pasuje do „teorii pilastra”.Bomba czy nie-potencjalne straty rosly bo roslo PKB i majatek oraz sila niszczycielska broni(a wiec spadalo prawdopodobienstwo wygranej z korzysciami).Nie byloby by bomby to bylo cos innego(karabin maszynowy,gazy bojowe,wirusy komputerowe itp itd).Byc moze bomba atomowa nieco przyspieszyla ten proces ale zaszedl by tak czy owak.
      A ze walcza tyko na peryferiach?Peryferia sa biedne,ich majatek jest glownie w aktywach twardych(glownie surowce)ktore dosc latwo zagarnac i wreszcie peryferia sa zacofane technologicznie i na ogol nie moga stawic efektywnego oporu mocarstwom.Czyli w sumie duze prawdopodobienstwo wygranej i raczej zyski przewyzszajace straty.A i tak Wietnam czy Afganistan pokazaly ze nawet wojny na peryferiuach moga nawet supermocarstwo rzucic na kolana,

      Polubienie

    2. Zmierzch przemocy nie wynika z czyjegoś wydajemisię, tylko jest zjawiskiem obiektywnym, ujętym statystycznie. Dotyczy całego świata a nie jakiejś jego najbogatszej części Proszę przeczytac Pinkera. Z tym, że on odkrył i opisał to zjawisko, ale nie potrafił go przekonująco wyjaśnić. Pilaster wyjaśnił.

      Konflikty zbrojne, nawet jak się zdarzają, to po pierwsze zdecydowanie rzadziej niż kiedyś, po drugie mają znacznie mniejsze natężenie (np mierzone liczbą ofiar)

      Broń jądrowa może mieć jakiś swój wkład, ale wojen nie prowadzą tez kraje które broni jądrowej nie posiadają (np Polska i Niemcy, Węgry i Rumunia, a nawet Grecja i Turcja)

      Polubienie

  3. Inna sprawa, że trzeba by się zastanowić, czy wymowa takich powieści jak „Lata ryżu i soli” nie trąci zanadto urzędowym optymizmem skutkującym finalnym happy endem. Pewnie autor chciał to tak ładnie zakończyć dla „pokrzepienia serc”. Choć oczywiście przy wszystkich moich uwagach jestem za happy endem nawet wymuszonym strachem przed bronią atomową.

    Polubienie

  4. „Przez setki tysięcy lat ludzkość pozostawała w Mściwej Zatoce, od czasu do czasu prowadząc wojny na Ziemi Agresorów.”
    No, tu bym się kłócił. Rewolucja neolityczna miała miejsce (wedle najoptymistyczniejszych szacunków) 50k lat temu a wcześniej siedzieliśmy twardo na ziemiach agresorów.

    Poza tym zawsze strasznie mnie irytuje nazywanie wieku XIX okresem pokoju.
    „Ten krwawy okres 1914-1945, był tym większym szokiem, że nastąpił po długim, stuletnim, bezprecedensowym, okresie pokoju”
    Czy to nie był przypadkiem wiek w którym nastąpiła Wiosna Ludów i związane z nią rewolucje, zjednoczenie Włoch (wojna francusko-austriacka), zjednoczenie Niemiec (wojny z Danią, Austrią i Francją), wojna krymska i późniejsza wojna rosyjsko-turecka czy ogólnie cały upadek imperium osmańskiego i wojny bałkańskie. Zaiste stulecie pokoju.

    Dużo sensowniejszym jest określenie tak okresu po 1945 choć i to naznaczone jest silny zachodocentryzmem gdyż „wiek pokoju” jakoś wojującym w Azji czy Afryce nie przeszkadzał. Może nie wiedzieli?

    Polubienie

    1. „wcześniej siedzieliśmy twardo na ziemiach agresorów.”

      Poniekąd. Ale jednak nawet łowcy zbieracze nie prowadzą wojny permanentnie. Czasami też zyją w pokoju, zatem znają i używają tego mechanizmu – mścicielskiego. Choć faktycznie działa u nich znacznie słabiej, bo są położeni bardziej na zachód od rolników

      ” strasznie mnie irytuje nazywanie wieku XIX okresem pokoju.”

      No dobra. Względnego pokoju. W porównaniu z tym co było wcześniej i później

      Polubienie

  5. To fakt, te „bezprecedensowe okresy pokoju” są zaskakujące mało „pokojowe” :-))
    Mniejsza o szczegóły.
    „Przekroczenie Grzbietu Pragmatyzmu dla cywilizacji bytującej na planecie mniej zróźnicowanej geograficznie i środowiskowo, niż dzisiejsza Ziemia, byłoby więc zaskakująco trudne.”
    No tyle, że to żróżnicowanie może powodować, że zawsze będą rejony lepiej rozwinięte i jakieś peryferia, gdzie te mocarstwa będą sobie wyczyniać wojenne harce. Oczywiście role mogą się jakoś tam odwracać. W wyniku powiedzmy jakiejś gwałtownej zapaści (ekspansja jakiegoś zabójczego wirusa, katastrofalny wybuch wulkanu Yellowstone w USA i inne tego typu) jeden rejon może spaść na dno, a drugi dzięki temu znaleźć się kilka poziomów wyżej. No i co wtedy? Zawsze gdzieś będzie „ubita ziemia” dla zwolenników przemocy? Tak na „chłopski rozum” to produkujemy żywność, żeby napełnić żołądki, jeśli produkujemy broń, to po to by ją ktoś kupował, a by ją kupować, to trzeba ją gdzieś tam używać. No i koło się zamyka…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s